(między słowami: Lestrade)

Czasami John musi odtworzyć dzwonek telefonu, by się upewnić, że aparat wciąż działa.

Pani Hudson wpada bez zapowiedzi, rzadko pukając i traktując kawalerkę Johna jak osobny segment mieszkania na Baker Street w odległej części Londynu. Niewieleze sobą rozmawiają, John proponuje herbatę, zadaje rzeczowe pytania o biodro pani Hudson i cukrzycę jej siostry, wypisuje recepty. Stamforda widuje w klinice – kolega ma teraz dużo na głowie: trzeci syn, habilitacja, John go rozumie.

- Niedługo będę mógł założyć własną drużynę piłkarską! – mówi Mike i John uprzejmie śmieje się razem z nim, obiecując umówić na piwo, na które nigdy nie pójdą.

Czasami odzywa się Lestrade. John nie lubi tych telefonów o dziwnych porach, gdy Lestrade w słuchawce jest pijany. John wie, że inspektora odsunięto od służby po tamtej sprawie, jak każdego, u kogo w aktach znalazło się nazwisko Sherlocka Holmesa. Choć nie są do końca pewni, czy to dobry pomysł, w końcu umawiają się w pubie – włosy Grega są teraz bardziej srebrne niż szpakowate. To tam John dowiaduje się, że Lily odeszła ze swoim trenerem tydzień po przymusowym urlopie Grega.

- Cały czas łudziłem się, że nie ma racji – mówi Greg, wbijając wzrok w barowy blat i obrysowując palcem słoje na drewnie. John patrzy na niego wyczekująco. – Sherlock. Kiedy tylko było dobrze, on zawsze to psuł. Do niego miałem większe pretensje niż do Lily. Ona miała być niewinna. To na niej miałem polegać. Wszystkie te brudy ze służby miałem zostawiać przed domem. Nie przewidziałem tylko, że w domu będą czekały na mnie kolejne. Najpierw instruktor jazdy konnej, potem tamten profesor, taki młody sekretarz z jej firmy i w końcu ten trener, a ja do końcanie wierzyłem, że już po wszystkim. – Greg rzyga słowami jak żółcią, tak szybko, że prawie się nimi dławi.

John przełyka ślinę.

- Greg…

- Wszystko w porządku – mówi Lestrade, machając ręką, chociaż przed tym gestem podnosi dłoń i muska blady ślad po obrączce. Nie trzeba wielkiego detektywa, żeby zrozumieć, że robi to nieświadomie, raczej z przyzwyczajenia niż rozmyślnie. – Wszystko w porządku John, naprawdę, do cholery, nie musisz się nade mną litować. Jakoś się trzymam. Jakoś. Oto słowo-klucz.

Jego głos jest niebezpiecznie zachrypnięty i John postanawia zmienić temat, nim emocje wezmą górę nad opanowaniem i nic już ich nie zatrzyma.

- Widziałeś ostatnio Molly Hooper?

Lestrade dopija kufel piwa. Biała warstwa piany nad wargą upodabnia go do młodszej wersji Świętego Mikołaja, takiej, o jakiejmarzą duże dziewczynki, choć Greg sam nie zdaje sobie z tego sprawy. Wzrusza ramionami.

- Nie. Ale w sumie… nie mam już okazji bywać w prosektorium.

- Jasne. Tak się zastanawiałem… nie było jej na pogrzebie – mówi John zamyślony. Lestrade rzuca mu spojrzenie żywsze niż przedtem.

- Jesteś pewien?

John ostrożnie kiwa głową. W odpowiedzi Lestrade niespokojnie zerka w bok i machinalnie szarpie kołnierzyk koszuli. John już widział u kogoś ten gest i teraz z trudem przywołuje z pamięci bladą, piegowatą twarz Dona McLahna, najmłodszego stażysty placówki w Ghazni. Don też tak robił, kiedy coś ukrywał. To objaw uczciwości, typowy dla porządnych ludzi, takich jak Greg. John obawia się, że sam już go nie używa.

- Ty coś wiesz – mówi z nagłą pewnością, patrząc badawczo na Grega. Inspektor gwałtownie wywraca oczami i odruchowo ścisza głos.

- Do cholery, powinienem przerzucić się na ogrodnictwo, bo detektyw, którego rozszyfrowuje John Watson, to…

Szybko przerywa; spojrzenie Johna jest aż nadto wymowne.

- Miałem szkolenie w wojskowym wywiadzie, Greg – mówi John trochę pobłażliwie, a trochę z irytacją. – Umiem wyciągać wnioski. Umiem też wyciągać informacje, jeśli już o tym mówimy. Prośbą albo groźbą.

- I mam mieć nadzieję, że zdecydujesz się na tę pierwszą opcję? – pyta Greg. John marszczy czoło.

- Masz mi powiedzieć. Uwierz mi, najgorsza alternatywa będzie lepsza od konferencji prasowej w Klubie Diogenesa zwołanej przez Mycrofta Holmesa…

- …nie znaleźli ciała Moriarty'ego – wpada mu w słowo Lestrade głosem zniżonym do szeptu. John mimo woli widzi Lestrade'a w nowej roli – szefa wydziału Scotland Yardu, nie przytłaczanego przez gigantyczne ego Sherlocka.

Lestrade bez pracy – ten prawdziwy Lestrade, nie kryjący się dłużej w cieniu Sherlocka – wygląda jak wilk przyczajony do skoku. Atakuje z najmniej spodziewanej strony.

Boże.

- Czy… czy ty… próbujesz mi powiedzieć…

Bożebożebożebożebożebożebożebożebożebożebożebożebo żebożebożebożebożenie.

Moriarty przeżył. Sherlock zginął. Umarł król, niech żyje król.

- Nie! Nie, John, nie! – Greg łapie go za nadgarstek. John nie jest w stanie utrzymać kufla, tak bardzo trzęsą mu się ręce, więc gwałtownie odstawia piwo na stolik.

- Miałem dostęp do akt, zanim zniknęły… - mówi pospiesznie Greg, oglądając się za siebie, mimo że jego słowa toną w dźwiękach Loch Lomond wygrywanego z pasją na życzenie grupy niemieckich turystów. – Uwierz mi, on nie przeżył. Jego mózg był na połowie tego pieprzonego dachu, nikt by tego nie przeżył. Nawet Moriarty.

- Mycroft – mówi John, pocierając dłonią czoło, a kiedy odejmuje ją od twarzy, Greg spogląda na niego niespokojnie. Twarz Johna wygląda teraz obco, niczym zastygła w wyrazie niezmiernego zmęczenia gumowa maska. – To Mycroft zabrał i utajnił te akta. Jasne.

- Nie powiedział ci – stwierdza Lestrade zaciskając zęby.

- I o czym to świadczy? – pyta John, uśmiechając się gorzko do ściany za barem.

- O braku zaufania. I nie tylko.

- Myślałem, że po tej cholernej konferencji, na której kazał mi wypruwać z siebie flaki na oczach BBC, będzie lepiej. – z ust Johna wyrywa się histeryczny chichot. – Stałem tam jak ostatni idiota i próbowałem udawać, że mnie to nic nie obchodzi, wiesz? Stałem, wszędzie były pieprzone światła i starałem się nie mrugać i było trudno. Ale trudniej było powiedzieć po prostu jego imię.

- Sherlock – zaczyna Lestrade uśmiechając się jednym kącikiem ust, John odpowiada mu krzywym grymasem – wysyłał mi smsy w trakcie moich konferencji. Wyobrażasz sobie jakie to uczucie, kiedy dwudziestu pięciu pismaków gapi się na ciebie, gdy właśnie otrzymali wiadomość ze słowem „BZDURA!"?

John ma na końcu języka coś o zgubnym wpływie ludzi nazwiskiem Holmes, gdy – jak na dany sygnał – telefon w jego kieszeni zaczyna natarczywie wibrować. Przez moment patrzą na siebie z Gregiem, połączeni wspólną myślą.

- Odbierz…

Masz wiadomość, krzyczy komórka, a Johnowi na widok nieznanego numeru znów zaczyna się trząść ręka, bo ta cholerna, irracjonalna nadzieja podchodzi mu nagle do gardła i John nie może tego znieść.

SPOJRZ ZA OKNO

Brak podpisu. John przełyka rozczarowanie, rzucając na ladę pieniądze za piwo. Za oknem widzi czarną, ponurą limuzynę i zgrzyta zębami. Greg zaciska palce na jego ramieniu. John kiwa mu głową.

- Obiecuję, że kiedyś skręcę kark temu człowiekowi. Trzymaj się, Greg.

Lestrade spogląda to na niego, to na samochód za oknem, przypomina to turniej Wimbledonu, a John rozumie dopiero wtedy, kiedy Greg się odzywa.

- Przysięgnij, że tego nie zrobisz. Szkoda by było.

Z samochodu wysiada Dziewczyna-Która-Ostatnio-Nazywała-Się-Lisa. Kiedy John do niej podchodzi – a idzie mu wolno, bardzo wolno, bo noga daje się we znaki bardziej niż powinna – Dziewczyna-Z-Komórką niecierpliwie wita go krótkim skinieniem.

- Ruszajmy. Szef nie lubi czekać.