Interludium I: Czwartkowe warsztaty terapii zajęciowej

Przed drzwiami samozwańczego Ośrodka Międzywymiarowej Interwencji Kryzysowej spotkały się, jak w każdy czwartek, dwa żywe wcielenia patologii społecznej.

Ulquiorra, wpatrując się uważnie w swoje odbicie w wypolerowanej powierzchni szklanej gabloty, poprawiał nowiutki i nietknięty ostrzem żelazka krawat, w odcieniu dopasowanym do makijażu. Buńczuczne, podskakujące kroki za plecami nie oderwały go od tego zajęcia.

— Sexta. — Nie odwracając głowy, okazał nowoprzybyłemu stosowną mieszankę uprzejmości, obojętności i wzgardy.

— Nie sextuj mi, anachronizmie depresyjny! — Grimmjow uprzejmie zignorował uprzejmość, obojętnie wyminął obojętność i ogniście zaperzył się na dźwięk pogardy. — Nie jestem już Espadą. Nie muszę być numerem statystycznym.

— Rozwijasz się — przyznał z niechęcią Ulquiorra. — Umiesz używać pięciosylabowych inwektyw.

— Mam imię, do jasnej cholery! — Grimmjow Jaggerjacquez, jak zawsze gotów do zdrowego wyładowywania agresji, z właściwym sobie wdziękiem dokonał na krawacie współarrankara aktu zbezczeszczenia z podwójnym tarmoszeniem. Zaiste, posiadał imię równie dźwięczne i wyraziste, jak numer wytatuowany wciąż na skórze. Czymże jednak jest imię? Na przykład w przypadku Ulquiorry...

Oj.

Ulquiorra, który był w stanie tolerować każdy zwrot i inwektywę, dopóki nie próbowano zwracać się do niego po imieniu — tylko spojrzał. Grimmjow przestąpił z nogi na nogę — natychmiast poczuł się nieswojo. Jeden z terapeutów zajęciowych przyznał kiedyś nie bez racji, że sztuka wywoływania w innych wyrzutów sumienia, chociaż nieetyczna, niewątpliwie się w życiu przydaje. Jaggerjacquez zaś, w swojej osobliwej kategorii istot albo bezdusznych, albo duszowyłącznych, miał tak naprawdę — choć oczywiście się nie przyznawał — dobre serce. Wrażliwość emocjonalną posiadał zaś — co skrzętnie ukrywał — na tyle rozwiniętą, żeby skojarzyć zbolałą minę Ulquiorry raczej z problemem imienia, niż z problemem krawata. Spuścił więc uszy po sobie, krawat zostawił w spokoju i czym prędzej spróbował zmienić temat.

— Więc, Cuarta... Idziesz na ten cały bal?

— Oczywiście, że idę — odparł beznamiętnie Ulquiorra. — Chodzę z moją kobietą wszędzie.

— Zwłaszcza na herbatki do Chizuru—chan — dociął mu bezlitośnie Grimmjow. Jego towarzysz, z natury swej wytwornie blady, pozieleniał na twarzy.

— Nie puściłbym mojej kobiety samej na zatracenie — oznajmił dzielnie. — Zawsze z nią jestem — także po to, by ją chronić przed zakusami tej... Szablookiej tygrysicy!

— Nie obrażaj kotowatych! — nastroszył się oburzony Sexta, po czym zaraz z zaciekawieniem nadstawił ucha. — Ona ciągle usiłuje... Emmm... Obściskiwać?

— Obmacywać — poprawił go z goryczą były Czwarty Espada. — To jest obmacywanie, w tej postaci tożsame z molestowaniem. Wykroczenie przeciwko nietykalności osobistej, karane przez ludzkie prawo.

— Pytałeś Ishidy?

— Pytałem google.

— Aaaa.

Zamilkli, zadumani nad głębią otaczającego ich zła. Grimmjow, swoim zwyczajem, szybko otrząsnął się z refleksyjnego nastroju.

— Coś trzeba z tym zrobić! — oznajmił z mocą. Niekoniecznie poczuwał się do chronienia interesów Ulquiorry, ale przynajmniej byłaby okazja zdziałać cokolwiek w jakiejkolwiek sprawie. Przeżyć przygodę jakąś, o. Rozsiekać kugucharzycę! Pazury pantery miłośnie zazgrzytały po nagich kościach arrankarzej duszy. Ach!

— Zróbmy coś! — powtórzył nagląco, niepomny na popełnianą właśnie herezję, czyli na ujęcie siebie i Ulquiorry we wspólnej grupie podmiotowej. Jego rozmówca jednak również nie zwrócił na to uwagi — zwiesił ramiona, dłonie wepchnął do kieszeni w geście niechęci.

— Nic się nie da zrobić...

Grimmjow zaniepokoił się. To nie było podobne do Ulquiorry, takie bierne uleganie przeciwnym prądom. Kto jak kto, ale jego zielonooki współarrankar zawsze wyznawał zasadę, że z prądem płyną śmieci, a klejnoty ewolucji nie powinny. Cóż, sam Grimmjow wierzył raczej, że klejnoty w ogóle nie powinny pływać, bo opadną na dno. A klejnoty Grimmjowa to już wcale, i tym bardziej on sam. Do wody zbliżał się więc tylko wtedy, kiedy w wersji wody ognistej przynosili ją do szafy Kurosakiego starzy znajomi z Jedenastego Oddziału Shinigami. Do diabła, Ulquiorra wyglądał teraz, jakby mógł mu dobrze zrobić łyczek bozo od Ikkaku—san. A to świadczyło, że z Ulquiorrą jest źle.

— No więc, co jest na rzeczy? — zapytał krótko. — Naprzykrza się wam ta... ruda kocica?

— Jak zawsze... — mruknął niewesoło tamten. — Jak zawsze.

— Emmm... A Inoue? — badał ostrożnie Grimmjow.

— Kobieta? — W zielonych oczach mignęło zdziwienie. — Co z nią?

— Co ona na to?

— Nic...

To nie było zbyt dobrze, rzeczywiście. Ciężkie westchnienie wydobyło się z przepastnej piersi byłego Espady. Doktor Kurosaki zawsze mówił, że trzeba się wspierać wzajemnie w nieszczęściu, a w nagrodę będzie się można rozbierać w szczęściu...? A może rozpierać szczęściem? W każdym razie, strapionym należało okazywać tę tam, no.

Agresję, podpowiedział instynkt.

Starannie zresocjalizowany Grimmjow Jaggerjacquez dzielnie zdusił podszepty swojej dawnej, antyspołecznej osobowości. I strapionemu Ulquiorrze okazał miłość bliźniego.

— Oj tam, oj tam. — Beztrosko machnął ręką, po czym przygarnął drobniutkiego Cuartę w uścisk, unieruchamiając go między swoim biodrem a łokciem. Zszokowany Ulquiorra początkowo nie był w stanie wydobyć z siebie nawet słowa protestu, ale niedługo to potrwało – bez ceregieli wbił współeksespadzie łokieć w hollodziurę i odskoczył na bezpieczną odległość, gdzie, sztywny i urażony, zajął się prostowaniem krawata. Gdyby spojrzenia wystarczały w świecie ludzi, aby ciskać cero, Grimmjow byłby już usmażony zieloną błyskawicą na nieduży, niebiesko—biały placuszek, Godność Ulquiorry została jednak nieco nadwątlona doznanymi czułościami, spojrzenie więc nie wystarczyło. Ale było wymowne.

— Nie obmacuj mnie jeszcze i ty!

— Nie porównuj mnie z tą pijawką! — obruszył się Grimmjow. I znowu zastrzygł ciekawie uchem na zasłyszaną rewelację.

— Zaraz, zaraz... Ciebie przecież nikt nie molestuje, hę? Dla Chizuru jesteś ociupinkę za... płaski?

— Jej nawet Keigo—san wystarcza, żeby molestować...

— Ale żeby ciebie? — Turkusowoniebieskie oczy wypełniły się śmiertelnym zdumieniem. Pomysł, że jakikolwiek człowiek, a zwłaszcza Honshou Chizuru, miałby uczynić obiektem namiętności akurat Ulquiorrę, nie bardzo mieścił się w głowie. Oczywiście, taka na przykład Orihime Inoue uważała go za uosobienie wszystkiego, wokół czego kręcił się jej kolorowy i wysmakowany świat. Ale Inoue była dziwna.

Ona należała do rodziny.

Inoue miała prawo być dziwna. Powinna być dziwna. Była dziwna. A Chizuru, mimo wszystko, powinna przestrzegać pewnych – standardów? Była przecież zupełnie zwyczajna, należała do kręgu ludzi niekoniecznie najbliższych grimmjowowemu stadu. Po Chizuru można by się było spodziewać jakiejś logiki! Grimmjow poczochrał się z niepokojem po głowie. Przypomniał sobie, że dziewczyna w ostatnich miesiącach coraz więcej czasu spędzała w ich towarzystwie. Ich — czyli właśnie w barwnym stadzie, które świat zewnętrzny precyzyjnie i zwięźle określał jako „Kurosakiego i resztę". Hm. Chizuru pojawiała się nie tylko na wspólnych wypadach, nie tylko ściągała do siebie Inoue — z nietoperzem gratis — ale czasami nawet odwiedzała Ichigo i Grimmjowa w domu albo plotkowała z Kurosakiątkami — zazwyczaj powodując u Yuzu chichoty i rumieńce, a u Karin zgrozę, szok i koszmary nocne. Tak, Chizuru mocno wrosła w rodzinę. A teraz dowiadywał się, że zaczęła przejawiać nerwicę natręctw wobec Ulquiorry.

Czyżby byli więc zaraźliwi?

— Zrobiła ci coś...? — Grimmjow usiłował jednocześnie nie skazić swojego czystego umysłu taką wizją, nie wleźć Ulquiorrze z sandałami do duszy, w której wcale znaleźć się nie chciał, a jednocześnie zaspokoić zrozumiałą ciekawość. Cuarta wzruszył ramionami, nie wyjmując rąk z kieszeni, i zgarbił się jeszcze bardziej.

— Tak jak zawsze...

— Oj tam, oj tam. Zawsze, to się kończy na niewinnych przytulankach. A na końcu i tak przychodzi Tatsuki i robi ze wszystkim porządek!

— Już nie.

Cisza.

— No, to co się dzieje?

— Arisawa—san... Arisawa—san to prawdziwa dama.

Osobiście, Grimmjow uważał, że Tatsuki ma w sobie więcej z szarży armii samurajów niż z damy. Ale być może to tylko dlatego, że bardziej lubił samurajów — zwłaszcza szarżujących w galopie — niż jakiekolwiek damy, a Tatsuki naprawdę bardzo lubił. Kochana, złota dziewuszka. Zawsze wiedziała, gdzie przyłożyć. Ale tym bardziej nie zamierzał protestować przeciw obdarzaniu jej komplementami — zwłaszcza przez Ulquiorrę, który komplementów nie zwykł marnować na próżno.

— Niech będzie, że dama... Ale apropo czego?

— Wszystkiego — oświecił go Ulquiorra.

— E?

— A zwłaszcza stosunków towarzyskich.

— Hm.

Podejście Tatsuki do stosunków towarzyskich było jednym z tych powodów, dla których Grimmjow ją tak bardzo lubił, ale jeśli to podejście kwalifikowało ją do bycia damą, to, na demony i hollowy, kwalifikowało i jego!

Grimmjow Jaggerjacquez nie życzył sobie być damą.

Oparł czoło o drzwi, żeby ochłonąć i przypomnieć sobie, że przyszedł tu na terapię i nie powinien grzmocić się z Ulquiorrą jeszcze przed wejściem.

— Wyjaśnij to jakoś sensownie — zażądał. W zielonych oczach odmalowało się powątpiewanie.

— Nie zrozumiesz...

— Znaczy, że nie wiesz, co powiedzieć? — podsumował Grimmjow. Prosta prowokacja, o dziwo, zadziałała — Ulquiorra nadął się godnie i odchrząknął.

— Arisawa—san zawsze pamięta, aby nie przekraczać granic... swobody towarzyskiej.

— Hm.

W swobodzie towarzyskiej Grimmjowa i Tatsuki nie istniały żadne warte wzmianki granice, a jeśli nawet, to i tak były regularnie i z impetem pokonywane, co nieraz wypominał swojemu arrankarowi naburmuszony i zazdrosny Ichigo. Ale nie należało się dziwić, że Arisawa stawiała granice w swojej swobodzie z Ulquiorrą. On już budził w ludziach taki odruch — stawiania granic, otaczania ich drutem kolczastym, a w środku dla pewności — budowania solidnych, żeliwnych schronów. Oczywiście, niezależnie od odruchów, bzdurą byłoby posądzanie Tatsuki o nadmierną lękliwość wobec bladolicego księcia jej najlepszej przyjaciółki. Ale żeby Cuarta oczekiwał od niej cudów wylewności...? Chyba nie czuł się… niedopieszczony? Były Espada rzadko kiedy czuł się jakkolwiek. Wobec Tatsuki też nie powinien mieć żadnych… zakusów. Co on sobie w ogóle myślał? Właściwie, gdyby Arisawa znienacka zaczęła czule sympatyzować z Ulquiorrą, sam Grimmjow poczułby się...

Naburmuszony i zazdrosny?

Na szczęście, jak przyznał sam zainteresowany, granice swobody towarzyskiej pozostawały nietknięte. A skoro nie-przekraczanie granic z Ulquiorrą wciąż i nadal pozostawało zdrowym i normalnym wzorcem zachowawczym, to w czym tkwił problem?

— Arisawa—san bardzo uważa, żeby nie zachować się... nietaktownie.

Takt? W cyrankowobłękitnym spojrzeniu odbiła się lekka panika. Byle nie kolejny wykład z manier i arrankarsztuby. Po co jednak mieszać do tego Arisawę? W opinii Grimmjowa, Tatsuki była dokładnie tak subtelna, jak kobieta jego marzeń być powinna. A ponieważ były Espada z wielu względów nie zwykł marzyć o kobietach, mógł bez obaw nadal lubić Arisawę—chan, nie dopatrując się w jej nader urokliwej osobowości śladów ręki Przeznaczenia.

Przeznaczenie Grimmjowa trochę smakowało truskawkami, a trochę soczkiem z kartonu, rozlanym na praniu przez Karin, i chętnie pozwalało się gryźć w miejscach, których Tatsuki nigdy nie chciałaby posiadać. Kobiety nie wiedzą co tracą...

Ulquiorra obserwował, jak cyrankowy błękit oczu Sexty przyćmiewa mgiełka rozmarzenia.

— Nie zrozumiałeś — podsumował, rozgoryczony. — Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Grimmjow otrząsnął się z myśli o gryzieniu truskawek.

— Mówisz jakieś głupoty — ocenił. — Co maniery Tatsuki mają wspólnego z Chizuru? Hę?

Zazwyczaj miały o tyle wspólnego, że tylko dodawały Arisawie wigoru w przykracaniu namiętnych zapędów koleżanki. Ale coś się widać na tym tle zmieniło...?

— Ona nie chce przeszkadzać... — wydusił z siebie Ulquiorra.

— Tatsuki nie chce przeszkadzać Chizuru w molestowaniu?

— Mnie! Mnie nie chce przeszkadzać!

— W molestowaniu?

— W niczym mi nie chce przeszkadzać!

— A jak miałaby ci w czymkolwiek przeszkodzić?

— Grimmjow, ty jesteś tępy. Czemu ja o tym zapominam?

— Nie, to tylko ty jesteś porażką komunikacyjną. Nic nie potrafisz wyjaśnić!

— Sexta!

— O nie, językiem matematyki nie będziesz do mnie mówił. Skąd mam wiedzieć, czy mnie nie obrażasz, jak gadasz nie po naszemu!

— Ja nie mam do ciebie siły.

— Nie masz mieć. Pamiętasz, co poprzednia pani doktor mówiła? Nie powinniśmy używać wobec siebie siły, o.

— ...

— To co z Tatsuki, hę?

— Nie przychodzi już na herbatki do Chizuru.

— Bo?

— Bo ja przychodzę!

— A co ma jedno do drugiego?

Ulquiorra posłał Grimmjowowi spojrzenie, które rozwiałoby wszelkie jego ambicje zostania damą, gdyby je kiedykolwiek żywił.

— Nie wypada, żeby się narzucać młodej parze ze swoim towarzystwem — objawił mu karcąco.

— Jesteś starszy niż Rukia Kuchiki! — przypomniał mu Grimmjow.

— Przestań.

— Sam przestań. Co tej Tatsuki odbiło? Ubrdała sobie, że wam przeszkadza w czymś? Że będzie wam głupio z nią? Przecież na herbatce u Chizuru już z założenia bywa dodatkowa osoba! W czym by wam zawadzała Tatsuki? Czy ona myśli, że wy się tam coś tego?

— Zawadzałaby przynajmniej Chizuru... A tak, to nikt jej nie zawadza... — rzekł boleśnie Ulquiorra. Grimmjow wzdrygnął się lękliwie.

— Ale te... czułości...? Inoue nigdy się przecież nie stała od tego krzywda? — badał ostrożnie.

Cisza.

— Hej? Cuarta...?

Westchnienie.

— Ludzie... Ludzie są przebiegli, Grimmjow. Nie wiedzieliśmy tego. Nie rozumieliśmy. Oni są przebiegli i przewrotni bardziej, niż my potrafiliśmy być. — Bez ostrzeżenia, Ulquiorra chwycił towarzysza za ramiona i spojrzał mu w twarz. Oczy płonęły mu gorączką. — Oni są niebywale przebiegli...

Cisza.

Grimmjow milczał. Cóż mógł na coś takiego odpowiedzieć? Obaj przecież przekonali się o tym aż nadto boleśnie — i aż nadto przyjemnie, biorąc pod uwagę ostateczne konsekwencje swojej porażki...

— Ona urabia moją kobietę!

Cisza

— Ona jej wmawia, że to wszystko z dobroci serca!

Cisza.

— Co ona może wiedzieć o sercu? Nigdy nawet żadnego nie rozcięła!

Cisza.

— Ona wmawia kobiecie, że cieszy się jej szczęściem, i że to nie molestowanie, tylko gesty platonicznej przyjaźni!

Grimmjow nie zapytał, czy jest szansa, że Chizuru mówi prawdę. Nie było takiej szansy. Ulquiorra sprawdzał w google.

— Ludzie — powiedział z goryczą Ulquiorra Schiffer — ludzie są niebywale zdeprawowani.

Milczeli, patrząc sobie w oczy.

— Chodzę z kobietą na te... Herbatki. Pijam je. Czasami nawet słodzę.

— A tamta...

— Atakuje z zaskoczenia. Jej strategie są bardzo skuteczne. Nie pozostawia mi możliwości działania.

— Ale...

— Moja kobieta nie ma w zwyczaju bronić się przed czymś, co uważa za objawy dobroci serca.

— Do diabła, czy...

— Moja kobieta ma mnie. A ja jej zawsze będę bronić. Bez względu na koszta.

Cisza.

Nic już nie potrzeba było dodawać. Grimmjow wiedział już wszystko — także i to, czego naprawdę wcale nie chciał się domyślać. Rozumiał, że niepohamowana Chizuru nie tolerowała żadnych przeszkód na drodze do utulenia — zmolestowania — wszystkich niewątpliwych krągłości swojej gwieździstej Inoue Orihime. I wiedział, że, wobec powyższego, wiernemu satelicie owej gwiazdy pozostawało tylko jedno — stanąć naprzeciw wroga i własną piersią bronić dóbr sobie przynależnych. Wizja Ulquiorry, miażdżonego przez żelazny uścisk kugucharzych objęć Chizuru, odbierała głos i oddech. Grimmjow opuścił głowę z bezradnym szacunkiem dla aktu tak bezgranicznego męstwa.

— Cuarta...

— Sexta.

Milczeli nadal, tym razem nie mogąc spojrzeć sobie w oczy.

— Ja coś z tym zrobię! — oznajmił z mocą Grimmjow Jaggerjacquez. — Ja coś z tym, cholera, zrobię!

— To ładnie z twojej strony, kochaneczku.

Oba arrankary odwróciły się gwałtownie — na progu stał opiekun ich dzisiejszej grupy terapii zajęciowej, wpółoparty o framugę i najwyraźniej bardzo zainteresowany ich rozmową.

— A co z tym zrobisz? — dopytywał się dobrotliwie.

— Coś na pewno! — Grimmjow uderzył pięścią w dłoń, zacietrzewiony. — Ona się zachowuje... Niesportowo!

— Ale jaki to ma związek? — zdziwił się Ulquiorra.

— No wiesz, powinna przynajmniej wprost się zadeklarować, że chce ci ukraść kobietę — wyjaśnił mu Sexta.

— Ale ona nie chce mi ukraść mojej kobiety...?

— Jak to nie?

— Ona ją tylko chce obściskiwać... Nie jest aż tak głupia, żeby ją kraść.

— Głupia?

— To moja kobieta. Tylko głupiec mógłby w to wątpić. Nikt jej nie ukradnie. Ani tamta, ani nikt. Ale też nikt nie będzie jej obściskiwał!

Tym razem logika Ulquiorry była dla Grimmjowa absolutnie jasna, zrozumiała i poprawna.

— I wreszcie mówisz z sensem! — Klepnął Cuartę, aż zadudniło. — Pomogę ci się rozprawić z tą zakałą kotowatych!

— Ty...?

— Przyjdę i utrę jej nosa, zobaczysz!

— Tak z ulicy wejdziesz...? Nie wpuści cię, nie jest zupełnie głupia.

— Oj tam, oj tam. Przyjdę z Kurosakim, o.

— Ale ty przecież nigdzie go nie zabierasz...?

Cisza.

Jakby jakiś nagły, bolesny i ciemnozielony grom strzelił w czoło Grimmjowa — Sexta Espada stał tylko, wgapiając się wytrzeszczonymi oczyma w rozmówcę. Tyle tygodni zadręczał się, mazgaił w poczuciu krzywdy, a nawet przez myśl mu nie przyszło, żeby po prostu wziąć sprawy w swoje ręce! Działać! Nie czekać, aż Kurosaki raczy zabrać go dokądkolwiek — po prostu samemu zabrać Kurosakiego, dokąd tylko się Grimmjowowi spodoba! Nawet na cholerną herbatkę do Chizuru! Haaaaaa! Twarz byłego Espady rozpromienił ten właśnie uśmiech, który czynił go klejnotem ewolucji kotowatych.

— Zrobimy to zaraz we czwartek — oznajmił Ulquiorrze.

Cisza.

Ulquiorra znał ten uśmiech, bardzo dobrze go znał. I właściwie poczuł się lepiej. Ale się nie przyznał. Tylko ręce, zamiast wpychać głęboko do kieszeni, zaczepił kciukami na szlufkach.

— Będziemy tam z kobietą po siedemnastej — stwierdził tylko.

— Przyprowadzę Kurosakiego — potwierdził Grimmjow, już się rozkoszując dźwiękiem tych słów. — Postaramy się nie spóźnić na deser.

Pokiwali do siebie głowami, zjednoczeni marzeniem o wspólnym celu polowania, ofierze bezradnej wobec przewagi liczebnej.

Anonimowy terapeuta zajęciowy zaklaskał.

Szerokie rękawy aż mu trzepotały, kiedy machał rękami z uciechy.

— Brawo, brawo! — Zachwyt w oczach. — Dzisiejsze zajęcia uznajemy za zaliczone w przedbiegach! — Uśmiech. — Panowie, zdaliście na piątkę z plusem!

cdn