Rozdział 1.

„Diagnoza"

Bella

Nie wiem, ile przeleżałam na trawniku i ile czasu na łóżku w gabinecie Carlisle'a. Wiem tylko, że kiedy się obudziłam, nad głową znajdowała się intensywnie świecąca lampa. Raziła mnie po oczach. Zacisnęłam powieki, żeby trochę ulżyć moim oczom. Po chwili poczułam, jak ktoś łapie mnie za rękę.

- Bello, nic Ci nie jest? – spytał Edward. Tak mi się zdawało, że to on.

- Spokojnie. Daj jej odetchnąć. Dopiero, co otworzyła oczy.

- Bello, słyszysz mnie? – zapytał ponownie.

Spróbowałam podnieść swoją głowę, lecz na nic się to zdało. Strasznie bolała mnie szyja, a połowa ciała mi zdrętwiała. Nie wiedziałam, co się dzieje…

- Bello, czy jesteś w stanie zejść o własnych siłach? – spytał ktoś. Po głosie wnioskowałam, że to Carlisle.

Ostrożnie zaczęłam się podnosić, ale znów wszystkie moje wysiłki poszły na marne. Na szczęście z pomocą przyszła mi ręka Edwarda. Rozpoznałabym ją wszędzie, lecz teraz wydawała się… inna. Mniej chłodna niż zwykle.

Po kilku sekundach siedziałam objęta przez swojego męża. Mój teść podszedł do nas i bacznie przyglądał się mojej skórze.

- Nie wiem, jak to możliwe, ale jesteś pokryta tą sama strukturą skóry, co my. Potrafisz świecić się w słońcu, ale ja ciągle nie rozumiem, dlaczego.

- Carlisle – zaczął mój ukochany - a co z wynikami badań krwi, którą pobrałeś zaraz po omdleniu? Myślałem, że już wiesz…

- Niestety. Ciągle próbuje ustalić to wszystko. Jedno jest pewne. Bella nie jest już w pełni człowiekiem.

Na te słowa zamarłam. To, kim ja jestem? Wampirem? Na pewno nie. Gdyby tak było, nie siedziałabym spokojnie w ramionach Edwarda, tylko biegała z zawrotną prędkością po lesie i szukała pożywienia…

A właśnie… czy posiadam jakieś inne cechy podobne do mojej wampirzej rodziny? Wiem tylko, że jarzę się w słońcu tysiącem brylancików, a co z pragnieniem krwi? Szybkim bieganiem? Albo jeszcze innymi umiejętnościami?

Powoli wyswobodziłam się w objęć Edwarda i skierowałam w kierunku łazienki. Nie uśmiechało mu się puszczać mnie samej, ale jednym gestem ręki nakazałam mu, żeby został. Chciałam coś sprawdzić. I wolałabym być wtedy sama…

Po cichu zatrzasnęłam za sobą drzwi do łazienki. Zapaliłam światło i skierowałam się do lustra. Skoro chcemy się dowiedzieć, co mi jest i kim teraz jestem, musimy znaleźć cechy przybliżone do danego gatunku…

Stojąc przed szklanym kwadratem westchnęłam ciężko. Bałam się tego, co zamierzam zrobić. A jeśli się okaże, że mam rację? Co wtedy? Szybko odgoniłam od siebie te myśli i przybliżyłam swą twarz do lustra.

Zamknęłam oczy i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Kiedy je otworzyłam, wrzasnęłam krótko. Mam… kły! Może nie takie jak Edward, ale są. Rzeczywiście moje przypuszczenia się sprawdziły. Drżałam teraz na całym ciele. Delikatnie dotknęłam palcem jednego z nich i… cholera, skaleczyłam się. Był naprawdę ostry. Krwawiącą kropkę na palcu przemyłam strumieniem wody.

Nagle Edward zaczął dobijać się do drzwi.

- Bello, otwórz! Co się tam dzieje? Coś Ci się stało?

- Nie! Wszystko w porządku! – krzyknęłam, nadal wgapiając się w swoje „nowe" odbicie.

- To dlaczego krzyczałaś? Isabello, otwieraj w tej chwili!

- Nic mi nie jest! Zaraz do Ciebie wyjdę! Chcę być przez chwilę sama! Chcę ochłonąć!

Cisza. Odetchnęłam z ulgą, że mój argument go przekonał. Spojrzałam na swojego palca i… no jasne! Nie jestem wampirem, bo krwawiłam! Ale jak to możliwe? Mam ostre kły, a krwawię?

Nici z moich teorii. Jak na razie jest 2: 1 dla wampira.

Usiadłam na podłodze, opierając się o wannę. Zaczęłam intensywnie rozmyślać, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. W końcu wkurzyłam się i wyszłam z łazienki.

Zaraz za drzwiami czekał Edward. Odetchnął, kiedy zobaczył, że wyszłam cała i zdrowa.

- Chodź, razem z Carlisle'm zastanowimy się, co takiego Ci jest.

- Macie jakieś podejrzenia? – spytałam podejrzliwie. Ściągnął brwi.

- Niewielkie. Ale o tym za chwilę.

Pociągnął mnie za sobą do wnętrza doktorskiego gabinetu jego ojca. Carlisle siedział przy swoim biurku i przeglądał szybko jakieś papiery. Gdy zobaczył, że weszliśmy do środka, odstawił to na bok i wstał z krzesła. Jedną ręką wskazał, abyśmy usiedli.

Zajęłam jeden z foteli, stojących obok okna. Naprzeciw mnie usiadł mój teść i przeglądał jakąś karteczkę.

- Są już wyniki… - skwitował Edward.

- Tak, ale z nich nic nie wynika – powiedział Carlisle.

- O co chodzi? Jest coś nie tak? – spytałam.

- Nie, chodzi o to, że… jesteś nieprawdopodobnie zdrowa!

- Słucham? – Jakoś nie rozumiałam wywodu Carlisle'a.

- Nigdy w życiu nie spotkałem się z tak dobrymi wynikami morfologii. Wygląda na to, że nadal nie wiemy, co takiego Ci jest oraz że dzięki temu czemuś jesteś najzdrowszym człowiekiem na ziemi.

- Czyżby człowiekiem… - wypowiedziałam te słowa szeptem.

Szybkim krokiem wyszłam z gabinetu Carlisle'a. Nie miałam ochoty na nic. Nawet na przebywanie w towarzystwie mojego ukochanego.

Zbiegłam po schodach na dół i natknęłam się na resztę rodziny. Rosalie podeszła do mnie i mnie przytuliła. Delikatnie ją odepchnęłam. Spojrzała na mnie pytająco. Nie powiedziałam nic, tylko się odwróciłam i niestety zderzyłam się z torsem Edwarda.

- Bello…

- Daj spokój Edwardzie. Chcę zostać sama.

Ale moje słowa nic nie dały. Z całej siły przytulił mnie do siebie. Nie miałam siły się z nim szarpać, więc skapitulowałam.

- Brawo Edwardzie, – zaczęła Rose – nie dość, że przez Ciebie Bella stała się niewiadomo, czym, to jeszcze teraz chcesz ją zmusić, żeby ot tak podeszła do Ciebie i wtuliła się. No wybacz, ale to już lekka przesada.

- Rosalie, pohamuj swoje myśli, jasne? – warknął Ed.

- A niby dlaczego? Po prostu mówię, jak jest i nie wpieraj mi, że jest inaczej.

- Ty nic nie wiesz, więc milcz!

- Edward – zaczęłam.

Ale za późno. Mój ukochany zamachnął się w stronę swojej siostry. Na szczęście dziewczyna okazała się na tyle zwinna, że w ostatniej chwili uniknęła ciosu. Stałam w rogu, oparta jedną ręką o blat kuchenny i przypatrywałam się, jak dwa wampiry walczą ze sobą. Cóż, może walczą to zbyt wiele powiedziane. Edward cały czas próbował uderzyć Rose a ona szczęśliwie tego unikała.

W pewnej chwili dołączył do nich Emmett. Złapał za rękę Eda i spojrzał mu w oczy, które były teraz nadzwyczaj groźne.

- Podnieś ją jeszcze raz w jej stronę, a skończy się to inaczej – powiedział mu to prosto w twarz.

Edward opanował się w końcu. Wyszedł z kuchni i usiadł w salonie. Nieobecnym wzrokiem patrzył w okno. Postanowiłam, że na razie zostawię go samego.

Usiadłam na jednym z krzeseł kuchennych. Westchnęłam ciężko. Po chwili obok mnie usiadła Alice, która bez słowa objęła mnie ramieniem. Jej słodki oddech kołysał zabłąkany kosmyk moich włosów.

- Nie martw się. Przejdzie mu. Często wścieka się z byle powodu…

- Nie sądzę, żebym była byle powodem.

Alice przygryzła nerwowo wargę. Zorientowała się, że nie przemyślała swojej wypowiedzi. Ale żadna z nas nie skomentowała jej.

Po chwili, widząc mój kosmyk, Alice założyła go za ucho. Kiedy to zrobiła, zamarła. Wyglądała tak jak wtedy, gdy odkryła jarzącą się w słońcu moją skórę.

- Bello, musimy natychmiast iść do Carlisle'a.

- Co się stało? – spytałam zdezorientowana.

- Chyba dzięki temu poznamy przyczynę Twoich dolegliwości… - oznajmiła hardo.


Leżałam na łóżku dobre 2 godziny. Na szczęście lampy na górze nie świeciły się. Carlisle poradził sobie bez nich. W końcu chodziło tylko o moją szyję.

- Edwardzie – zwrócił się do swojego syna. – Jak mogłeś do tego dopuścić?

- Sam nie wiem. To zdarzyło się szybko, nawet nie wiem, kiedy.

- Bello – teraz moja kolej na udzielenie odpowiedzi. – Czy poczułam, jak Ed ugryzł Cię w szyję? – Ton jego głosu był naprawdę poważny.

- Nic takiego nie czułam. Nawet nie wiedziałam, że mnie ugryzł, dopóki Alice nie zauważyła blizny.

- A czy czułaś może jakieś dolegliwości, skutki uboczne? – A skąd mam wiedzieć, jakie są skutki uboczne?

- Nie. Znaczy tak. Jak byliśmy jeszcze nad jeziorem, rozbolała mnie szyja. Trochę też piekło. Ale nie trwało to długo.

- To może oznaczać, że jad zrobił swoje, ale nie było go zbyt wiele. Miałeś szczęście synu.

- Czyli twierdzisz, że.. – zawahał się Ed – Bells ma w sobie odrobinę mojego jadu, który nie zmienił ją?

- Nie jestem jeszcze w stu procentach pewny. Ale jak na razie taka diagnoza nam musi wystarczyć.

- Tylko teraz pytanie brzmi: kim ja jestem? – spytałam.

- Szczerze: nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia także o tym, jak to możliwe, że jad Edwarda nie rozprzestrzenił się i nie zmienił Cię w wampira…

- Jak na razie też o tym nie słyszałem, ale może przyszedł czas na jakąś odmianę w naszej rasie? – spytał Jasper, wchodząc do gabinetu. Oparł się o biurko ojca i założył ręce na piersi.

- Jasper, ty wiesz sporo na ich temat. Może doradzisz nam, co jeszcze możemy zrobić? – spytał Edward swojego brata.

- Cóż, można spróbować…

Wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Bacznie mi się przyglądał.

- Bello, czy możesz przypomnieć sobie jakąś denerwującą sytuację, żeby Twoje serce biło szybciej? – spytał.

- Ok, spróbuje – odpowiedziałam i zamknęłam oczy. Na myśl przychodziła sytuacja, kiedy poznałam prawdę o Edwardzie. Moja zaklinowana noga, Nahuel, jeśli dobrze pamiętam… Przez to wspomnienie moje serce zaczęło bić z niewiarygodną szybkością.

- Świetnie Bello. O to chodziło. – Uśmiechnął się.

- Jasper, o co…

- Posłuchaj bracie jej serca. Bije szybko, ale cicho. Nie zauważyłeś tego?

W tej chwili przestałam się już bać. Postanowiłam wesprzeć się jakimś innym wspomnieniem. Przypomniałam sobie chwilę, kiedy Edward wyznaje mi miłość…

- Wystarczy – powiedział Jasper po chwili.

- Chyba masz rację synu – odparł Carlisle. – Ale co nam to daje?

- Ludzkie serce jest dla nas słyszalne. Czujemy jego rytm. Serce Belli nawet, jeśli bije z zawrotną szybkością, wyłapujemy je dopiero wtedy, gdy się wsłuchamy.

- Niesamowite – przyznał Edward. – Mów dalej.

- Więcej nie ma nic do gadania. Ale pomyślmy, co jeszcze można sprawdzić…

Znów przechadzał się powoli po pomieszczeniu, trzymając ręce z tyłu. Siedziałam na łóżku i wpatrywałam się w niego.

- Chyba wiem. Załóżmy, że ma w sobie jad, który był w stanie zmienić niektóre rzeczy. Zastanówmy się, jakie cechy ludzkie mógłby w ten czas zmienić…

- Oprócz tego, że święcę się i moje serce jest ciche…

- Nie do końca ciche, ale masz rację…

- No tak. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która odkryłam zaraz po przebudzeniu.

Cała trójka w mig znalazł się przy mnie. Carlisle złapał mnie za rękę i zaczął ją ponownie oglądać, Edward oglądał resztę mojego ciała, a Jasper stanął obok i przyglądał się mojej twarzy.

- Uśmiechnij się – rozkazał.

Wszyscy zaskoczeni popatrzyliśmy na niego. On tylko skinął głową, a ja posłusznie uśmiechnęłam się, ukazując szereg moich zębów i… dwa kły.

Instynkt drapieżnego wampira od razu nakazał im odskoczyć ode mnie i ustawić się w pozycji obronnej. Zaskoczyła mnie nieco ich reakcja. Kucali przede mną i warczeli wściekli. Jedynie Jasper stał niewzruszony i kręcił głową.

- Jak dzieci – skwitował.

Schowałam zęby i zrobiłam minę obrażonej. Jak oni mogli? Przecież nadal jestem Bellą…

- Wybacz nam. Głupio wyszło – powiedział Ed, prostując się na powrót.

- W porządku. To częściowo moja wina…

- Dobra, dobra, nie czas na kłótnie. Bella jak widać ma kły podobne do nas. Czyli już dwie nasze cechy. Jakieś pomysły? – rzucił w naszą stronę.

- Mogę spać i mam nadal te same potrzeby: czyli śpię, potrzebuję tlenu i jem – powiedziałam szybko.

- A właśnie! – klasnął Jasper.

- Nawet o tym nie myśl! – warknął Ed.

- O co chodzi?

- Musimy się tego dowiedzieć.

- Czy powiecie mi, o co chodzi?

- Jazz chce sprawdzić, czy… posmakujesz krwi – powiedział z odrazą Edward.

- To całkiem dobry pomysł – powiedział Carlisle.

- Ale mnie się nie podoba – stwierdził mój ukochany.

- Spytajmy Bellę, co o tym myśli – oznajmił Jasper.

Na samą myśl o krwi mnie mdliło. Brałam to za dobry znak, bo pewnie żadna tam żądza krwi we mnie nie tkwiła.

- Cóż, spróbujmy. Chce dowiedzieć się w końcu, co takiego mi jest.

- No dobrze. Pobiegnę z Alice załatwić krew, a jak chcecie, to poczekajcie na nas w salonie.

Załatwić krew? Już się boję myśleć, skąd…


Przenieśliśmy się z gabinetu, ale nie do salonu, tylko na taras. Wzięłam swój przydługawy sweter z wełny i usiadłam na ławce. Obok mnie spoczął Edward, który cały czas się martwił, rysując na swym czole maleńką zmarszczkę. Wtuliłam się w niego i przymknęłam oczy.

- Przepraszam – powiedział w moje włosy.

- Za co? – spytałam.

Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.

- Za wszystko. To moja wina. Przeze mnie nie wiemy, co ci jest. – Jego mina przyprawiała mnie o ból serca.

- Edwardzie, wszystko się jakoś ułoży. Jak na razie nadal jestem człowiekiem i nadal cię kocham – wyszeptałam i pocałowałam delikatnie w usta.

- Wybacz, ale ja jakoś nie potrafię spojrzeć na to z tej strony…

Jego ton i słowa zbiły mnie z tropu. Dlaczego tak mówił? Ranił mnie nimi okropnie.

- Ja w to wierzę Edwardzie – wyznałam mu.

Położyłam z powrotem swoją głowę na jego torsie. Poczułam, jak delikatnie bawi się moimi włosami. To znak, że ciągle się nad czymś zastanawiał.

Ja też miałam wiele do rozmyślania. Jutro jest poniedziałek i zarazem koniec ferii. Musimy wrócić do szkoły. Na szczęście pogoda w Forks zapowiadała się deszczowo, więc nie będę musiała się ukrywać. Dzięki temu, że Alice posiada zdolność przewidywania przyszłości, jesteśmy na bieżąco z informacjami o słońcu…

Oprócz tego musiałam przygotować się na wścibskie spojrzenia innych uczniów. W końcu jako pierwsza i jedyna jestem w szkole mężatką. Biorąc pod uwagę uczniów oczywiście.

Mike'a i Jessice dam radę znieść, ale istnieją jeszcze inni, wścibscy ludzie…

I jeszcze jedna rzecz: jutrzejszy test! Na śmierć zapomniałam.

Zerwałam się na równe nogi. Edward popatrzył na mnie zaskoczony.

- Co się stało? – spytał.

- Jutro mamy test! I kiedy my się nauczymy? – Trzęsły mi się ręce i zrobiło mi się gorąco.

- Martwisz się testem? – zaśmiał się krótko.

- A ty nie? Jak dla mnie jest on ważny, a teraz mam zupełną pustkę w głowie. – Spanikowałam. Nie miałam za dużo czasu na naukę.

- Spokojnie. Usiądziemy razem i coś Ci podpowiem.

- Taa, jasne…

Znów się zaśmiał. Tym razem nieco dłużej, ale po chwili wróciliśmy do naszej pozycji.


Zbliżał się wieczór. Za oknem było słychać świerszcze. Całą rodziną siedzieliśmy na kanapie i czekaliśmy na powrót Jaspera i Alice. Znudzeni przeglądaliśmy kanały telewizyjne, ale na żadnym z nich nie było nic interesującego. Co drugi kanał był w innym języku, którego w żaden sposób nie rozszyfrowałam…

Minęła kolejna godzina i w końcu się zjawili. Mieli mały termos, który trzymała w swoich rękach All. Westchnęłam i podniosłam się z kanapy.

- Chodźmy do kuchni – powiedział Carlisle.

Posłusznie wszyscy wstali i ruszyli w stronę pomieszczenia. W pewnym momencie Carlisle odwrócił się.

- Tylko Edward i Jasper jeśli można – powiedział.

Pozostali nie mieli szczęśliwych min. Ale z drugiej strony to dobrze, że inni nie będą musieli oglądać tego przedstawienia.

Weszliśmy do kuchni. Ed zapalił światło a Jasper wyjął kubek z szafki. Wlał czerwoną ciecz do środka i zamieszał ją delikatnie, zaciskać nos. Spojrzał na mnie i po chwili wręczył mi kubek. Wolałam nie wąchać tego…

Cała trójka w oczekiwaniu patrzyła na mnie. W końcu wzięłam głęboki wdech i, zatykając nos, wypiłam część zawartości. Odłożyłam kubek na stół i złapałam się za brzuch. W ustach czułam posmak metalu i czegoś jeszcze. Nagle zrobiło mi się niedobrze.

- Ludzka? – spytałam, ledwo składając litery w wyraz.

- Tak, musieliśmy brać pod uwagę, że po zwierzęcej będzie gorzej…

Gorzej? To może być jeszcze gorzej?

Po chwili rzuciłam się do zlewu i wszystko, co miałam w swoim żołądku wylądowało właśnie w nim. Lekko czerwona mazia cuchnęła niesłychanie. Opłukałam szybko usta, ale nadal czułam ten okrutny, metaliczny smak…

Spojrzałam na pozostałych. Zdążyli za ten czas sprzątnąć kubek z krwią. Jasper uśmiechał się od ucha do ucha.

- Czyli mamy odpowiedź – skwitował.

- Jaką? – spytałam. Mój żołądek nadal się buntował.

- A taką, że nie jesteś wampirem – powiedział.

- Tyle to już wiem.

- Ale skoro nie tolerujesz krwi, to znaczy, że Twój organizm jest nadal przystosowany do ludzkiego trybu życia…

Odetchnęłam. Jak na razie ta informacja mi wystarczyła. Ale co z resztą? Dlaczego posiadam wampirze cechy?

Na te pytania zamierzam wkrótce znaleźć sensowne odpowiedzi…