List przeczytałam kilka razy, zanim nie otworzyłam paczuszki. Zaglądając do środka, widziałam już, że jej wnętrze jest magicznie powiększone, bo w środku znajdowało się o wiele więcej rzeczy, niż wskazywałyby na to jej wymiary. Po kolei zaczęłam wyjmować z niej przedmioty by po chwili wszystko zgarnąć tam z powrotem. Zamknęłam wieczko.
- Otworzę w salonie - powiedziałam widząc zdziwione spojrzenie mężczyzny - I lepiej coś załóż na siebie, zanim się na ciebie rzucę. - Kolejny grymas zdziwienia ze strony Jacksona - No wiesz, półnagi facet u mnie w sypialni - zamruczałam zadziornie i puściłam mu oczko. Widziałam jak ten tłumi niewielkie zmieszanie. Już dawno sobie zapowiedzieliśmy, że nie będziemy ze sobą sypiać, a naszą relację oprzemy na zaufaniu i dobrym winie a nie seksie.
Nie kryliśmy się przed sobą z naszymi „podbojami". Mimo samotnego życia, nie miałam zamiaru spędzać go w celibacie. Byłam kobietą i miałam swoje potrzeby, które od czasu do czasu lubiłam zaspokajać. I nie chodzi tutaj bynajmniej o potrzebę zakupów, czy inne takie. Wstałam z łóżka i sięgnęłam po koszulkę jaką miałam wczoraj na sobie. W salonie powinny gdzieś leżeć moje krótkie spodenki. Z paczką pod pachą poszłam do salonu. Zaczęłam się rozglądać za spodenkami. Przyklęknęłam na kanapie i zajrzałam za nią.
- Tu was mam - powiedziałam zadowolona. Mocniej się nachyliłam, by sięgnąć po leżące na podłodze ubranie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój tyłek, ubrany tylko w gacie, jest obecnie wypięty w stronę Jacksona, który nie potrafi oderwać od niego wzroku. Wyciągnęłam rzeczone spodenki zza kanapy. Dopiero teraz zauważyłam, że mój kumpel stoi w drzwiach do salonu z niewyraźną miną.
- Co jest? - zapytałam spokojnie, nakładając dół. Ten tylko potrząsnął głową.
- Nie, nic takiego. Zamyśliłem się tylko.
- Zrobisz kawy? Ja w tym czasie zacznę wypakowywać prezenty - zwróciłam się do niego. Gdy tylko odwrócił się plecami do mnie, zmierzyłam go dyskretnie wzrokiem. No dobra, wcale nie dyskretnie, ale nie gapiłam się mocno na niego. Nie moja wina, że facet był wybitnie w moim typie. Był umięśniony, ale nie przesadnie, tak w sam raz. Strasznie też, podobały mi się jego tatuaże na ramionach. Sama miałam jeden, zrobiony wbrew mojej woli i co najgorsze, niemożliwy do usunięcia. Podrapałam odruchowo moje lewe przedramię.
- Otrząśnij się i nie gap tak na jego plecy... zobacz jaki ma zgrabny tyłek. – Mój wewnętrzny głos był jakoś dziwnie złośliwy dzisiaj.
Złapałam wieczko paczki i otworzyłam ją. Musiałam się skupić na zadaniu, a nie na półnagich przystojniakach w moim mieszkaniu. Zaczęłam powoli wypakowywać rzeczy z wnętrza. Były tam jakieś dokumenty, kilka fiolek z eliksirem, pergamin z dołączonym piórem i kolejne dwa pudełka. Pudełka odłożyłam na bok, postanowiłam zająć się ich zwartością później. Najpierw zamierzałam przejrzeć dokumenty. Podejrzewałam, że są to informacje z biura aurorów, na temat tych zaginionych dziewczyn. Otworzyłam pierwszy skoroszyt. Na samym wierzchu znajdował się list, adresowany do mnie.
„ Panno Riddle
Dyrektor Dumbledore poinformował mnie właśnie, że zgodziła się pani nam pomóc.
Jest to dla mnie duża ulga, wiedząc, że otrzymamy pomoc doświadczonego mugolskiego funkcjonariusza policji..."
- niezły patent na komplementy. Szkoda, że na mnie nie działają już takie głodne kawałki.
- „...W teczce, w której znajdował się ten list, znajdują się kopie materiału dowodowego, zebranego w tej sprawie. Do paczki dostarczonej pani dzisiaj przez Hedwigę, dołączyłem specjalny pergamin i pióro. Pozwoli ono na kontakt między nami. Wystarczy, że napisze pani coś na pergaminie, a wiadomość ta pojawi się od razu na identycznym pergaminie jaki sam posiadam..."
- Zmyślny sposób na komunikację. Już się martwiłam, jak będę się z nimi kontaktować, skoro nie mam ani sowy ani kominka w mieszkaniu.
- „...Jeżeli będzie się chciała pani spotkać ze mną osobiście, chętnie służę swoim czasem.
Pragnę dodać też, że mimo iż nasze Biuro Aurorów zajmuje się tą sprawą, Ministerstwo Magii oficjalnie nic nie wie na ten temat. Cała sprawa jest też ukrywana, z wiadomych względów, przed opinią publiczną, dlatego też, prosiłbym o jak najszybsze rozwikłanie sprawy, jak i o dyskrecję.
Z wyrazami szacunku Harry James Potter
Szef Biura Aurorów"
Patrzyłam się na treść listu, a głównie na podpis jaki pod nim widniał, z szeroko otwartymi oczami. Okazywało się właśnie, że ten gnojek, zaszedł tak daleko. A nie wydawało się kiedyś, że będzie w stanie nawet dobrze zawiązać butów. Co też wojna robi z ludźmi. Pokręciłam głową.
Zauważyłam, że na stole przede mną stoi kubek z mocną kawą. Z mlekiem i bez cukru. Jackson wiedział jaką lubię najbardziej. Ciągle nie założył koszulki. On to chyba robi specjalnie. Albo mnie chce podrażnić, albo oczekuje czegoś innego. Postanowiłam nie zwracać na to uwagi. Wzięłam kubek z kawą w obie dłonie.
- Mam akta sprawy - powiedziałam, kiwając głową w stronę leżącej na stole teczki. - Podobno to wszystko, co mają w tej sprawie. Chociaż mi się widzi, że za wiele tego nie jest, jak na rodzaj afery, jaką z tego wszystkiego robią. - Jackson wziął teczkę do rąk i zaczął przeglądać jej zawartość. Ja w tym czasie upiłam łyk kawy. Musiałam zacząć powoli kombinować, jak przekonać mojego szefa do kilku dodatkowych dni wolnego. Nie podejrzewałam, że będzie mi potrzebne więcej na znalezienie czegoś na Malfoya.
Od zawsze był zbyt pewny siebie, a działanie w świecie mugoli, mogło dodatkowo obniżyć jego czujność. Chociaż z drugiej strony, niedawna wpadka jego wspólnika mogła troszkę go zaalarmować. Ale zabili go nie aurorzy, a zwykła mugolska policjantka. Sięgnęłam po kilka papierów z teczki i zaczęłam je przeglądać. Raporty aurorów, nie różniły się zbytnio od tych naszych. Podobnie pisane, podobna treść. Jednym słowem - krótko, zwięźle i na temat, bez zbędnych dywagacji czy domysłów. Odrzuciłam raporty po chwili przeglądania. Wzięłam do rąk pióro i pergamin. Postanowiłam sprawdzić czy działa.
- Co to jest? - zapytał Jackson, podnosząc głowę znad raportów.
- Pergamin do komunikacji z Aurorami - odpowiedziałam, rozwijając ostrożnie papier. - Działa podobnie do... - zastanowiłam się, do czego można przyrównać jego działanie - to coś jak nasz czat komputerowy.
- Czyli...
- Czyli piszę na nim, a ktoś mi odpisuje i to się pojawia na nim.
- Ciekawe - Jackson patrzył z wyraźnym zainteresowaniem jak biorę do rąk pióro i zaczynam pisać na pergaminie.
- Witaj Harry, z tej strony Stella. Sprawdzam jedynie, czy to działa, możesz odpisać w miarę szybko? - Odpowiedź na moje pytanie zaczęła się pojawiać prawie natychmiast.
- Witaj Stello. Tu Harry. Cieszę się, że piszesz.
- Czy to, co nam podesłaliście, to wszystko co macie?
- Niestety tak. Więcej nie mogę podesłać, bez wzbudzania podejrzeń. Wiesz, Dumbledore, prosił, by to nigdzie nie wyciekło. Chce grać dalej przed ludźmi.
- Grać? W co on znowu pogrywa?
O co chodziło?
- Nie mówił ci?
- Co miał mi mówić?
- Powiedzieliśmy ludziom, że te uczennice są na wymianie z Beubaxton.
- Wiesz co będzie jak to pierdolnie? Ale to nie moja sprawa. Nie mi się oberwie po dupie za to.
W duszy zaczęłam błagać Merlina, żeby tak pewnemu dyrektorowi Hogwartu powinęła się noga.
Temu starcowi należało się to, za te wszystkie lata dziwnych zagrywek. Nie zaprzeczę, że jest dość potężnym czarodziejem, że zasłużył się kilkoma rzeczami, ale był też niezłym skurwysynem. Dość podobnym w tym do mojego ojca. Ten sam poziom paranoi i tak samo duża, jak nie większa chęć manipulowania ludźmi dla własnych celów. W tym względzie, mój ojciec był lepszy niż on, bo nie pogrywał z własnymi ludźmi co czynił drops. Przyznaję, że moja niechęć do niego ma w dużej mierze, pochodzenie osobiste. Gdyby pomógł mi podczas procesu, teraz mój stosunek do niego byłby inny. On jednak pozwolił mnie skazać, chociaż mógł przekonać Wizengamot o tym, że należy mi się złagodzenie kary, jeśli nie całkowite uniewinnienie. Jako szef Wizengamotu pozwolił, żeby mi zabrano magię, a tego chuja Malfoya puszczono wolno. Ktoś tu miał spaczone poczucie sprawiedliwości jak dla mnie.
- Dlatego chcemy, żebyś nam pomogła Stello. Bez ciebie nie znajdziemy nic na Malfoya i kolejne dziewczyny będą uprowadzane.
- Mam posprzątać po was bagno, nieźle.
- Wiem, że nie wygląda to dobrze...
- Skończ z taką gadką Potter. Pomogę wam, bo chcę z powrotem moją magię. Powiedz mi, czy wiesz, jak mogę dotrzeć do Malfoya? Czy mam to kombinować sama?
- Wszystko powinno być w części, jaką podesłała ci Minerwa. Tam masz napisane o tym, o czym udało nam się dowiedzieć na temat najbliższej możliwości spotkania z Malfoyem.
- Jakiego spotkania? Dlaczego mam wrażenie, że nie wiem wszystkiego?
- Może nie doczytałaś?
- Ty nie bądź taki mądry Potter, bo to do ciebie nie pasuje. - Szybko sięgnęłam po dwa pudełka. Jak słusznie podejrzewałam, były one od starej kocicy. Otworzyłam większe. Na wierzchu leżała koperta
- Ale oni uwielbiają do mnie pisać, czuję się normalnie wzruszona. - zadrwiłam na głos.
„ Stello
Piszę krótko...od informatora...że odbędzie się...przyjęcie...musisz tam być...powodzenia
Minerwa"
Szybko przeleciałam tekst listu.
- O kurwa - Powiedziałam na głos. Przewróciłam pudełko, wywalając jego zawartość na stół. Nie patrzyłam przy tym, czy dokumenty przypadkiem nie spadają na podłogę. Z lekkiego, papierowego opakowania podniosłam biały materiał. Wstałam, chcąc zobaczyć co to jest dokładnie. W rękach trzymałam białą, jedwabną suknię. Całość była wyszywana typowymi ślizgońskimi barwami. Czerń, zieleń i srebro tworzyły wijące się u dołu sukni węże.
- No, ją chyba popierdoliło! Czy ta stara baba myśli, że ja to założę? - zaczęłam złorzeczyć. Tak szczerze to suknia bardzo mi się podobała. Nie miała żadnych ramiączek, jedynie niewielką wstawkę przy dekolcie, od wewnętrznej strony, która miała pomóc jej się trzymać na moim biuście.
- Całkiem ładna, gdzie ją założysz?
- Mam ją założyć na spotkanie z Malfoyem - odpowiedziałam szybko.
Spojrzałam na siedzącego naprzeciwko mnie Brodiego. Odrzuciłam suknię na kanapę i poszłam do kuchni. Sięgnęłam po papierosa. Musiałam zapalić i poukładać to, czego się właśnie dowiedziałam. Z papierosem w ustach otworzyłam okno i siadłam na blacie. Głowę oparłam o znajdujące się za mną szafki.
Przed chwilą, z listu od McGonagall, dowiedziałam się, że będę musiała jutro wziąć udział w niewielkim przyjęciu, jakie wydawał dla swoich mugolskich przyjaciół Malfoy. Skoro wiedzieli o czymś takim, to po co ja im byłam potrzebna? Zaraz... tam chyba było napisane, że ktoś, kto miał iść za mnie, nie będzie w stanie i że muszę się tam pojawić… Zeskoczyłam z blatu i szybkim krokiem wróciłam do kuchni. W przejściu zderzyłam się z torsem Jacksona. Byłam tak pochłonięta myślami o liście, że nawet się nie zarumieniłam. Podniosłam list i zaczęłam go ponownie czytać. Tym razem wolniej.
„ Stello
Piszę krótko. Od naszego zaufanego informatora dowiedzieliśmy się, że w dniu jutrzejszym, w posiadłości, na terenie Edynburga, odbędzie się przyjęcie wydawane dla mugolskich przyjaciół Malfoya seniora...
- Macie kurwa informatora i nie mówicie mi o nim? A żeby wam wszystkie skrzaty pozdychały i hipogryf kopnął…
... Z przyczyn, o jakich dowiesz się niebawem, informator ten, nie będzie mógł wziąć w nim udziału. Korzystając z Twojej zgody i chęci na udzielenie nam pomocy, muszę prosić ciebie o stawienie się na tym przyjęciu...
- Że co proszę? Chyba śnisz kobieto.
... Dołączam niezbędne elementy garderoby, gdyż po wczorajszym wieczorze uważam, że nie posiadasz nic odpowiedniego.
Powodzenia
Minerwa"
No ostatnim zdaniem to, kurwa, przesadziła. Byłam cała wściekła. Nie tym, że dowiedziałam się, że mieli albo mają nadal informatora, ale najbardziej tym, że ta stara kocica śmie twierdzić, że nie mam nic odpowiedniego na przyjęcie. Nie trzeba było mi nic konfiskować po procesie, to bym miała co na siebie nałożyć! A tak wszystkie moje suknie i cała biżuteria została zaanektowana przez Ministerstwo. Teraz pewnie chodzą w tym żony jakiś urzędników.
Owszem, zgodziłam się im pomóc i wiedziałam, że szczegółów dowiem się dzisiaj z przesyłki, ale to czego się dowiadywałam przechodziło ludzkie pojęcie. Gdybym wiedziała o tym wszystkim wczoraj to - To byś się na to nie zgodziła i pogoniła ich w pizdu - mój wewnętrzny głos jak zawsze miał rację.
- Znowu mnie ładują w chuja - powiedziałam na głos - Masz i czytaj - podałam list Jacksonowi.
Ten wziął go i zaczął uważnie czytać. Teraz cieszyłam się, że nie założył jeszcze koszulki. Może jak powgapiam się w jego tors, uspokoję się chociaż troszkę. Byłam tak zaaferowana tym, że mogę bezkarnie podziwiać jego gołą klatę, że nie zauważyłam ja podchodzi do mnie bardzo blisko.
- Wszystko w porządku? - powiedział z wyraźną troską w głosie, dotykając mojego ramienia. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Pokiwałam twierdząco.
- Na pewno? – dopytywał - Widziałem, co tam było napisane. Sam jestem na nich wściekły, że tak cię potraktowali. - Uśmiechnęłam się delikatnie. No czy on nie był kochany z tą troską? - I gołym torsem - niech mój wewnętrzny głos się już zamknie.
- Tak Jackson, wszystko jest w porządku - powiedziałam cicho. Jakby głośniej wypowiedziane słowa mogły zniszczyć tą dziwną atmosferę, jaka zaczęła się tworzyć dookoła nas - Przyzwyczaiłam się, że oni tak robią. - Nie potrafiłam mówić głośniej. Nie kiedy on stoi tak blisko. Nie kiedy jego silne ramiona zagarniają mnie w uścisk. Westchnęłam niemal bezgłośnie wtulając się w niego. Dopiero teraz poczułam jaki był ciepły. Było mi tak dobrze i spokojnie, że nie chciałam za nic przerywać tego uścisku. Przyłożyłam głowę do jego klatki, wsłuchując się w bicie jego serca. Jakieś dziwne ciepło rozlało się po moim całym organizmie, gdy poczułam, jak zaczyna gładzić mnie po plecach. Nagle nerwy kilku ostatnich dni ulotniły się gdzieś daleko. Zostało jedynie to ciepełko i niesamowity spokój. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle ujął mnie delikatnie za policzki, unosząc moją głowę tak, bym mogła spojrzeć na niego.
- Czemu przestałeś? - szept wydobył się ze mnie, całkowicie poza moją kontrolą. Jackson pogłaskał kciukami moje policzki. Zaśmiał się cicho na moje poprzednie słowa.
- Już lepiej? - szepnął ze swoim zniewalającym uśmiechem, za którym udało mi się dostrzec troskę. Byłam zdolna jedynie do kiwnięcia głową.
- To dobrze - pocałował mnie w czoło i odsunął się powoli ode mnie. – Dlaczego? - krzyczało moje wewnętrzne Ja - Podejdź i pocałuj mnie kretynie!
- Mam jeden dzień, na zapoznanie się ze wszystkimi dokumentami - powiedziałam tak specjalnie, żeby nie myśleć o tych ramionach, które jeszcze chwilę temu tuliły mnie do siebie, które głaskały mnie po plecach i policzkach.
- Sprytna jesteś, poradzisz sobie, a ja z chęcią ci pomogę, na ile będę mógł. - Po tych słowach miałam ochotę go wycałować. Zamiast tego ruszyłam do kuchni.
- Zrobię coś do żarcia, pewnie jesteś głodny, a i ja bym coś zjadła - mówiłam, nawet nie musiałam silić się na lekki ton. Po takim przytulaniu, przychodziło mi to nadzwyczaj łatwo.
Przez chwilę postanowiłam zająć moje myśli czymś innym, niż grupą byłych gryfonów, po których ja, biedna ślizgonka, muszę sprzątać. I to podobno węże są tymi złymi. Chyba w gryfońskich snach. My myślimy, a nie rzucamy się bez zastanowienia na wszystko, gdzie możemy zyskać chociaż troszkę chwały. Wykonujemy ruch dopiero wtedy, kiedy jesteśmy pewni wygranej. W każdym innym przypadku, opracowujemy odpowiednią strategię, szykujemy podłoże i dopiero wtedy atakujemy.
W kuchni zaczęłam krzątać się, robiąc jakieś jedzenie. Dużego wyboru nie miałam, a nie miałam też czasu na żadne zakupy. Tak jak lubiłam to małe mieszkanko, tak kuchnia była jego jedynym mankamentem. Poruszanie się po niej, przypominało grę w koszykówkę. Jackson kiedyś nazwał ją właśnie koszykarską kuchnią, po tym, jak szykując coś do jedzenia, kręciłam się po niej na jednej nodze. Szybko przyszykowałam jakąś sałatkę z tego, co miałam w lodówce, a co nie zdążyło z niej samo wyjść. Pewnie usłyszę, że za mało mięsa. Jak chce, może sobie zamówić coś na wynos. Ja się nie obrażę, będzie więcej dla mnie.
Do salonu wróciłam z miską sałatki i dwoma talerzami. Zastałam Jacksona wpatrzonego w jedno ze zdjęć. Podeszłam do stołu i położyłam na nim naczynia.
- Co tam widzisz takiego? - zagadnęłam zaglądając mu przez ramię. Na nieruchomym zdjęciu widać było młodą dziewczynę, na oko piętnasto - szesnastoletnią, leżącą na brzegu jakiej rzeki czy też jeziorka. Brodie nie odpowiedział w pierwszej chwili. Zdawał się zupełnie nie zauważać mojej obecności - Jackson, co jest? - teraz to ja położyłam rękę na ramieniu mężczyzny. Dopiero ten gest zbudził go z głębokiego zamyślenia.
- Skąd jest tutaj to zdjęcie Ruby? - zapytał. Siadłam przy nim.
- To jedna z ofiar, przynajmniej na taką wygląda. I chyba nią jest, bo skąd to zdjęcie tutaj? - powiedziałam. Gdy zaczęłam się przyglądać zdjęciu, mogłam zauważyć, że jest nieco starsze niż pozostałe - Ale mówili, że do tej pory była tylko jedna ofiara - mówiłam. Analizowałam zdjęcie dość dokładnie.
- Niamh - szepnął siedzący obok mężczyzna.
- Co tam mruczysz, nie słyszałam
- To moja siostra - zamknął oczy i oparł się o oparcie. Otworzyłam szeroko oczy.
Skąd w papierach od aurorów znajdowałoby się zdjęcie jego siostry? Kiedyś mi o niej opowiadał. Była od niego o 4 lata starsza i została zamordowana tuż po swoich szesnastych urodzinach. Do dzisiejszego dnia, nie znaleziono jej mordercy. Jackson przyznał mi się, że ciągle go szuka.
- Zapytam się Pottera, skąd tutaj jej zdjęcie, może trafiło tutaj przez przypadek. Chyba, że twoja siostra też była czarownicą? - mówiłam spokojnym tonem. To byłoby jedyne w miarę rozsądne wyjaśnienie tego znaleziska. Jego matka była charłakiem, więc istniała chociaż teoretyczna możliwość, że przynajmniej jedno z jej dzieci, mogło odziedziczyć magię po przodkach. Brodie nie miał w sobie ani grama magii, podobnie jak ja obecnie. Z tym, że moja magia może wrócić, a jego nie pojawi się wcale. Wszystko zaczynało się gmatwać coraz mocniej. Coś czułam, że cała ta sprawa ma swoje drugie dno i nie chodzi tutaj tylko o zaginione uczennice i chęć pogrążenia Malfoya. Złapałam za pióro i pergamin.
- Kiedy możesz się ze mną spotkać jak najszybciej Potter? – napisałam - Najlepiej przed jutrzejszym przyjęciem. Muszę dowiedzieć się kilku rzeczy, zanim pojawię się przed Malfoyem.
Na odpowiedź czekałam kilkadziesiąt minut. W tym czasie, wmusiłam w Jacksona zamówione wcześniej jedzenie. Mojej sałatki nie ruszył. Podobno za mało mięsa w pomidorach. Nie dogryzałam mu zwyczajowo na takie stwierdzenie. Widziałam, że znalezienie tego zdjęcia, wstrząsnęło nim dość mocno. Co chwilę spoglądał na pergamin, sprawdzając czy przyszła już odpowiedź.
- Stare obserwatorium astronomiczne. Będę czekał na szczycie za godzinę. Wypij wcześniej eliksir i weź różdżkę. Drops nie wie nic o spotkaniu - ostatnie zdanie zostało dopisane po pewnym czasie.
- Nie puszczę cię tam samej - powiedział od razu Jackson.
- Nie miałam zamiaru iść sama. Pewnie jakbym ci powiedziała, żebyś został, to i tak polazłbyś tam za mną - mówiłam. Szczerze to nie chciałam ciągnąć Jacksona za sobą, ale facet miał prawo dowiedzieć się czegoś o siostrze. Może to jest ten przełom w sprawie, na jaki czeka już od tylu lat? Chociaż prośba o wypicie eliksiru i wzięcie różdżki nie była pewnie bezzasadna i może branie go ze sobą, na spotkanie z Potterem nie było najlepszym pomysłem. - A teraz panie chodzę-z-gołym-torsem ubierasz się i szybko się tam zbieramy. -Wstałam z miejsca i złapałam ze stołu buteleczkę z eliksirem. - Jak tutaj wrócę masz być już ubrany.
Niecałe dwadzieścia minut, po otrzymaniu ostatniej wiadomości od Pottera, siedzieliśmy już w starej Alfie Brodiego, jadąc na spotkanie w Obserwatorium. Tuż przed wyjściem z domu wypiłam jeszcze eliksir, przyniesiony mi wczoraj przez McGonagall. Nikt mnie nie uprzedził, że powrót magii może być aż tak bolesny. Gdyby nie silne ramiona Jacksona, upadłabym na podłogę po wypiciu tego świństwa. Tak, trzymał mnie mocno w pionie, podczas gdy ja krzyczałam i trzęsłam się z bólu. Czułam, jakby moimi żyłami zaczął płynąć ogień. Paliła mnie dosłownie każda komórka mojego ciała.
Ból tak nagle jak się pojawił zniknął, pozostawiając po sobie dziwne uczucie, jakby wypełnienia. Byłam jakoś bardziej kompletna. Gdy brałam z półki różdżkę, przez moje palce przebiegł niewielki prąd, po czym różdżka rozbłysła kolorowymi iskrami. Uśmiechnęłam się szerzej do siebie. Miałam swoją magię. W końcu. Po tylu latach, mogłam się nią cieszyć. Na kilka godzin na razie, ale powinno mi to wystarczyć. Niedługo udupię Malfoya i dostanę ją już na stałe. Czasowy zwrot magii był doskonałym zagraniem taktycznym ze strony Dumbledore'a. Czując ją w sobie, mogąc jej używać, miałam większe szanse na przeżycie w konfrontacji z jakimkolwiek czarodziejem jak i miałam dodatkową motywację, do jej permanentnego odzyskania.
Oprócz magii, moją dodatkową motywacją był siedzący obok mnie Jackson. Bardzo chciałam, żeby dowiedział się czegoś o okolicznościach zabójstwa siostry. Może dzięki temu uda mu się odnaleźć jej mordercę. Dlatego chciałam, żeby pojechał ze mną na spotkanie z Potterem. Będzie miał możliwość porozmawiania z młodym aurorem w cztery oczy.
- Czy ty musisz zawsze słuchać takich smętnych kawałków? - zapytałam chcąc przełączyć muzykę.
- Zostaw, odpręża mnie.
- Zasnę zaraz przy niej - mruknęłam. Cały czas ściskałam w dłoniach swoją różdżkę.
- Kim on właściwie jest? - zapytał nagle Jackosn. - Ten cały Potter czy jak mu tam.
- Harry Potter - szepnęłam pod nosem. - W telegraficznym skrócie mówiąc, zbawił on świat czarodziejów od plagi, jaką był mój ojciec i jego banda - Brodie spojrzał na mnie kątem oka.
- On zabił twojego ojca?
- I tak go nienawidziłam - powiedziałam całkowicie poważnie. - I chwała za to Potterowi, że udało mu się dziada ubić. Inaczej pewnie ja bym to zrobiła. - Mojego ojca, niezależnie od tego, jak był nazywany - Lordem Voldemortem, czy Tomem Riddle - nienawidziłam całym moim sercem. Do mojej matki, która była tylko zwykłą, zakochaną w potędze Lorda czarownicą, nie żywiłam nic. Żadnych uczuć. Ojca mogłabym natomiast zabić gołymi rękoma, gdybym tylko mogła. Mężczyzna ten zniszczył życie nie tylko mi, ale też niezliczonej liczbie czarodziei i czarownic. Chciał oczyścić świat ze szlam i mugoli, zapewnić władzę czystokrwistym. Zapomniał, że sam był półkrwi, hipokryta jeden.
Mimo całego skurwysyństwa, jakie w sobie posiadał, miał jedną istotną przewagę, nad pozornie dobrym charakterem Dumbledore'a - swoimi ludźmi nie manipulował w tak bezczelny sposób i nie okłamywał ich w żywe oczy. Gdy ktokolwiek mu podpadł, dowiadywał się o tym od razu i to dość boleśnie. Nie dawał nigdy złudnej nadziei na wybaczenie, bo on nigdy nie wybaczał. Każdy kto zawinił mu w jakiś sposób, mógł spodziewać się kary. Ojciec potrafił karać i robił to z lubością, chociaż potrafił docenić skruchę i dawał szansę na rehabilitację, mimo braku wybaczenia.
A Dumbledore? On mamił ludzi swoją dobrocią, pozornie wybaczał, by po chwili uderzyć w najczulszy punkt. Prawie nigdy nie karał tego, kto coś zrobił. On uderzał w rodziny i bliskich takiego delikwenta. I robił to wszystko z tym swoim uśmiechem dobrotliwego staruszka. Wymuszał określone zachowanie niewypowiedzianą groźbą. Robił to wszystko tak doskonale, że tylko nieliczni przejrzeli jego zachowanie. Mój ojciec był po prostu szczery w swojej nienawiści, nie mamił nikogo dobrocią.
- Ciekawe, co ten cały Potter nam powie? - głos Jacksona wydobył mnie z zamyślenia. - Nie dziwi cię, że nie poinformował Dropsa o tym spotkaniu? - kiedyś powiedziałam mu, jaką ksywkę ma Dumbledore.
- Pewnie nakreśli nam mniej więcej, o co w tym wszystkim chodzi. Podejrzewam, że Drops zataił kilka dość istotnych szczegółów nie tylko przed nami, ale i przed Potterem. Kiedyś ten chłopak był dość zapalczywy i jak każdy nienawidził robienia go w chuja. Być może stało się coś, co spowodowało, że chłopak ma już dość dyrektorskich gierek. - Brodie słuchał mnie uważnie. Wiem, że starał się zrozumieć jak najlepiej zaistniałą sytuację. Był człowiekiem z zewnątrz, a tacy mieli zazwyczaj świeże spojrzenie na na sprawę.
W końcu dojechaliśmy do celu. Jackson zaparkował auto kawałek od wejścia do Obserwatorium. Gdy wysiedliśmy z auta, rozejrzałam się dyskretnie dookoła. Zachowywałam się tak, jakbym wykonywała jakieś zadanie z pracy. Ciągła czujność i oczy dookoła głowy. Wyłapywanie wszystkich niepasujących rzeczy. Brodie robił to samo.
Ruszyliśmy, w stronę wejścia. Sprawdziłam jeszcze, czy różdżka za bardzo nie rzuca się w oczy i czy nie wystaje za mocno z rękawa. Nie zabierałam ze sobą broni, nie wiedziałam nawet, czy mój kompan ma swoją ze sobą. Oficjalnie każde z nas miało teraz wolne i nie powinniśmy dotykać służbowej broni nawet końcem kija. Jednak przezorny zawsze ubezpieczony i lepiej mieć przy sobie coś, tak na wszelki wypadek. Z premedytacją wzięłam ze sobą tylko różdżkę. Chciałam sprawdzić, czy dalej wiem jak jej używać. Pamiętałam, że rzucanie zaklęć na mugoli jest karalne, ale miałam się spotkać z szefem Biura Aurorów. Potter powinien mi wybaczyć takie małe odstępstwo. Gdy weszliśmy, od razu podeszłam do miejsca, gdzie za szybą siedział mężczyzna sprzedający bilety do obserwatorium. Mocniej ścisnęłam różdżkę, skupiając się na wyszeptaniu inkantacji zaklęcia. Nie czarowałam od ponad siedmiu lat. Może z tym jest jak z jazdą na rowerze i nie zapomina się tego.
- Confudus - szepnęłam wykonując jednocześnie nieznaczny ruch ręką. - Chcemy wejść spokojnie - Siedzący przede mną mężczyzna popatrzył się na mnie z dziwną miną po czym podał nam dwa bilety, z którymi mogliśmy przejść przez bramkę. Złapałam Jacksona za rękę i przeszliśmy bez problemu. Gdy tylko znaleźliśmy się w środku, przy schodach prowadzących na górę, uśmiechnęłam się szeroko.
- Coś ty teraz zrobiła, Ruby? - zapytał patrząc to na mnie, to na mężczyznę sprzedającego bilety przy wejściu.
- Otumaniłam go lekko – odparłam. - Dzięki temu weszliśmy bez problemu. - Czułam się jak małe dziecko, które dostało wymarzonego lizaka. Uczucie po wykonaniu pierwszego zaklęcia od tak dawna było niesamowite.
- Ale jak?
- Zaklęcie - szepnęłam. Pociągnęłam go za rękaw głębiej do środka. Teraz musiałam zacząć szukać Pottera. Miałam nadzieję, że nie zmienił się za bardzo, od kiedy widziałam go ostatni raz w budynku Ministerstwa Magii. Pamiętam ten dzień doskonale. To wtedy wykonano na mnie 'wyrok' podając, a raczej zmuszając do wypicia eliksiru drenującego. Chłopak brał już wtedy udział w przyspieszonym szkoleniu aurorskim. W siedem lat dochrapać się stołka szefa Biuira Aurorów robiło wrażenie. To zupełnie, jakbym ja awansowała na Komisarza Policji. Niestety, bez mugolskiego wykształcenia, funkcja sierżanta była najwyższą jaką mogłam piastować.
Brodie namawiał mnie na zrobienie jakiś kursów eksternistycznie. Nie chciałam się w nie ładować. Może nie miałam ochoty marnować czasu na coś, co mi się do niczego nie przyda. Awanse nie były mi w żaden sposób potrzebne. Nigdy nie byłam jakaś super ambitna, chociaż to może złe określenie. Nie lubiłam robić niczego, na co nie miałam ochoty lub co nie przynosiło mi wymiernych korzyści. Wtedy potrafiłam się naprawdę postarać. Ta cecha zawsze wkurwiała mojego ojca. Ile od niego zebrałam za to, że nie chciałam więcej, lepiej, a przede wszystkim tak jak on chciał. Próbował mnie zmuszać do działania. A im bardziej naciskał, tym bardziej ja robiłam się przekorna. Miałam dużą wiedzę, ale nie chciałam jej wykorzystywać tak jak on tego chciał. Pokręciłam głową, rozpędzając myśli o moim ojcu. Poczułam nagle, jak coś szarpie delikatnie moją ręką. Zapomniałam, że wciąż trzymałam Jacksona za rękę.
- Chłopak przed nami- szepnął mi na ucho nachylając się do mnie - Patrzy się na ciebie i wygląda jakby ciebie znał. - Spojrzałam dyskretnie przez ramię i zobaczyłam go.
Od razu poznałam Pottera. Takiej szopy na głowie nie ma nikt inny. Niesamowicie zielone oczy chłopaka wpatrywały się we mnie i Brodiego. Zmierzyłam go wzrokiem. Wyrósł. Nie był już tym chudym chłopaczkiem. Stał obok nas dość wysoki młody mężczyzna.
- To on - oderwałam się od Brodiego. Muszę przyznać, że zrobiłam to dość niechętnie. Coś ostatnio, za bardzo toleruję jego bliskość. Kiedyś jeszcze chociaż się rumieniłam, a teraz... zaczynałam wołać o więcej. Podeszłam do młodego aurora.
- Wyrosłeś troszkę, Potter - powiedziałam, patrząc na niego uważnie.
- Ty za to dalej jesteś mała i wkurwiająca - odezwał się do mnie tymi samymi słowami, jakimi uraczył mnie kiedyś w siedzibie Zakonu, gdy się kłóciliśmy. Ech, stare dzieje i stara historia.
- Kogo ze sobą przyprowadziłaś? - spojrzał ponad moim ramieniem na stojącego za mną mężczyznę.
- To Jackson Brodie, mój kolega z pracy – odpowiedziałam. - To przez niego głównie, poprosiłam ciebie o to spotkanie.
Potter zmarszczył czoło.
- Przez niego? Dlaczego? Coś mu zrobiłem?
Zaśmiałam się na te słowa.
- Masz coś na sumieniu, że się czegoś obawiasz? - zagadnęłam lekkim tonem. - Po prostu zdjęcie jego siostry było wśród zdjęć tych dziewcząt, jakie mi podesłałeś. Myślę, że ma do ciebie parę pytań w związku z tym. - Harry pokiwał głową.
- W sumie to nic pewnego - mówił powoli, wyraźnie dobierając odpowiednie słowa - Po prostu natknąłem się w archiwum na podobną sprawę sprzed trzydziestu lat. Wtedy też zaginęło kilka dziewczyn, a kilka z nich znaleziono martwych - mówił cicho. Jackson podszedł do nas w międzyczasie i przysłuchiwał się uważnie jego słowom - Wtedy nie znaleziono sprawców, a sprawą nikt nie zajmował się potem za bardzo, bo Voldemort - tu spojrzał na mnie - zaczął działać dość jawnie i nikt nie miał głowy, żeby zajmować się sprawą zaginięcia kilku uczennic.
- Chcesz mi powiedzieć, że nikogo nie zainteresowało, że ze szkoły zniknęło kilka osób? - w głosie Brodiego słyszałam dziwną ostrość.
- Zrozum. Wtedy ludzie znikali prawie codziennie. Zaczynała się wojna. Śmierciożercy szaleli jak chcieli.
Jackson zacisnął mocno pięści zdenerwowany. Dotknęłam jego ramienia, co go wyraźnie uspokoiło.
- Chcemy dopaść tego, kto to zrobił. To najprawdopodobniej ta sama osoba. - kontynuował Potter. - Ten sam zwyrodnialec zabijał wtedy i zabija teraz.
- Teraz złapaliśmy winnego śmierci Marthy Poppins – wtrąciłam. - Osobiście zabiłam go we wczorajszej obławie. - Potter nie był zaskoczony tymi wiadomościami. Musiał to wiedzieć od Dumbledore'a. - Powiedz nam to, czego nie ma w papierach, jakie mamy. Chcę wiedzieć, czego się spodziewać. Inaczej to nie ja udupię Malfoya, a on mnie - dodałam na końcu.
Harry poczochrał się po głowie, wprowadzając na nią jeszcze większy chaos. A już myślałam, że nie można bardziej potargać włosów.
- Powiedziałbym ci wszystko co wiem, ale jak to wyjdzie, to mi Drops urwie jaja - szepnął Potter.
- Do cholery, jesteś szefem aurororów, a boisz się jakiegoś starego człowieka?
- Nie wiesz jaki on jest.
- Właśnie, że doskonale wiem jaki jest i do czego jest zdolny ten stary kutas - syknęłam cicho.
- Nie wiesz. - Twardo obstawał Potter.
- To mnie oświeć, panie zbawco świata.
- To on nie pozwolił ci zwrócić magii wcześniej - Jeśli myślałam, że już nic mnie nie zdziwi w tej sprawie, to się grubo myliłam. Do tej pory sądziłam, że to przez opieszałość urzędników, lub ich niechęć do mojej skromnej osoby, mającej pecha być dzieckiem największego skurwysyna pod słońcem, nie chcą mi oddać magii. Skoro wtedy stary Drops nie chciał mi zwracać magii, dlaczego zgodził się to zrobić teraz? O co chodziło? O czym jeszcze nie wiem? Westchnęłam ciężko.
- Już się pogubiłam - pokręciłam głową. Spojrzałam na Jacksona.
- Nie wiesz, co takiego może wiedzieć ten cały Drops, że teraz zgodził się oddać Ruby jej magię? - zapytał się Pottera. Facet miał niesamowitą intuicję i umiał szybko dochodzić do właściwych wniosków. To była kolejna rzecz, dla której chciałam go mieć teraz blisko siebie. To czego ja nie zobaczę, Jackson dostrzeże na pewno.
- Ruby? - mina Pottera była iście kretyńska.
- To moja ksywka - wyjaśniłam.
- No więc... nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że musi się czegoś bardzo mocno obawiać. Gdy rozmawiał o tym z Kingsleyem, ten zgodził się nie nagłaśniać sprawy.
- Poczekaj, chcesz mi powiedzieć, że Minister Magii wie o wszystkim?
- Pewnie nie o wszystkim…
- Kurwa mać - zaklęłam głośno. - Mam już dosyć takich gierek. Ten starzec mnie dobija. Mógłby już zdechnąć i dać mi żyć spokojnie. Wychodzi na to, że...
- Że nikt nie zna całej prawdy, oprócz tego waszego Dropsa - powiedział za mnie Brodie. - Nie podoba mi się to, co on wyrabia. Żaden rozsądny człowiek, mag, czy inny Drops, nie wysyła innych do działania, nie mówiąc wcześniej wszystkiego, co powinni wiedzieć.
Pokiwałam głową. Takie zagrania były typowe dla Dumbledore'a. Mówił innym to co chciał, a oczekiwał, że ci wykonają wszystko tak, jak sobie to zaplanował, co było praktycznie niemożliwe. To że udało mu się wygrać wojnę zawdzięczał albo dużemu szczęściu, albo niesamowitemu geniuszowi. Osobiście skłaniałam się bardziej do pierwszej wersji. Ponoć głupi ma zawsze szczęście, jak mówi jedno z mugolskich powiedzonek.
- Teraz widzisz jeszcze bardziej, dlaczego mam taką awersję do starszych ludzi pokroju Albusa – powiedziałam. - Aż mam ochotę znowu się upić. - Pomasowałam swój spięty kark. Musiałam się koniecznie jakoś odstresować bo zwariuję... i to na samym początku. - Idziemy na jednego? - zapytałam obu mężczyzn.
- Ja odpadam. Ginny mi jaja urwie i każe je zjeść, jak poczuje ode mnie alkohol.
- No co ty, Potter, kobiety się boisz? - Już zapomniałam jaką frajdę mi kiedyś sprawiało denerwowanie tego gnojka. Mogłam go tak nazywać. Był młodszy ode mnie o cztery lata.
- Nie no... ja tylko - zaczął się plątać.
- A powinieneś się jej bać.
- Ona jest w ciąży, no… - bąknął cały czerwony. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Gratuluję. No to się postarałeś - mówiłam wesoło. Poczułam jakieś dziwne ukłucie, dowiadując się takich rzeczy o ludziach, jacy byli kiedyś częścią mojego życia. Może jak już odzyskam magię całkowicie i będę mogła się z nimi spotkać, nadrobię zaległości.
- Riddle, postaraj się następnym razem nie używać czarów na mugolach. Albo rób to tak, żebym nie widział. Wiesz, za to może grozić Azkaban - Potter wyszczerzył się szeroko i zarazem zadziornie.
- No co ty, charłaka do Azkabanu, a gdzie litość? - złapałam się teatralnie za serce. Pokręciłam głową - Dobra, leć już do siebie – powiedziałam. - Odezwę się zaraz po tym cholernym spotkaniu z Malfoyem. – mówiłam. - Jak na nim było, podeślę i tobie i Albusowi. - Mój uśmiech znaczył, że nie zamierzam informować Dropsa o wszystkim, czego uda mi się jutro dowiedzieć. Skoro dalej chciał z nami pogrywać, ja zacznę traktować go tak, jak on nas. Na jutro postaram się przygotować najlepiej jak tylko potrafię, żeby nie popełnić żadnego głupstwa.
- Aaa, zapomniałbym Riddle - odezwał się jeszcze Harry. - Muszę ci przypomnieć, jak się teleportować tak, żebyś się nie rozszczepiła. - Odsunęłam się od niego.
- Nie chcę się teraz teleportować – mruknęłam. - Za dużo tutaj mugoli dookoła. - Spojrzałam błagalnie na Jacksona, niech on mnie ratuje. Ten jednak nie wyrażał żadnego sprzeciwu.
- Nie patrz się tak na mnie. Musisz poćwiczyć to całe czarowanie.
- Ale ja umiem czarować, no… - Zrobiłam minę jak małe dziecko. Patrzyłam to na Jacksona, to na Harry'ego. Wiedziałam, że on ma rację. Mogłam znać inkantację, wiedzieć, jaki ruch nadgarstka wykonać dla zwiększenia efektu. Ale nie robiłam tego już tyle lat, że mogłam stracić dawną zwinność. - Nie chcecie sobie może pogadać w cztery oczy? - zapytałam. Wcześniej chciałam, żeby ta dwójka porozmawiała spokojnie o siostrze Brodiego. Jackson mógł przekazać Harry'emu kilka informacji, jakie są jedynie w posiadaniu mugoli.
- Nie. Spotkamy się jeszcze nie raz, podejrzewam. - Słowa kumpla zaskoczyły mnie. Mówiąc to, patrzył na młodego aurora. - On musi ci pokazać kilka rzeczy, a ja obiecałem Marjory, że zabiorę ją do kina - skinęłam głową. Podejrzewałam, że propozycja Pottera, że pomoże mi przypomnieć sobie jak się teleportować, była dla niego doskonałą wymówką, na oderwanie się ode mnie. Byliśmy dobrymi kumplami, może nawet przyjaciółmi. Ale nawet ja wiedziałam, że najważniejszą kobietą w jego życiu, była jego córka. Akceptowałam to całkowicie.
- Pozdrów małą ode mnie. - Uśmiechnęłam się ciepło do Jacksona.
- Masz ją odstawić bezpiecznie do domu młody - niespodziewanie Brodie wyciągnął rękę do Pottera. Harry uścisnął jego dłoń.
- Spokojnie, odstawię ją w jednym kawałku. Bardziej bałbym się o siebie. Saphire potrafi być ostra.
- Nie lubi tego imienia. Woli, jak mówi się do niej Stella albo Ruby.
- Okej, będę ją tak nazywał. - Potter uniósł ręce w geście poddania. - Pewnie ją to denerwuje, a jak się wkurzy… - Udał, że się wzdryga. - Żebyś ją widział w trakcie Bitwy o Hogwart. Nie było na nią mocnych.
- Teraz też nie należy do najspokojniejszych - Brodie spojrzał na mnie, uśmiechając się wesoło.
- Halo panowie, ja tu jestem i słyszę. - Pomachałam ręką. No cholery, zaczęli sobie gadać o mnie. Musiałam to przerwać, bo znając Pottera zaraz chlapnie coś, po czym, będę musiała mu urwać jaja, a wtedy jego panna się na mnie może wkurwić - Ty Jackson, spadaj do córki. A ty Potter - tu spojrzałam ostro na młodszego z mężczyzn - Uważaj, bo mogę jeszcze jakiś czas czarować. A wiesz, że moja różdżka zawsze była szybka. - Obaj zaśmiali się jeszcze na moje słowa, po czym pożegnali mocnym uściskiem dłoni. Odprowadziła Jacksona wzrokiem do wyjścia.
- Porządny z niego facet - odezwałam się bardziej do siebie, niż do stojącego obok Pottera. - Zwijamy się stąd? - zapytałam. Chłopak jedynie skinął mi głową. Złapał mnie za ramię i nim się spostrzegłam, deportował nas z obserwatorium. Zrobił to tak nagle, że mało nie zwróciłam wszystkiego co jadłam w zeszłym miesiącu. Nienawidziłam takich nagłych teleportacji. Źle wpływały na mój układ trawienny.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, gdy mogłam już w miarę normalnie oddychać.
- Zabrałem ciebie do miejsca, gdzie czasami sam ćwiczę – powiedział chłopak. - Wiesz, muszę mieć takie miejsce, żeby...
- Żeby znać kilka rzeczy, o których nie wie nikt. - Potter popatrzył na mnie z dziwną miną. - Nie patrz tak na mnie. Sama na twoim miejscu bym się postarała o takie coś.- Wzruszyłam ramionami. Chłopak miał taką pozycję, która wymagała niesamowitej znajomości niemal z każdej dziedziny magii. Byłam dość mile zaskoczona, tym jak daleko zaszedł po wojnie.
Potter mimo wyraźnie dużej mocy magicznej nigdy nie grzeszył nadmiarem inteligencji. Nie był co prawda tępy, ale do zbyt lotnych też nie należał. Mózgiem w jego ekipie była ta kudłata Granger. Swoją drogą, ciekawe co się teraz z nią dzieje. Kurde, tyle pewnie się wydarzyło, odkąd odeszłam z magicznego świata. Byłam zwyczajnie ciekawa, co się tam dzieje z tymi wszystkimi ludźmi, których znałam.
Dobra. Teraz to ja się muszę skupić na przypomnieniu sobie kilku użytecznych zaklęć. Inaczej może być ze mną dość krucho. Jutro mam stanąć naprzeciwko tego pojeba, Malfoya. Drań był dość przebiegły, skoro udało mu się wywinąć od Azkabanu po wojnie, a teraz knuł coś i potrafił ukryć obciążające go dowody przed wszystkimi. Znalezienie czegokolwiek na niego będzie wymagało ode mnie niemało trudu. Ale czego się nie robi, żeby odzyskać magię na stałe.
Dla niej byłam w stanie znieść naprawdę wiele. Co prawda żyłam bez niej już jakiś czas i w pewien sposób przyzwyczaiłam się do tego, że nie potrafię czarować. Tęskniłam jednak za swobodą, jaką dawała możliwość używania magii. Bez niej czułam się mocno ograniczona i jakby niepełna. Magia była ze mną odkąd pamiętałam. Uczyłam się jej wykorzystywania od najmłodszych lat. Jak twierdziła moja matka i reszta ludzi, jacy brali udział w moim wychowaniu, bycie jedynym dzieckiem i dziedzicem Voldemorta zobowiązywało. Nie miałam jak inni ograniczeń, jeśli chodziło o rodzaj magii, jakiej chciałam się uczyć. Mogłam swobodnie czytać wszelkie księgi, jakie byłam w stanie zrozumieć. Chyba tylko cudem, nie udało im się zmienić mnie w zapatrzonego w czystość krwi potwora, jakim był mój ojciec.
Nie opuszczało mnie przeczucie, że kroiło się coś grubszego. Za dużo rzeczy wyglądało dziwnie, za wiele z nich starano się ukryć i przedstawić inaczej, niż było w rzeczywistości i to na samym początku. Już samo to, nakazywało mi zachowanie daleko idącej ostrożności.
Odruchowo sięgnęłam do kieszeni kurtki, gdzie powinnam mieć paczkę fajek.
- Kurwa - zaklęłam. - No gdzie one są? - W kieszonce kurtki, ani w spodniach nie mogłam znaleźć papierosów.
- Czego szukasz?
- Fajek. Muszę zapalić.
- Nie urośniesz, jak będziesz ciągle jarać.
- Spierdalaj, Potter. Sam mi podbierałeś fajki, jak byłeś młodszy, to teraz nie pierdol o szkodliwości - Robiłam się mocno nerwowa i tylko papieros mógł mnie w tej chwili uspokoić. Harry uniósł ręce w obronnym geście.
- Ale spokojnie kobieto. Nie złość się tak.
- Będę, bo nie mam fajek.
- Ja też nie mam. Musisz wytrzymać.
Zacisnęłam mocno szczęki i przymknęłam oczy. Starałam się uspokoić licząc w myślach do dziesięciu. Kiedy doszłam do siedemdziesięciu pięciu, mogłam otworzyć oczy i spojrzeć na stojącego naprzeciwko mnie chłopaka bez chęci mordu.
- Okej. Jestem już spokojna - powiedziałam powoli.
- To możemy w końcu zaczynać? Nie mamy za dużo czasu - zaczął mówić Potter. - Muszę być za jakąś godzinę z powrotem, jeśli nie chcę wzbudzić podejrzeń.
- Spoko. Pokazuj co mam wiedzieć i spadaj do swojej kobiety. Swoją drogą, jak udało ci się wyrwać taką laskę, jak młoda Weasley? - Popatrzyłam na niego zadziornie.
- Ma się ten urok osobisty - odpowiedział z dumą.
- Podejrzewam, że twoja inna osobista rzecz przekonała ją do ciebie - spojrzałam sugestywnie na jego krocze. Zaskoczył mnie kolejny raz. Nie zarumienił się, co czynił kiedyś na najmniejszą wzmiankę na temat jego pożycia intymnego.
- Możesz się zachowywać poważnie? Jak nie chcesz, to nie pokażę ci nic i radź sobie sama z Malfoyem. Ale jak oberwiesz, to nie przychodź z płaczem. - Chłopak niemal na mnie warknął.
- Ale może spokojnie Potter, bo sobie sami będziecie musieli radzić z tym dupkiem - powiedziałam spokojnie.
Momentalnie się uspokoiłam po takich słowach.
- Ja sobie bez magii poradzę, ale wy beze mnie raczej nie. Więc troszkę grzeczniej w stosunku do mnie, dobrze? To wy mnie poprosiliście o pomoc. Ja się do tego nie pchałam.
Potter patrzył na mnie spode łba. Widziałam, że walczy teraz ze sobą i z chęcią by coś odpowiedział. Podziwiałam jego opanowanie. Kiedyś by wybuchł i uniósł się honorem, a teraz potrafił się pohamować.
- Najpierw pokaż mi, jakiekolwiek zaklęcie - Harry'emu widocznie zależało, na wykonaniu zadania.
- A co mam ci pokazywać? Widziałeś, że z Confudusem sobie poradziłam.
- Tego nie będziesz w stanie użyć na Malfoyu.
- Podejrzewam, że nie będę mogła niczego na nim użyć - mruknęłam pod nosem. Czułam się jak na sprawdzianie z Zaklęć u Flitwicka.
- Pokaż mi w takim razie cokolwiek. Muszę zobaczyć, jak z twoją kumulacją magii.
Skupiłam się mocno. Na samym początku chciałam przetestować coś prostego. Wyjęłam z kieszonki chusteczkę i rzuciłam ją na podłogę.
- Vingardium Leviosa - szepnęłam pod nosem. Wykonałam odpowiedni ruch nadgarstkiem a chusteczka poszybowała gładko w górę. Uśmiechnęłam się szeroko na ten widok. Poczułam się, jakbym wykonywała to zaklęcie po raz pierwszy. Byłam tak zaaferowana latającą chusteczką, że nie zauważyłam jak Potter podnosi swoją różdżkę i posyła we mnie jakieś ofensywne zaklęcie. Zareagowałam jak typowy mugol - odskoczyłam w bok.
- Co to kurwa miało być?! - wrzasnęłam. - Pojebało ciebie totalnie?!
- Sprawdzałem twój refleks i to jak zareagujesz.
- W dupę sobie wsadź takie sprawdzanie. Jeszcze raz a zobaczę, czy twoje protego wytrzyma wystrzał z broni - warknęłam.
- Zwykłe protego nie, ale protego horribilis owszem - odpowiedział. Postanowiłam zapamiętać to na przyszłość. Taka wiedza zawsze bywa przydatna. Kolejne minuty spędziliśmy na przypominaniu mi prostych, ale użytecznych zaklęć.
Próbowałam kilka bardziej złożonych, ale nie byłam w stanie na tyle skumulować magii w sobie. Być może będę mogła je wykonać dopiero wtedy, gdy cała moja magia powróci. Podpytywałam też Pottera o Malfoya. Chodziło mi o to, czym się zajmuje i skąd mają podejrzenia co do jego osoby. Okazało się, że dłuższy czas nie był podejrzewany o nic, dopóki nie urodziło się dziecko, które wyglądało jak jego młodsza kopia. Dziewczyna zmarła zaraz po porodzie, a i z dzieckiem nie było najlepiej. Ten incydent naprowadził aurorów na trop. Zaczęli węszyć w mugolskim świecie, ale nie radzili sobie za dobrze. Chłopak nie chciał mi na razie powiedzieć, kim jest ich informator. Podobno został on na jakiś czas odsunięty od poważniejszych zadań, żeby nie wzbudzać niezdrowych podejrzeń. Dowiedziałam się jedynie, że jest to osoba powiązana w jakiś sposób z samym Malfoyem.
- Martwi mnie tylko jedna rzecz - odezwałam się nagle.
- Jaka? - zapytał chłopak.
- Czy on wie, że mam możliwość korzystania z magii? - zapytałam. Potter pokręcił głową.
- Nie, chyba nie - odpowiedział.
- To chyba czy nie? - dopytałam.
- Nie wiem no.
- Bo... lepiej jakby nie wiedział, że mogę czarować - mówiłam powoli. Zastanowiłam się, jak można by to obejść. Z moim poziomem magii, nie będę w stanie ukryć swojej aury. Wszystkie zaklęcia maskujące jakie znałam, wymagały za dużej mocy i koncentracji.
- Musisz zaryzykować w takim razie.
- Jakoś nie mam na to ochoty - mruknęłam pod nosem.
- To co zamierzasz? - zapytał.
Nagle mnie olśniło.
- Wielosok - powiedziałam, szczerząc się szeroko. Harry popatrzył na mnie jak na ciekawostkę przyrodniczą.
- Nie bardzo rozumiem. Chcesz łyknąć eliksir i stać się kimś innym?
- Nie. Pójdę tam jako ja - mówiłam, a widząc, że chłopak nie bardzo łapie o co mi chodzi, zaczęłam tłumaczyć - Malfoy na pewno mnie pozna, nawet po tylu latach. Nie chcę, żeby wiedział, że mam częściowo zwróconą magię. Jakbym wypiła wieolosok, on na pewno by poczuł, że jestem pod jego działaniem, ale nie wiedziałby, że to ja. Kojarzysz. Zacząłby się zastanawiać, kto się pode mnie podszywa. Nie oszukujmy się. On będzie wiedział, że Dumbledore coś knuje, skoro się pojawiam, więc utrzymywanie wszystkiego w tajemnicy można sobie odpuścić. Możemy jedynie go trochę skołować, co kupi mi nieco czasu na dowiedzenie się co mu siedzi w głowie.
Potter wyraźnie się zastanawiał nad moimi słowami.
- Zamotane to wszystko.
- Nie zamotane, a ślizgońskie.
- Właśnie. Za bardzo wężowe.
- No wybacz, ale nie wpadnę tam rycząc na wszystkich jak jakiś gryfon. - Pokazałam mu język. - Musisz mi załatwić na jutro buteleczkę wielosoku. - Potter pokręcił głową. Nie podobało mu się to wszystko chyba. - Niedawno zabiłam jego mugolskiego wspólnika, choćby dlatego, powinnam się jakoś ukryć - powiedziałam, żeby go przekonać. Chłopak uniósł ręce w geście poddania
- To twoje zadanie i wykonujesz je jak będziesz chciała - powiedział. - Nic mi do tego. Uważaj jedynie na siebie.
- Nie bój się. Nie z takimi dawałam sobie radę. - Tym to chyba sama siebie chciałam przekonać, że to całe zadanie to jakaś prościzna.
- Jutro rano podrzucę ci eliksir. Tak się składa, że mam kilka na stanie. Wszystkie autorstwa Snape'a, więc co do jakości nie będzie zastrzeżeń.
Cieszyłam się, że będę miała ten eliksir. Użycie go może być nieco ryzykowne, ale dzięki temu miałam nadzieję kupić sobie tak potrzebny mi czas. W miarę, jak siedzieliśmy w tej dziwnej sali treningowej, czułam jakby ktoś spuszczał ze mnie powietrze. Pewnie kończył się czas działania eliksiru. Starczył ledwie na dwie godziny. Niewiele.
- Chyba na mnie już czas - powiedziałam masując swój mroczny znak. Ten dziwnie mnie zapiekł, gdy magia uchodziła ze mnie.- Odstaw mnie do domu, jak obiecywałeś Jacksonowi.
Potter podszedł do mnie i złapał mnie za ramię.
- Ty prowadzisz w aportacji, skup się porządnie na celu - powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
Wyobraziłam sobie moje mieszkanie, dokładnie kawałek wolnej podłogi w salonie. Chwilę później czułam znajome szarpnięcie, a jeszcze chwilkę potem, staliśmy w moim salonie. Tym razem zniosłam to w miarę dobrze. Czułam, że te resztki magii, jakie miałam w sobie, zniknęły całkowicie, pozostawiając mnie znowu charłakiem. Niewielkie uczucie żalu, zastąpione zostało szybko świadomością, że mam jeszcze kilka eliksirów.
- Kiedy mogę liczyć na kolejną dostawę? - zapytałam kiwając głową na buteleczki z eliksirami na ławie
- Nie wiem, czy coś się jeszcze da radę wyciągnąć - odparł Potter. - To cholerstwo jest ciężkie do uwarzenia, a składniki na niego podlegają ścisłemu zarachowaniu.
- Nie załamuj mnie - jęknęłam. - Jak mam zdobywać informacje od maga bez magii?
- Żartowałem - zaśmiał się chłopak.
- Ty to się prosisz o wpierdol, Potter - warknęłam na niego. Uśmiechnęłam się widząc paczkę papierosów. Od razu do niej dopadłam i odpaliłam jednego zaciągając się mocno. Chłopak spojrzał na nie tęskno. - Zapomnij - powiedziałam, widząc jego wzrok.
- Ze składnikami na eliksir nie żartowałem - odwrócił wzrok ode mnie i fajek . - Ale mamy dojścia na czarnym rynku.
- Nie wierzę, pan auror i kupuje na czarnym rynku. - Nawet nie kryłam drwiny.
- Chcesz te eliksiry czy nie? - zapytał.
- Dobrze, panie władzo - uśmiechnęłam się słodko. - Już nic nie mówię. - Puściłam zgrabne kółko z dymu.
- Jutro dostarczę ci wielosokowy - powiedział jeszcze. Odsunął się w miejsce, gdzie wylądowaliśmy po aportacji - Uważaj na siebie. - Posłał mi swój firmowy uśmiech.
- Pozdrów Ginny ode mnie - zdążyłam jeszcze powiedzieć, zanim chłopak nie zniknął.
Ostatnia doba, należała do jednych z dziwniejszych w moim całym życiu. Zyskałam nadzieję na odzyskanie magii. Miało to swoją cenę, ale nie była ona zbyt wygórowana. Przynajmniej dla mnie. Uczciwy układ. Ja wystawiam im Malfoya, a oni oddają mi magię. Teraz, kiedy Drops złożył wieczystą przysięgę, musiał się wywiązać ze swojej części.
- Już niedługo panie Malfoy, poczujesz zemstę za to, co mi zrobiłeś - szepnęłam do siebie.
Zgarnęłam ze stołu wszystkie rzeczy z powrotem do pudła. Chciałam się już kłaść spać. Jutro musiałam być w pełni sił, a nie odespałam jeszcze wczorajszej obławy i nocnego picia z Brodiem.
Do spania zaczęłam rozbierać się już w salonie. Szybko zagrzebałam się w moją pościel, wspominając jakie miałam w nim widoki z samego rana. Zasypiałam widząc przed oczami nagi tors Jacksona.
