Przebicie się przez historię takiej firmy jak Hale Co. było mordęgą. Stiles miał ochotę odgryźć sobie każdy odcisk na palcu, który powstał, gdy przerzucał kartki ponad tysiąc stronicowego raportu, który przygotowała mu Lydia. A to tylko streszczenie, gdzie zawarła same daty i nazwiska. Lyds musiała mieć coś z wiedźmy, bo McCall nie zdążył jeszcze nawet wstępnie oszacować wartości firmy na tę chwilę.
Prawie od tygodnia Stiles nie wychodził z mieszkania, decydując się w końcu, że biuro nie jest zbyt wygodne. Nawet z nowymi meblami, które Allison kupiła kilka miesięcy wcześniej. Argent uparła się zrobić użytek ze swoich studiów aranżacji wnętrz i parę dobrych tygodni spędziła wizualizując swoje pomysły.

Kiedy w końcu mógł wybrać jeden projekt, zdecydował się na błogosławiony minimalizm. Przy jego problemach z koncentracją nie mógł sobie pozwolić na fontanny ścienne czy inne takie. Nie mógłby prowadzić rozmów z klientami ani tym bardziej pracować we własnym biurze.

Jego mieszkanie było utrzymane w podobnej, nudnej tonacji. Salon, który wykorzystywał częściej jako własny gabinet, miał nawet biurko i komputer. Dwie sofy jak dotąd nie zostały zbyt często wykorzystane do wspólnego oglądania telewizji, ale za to pachniały jego przyjaciółmi, więc nie czuł się sam.

Jego sypialnia nie stanowiła jego sanktuarium jak większość wilkołaków miało w zwyczaju. Nie było w niej prawie osobistych rzeczy, a na ścianach wisiało tylko kilka fotografii przedstawiających jego i ojca. Scott często żartował, że to ze względu na to, że Stiles nie miał stałego partnera. W jego łóżku zawsze pachniało obcymi osobami i starał się nie trzymać niczego, co mogłoby powiedzieć o nim coś więcej.
Kompletnym zaskoczeniem dla jego przyjaciół była natomiast jego garderoba. Wśród krawatów i garniturów, najważniejsze miejsce zajmowały ubrania, w których chodził w szkole średniej i na studiach. Nie przytył i nie urósł od tamtego czasu, więc wciąż pasowały na niego. Nie widział powodu, żeby wyrzucać je, chociaż już nie miał gdzie w nich wychodzić. Raczej nie wyobrażał sobie miny Deucaliona, gdyby pokazał się w koszulce z nadrukiem w jakiejś drogiej restauracji. Musiałby chyba zaproponować swoje usługi za darmo, żeby mężczyzna chociaż rozważył jako kandydata do reprezentowania go.

Ubrania jednak nie były jedynym, co Stiles trzymał w garderobie. Lydia lubiła żartować, że cały tajny pokój jest jak jego umysł; pokręcony i niezrozumiały. Na każdej ze ścian wisiały plakaty przedstawiające superbohaterów z kreskówek. Każda półka zastawiona była fotografiami, na których widnieli jego przyjaciele i rodzina. Kolejne płaskie powierzchnie zajmowały pamiątki ze wspólnych wypadów na biwak czy w góry, wyjazdów studenckich i tych całkiem familijnych, które organizowali z ojcem raz do roku.

Jedną z szafek zajmowały nieudane prezenty, które dostawał od swojej babci, a które nadawały całemu pomieszczeniu aromat ziół i magii.

Tak, jego garderoba była jak jego umysł; straszna i nieskoordynowana. Czasami dziwił się, że nikt na jego garniturach nie wyczuwał zapachu starości i szaleństwa.

Telefon zabrzęczał, wyrywając go z zamyślenia, więc sięgnął po słuchawkę.

- Stilinski – zaczął już zwyczajowo.

- Z tej strony Ethan, asystent pana Deucaliona – przedstawił się ponownie chłopak, chociaż to było niepotrzebne.

Lydia wysłała chłopakowi bardzo drogą starą whiskey z bardzo rzadką odmianą tojadu w środku, która nie powodowała następnego dnia kaca. Skąd dziewczyna wiedziała, że asystent Deucaliona był wilkołakiem, Stiles nie wiedział. Jednak nie protestował nawet, gdy księgowość jęknęła widząc rachunek.

- Oczywiście, że cię pamiętam – odparł przyjaźnie.

Chłopak odetchnął po drugiej stronie.

- Pan Deucalion zamierza wyjechać za granicę za tydzień i byłby bardzo zadowolony, jeśli do tego czasu otrzymałby od pana jakieś informacje – powiedział Ethan i to była kolejna poufna informacja.

Księgowość może cmoknąć się w tyłek.

- Dziękuję, Ethan – odparł, rozłączając się.

Wrócił do czytanego raportu z komórką w dłoni i wyklepał smsa do Scotta. Telefon rozdzwonił się niemal natychmiast, ale widząc numer McCalla nawet nie pofatygował się odebrać. Jego przyjaciel zapewne jak zwykle spanikował. Jak przed każdym egzaminem i przez pierwsze dwa lata związku z Allison.

McCall miał tendencje do nie wierzenia w swoje możliwości. Aczkolwiek ufał Stilesowi, a on z kolei był pewien, że jego zmysł obserwacji jest genialny. Jak do tej pory rzadko się mylił. Scott dostał się do drużyny lacrosse'a, Allison pokochała go i przede wszystkim skończyli Yale, jak planowali.

Nie było rzeczy niemożliwych, jeśli tylko wierzyło się w swoje siły. Stiles wierzył w możliwości Scotta, a Scott po prostu wierzył jemu.

ooo

Deucalion był mile zaskoczony, że na dwa dni przed wyjazdem dostał sprawozdania. Stiles sam wyjaśnił mu, że na dobrą sprawę nie ma jeszcze punktu zaczepienia, ale wciąż szuka. Hale Co. jak do tej pory bezproblemowo wywiązywała się z zamówień. Pracownicy dostawali pensje na czas, a co ważniejsze firma stała stabilnie na rynku. Jej najmocniejszą stroną była rodzinna gwarancja jakości, niezmiennej od przeszło dwustu lat. Nie było to coś co można było wyrzucić w piach. Amerykanie uwielbiali firmy familijne budowane latami. To były kawałki historii amerykańskiego biznesu, a przede wszystkim kolejne dowody na spełnienie snów, który Disney karmił ich od dawna.

Każdy w Stanach mógł stać się milionerem, a pieniądze leżały na ulicy. Za każdym rogiem czekała szansa na zostanie drugą Merlin Monroe lub Seanem Connerym, chociaż on akurat był Brytyjczykiem.
Stiles sam był pod wrażeniem roboty, którą odwalili Hale'owie. Przez lata ich firmę prowadzili utalentowani ekonomiści, którzy z łatwością przewidzieli Czarny Czwartek. Spółka wzmocniła się zarówno po pierwszym krachu jak i po drugim. Stiles nie byłby zaskoczony, gdyby okazało się, że wykorzystywali do tego wilkołacze zmysły.

Deucalion wpłacił zaliczkę i Scott kupił pierścionek zaręczynowy. I nowe mieszkanie. Przed kupnem nowego samochodu Stiles go powstrzymał. Chris był wściekły, a Lydia już prowadzała Allison po górnym Manhattanie po wystawach najdroższych projektantów.

Wysłali do Hale Co. oficjalną ofertę i musieli czekać tylko na odpowiedź.

ooo

Asystentem Petera Hale był Danny Mahealani. Lydia poinformowała go o tym, podobnie jak o fakcie, że chłopak jest gejem. Wolnym i uroczym. I do tego Betą.

Nadmiar tych bezsensownych informacji przytłoczył go nawet bardziej niż fakt, że Peter Hale zgodził się na wstępne rozmowy z nimi. Od razu uprzedzono go, że prezes nie będzie uczestniczył w nich osobiście, ale zajmie się tym specjalnie zatrudniona ku temu osoba.

Stiles przejrzał dane personalne członków firmy i starał się dopasować zdjęcia do nazwisk. Zawsze robił to w ostatniej chwili, bo to czego dowiadywał się z dokumentów najczęściej było zbyt osobiste. Trudno potem nie było brać do siebie tych informacji i całkiem błędnie podchodzić do rozmowy. Chłodna ocena zawsze była najlepsza. Każdy powinien dostać czystą kartę na wstępie. Opinie wyrabiał sobie przy pierwszym spotkaniu i jak dotąd ta metoda sprawdzała się najlepiej.

Lydia towarzyszyła mu czasami podczas takich spotkań. Robiła wstępne notatki i nie musiał używać wtedy dyktafonu. To było o wiele łatwiejsze, bo często dopisywała własne uwagi na marginesach, a wiadomo – co dwie głowy to nie jedna.

Peter Hale pojawił się w towarzystwie swojego asystenta kilka minut spóźniony, co Martin skrzętnie odnotowała. Stiles nie widział nigdzie zatrudnionego negocjatora, więc wskazał im miejsca, ale Danny uśmiechnął się szeroko i przysiadł się koło Lydii.

- Stiles Stilinski – przedstawił się uprzejmie, podając rękę starszemu mężczyźnie.

- Peter Hale – odparł tamten.

- Jestem tutaj w imieniu pana Deucaliona z Deucalion Global – odparł, podsuwając mężczyźnie dokumenty.

- Wiem kim pan jest, panie Stilinski. Niestety samolot mojego siostrzeńca miał opóźnienie i niestety będziemy musieli poczekać jeszcze kilka minut, za co serdecznie przepraszam. Wiem, że pański czas jest cenny – przeprosił z lekkim uśmiechem, który nie był szczery.

Stiles jednak nie znielubił go. W Peterze było coś zawadiackiego i inteligentnego zarazem. Wyglądał, jakby rzucał wyzwanie swojemu rozmówcy; odważysz się mi przeciwstawić, jednak w całkiem nie agresywny sposób.

Zanim Stiles zdołał zapytać czy siostrzeniec Petera zajmie się negocjacjami, drzwi sali konferencyjnej otworzyły się szeroko i do środka wparował lekko zirytowany Derek Hale.

Mężczyzna był cztery lata starszy od Stilesa i chociaż przekroczył trzydziestkę czas dobrze mu zrobił. Ciemne brwi zmarszczyły się, a szczęka napięła, gdy spojrzał na niego, ale Stilinski nie potrafił odczytać czy to dobra czy zła ekspresja jego twarzy. Już na studiach samym spojrzeniem sprowadzał do parteru rozmówców, chociaż nie zawsze taka była jego intencja.

Stiles starał się odnotować w pamięci jak najwięcej szczegółów. Ciemny garnitur był lekko wymięty, więc Derek faktycznie siedział przez wiele godzin. W kącikach oczu pojawiły się niewielkie zmarszczki, które świadczyły tylko o tym, że mężczyzna często się uśmiechał, czego nie można było powiedzieć patrząc na niego właśnie w tej chwili.

- Przepraszam za spóźnienie – powiedział, chociaż wcale nie brzmiał jak ktoś, komu jest przykro.

Przywitał się z wujem, a potem wyciągnął dłoń przez stół.

- Derek Hale, negocjator – przedstawił się i Stiles miał ochotę ugryźć się w policzek.

Oczywiście, że Hale go nie pamiętał. Stiles w końcu był świeżynką, Omegą, która zaczynała ten sam kierunek akurat, gdy on kończył. Z wyróżnieniem.

Silny męski zapach uderzył w jego nos, gdy wstał, aby podać dłoń mężczyźnie.

Sygnety, które dostali na zakończenie studiów otarły się o siebie nieprzyjemnie i Derek spojrzał w dół na ich dłonie. Stiles miał tylko nadzieję, że mężczyzna nie słyszy przyspieszonego bicia jego serca.

Do tej pory już kilkakrotnie zdarzyło mu się zareagować tak silnie na obecność drugiego męskiego ciała, ale przeważnie udawało mu się wyjść z tego samego pomieszczenia zanim kompletnie się upokorzył.
Poczuł ciepło na policzkach i zaczął przeklinać swoją jasną karnację, starając się wyrzucić niemal od razu sprzed oczu wizję siebie rozciągniętego pod ciemniejszym i silnym ciałem Dereka.

Nie wiedział jak długo tak stali, ale to pewnie był tylko ułamek sekundy.

Gdy Stiles znalazł się z powrotem na krześle, Derek uśmiechał się w jego stronę krzywo.

- Spodziewałem się kogoś innego po drugiej stronie stołu – oznajmił Hale.

Stiles niemal od razu poczuł się upokorzony, ale zdusił w sobie chęć odpowiedzenia na impertynencję.

- Moje dane osobowe były we wstępnym piśmie, które panom przesłaliśmy – odparł starając się brzmieć neutralnie.

Oczywiście wielu negocjatorów zdobywało przewagę nie ujawniając wcześniej, że to oni poprowadzą daną sprawę. Każdy miał swój styl i czasami tak było bezpiecznej. Stiles jednak nigdy nie miał nic do ukrycia. Przeważnie ludzie dzięki temu, że wiedzieli, iż on będzie prowadził negocjacje po prostu nie przygotowywało się należycie i przy takich spotkaniach jak to odkrywali jak wielki błąd popełnili.
Derek najwyraźniej należał do tej grupy.

- Dobrze, zatem zapoznaliśmy się z wujem z propozycjami Deucalion Global, aczkolwiek mamy przygotowane własne wstępne umowy – odparł, wyciągając z teczki plik dokumentów.

Stiles nie był zaskoczony. To był pewien punkt rytuału, krążyli wokół siebie rozpoznając słabe i mocne strony. Próbowali dowiedzieć się czego tak naprawdę chce druga strona.

Stiles otworzył pierwszą stronę i przeleciał wzrokiem przez standardowy wstęp. Zatrzymał się dopiero pod koniec, gdzie znajdowały się tak naprawdę najważniejsze rzeczy. W punktach Derek wyliczył wszystkie warunki, ale Stiles wątpił, żeby chociażby połowa z nich była ważna. Przeważnie umowy tego typu zawierały sporo tak zwanych zapychaczy, które miały na celu pochowanie po kątach tych istotnych szczegółów, żeby negocjator mógł przepchnąć to co ważne dla klienta bez zbytniej walki. Najczęściej nie skupiano się na głupotach typu 'mój wnuk ma zostać przynajmniej kierownikiem'.

Stiles podsunął w zamian kopię warunków, które przygotował dla Deucaliona i zerknął na Dereka.
Mężczyzna musiał zauważyć, że obaj ukończyli Yale. Była taka umowa pomiędzy absolwentami, że jeśli spotkają się kiedykolwiek po przeciwnej stronie jeden drugiemu wyświadcza przysługę. Składali wtedy coś na kształt przysięgi i traktowano to potem dość poważnie. Nie było to nielegalne, ale znacznie przyspieszało negocjacje i ułatwiało przeważnie porozumienie. Polegało to mniej więcej na tym, żeby delikatnym stuknięciem palca wskazać punkty w umowie, które faktycznie były istotne.

Stiles już raz w ten sposób oszczędził sobie ponad sześciu tygodni i zastanawiał się czy pomimo osobistego charakteru sprawy Derek chciałby dalej kultywować tradycję. Z drugiej strony za niecałe dwa miesiące odbywał się coroczny zjazd absolwentów i Stiles nie miał ochoty usłyszeć, że spotkał kogoś z alma mater i nie wykazał się odpowiednią znajomością zwyczajów. Zawsze był w pewnym stopniu pariasem, ale nie zamierzał tego pogłębiać.

Wrócił do początku czytanego tekstu i zawahał się gdy doszedł do linijki z żądaną sumą. Stuknął palcem w kartkę papieru, widząc zaskoczony wzrok Dereka.

Zjechał niżej, marszcząc brwi, gdy pojawił się podpunkt mówiący o niezmiennym statusie firmy jako odrębnej spółki i znowu wykonał ten gest.

Hale otworzył dokumenty na odpowiedniej stronie, ale stuknął ostrożnie w kwestie finansowe, a o wiele mocniej w część o pracownikach.

Z tym mogli się mierzyć w zasadzie.

Peter Hale odchrząknął, wyrywając ich z zamyślenia.

- Kiedy mówiłeś, że pierwsze spotkanie będzie tak wyglądać, byłem pewien, że żartujesz – zwrócił się do siostrzeńca, który uśmiechnął się krzywo. – Niestety opuszczę panów dzisiaj, ale mam nadzieję, panie Stilinski, że spotkamy się ponownie już niebawem – pożegnał się.

- Do widzenia, panie Hale – odparł tylko, chociaż mężczyzna w zasadzie był już w drzwiach.

Danny poruszył się niespokojnie koło Lydii.

- Możemy to chyba dokończyć w domu – zaproponował nagle Derek, pakując dokumenty i Stiles odetchnął z ulgą.

W pomieszczeniu nagle zrobiło się bardzo gorąco. Dzięki dokumentom jego uwaga skupiła się na czymś innym niż Derek, ale kosztowało go to tak wiele energii, że po powrocie do mieszkania zamówi chyba wszystko, co podają w indyjskiej restauracji na rogu. Miał nadzieję, że Lydia do niego dołączy, ale wątpił w to. Piątki oznaczały dla niej początek weekendu.

- Tak, to chyba dobry pomysł – zgodził się szybko.

Starał się nie podnosić wzroku, chociaż właśnie w tej chwili się za to nienawidził.

Derek wstał, zbierając dokumenty i kiwnął palcem w stronę Danny'ego, który niemal natychmiast podniósł się z krzesła.

- Przekaż mojemu wujowi, że nie będzie mnie na kolacji – odparł półgłosem. – I jesteś wolny na resztę dnia – dodał.

Mahealani skinął głową i uśmiechnął się do Lydii, która starała się wygładzić spódnicę. Odrobinę zbyt długo jak na gust Stilesa, ale był jej za to wdzięczny. Ewidentnie zauważyła jego zaniepokojenie i nie chciała zostawiać go sam na sam z Derekiem. Chociaż przeważnie asystenci powinni wyjść wcześniej, żeby negocjatorzy wymienili pomiędzy sobą kilka uwag ogólnych.

Kolejny ze zwyczajów, których nauczyło go Yale.

- Panno… - zwrócił się do niej Derek, marszcząc brwi.

- Martin, Lydia Martin, asystentka pana Stilinskiego – przedstawiła się, wstając.

- Panno Martin – położył nacisk na jej nazwisko. – W recepcji czeka mój asystent Vernon Boyd, gdyby była pani tak uprzejma i powiadomiła go, że jest już wolny, byłbym wdzięczny – poprosił cicho.

Lydia zamarła w pół kroku, podobnie jak Stiles. Derek właśnie wydał jej polecenie. Gdyby Stiles był alfą mógłby potraktować to jako naruszenie terytorium.

Niski warkot wyrwał się z jego ust zanim zdążył się powstrzymać i Derek spojrzał na niego dziwnie.
Lydia podeszła jednak już do mężczyzny i spojrzała na niego kpiąco.

- Tylko dlatego, że uprzejmie prosiłeś – mruknęła, wbijając mu paznokieć prosto w klatkę piersiową.

Jego oczy zabłysnęły czerwienią, ale uspokoił się, gdy go minęła.

- To było niegrzeczne – warknął Stiles, zabierając swoją teczkę.

- Nie chciała wyjść. To też było niegrzeczne – odparł sucho Derek, zastępując mu drogę.

- Lydia nie jest zobligowana do podążania naszymi ścieżkami – oznajmił mu.

- Wiem, że jest człowiekiem, ale powinieneś ją o tym pouczyć – warknął.

Stiles przestąpił nerwowo z nogi na nogę i zmarszczył brwi. Ze wszystkich sposobów rozpoczęcia rozmowy ten wydawał mu się jednym z najgorszych. Byli z Derekiem równego wzrostu, chociaż mężczyzna przewyższał go masą mięśniową. Byli jak dąb i po prostu długi badyl, którego przypadkowo nikt nie ściął.

Zapach Dereka był ciężki, wypełniający nozdrza i oszałamiający. Stiles starał się nie oddychać przez usta, żeby nie zdradzić, że jakkolwiek na niego reaguje, ale oddychanie przez nos nie było dobre. W normalnych sytuacjach po prostu wyszedłby z tego pomieszczenia w ciągu kilku minut, zostawiając za sobą alfę, który tak na niego oddziaływał, ale mieli widywać się jeszcze przez parę następnych miesięcy.
Okazanie słabości w ten sposób mogło położyć rysę na całej strategii, którą obrał.

Wiedział, że nie było szans, żeby spodobał się Derekowi. Pamiętał wszystkie te płaczące bety na studiach, które Hale rzucał jedna za drugą, a które i tak garnęły się w jego ramiona.

- Więc protokół – przypomniał, odchrząkując, bo mężczyzna nie ruszył się nawet na centymetr dalej blokując jedyne wyjście. – Mogę zaproponować twojemu wujowi, że nasza firma poprowadzi negocjacje z obu stron, żeby nie kłopotać ciebie skoro jesteście spokrewnieni – zaproponował. – Wynik będzie uczciwy, niezależny od stawki, ponieważ Deucalion Global i Hale Co. pokryją naszą pensję pół na pół – dodał.

Derek uśmiechnął się krzywo.

- Nie jesteśmy zainteresowani. I nie jestem zbyt blisko z wujem – odparł. – Masz ochotę na drinka? – spytał, przepuszczając go w końcu w drzwiach.

Stiles niemal potknął się, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Spojrzał na Dereka, starając się odczytać jego intencje, ale nie zobaczył kompletnie niczego w zwyczajowo pochmurnej twarzy.

- Nie jestem zainteresowany – odparł, mając nadzieję, że bicie jego serca nie zdradzi go. Na wszelki wypadek pozwolił błysnąć swoim tęczówkom czystym złotem.

Derek nie wydawał się zdziwiony i w jego oczach ponownie zagościła czerwień, chociaż nie musiał tego robić.

- Więc, czy masz ochotę wyjść na drinka, ponieważ spędziłem w samolocie cztery godziny i chciałbym po prostu wypić odrobinę normalnego alkoholu – podjął ponownie.

Stiles zawahał się, aż przypomniał sobie, że przecież obaj kończyli Yale, a niedługo pewnie ponownie spotkają się na zlocie. W zasadzie to był nawet dobry pomysł. Być może Derek przywitałby się nawet z nim w ich alma mater, gdyby wykazali się obaj podobną dozą profesjonalizmu.

Miało to też dobre strony – przyzwyczajenie do zapachu mężczyzny mogło tylko przynieść dobre rzeczy. Kiedy Derek wszedł dzisiaj do pomieszczenia, dłonie Stilesa zrobiły się mokre, a jego ślinianki pracowały tak szybko, że mógłby używać tego płynu jako lubrykantu jeszcze przez wiele tygodni.

- Znasz jakiś dobry bar czy zdasz się na mnie? – spytał, z całych sił starając się brzmieć spokojnie.

Derek sprawiał, że się denerwował. Jego wzrok był oceniający, ale jednocześnie brakowało w nim emocji, które byłyby łatwe do odczytania. Dlatego wszystko zawsze krążyło wokół Hale'a na studiach. Każdy chciał dostać się bliżej, ale podobnie jak ze Słońcem, gdy w końcu osiągali to co chcieli, odchodzili poparzeni.

- Ty coś wybierz – odparł w końcu Derek.