Rozdział 2

Kiedy Mary cicho, niespokojnie zapytała, czy ma pewność, że to wszystko mu się nie przyśniło, nie mógł nawet z całą pewnością potwierdzić. Leżeli w łóżku; otulające ich poranne światło było przejrzyste i świeże, a poprzedni dzień wydawał się wyrwą w kontinuum, jakby Sherlock przypadkowo wpadł przez dziurę w czasoprzestrzeni. Jedynym dowodem, jaki John mógł Mary przedstawić, były strupy na kłykciach – ślady tego, jak niemal złamał dłoń o ścianę, zaraz po otrzymaniu wiadomości od Sherlocka. Uszanowała jednak jego pewność z taką łatwością, że aż zabolało go serce.

- Okej, no więc wrócił - powiedziała, a jej twarz przybrała zamyślony wyraz. - Nie... nie jest martwy.

- Najwyraźniej - przyznał John i z zamkniętymi oczami oparł się o poduszkę, marząc, by bawełna odegnała nacierającą na niego falę sprzecznych emocji. Mary trzymała dłoń na jego udzie i to też pomagało. Zmęczenie krążyło wokół jak polujący drapieżnik – prawie nie spał. Większość nocy spędził na rozmyślaniach o tym, że ona śpi sobie spokojnie obok niego, w całym Londynie śpi mnóstwo ludzi, zupełnie nieświadomych faktu, że wrócił do nich Sherlock Holmes. Łapał się na myśleniu, co w tym momencie robi Sherlock. Z całą pewnością nie spał, choć na spotkaniu wydawał się zmęczony. Może opróżniał zawartość barku w hotelowym pokoju, tylko po to, by zdenerwować Mycrofta, może próbował wydedukować seksualne preferencje obsługi. A może spacerował po Londynie. John zostawił śpiącą Mary i poszedł na jakiś czas do salonu, tylko po to, by naprawdę poczuć swoją obecność, by poczuć, że zarysy mebli w ciemności przyciągają go do ziemi. Czuł, jak coś cięższego niż wszystko, czego kiedykolwiek doświadczył, znajduje swoje miejsce w jego wnętrzu, i pomyślał, że pewnie nie jest w stanie wyobrazić sobie, co obecnie robi Sherlock, dlatego że teraz detektyw był kimś zupełnie innym, kimś, kto oddalił się nie tylko od Londynu. Nie tylko od ludzi.

- To gdzie był? - podpytywała Mary, przerywając jego rozmyślania.

- Nie mam pojęcia.

W ciszy, która zapadła, mógł sobie wyobrazić jej uniesione brwi.

- Myślałam, że z nim gadałeś?

Roześmiał się cicho.

- Obrzygałem mu stopy i poszliśmy na chińszczyznę. - Jej dłoń zacisnęła się. John otworzył oczy i zobaczył jej buntowniczy, zmartwiony wyraz twarzy. - Mary... - zaczął.

- Chcę go poznać – przerwała, a w jej głosie pobrzmiewał znany mu już dobrze upór.

- Myślę, że... że można by to jakoś zorganizować – stwierdził, wiedząc, że jeszcze długo nie pozwoli Mary spotkać się z Sherlockiem, bo pochodzili z dwóch różnych światów, z dwóch różnych okresów jego życia, które teraz będzie musiał ze sobą pogodzić, a jeszcze nie umiał sobie wyobrazić, jak.

Zapadła cisza.

- Czy on ma pojęcie... - zaczęła Mary wolno.

Natychmiast jej przerwał, niemal obronnie, co było dziwne, skoro dzień wcześniej aż się palił, by samemu rzucić to pytanie w twarz Sherlocka.

- Tak, Mary, ma. Ma. - Chociaż nie był co do tego przekonany.

- Kiedy znów z nim pogadasz? - zadała kolejne pytanie, a doktor irracjonalnie zapragnął, żeby tego nie zrobiła, bo nie wiedział, a chciałby wiedzieć.

- Wkrótce – odpowiedział krótko. - Powiedział, że będzie w kontakcie.

Mary wydała z siebie dziwny dźwięk.

- Czyli powraca sobie z martwych, przez niego... przez niego przeszedłeś przez piekło, a przynajmniej tak wnioskuję z tego, co mi opowiedziałeś, a to pewnie i tak jakiś jeden procent z tego, co się wydarzyło, pozwolił, byś wierzył, że on... A teraz mówi, że będzie w kontakcie?

- Mary, nie masz pojęcia, ile to Sherlocka kosztuje. Być... być w kontakcie. To... w jego przypadku to naprawdę dużo. - W oczach Mary widać było setki pytań, a John miał nadzieję, że ich nie zada.

- I wtedy powie ci więcej? - zasugerowała.

- Tak. Tak, tak myślę. - Odchrząknął. Po czym, czując serce w gardle, powiedział to. Wiedział, że nie powinien, ale i tak to zrobił, bo chciał. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu chciał, mimo że wiedział, iż Sherlock zaburza całą chwiejną równowagę jego nowego życia i nie powinien mu na to pozwolić. - On... poprosił mnie, żebyśmy znowu razem zamieszkali.

Wyraz jej twarzy mógł złamać serce.

- A ty się zgodziłeś – powiedziała beznamiętnie. Już całkiem nieźle go znała, chociaż byli razem tylko pięć miesięcy.

- Tak – potwierdził słabo i niepotrzebnie, i znów zamknął oczy, bo na nic innego w tej chwili nie miał siły.

Wyczuła jego niechęć i wyraźnie się zdenerwowała.

- I nawet nie zamierzasz ze mną o tym porozmawiać.

- Ty i ja nie podjęliśmy jeszcze żadnej decyzji – wymamrotał, w obrzydliwie oczywisty sposób unikając odpowiedzi na jej pytanie.

- Jezu, John. - Brzmiała smutno. Tak strasznie smutno.

Wtedy usiadł, bo naprawdę był jej coś winien.

- Mary, mieszkałem z nim półtora roku i przez dwa lata byłem pewien, że nie żyje. Po prostu odnoszę wrażenie... że coś nie zostało skończone. - Mary zamrugała. - To mój najlepszy przyjaciel – dodał pospiesznie, chociaż teraz już nawet nie był pewien, co to znaczy.

Po tych wyjaśnieniach Mary wydawała się jeszcze bardziej zmartwiona, ale pokiwała głową i nie odsunęła się, gdy ją pocałował w ramach rozejmu.

xxx

Zadzwonił do przychodni, by zapytać, czy mają dla niego jakąś robotę. Zaprzeczyli i wtedy już zupełnie przestał się czuć jak normalny człowiek, jakby pod osłoną nocy ukradziono mu to, co sprawiało, że był sobą, i teraz została z niego tylko skóra zawierająca nicość grawitacji. Rozpierała go nieposkromiona energia, z którą nie miał co zrobić, a przez którą pragnął tylko wyjąć telefon i wystukać sherlockowy numer, by usłyszeć sherlockowy głos, irytację, że się do niego dzwoni zamiast napisać. John może by się nie uspokoił, ale przynajmniej nabrałby pewności, że sobie wszystkiego nie wyobraził.

Niemal to zrobił, a potem popatrzył na ekran komórki i zorientował się, że wystukał stary numer, jego palce poszły po linii najmniejszego oporu; pamięć w jego mięśniach ewidentnie była bardziej uparta niż pamięć w jego głowie. Wykasowanie cyfr wydawało się niewłaściwe, to jakby wrócić, pożreć je jedna po drugiej; to byłoby tak, jakby każdym "cofnij" dekonstruował Sherlocka, sprowadzał go do zera, a potem do czegoś jeszcze mniejszego, tak mikroskopijnego, że nie dało się tego nawet cofnąć. Śmierć kryła się w wielu drobiazgach.

Tak jak życie, rzecz jasna, ale życie z zasady jest zmienne, co nie było specjalnie pocieszające (i nie był pewien, czy poradzi sobie jeszcze ze zmiennością śmierci), nie po bezsennych nocach, po atakach paniki, po bezsensownym upijaniu się, z którym naprawdę skończył dopiero wtedy, gdy Harry - ze wszystkich ludzi właśnie Harry! - powiedziała, że to ją martwi. Po zmaganiu się z upiorami, z nadzieją, z rosnącą świadomością, że pewnych barier nie mógłby przekroczyć sam Sherlock, bo nawet on był więźniem własnego ciała. Z tych potyczek wyszedł z jednej strony jako zwycięzca, a z drugiej – jako przegrany, kiedy dla własnego dobra zaakceptował, że Sherlock nigdy nie powróci. Szept: "To sztuczka, John, magiczna sztuczka" wygnany został do krainy snów, gdzie miał się świetnie, pojawiał się wciąż na nowo, zawsze kończąc się w krwotoku na "nie odrywaj ode mnie oczu". Bo czas ma dziwną, upartą, nieustępliwą naturę; przez dwa lata John poskładał się do kupy, nawet jeśli nie do końca w odpowiedniej kolejności, i gdyby nie wyparł szeptu, to już nic by mu nie zostało. Chodziło bardziej o emocje niż o częstotliwość - Sherlock pewnie zabiłby go śmiechem - i po jakimś czasie czuł, że Sherlock jest naprawdę, całkowicie martwy.

Kiedy wrócił do siebie, płakał przez jakiś czas. Nieprzekonująco uspokoił był zmartwioną Mary, ostatecznie mówiąc jej tylko jedną prawdziwą rzecz: "Muszę trochę pobyć sam". Potem był na siebie zły. Raczej nie był człowiekiem, który dużo płacze - nawet w Afganistanie zdarzyło mu się to zaledwie kilkakrotnie, zwykle w ciszy, pod kocem, w nocy; czasem wył nad ciałem człowieka, którego znał, przez kilka sekund pozwalał sobie na emocjonalną rozsypkę, zanim musiał się pozbierać i zareagować, w końcu coś zrobić. Był w stanie rozpłakać się dopiero pół roku po tym, jak półprzytomny stanął po raz pierwszy nad grobem Sherlocka. Był w stanie rozpłakać się dopiero pół roku później i po tym, jak Ian, wciąż nowy znajomy, wciąż ktoś, kto wcale go tak dobrze nie znał, dał mu w mordę, kiedy John - w chwili zupełnego, czystego szaleństwa - uraził go, mówiąc, że roztkliwia się nad własną żałobą. Przez moment tak było okej, wyrazić emocje za siebie i za Sherlocka, ale Sherlock wrócił i John chciał... Sam nie wiedział. Nie płakać. Sherlock z całą pewnością nie płakał.

Nigdy, nawet jeden raz, nie wyobrażał sobie, że będzie wolał, by Sherlock nie wrócił, ale tak się stało, bo niewyobrażalne rzeczy ciągle się wydarzały i stawały się tylko kolejnym elementem rzeczywistości.

xxx

Sherlock wysłał mu SMS-a niemal równo dwadzieścia cztery godziny po tym, jak rozstali się na progu chińskiej restauracji. John zastanawiał się, czy to było celowe, czy Sherlock odliczał godziny - dokładnie tak, jak on sam - może czekając, by ustanowiła się jakaś dziwna forma dystansu, która usprawiedliwiłaby jego ponowne pojawienie się.

221B jest wolne, jeśli jesteś zainteresowany. SH

I Boże, tak, niemal wbrew samemu sobie był zainteresowany, drgnęło mu serce i nie mógł w to uwierzyć, czy to się dzieje naprawdę, nawet nie wściekł się na właściciela swojego obecnego mieszkania, który powiedział, że i tak chce dostać resztę pieniędzy wynikających z umowy. Drżąca niepewność, która przez cały dzień mieszała się z zimnym strachem, zniknęła tak szybko, że równie dobrze mógł ją sobie po prostu wyobrazić, bo jak mógłby nie chcieć, żeby to się stało, jak? Nawet jeśli przez to czuł się jak wyrwana z korzeniami, miotana przez huragan roślina.

Mary zaproponowała, że pomoże mu z przeprowadzką, ale odmówił. Z jednej strony dlatego, że to, by pomagała mu wprowadzić się do kogoś innego, nie było fair, z drugiej: bo naprawdę nie mógł jeszcze pozwolić jej poznać detektywa, to byłoby zbyt niepokojące, zniszczyłoby to chwiejne zrozumienie Sherlocka, które wypracował w sobie w ciągu ostatniej doby; zrozumienie, które nadal wydawało się składać głównie z powietrza.

Spakował swoje rzeczy bez żadnych ceregieli i rytuałów, co samo w sobie było rytuałem, i zmusił się, by nie czuć się jak człowiek idący ścieżką, którą wybrał dla niego ktoś inny. Gdzieś z głębin jego wykształcenia wypłynął nieproszony "Orfeusz", ale nie zamierzał się czuć jak ktoś, kto przywołał drugiego człowieka z zaświatów, bo Sherlock nie był Eurydyką, godzącą się na sąd ostateczny. Wręcz przeciwnie, zburzył mur, który dzielił żywych od martwych. Więc nie, nie zamierzał pozwolić sobie na to poczucie doświadczenia mitologii, które nawiedzało go przy najróżniejszych okazjach, bo nie był artystą, był niczym, był tylko kimś, komu trafiło się coś, co musiało się przynajmniej raz wydarzyć we wszechświecie zbudowanym na prawdopodobieństwie. Spojrzał na poduszkę z flagą Wielkiej Brytanii, którą zabrał z Baker Street, a która zadomowiła się na jego nowej kanapie, kiedy już był w stanie na nią patrzeć i nie rozedrzeć jej na strzępy, i niemal impulsywnie zdecydował, że ją wyrzuci. Nie w ramach rytuału oczyszczenia, lecz jako akt wolnej woli – nieznaczną próbę odzyskania poczucia kontroli.

Pięć dni później – które upływały pod znakiem jednego SMS-a na dobę od Sherlocka; krótkich, rzeczowych wiadomości, niemal szemrzących niewypowiedzianymi treściami – był z powrotem na Baker Street. Przyjechał przed swoimi rzeczami. Nadal miał stary klucz – długo patrzył na niego, stojąc przed drzwiami. Nie nacisnął dzwonka – wydawało mu się istotne, by samodzielnie przekroczyć ten próg, by przywitać się z mieszkaniem jako jego lokator, nie gość. Poszedł po schodach na górę, próbując uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Sherlock mieszkał tam już od dwóch dni, przez co Johnowi przypomniał się pierwszy raz, gdy wszedł przez te drzwi, zobaczył bałagan, o którym nie wiedział, że należy do Sherlocka; kiedy mówili do siebie, jak gdyby każdy z nich stanowił ścianę tekstu, od której odbijały się słowa drugiego. Teraz wiedział, że bałagan należy do Sherlocka. Poczuł zaskakującą falę czułości, gdy detektyw zdziwił się jego widokiem i szybko zgarnął ze stołu część papierów, zupełnie jak za pierwszym razem, po czym wydukał nietypowo niespokojne powitanie. Tak jakby nie miał pewności, że John nie odwróci się i nie wyjdzie, nie znajdzie nowego mieszkania, nowego współlokatora, może dla odmiany kogoś normalnego, kogoś, kto nie był martwy przez dwa lata, kogoś, kto nie skoczył; że nie odwróci się i nie wróci do życia, które wiódł jeszcze tydzień temu. Jakby to w ogóle było możliwe. Jakby samą swoją obecnością Sherlock nie sprawiał, że to było zupełnie, zupełnie niemożliwe.

Zaskoczenie Sherlocka zmieniło się po chwili w coś, co wydawało się szczęściem. Detektyw uśmiechnął się szerzej niż zazwyczaj i nieco niedowierzająco. Szczerzyli się do siebie przez moment, który dla kogoś innego mógłby się wydawać za długi, ale jakimś cudem to było właściwe. Mieszkanie zamykało się wokół nich, nowe powietrze, być może nowe meble, ale na środku stał Sherlock jak wiele razy wcześniej, i wyglądał, jakby przestrzeń brała go w kochające ramiona, jakby została dla niego stworzona, jakby był w domu.

- Poprzedni lokator otrzymał informację, że jest pilnie potrzebny gdzie indziej – powiedział.

John nie powinien był się roześmiać, ale i tak to zrobił.

xxx

Pani Hudson była niemal nieprzytomna z radości, że znów ma ich obu na miejscu. Gdy ją przytulił, rozszlochała się.

- Ojej – szepnęła. - Jak głupio, jak strasznie głupio się zachowuję!

- Wszystko w porządku – powiedział z uśmiechem. I rzeczywiście tak było.

xxx

Tyle tylko, że wcale nie.

- No więc? - nalegał John, czując nieprzyjemną pustkę w środku, jakby właśnie pokonał całą masę schodów tylko po to, by na ich szczycie niczego nie znaleźć. Sherlock siedział na ich kanapie, którą pani Hudson przechowywała w 221C, jakby wiedząc, że wrócą. Na kolanach trzymał laptopa – tego samego, co kiedyś; tego, którego John pamiętał, chociaż wydawało się, że komputer najlepsze lata miał już za sobą.

Sherlock drgnął gwałtownie, co w ogóle do niego nie pasowało. John zauważył u niego taki odruch już po kilku wspólnie spędzonych godzinach.

- Co?

John w przypływie irytacji przygryzł wargę. Bał się, że Sherlock się zmienił, i, no cóż, faktycznie tak było. Zauważył wiele nowych drobiazgów, coś w sposobie poruszania się, patrzenia; drobne, obronne drgnięcia ciała, które sugerowały, że bardzo długo musiał być w stanie nieustannej gotowości. John wiedział, że wiele wody w rzece upłynie, zanim się dowie, co i jak, i dlaczego. Jeśli w ogóle kiedykolwiek się dowie. No cóż, przynajmniej nie musiał się martwić, że Sherlock uwrażliwi się na społeczne konwenanse.

- Porozmawiamy?

- O czym?

- O tobie, ćwoku.

Sherlock podniósł wzrok, a jego twarz była zdumiewająco wymowna. Wykrzywiał ją grymas, szczęki były zaciśnięte. John zauważył, że nowa, niewielka blizna nad jego okiem drgnęła.

- Jestem tu – powiedział po prostu.

- Jesteś. Jesteś tu – powtórzył i przez moment to wydawało się niemal wystarczającym wyjaśnieniem.

Ale po zaledwie kilku sekundach przestało wystarczać. Zdał sobie sprawę, że Sherlock nadal jest w stanie go zaskoczyć tak, że niemal nie pamięta, co chciał powiedzieć.

- Ale nie było cię tu dwa lata, Sherlock. - Nie mógł powstrzymać drgnięcia głosu, gdy wymawiał sherlockowe imię. Sherlockowe imię, którego tak długo nie wymawiał, a które wreszcie mógł skierować do właściwego adresata. Potrzebował reakcji.

Sherlock z powolną precyzją zamknął laptopa i znów odwrócił wzrok.

- John – odparł głosem jeszcze niższym niż zazwyczaj. - Wszystko się nareszcie skończyło. Czy na jakiś czas nie może tak zostać? - Sherlock nie byłby w stanie bardziej się zbliżyć do słowa „proszę".

John poczuł, jak coś w jego żołądku wykręca się.

- Nie – odpalił, po czym przywołał się do porządku. - To znaczy... Sherlock. Nie musisz mówić mi wszystkiego naraz. Ale...

Sherlock spojrzał na niego kątem oka. Jego twarz była pusta. Znów założył maskę.

- Nie. Nie rób mi tego. - John pod wpływem tego spojrzenia niemal bez namysłu zmienił temat rozmowy. - Nie możesz mnie z tego wyłączać. Nie rób tego.

- Poprosiłem, żebyś tu wrócił – powiedział Sherlock tak beznamiętnie, że John zrobił kolejny krok w jego stronę, jakby zmniejszenie odległości między nimi mogło tchnąć życie w twarz Sherlocka.

- Dlaczego?

Sherlock spojrzał na niego w ten konkretny sposób pierwszy raz od dwóch lat. To było spojrzenie mówiące: „Chryste, John, przecież wiesz. A jeśli nie wiesz, to nie zasługujesz na to, by wiedzieć." Ale zasługiwał. I zasługiwał na to, by to usłyszeć.

- Dlaczego? - nalegał.

- Naprawdę chcesz, żebym to powiedział? - wycedził Sherlock. Coś w Johnie pękło. Zrobił kolejny krok do przodu i zacisnął dłonie w pięści.

- Tak. - Gniew rozwinął macki w jego piersi. - Tak, kurwa, chcę, Sherlock. A wiesz dlaczego? Bo od dwóch lat nie powiedziałeś mi niczego. Bo nie miałem o niczym zielonego pojęcia. Ty wiedziałeś, że żyję. Ale ja nie wiedziałem, że ty żyjesz. Ty dupku, byłem pewien, że jesteś martwy, kurwa mać. Byłem pewien, że jesteś martwy. Chwyciłem twój nadgarstek i poczułem, że nie masz pulsu. Widziałem krew wypływającą z twojej pękniętej czaszki. Widziałem to, Sherlock. Chcę, żebyś powiedział mi wszystko, każdy jebany szczegół, Sherlock, żebym mógł zacząć myśleć o wybaczeniu ci. - Udało mu się nie wrzeszczeć. Ale Sherlock i tak wyglądał, jakby go postrzelono.

Utrzymywał kontakt wzrokowy, dopóki Sherlock nie odwrócił oczu. Myślenie o tym jak o drobnym zwycięstwie było niewłaściwe, ale John tak właśnie o tym myślał.

Nie patrząc na niego, Sherlock powiedział:

- Moriarty nigdy nikogo nie obdarzył uczuciem. W przeciwieństwie do mnie. - I wtedy nieoczekiwanie spojrzał na Johna, a jego oczy jasno błyszczały. - Próbowałem to ukryć, ale on i tak się zorientował. Chciał zabić wszystkich ludzi, którzy coś dla mnie znaczyli. Lestrade'a. Panią Hudson. - Zamrugał dwukrotnie w nietypowym dla niego wyrazie niepewności. - I ciebie, John. Chyba, żebym skoczył. Pamiętasz, jak kazałem ci stać w miejscu?

John automatycznie kiwnął głową, przełykając ślinę. Jakby mógł kiedykolwiek o tym zapomnieć. Nie odrywaj ode mnie oczu, proszę, czy możesz to dla mnie zrobić.

- Gdzieś tam był strzelec. Nie wiem, gdzie. Potem go wytropiłem. - Twarz Sherlocka znów zrobiła się pusta. - Już nie żyje.

Boże. Wytropił. Zabił.

- Skąd... skąd wiedziałeś, Sherlock?

Detektyw westchnął i przeciągnął dłonią po włosach.

- Dał mi wskazówki. Masę wskazówek. Tak dużo, że części nie zauważyłem, że skupiałem się na takich, które prowadziły w ślepe uliczki. Ale wiedziałem, że zbliża się mój upadek... I próbowałem go uprzedzić. Zaprosiłem go na ten dach.

- O, cholera – zaklął John półgłosem.

- Owszem – potwierdził Sherlock. Nagle skrzywił się, jakby był zły, że John to z niego wymusza, i przeszedł obok niego, długonogi, chudy, obecny. A potem nieobecny.

- Czekaj – rzucił za nim John, ale przyjaciel już zniknął, zamykając drzwi do swojej sypialni z suchym, wystudiowanym kliknięciem.

Serce Johna waliło zbyt długo, by było to normalne. Przez chwilę próbował dopasować do siebie różne części tej rozmowy, ale te odpychały się lub napierały na siebie w niewłaściwych miejscach, niczym płyty tektoniczne, które próbują się do siebie dopasować. W końcu się poddał i stwierdził, że tą rozmową zmierzali w dwa różne miejsca, rzucali w siebie słowami tak naprawdę się nie widząc, mając nadzieję, że jakoś trafią w cel. Jeśli coś ma z tego wyjść, będą musieli na nowo zdefiniować swoje cele. Najwyraźniej nie był już tak dobry jak kiedyś w rozmawianiu z Sherlockiem. „Zbytnio naciskałem" - powiedział sobie kwaśno. A Sherlock chyba stracił resztę swoich umiejętności konwersacyjnych.

Cisza w mieszkaniu była niewłaściwa. Można było odnieść wrażenie, że Sherlock znów odszedł.

xxx

Pierwsza noc na Baker Street była przedziwna, wypełniona snami o śmierci Sherlocka, tak jakby jego umysł jeszcze nie zdołał się przestawić. Były momenty paniki, kiedy nie miał pewności, czy Sherlock naprawdę żyje, i coś nieustannie przerywało mu sen, chociaż nie mógł się zorientować, czy to coś w ogóle istnieje. Powiedzieć, że spał niespokojnie, byłoby niedopowiedzeniem. Kiedy zadzwonił budzik, John odniósł wrażenie, że spędził wieczność w tej lepkiej, zbyt grubej pościeli.

Otworzył drzwi od sypialni i z zaskoczeniem zastał Sherlocka siedzącego na podłodze obok nich, na wpół śpiącego, najwyraźniej gwałtownie wyrwanego ze snu przez otworzenie drzwi.

- Chryste, Sherlock – powiedział John, natychmiast instynktownie opadając na kolana. - Co ty tu robisz?

Oczy Sherlocka nieco za wolno odnalazły jego twarz. John popatrzył na niego i zapytał:

- Kiedy ostatnio spałeś?

- Osiemdziesiąt godzin temu – wymamrotał detektyw. Boże. John dał sobie mentalnie w mordę za to, że nie dostrzegł tego dzień wcześniej, ale Sherlock w ogóle wyglądał inaczej, był wyostrzony, bardziej kanciasty i doktor jeszcze nie wiedział, co wynikało z ostatnich dwóch lat, a co z manii.

- Co ty tu robisz? - John położył dłoń na jego kolanie.

Sherlock zamknął oczy, po czym znów je otworzył.

- Tylko... upewniam się – szepnął.

- Że co, że nie ucieknę w nocy?

Sherlock tylko popatrzył na niego nieco szklanymi oczami. W Johna uderzyła świadomość, że tak, najprawdopodobniej o to chodziło.

- No, chodź – powiedział i z trudem pociągnął go w górę, chwytając pod pachami. Sherlock nie bardzo współpracował. Przetransportowanie go na kanapę zabrało mu kilka minut.

- Musisz się przespać. Porozmawiamy, jak wrócę – powiedział John wyciągniętemu na kanapie ciału i okrył je kocem.

- Musisz wrócić, John, musisz! - zawołał za nim Sherlock, już odpływając w objęcia Morfeusza.

- Nie martw się – odpowiedział ze schodów John, czując, jak w jego brzuchu rozlewa się ciepło.

xxx

Tego popołudnia John otrzymał od Mycrofta Holmesa pierwszego SMS-a od niemal szesnastu miesięcy.

Dowody Sherlocka w sprawie Jamesa Moriarty'ego włączone w śledztwo. Publiczna rehabilitacja wkrótce. Moi ludzie zajmą się prasą. MH

Chociaż treść SMS-a mimo woli go uszczęśliwiła, John gapił się przez chwilę na wiadomość ze złością, bo Mycroft mógł sobie być takim samym dupkiem jak Sherlock, ale doktor nie kochał Mycrofta, więc dużo łatwiej było się na niego wściekać.

Czemu do mnie piszesz? – napisał w odpowiedzi. Miał nadzieję, że Mycroft wyczuje jego cichą furię.

Sherlock wiele zrobił, by ukryć swój nowy numer. Niewystarczająco wiele, oczywiście, ale chwilowo nie chcę naruszać jego prywatności. MH

John niemal przegryzł skórę policzka, którą nadgryzał. Chryste, zdążył zapomnieć, jak niesłychanie irytującym draniem był Mycroft. Gładko wkroczył na scenę, jakby nigdy nie było tej konfrontacji na pogrzebie Sherlocka, która zakończyła się krwawiącym nosem Mycrofta i niewiarygodnie satysfakcjonująco bolącą pięścią Johna. Jakby przez prawie dwa lata nie panowała między nimi zupełna cisza. Po prostu znów odezwał się do niego, nie kłopocząc się „Przepraszam" ani nawet nie pytając, jak John się ma, kim John jest. Po prostu znów postawił Johna na miejscu, które ten zajmował, gdy Sherlock żył, i nawet nie przyszło mu do głowy zapytać, czy John życzy sobie być w tym miejscu. No cóż, Mycroft był Holmesem do szpiku kości i nigdy nie przejmował się społecznymi normami.

Nie jestem twoją marionetką, Mycroft.

Odpowiedź nadeszła od razu.

Wiem, doktorze Watson. MH

I, jakby po namyśle:

Może nie pozwalaj mu czytać gazet. Mógłby się nadmiernie podekscytować. MH

John poddał się, bo doszedł do wniosku, że nigdy nie otrzyma od Mycrofta Holmesa niczego, co by bardziej przypominało przeprosiny. Zamiast tego skupił się na leżących przed nim dokumentach pacjenta i bardzo, bardzo starał się nie podrzeć ich na kawałki. W jego żyłach buzował gniew. W końcu ograniczył się do ciśnięcia komórką przez pokój, co w ogóle nie pomogło.

xxx

Kiedy wrócił ze zmiany do domu, Sherlock nadal spał, z twarzą zamarłą w ponurym grymasie. To, że tam po prostu leżał, nadal było szokujące.

John obserwował go przez chwilę. Czuł, jak życie skręca mu wnętrzności, gdy patrzył, jak przyjaciel rzuca się przez sen, ewidentnie śniąc koszmar. Jego usta wykrzywiały się wokół dźwięków, które nigdy się nie rozległy. A John siedział i sączył herbatę, próbując odgonić beznadziejne uczucie, że wszystko naciera na niego z siłą pociągu towarowego, a on sam zmierza w stronę przepaści, nie mając zielonego pojęcia, jak cokolwiek spowolnić.

xxx

Media były w ekstazie. Głośne, histeryczne, agresywne i przyprawiające o mdłości. Niechętnie pomyślał, że Mycroft mógł mieć rację. Ponadto kierowało nim samolubne pragnienie, by spróbować nie naruszyć kruchego rozejmu między nim a Sherlockiem tak długo, jak to możliwe, więc postanowił, że powstrzyma gazety od wtargnięcia do ich mieszkania na tyle, na ile mu się uda. Ale, rzecz jasna, Sherlock był Sherlockiem, i kiedy John wszedł do kuchni, już siedział przy stole, odsunąwszy na bok swój nowy mikroskop i stos kartek, i przekopywał się przez chyba wszystkie brytyjskie - i niektóre francuskie - dzienniki.

- Jak się spało? - spytał John w ramach powitania.

Sherlock bez przekonania coś odburknął.

John stanął obok niego.

- No więc? Co piszą?

- Że miałem rację i jestem genialny - odpowiedział Sherlock, a John usłyszał w jego głosie niechęć.

- Szczęśliwy?

Sherlock zamknął "Daily Mail", ukrywając swoje zdjęcie z którejś z konferencji z Lestrade'em. Na szczęście nie tej, na której otrzymał swoją słynną czapkę.

- Nie - odpowiedział cicho.

To tak do niego nie pasowało, że John spojrzał na jego ciemne loki, czując niemal podejrzliwość.

- Dlaczego?

Sherlock poruszył się.

- Nie obchodzi mnie, co inni o mnie myślą.

To była oczywista bzdura i John już miał zaprotestować, ale coś go powstrzymało - świadomość, że nie wiedział, czy to wciąż bzdura. Przez długi czas tak było. Ale nie miał pojęcia, jak to teraz wygląda. Przełknął ślinę, czując niepewny skurcz żołądka.

Pozwolił sobie rzucić okiem na gazety: ogromne, wrzaskliwe nagłówki, zdjęcia Sherlocka i jego samego (wciąż dziwne) sprzed dwóch lat. Brak skruchy, z wyjątkiem może „The Timesa", którego artykuł zatytułowany został BRYTANIA ZAWIODŁA SWEGO BOHATERA. Mniejszymi literami, jakby ze wstydem, dopisane zostało: Myliliśmy się. Artykułem na pierwszej stronie był długi list otwarty, rozpoczynający się od słów: „Sherlocku Holmesie, jesteś cudem". Johna trochę zaniepokoił fakt, jak głęboko dotknął go ten zwrot; taki sentyment powinien przynależeć jemu, jemu i może jeszcze kilku osobom, ale przede wszystkim jemu, a tymczasem rozlano go na tysiącach gazet, które oglądać będą tysiące ludzkich oczu. „The Daily Telegraph" napisał rzeczowo MORIARTY BYŁ PRAWDZIWY. „The Express" wrzeszczał: SHERLOCK HOLMES ZREHABILITOWANY i pytał: Czy Londyn jest znowu bezpieczny? „The Guardian" zadawał konkretne pytanie: GDZIE JEST TERAZ SHERLOCK HOLMES?, zaś „The Sun" skupił się na najważniejszej kwestii: SHERLOCK HOLMES I JOHN WATSON WZNAWIAJĄ ROMANS?. John prychnął i natychmiast spoważniał, zobaczywszy swoje zdjęcie, które z całą pewnością nie pochodziło sprzed dwóch lat. Mógł to określić po własnych zwieszonych ramionach i smutnie niedogolonej twarzy. Boże, nigdy nie zauważył, by śledzili go paparazzi. Odchrząknął, gdy zorientował się, że ze wszystkich artykułów Sherlock czyta akurat ten.

- Nie wiedziałem, że mówisz po francusku – skomentował spokojnie, podnosząc „Le Monde". Na zdjęciu widniał Moriarty, zaś twarz Sherlocka została tak wklejona, że wydawało się, iż ci dwaj prowadzą bitwę na spojrzenia. Dénouement d'une mort et d'une guerre secrète – oznajmiał nagłówek. Artykuł wydawał się być analizą i rekonstrukcją ostatnich dwóch lat, zawierał daty i mapki. John nagle pożałował, że po francusku umie jedynie wydukać „je suis tu es il est". Poczuł mdłości, myśląc, że zapewne jest tam masa informacji, o których nie ma pojęcia, a o których wiedzą przypadkowi ludzie we Francji, ludzie, którzy nie siedzą z Sherlockiem przy śniadaniu.

Kiedy zerknął na Sherlocka, odkrył, że przyjaciel gapi się na niego, unosząc brwi.

- Och, jasne, oczywiście, że mówisz po francusku – wymamrotał. - Mówisz w siedmiu językach.

- W ośmiu – sprostował Sherlock. - W zeszłym roku musiałem się nauczyć ajmara.

John popatrzył na niego, ale przyjaciel wydawał się pogrążony w artykule w „The Sun".

- Och – powiedział, powstrzymując chęć zapytania „Po co?", bo to byłoby zbyt duże ryzyko.

- Dobra, muszę iść – powiedział po kilku minutach ciszy.

Sherlock nie odezwał się aż do wyjścia Johna, zaczytany w tym kretyńskim artykule.

Przynajmniej niektóre rzeczy się nie zmieniły. Bo już ciężar w jego brzuchu był czymś nowym.