Spędzając czas z Victorem.

SOS – V

Odebrano 22:03

Jeśli nie umierasz, daj mi spokój. SH

Wysłano 22:03

Miło, że się troszczysz, ale wolałbym, gdybyś ruszył swój tyłek, Holmes.

Odebrano 22:04

Więc nie umierasz. Cudnie. SH

Wysłano 22:04

Nie potrafisz być zabawny.

Odebrano 22:06

A tak przy okazji, byłbyś ostatnią osobą, którą bym powiadomił, gdybym umierał.

Odebrano 22:06

Och? SH

Wysłano 22:06

Zamiast wezwać pogotowie, zadzwoniłbyś po usługi pogrzebowe, żeby na zapas przygotować się do sekcji zwłok.

Odebrano 22:10

Sekcja zwłok byłaby zbędna. W twoim przypadku przedawkowanie nie byłoby zaskoczeniem dla nikogo, Trevor. SH

Wysłano 22:11

Cudnie. Czekam na ciebie. Harrington St.

Odebrano 22:13

Z cichym westchnieniem schowałem telefon do kieszeni spodni, wszedłem do pokoju i chwyciłem kurtkę, kierując się do drzwi. Przyzwyczaiłem się do nocnych wędrówek po mieście z Victorem, których to w większości on był inicjatorem, a każdy taki wieczór kończył się odpaleniem przynajmniej trzech jointów. Nie byłem tego zwolennikiem, ale dzięki temu mogłem zapomnieć choć przez chwilę o wszystkim, co znajdowało się w mojej głowie.

Zszedłem po schodach, wciągając na siebie kurtkę, gdy drogę zagrodziła mi matka, łapiąc w ostatniej chwili mój łokieć, na co ja westchnąłem odpowiednio głośno, by ta wbiła we mnie surowe spojrzenie.

- Jest po dwudziestej drugiej.

- Jest weekend – odparłem beztrosko i wyrwałem się z matczynego uścisku. Nienawidziłem kontroli, którą chcieli nade mną przejąć moi rodzice. Za cztery miesiące kończyłem osiemnaście lat, a oni zdawali nadal traktować mnie jak rozwydrzone, małe dziecko, które musi być pod pełno dobową opieką dorosłych. Wyszedłem z domu, lecz nie trzasnąłem drzwiami, panując nad sobą. Nie lubiłem wyładowywać swojej złości w sposób fizyczny. Jeżeli już dochodziło do tego, że ktoś wyprowadził mnie z równowagi przeważnie wygrywałem wtedy tą walkę w sposób słowny, a w tym byłem niezwyciężalny, ponieważ zawsze miałem zapasowego asa w rękawie.

Zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą kluczyków do motocykla, chociaż z drugiej strony na Harrington Street wcale nie było tak daleko. Ruszyłem więc w tamtą stronę pieszo, wsuwając ręce do kieszeni kurtki. Spoglądając ku górze, spostrzegłem na niebie mnóstwo gwiazd. Ulica, na którą się kierowałem znajdowała się niedaleko rzeki, dlatego od razu wybrałem drogę w stronę portu, wiedząc, że Victor będzie czekał w tym miejscu. I miałem rację. Dostrzegłem opartego o kamienny słupek blondyna i zbliżyłem się do niego od tyłu. Zmarszczyłem brwi, nie do końca dostrzegając wszystkie detale, z których mógłbym wyciągnąć informacje, co się stało, ale nie musiałem się zbyt długo zastanawiać, gdy światło latarni oświetliło jego lewy profil. Dostrzegłem świeżą krew na rozciętej dolnej wardze i siniaka zdobiącego jego kość policzkową.

Gdy Victor wyczuł moją obecność, odwrócił się i bez słowa sięgnął do mojej kieszeni, wyciągając papierosy i zapalniczkę.

- Ojciec znalazł w mojej kurtce paczkę ćmików i jointy – wyjaśnił, chociaż i tak wiedział, że zdążyłem wszystkiego się domyślić. – Sukinsyn ma niezły zasięg, co? – Uśmiechnął się krótko i zapalił papierosa, wciągając dym do płuc, jakby był on jego ostatnią deską ratunku. – Usychałem z pragnienia, dlatego wiedz, że jesteś moim wybawcą, Holmes.

Nie odezwałem się. Zerknąłem na jego ranę. Cios zadany z pięści, na której musiał znajdować się pierścionek, a raczej obrączka. Zatem jego ojciec nadal wyładowywał swoją złość po śmierci żony na synu. Stary Trevor nie był człowiekiem szczególnie wykształconym, aczkolwiek posiadał ogromny zasób sił fizycznych, jak i psychicznych. Nie czerpał wiedzy z książek, poznał jednak szeroki świat dzięki licznym dalekim podróżom.

- Zamierzasz dać mu sobą pomiatać, Victor? – spytałem, wiedząc, że nie lubił tego tematu. Jednak irytowało mnie to, że jego ojciec winił człowieka kompletnie niewinnego, a nawet nie chciał poznać szczegółów tamtej nocy, gdy wydarzył się wypadek.

- Masz coś forsy? – zapytał w zamian i wsunął palce w blond loki, zaczesując je do tyłu.

- Dlaczego miałbym mieć?

- Ponieważ nazywasz się Holmes – burknął. – I ponieważ umieram z głodu, a od rana nic nie jadłem.

Victor zaprowadził nas do knajpki czynnej całą dobę, w której miejsca świeciły pustkami. Skrzywiłem się. Miejsce nie było w moim typie. Wydawało się odpychające, chyba że był ktoś fanem lat pięćdziesiątych. Znajdował się tam tradycyjny bar ze stołkami, podłoga w czarno-białe płytki i obite popękanym już winylem boksy pod ścianami. Za ladą widniało menu wypisane kredą na tablicy. Victor zamówił cheeseburgera, frytki i szklankę wody. Ja zamówiłem samą szklankę wody. Nie ufałem takiemu jedzeniu.

- Co myślisz? – Chłopak skinął głową na wnętrze knajpki.

- Stare. Obskurne. – Wzdrygnąłem się.

- Nie wiesz, co dobre. – Victor popukał parę razy palcami w stół i oblizał zaczerwienione miejsce na ustach. – Dlaczego nie wziąłeś nic do jedzenia?

- Nie jestem głodny.

- Kłamiesz.

Wzdrygnąłem ramionami. Do pomieszczenia wszedł niski mężczyzna, na oko po czterdziestce, ubrany w koszulę i brązowy rozpinany sweter. Przez głowę przemknęło mi, że gdyby wcisnąć mu do rąk jakąś starą książkę wyglądałby jak starsza kopia Johna. Zmrużyłem oczy i… Och. To nie była starsza kopia Johna.

- Czy to ojciec Watsona? – wypalił Victor, który najwyraźniej również zauważył mężczyznę. – Zabłądził, czy jak?

- Najwyraźniej – mruknąłem i zmarszczyłem brwi. To niepodobne do ojca Johna, by pojawiał się w miejscach takich, jak to. Watsonowie należeli do spokojnych i prawych ludzi, których znało i uwielbiało całe miasteczko. Pewnie zastanawiałbym się nad tym dłużej, gdyby nie syreny policyjne, które wyrwały mnie z zamyślenia. Spojrzałem przez okno i zamarłem, widząc wóz policyjny, a z niego wysiadającego posterunkowego Lestrada. – Cholera!

Victor spojrzał na mnie i obaj, jak na komendę zerwaliśmy się, prawie wpadając na ojca Johna. Przepchaliśmy się do baru i nie widząc nikogo za ladą (jak to w większości knajpkach o tej porze, szczególnie tego typu), pobiegliśmy na zaplecze, gdzie były jedyne drzwi, przez które mogliśmy się wydostać.

- Skąd on wiedział, gdzie będziemy? – spytał Victor.

- Zapytaj się mojego ojca – warknąłem, czując jak złość powoli rozsadzała mnie od środka. Jako pierwszy dobiegłem do drzwi i nacisnąłem klamkę, lecz ku naszemu nieszczęściu obaj na nich wylądowaliśmy. Zamknięte na klucz. Niech to szlag! Rozejrzałem się i w tej chwili Victor popchnął mnie za jedną ściankę, przyduszając mnie swoim ciałem. Chciałem się odezwać, gdy usłyszałem kroki. Dwie osoby. Lestrade i zapewne pracownik knajpy. Widziałem, jak Victor przyłożył palec do ust i jego wzrok mówił jedno – zamknij się, lecz dostrzegłem na jego ustach delikatny uśmiech, który odwzajemniłem.

- Przysięgam ci, William, że kiedyś zamorduję twojego ojczulka – szepnął Victor, a ja poczułem jego oddech na swoich ustach.

- Przysięgam, że ci pomogę – odszepnąłem z uśmiechem, na co Victor uniósł głowę, śmiejąc się bezgłośnie. Napotkałem jego spojrzenie. Przełknąłem ślinę, czując jak mój uśmiech powoli zanikał podczas, gdy twarz przyjaciela była zdecydowanie za blisko mojej. Jego oddech owiewał mój policzek, a czubek nosa dotykał mojego. Obserwowałem, jak z jego ust uśmiech spełzł równocześnie z moim i teraz chłopak wpatrywał się we mnie w milczeniu. Nie miałem pojęcia, co wydarzyło by się, gdyby pracownik knajpy zapewne przez przypadek nie zrzucił sztućców na podłogę. W tej samej chwili obaj odwróciliśmy wzrok, a ja poczułem szybkie kołatanie serca w piersi. Kroki po chwili ucichły, lecz ja nadal stałem przyparty do ściany, czując jak każdy mój mięsień w ciele był napięty.

Victor odsunął się ode mnie, by zerknąć za ścianę.

- FBI zniknęło – odezwał się, a ja wyczułem lekkie drżenie w jego głosie. – Droga wolna, Willy. – Wyszczerzył się po chwili, znów będąc sobą.

Powoli pokiwałem głową, nie mogąc zapomnieć o ciepłym oddechu, który przed chwilą owiewał mój policzek. W końcu wziąłem głęboki oddech i obaj skierowaliśmy się ostrożnie do wyjścia. Pracownik zapewne stał teraz przy ladzie, ale jeśli przemknęlibyśmy obok niego wystarczająco szybko nie powinien nawet zwrócić na nas uwagi. Widząc go wcześniej, widziałem, że mało go obchodzili tacy klienci jak my.

Miałem rację. Mężczyzna kończył właśnie swoją zmianę i zajęty był pakowaniem swoich rzeczy. Przemknęliśmy do wyjścia. Zanim otworzyłem drzwi zerknąłem przez zasłonkę, czy samochód Lestrada jeszcze tam stał, gdy nagle za szybą ukazała się głowa pana Watsona, który gdy tylko mnie dostrzegł pomachał do Lestrada, który nadal kręcił się w pobliżu, a ja usłyszałem słowa, za które miałem ochotę rzucić się na niego i udusić.

- Panie posterunkowy! Mówiłem panu, że te gnojki zapewne są w środku!

Victor z impetem otworzył drzwi i stanął twarzą w twarz z mężczyzną.

- Lubi pan niszczyć życie innych, co, panie Idealny? – warknął, na co tamten cmoknął z niezadowoleniem.

- Mój drogi, ja tylko staram się pomóc waszym biednym rodzicom, których doskonale w tej sytuacji rozumiem – odparł oschle, mierząc nas obu wzrokiem.

- Pański synalek siedzi całymi dniami w domu z nosem w książce, będąc zamknięty jak w jakimś kloszu i nie ma bladego pojęcia o życiu towarzyskim, a pan próbuje wmówić mi, że…

- Victor. – Chwyciłem jego łokieć, odciągając go od czerwonego ze złości mężczyzny, którego Victor trafił w czuły punkt. Oddaliliśmy się, a ja zacisnąłem usta, widząc idącego w naszą stronę policjanta. Byłem wściekły. To, co się stało, a raczej to, co zrobił ojciec… było wyrazem takiej nadopiekuńczości, próby kontroli nad całym moim życiem i przesadą, że nie mogłem dojść do siebie. Nie rozumiałem, po co musiał rozpętywać taką aferę o zwykłe wyjście na dwór.

- Zabieram cię do domu, Sherlock. – Lestrade stanął nade mną, a jego ton brzmiał, jakby przemawiał do przedszkolaka.

- Nie, dzięki – warknąłem.

- W takim razie zatrzymam cię za włóczęgostwo, a twój ojciec odbierze cię z komisariatu.

- Skąd wiedziałeś, gdzie będę? – zapytałem nadal wściekły.

- Mój syn był na tyle rozsądny, by pomóc twojemu ojcu w poszukiwaniach. – Pan Watson wtrącił się do rozmowy, a ja poczułem, jak zrobiłem się siny ze złości. – Zdaje się, że spędzasz z moim Johnem ostatnio więcej czasu.

Sposób, w jaki to powiedział zasugerował mi, że nie był zadowolony z tego powodu ani trochę.

- No dalej, wskakuj do środka, Sherlock – ponaglił mnie Lestrade i poklepał delikatnie po plecach.

Rzuciłem Victorowi krótkie spojrzenie, a ten tylko machnął ręką i uśmiechnął się zadowolony, że to nie jego odprowadzą do domu gliny. Zaczerpnąłem powietrza, otworzyłem drzwi i zatrzasnąłem je za sobą. Moja stopa wystukiwała nerwowy rytm o siedzenie, a ja odwróciłem głowę w stronę szyby, wpatrując się wściekle w mijane domy.

John Watson.

Zdecydowanie czekała go rozmowa ze mną.