1. Zadanie
[BELLA]
- ZIEMIA DO BELLI! Czy ty w ogóle słyszysz, co do ciebie mówię?
Uniosłam wzrok znad kanapki z tuńczykiem i przypatrywałam się Angeli, która zawzięcie gestykulowała rękami, próbując skupić na sobie moją uwagę. Zamrugałam kilkakrotnie i wysiliłam się na słaby uśmiech.
- A mówiłaś coś? – spytałam, unosząc kanapkę do ust i ugryzłam kawałek.
- Tak! – burknęła. – Ale ty nie uraczyłaś mnie chociaż jednym spojrzeniem!
- Przepraszam – wymamrotałam, kładąc swój lunch z powrotem na tacę przede mną. – Mogłabyś powtórzyć, co mówiłaś, kiedy cię nie słuchałam? – poprosiłam, opierając podbródek na splecionych dłoniach. - Obiecuję, że tym razem będę naprawdę wspaniałym słuchaczem.
Angela jeszcze chwilę dąsała się, aż w końcu przewróciła oczami. Pochyliła się nad stołem i omiotła spojrzeniem stołówkę.
- Wczoraj do Forks wprowadziła się nowa rodzina – zaczęła, szepcąc. – Cullenowie. Wcześniej mieszkali w Chicago. Są podobno nieźle nadziani. Carlisle, głowa rodziny tak sądzę, dostał pracę w szpitalu, więc postanowił się przenieść. Ma żonę, Esme, i trójkę dzieci, które będą chodziły do Forks High. Wiem z rozmów na korytarzu, że jeden z jego synów ma na imię Edmund. Słyszałam też, że cała trójka miała zacząć naukę już dzisiaj, ale do tej pory nie zobaczyłam żadnej nowej twarzy w towarzystwie. Plus, Edmund jest ponoć dość… specyficzny – zakończyła swoją opowieść, patrząc z zaciekawieniem na moją reakcję.
Przez chwilę byłam zdezorientowana wiadomością o nowej rodzinie. W końcu, do Forks dawno nikt się nie wprowadził, bo wszyscy uważali, że to miasto jest strasznie ponure i deszczowe, co z resztą było prawdą. Padało tu średnio trzysta trzydzieści dni rocznie, a słońce świeciło naprawdę rzadko.
- Po co chcieliby przeprowadzać się do deszczowego miasteczka? – spytałam, w zamyśleniu grzebiąc w jedzeniu plastikowym widelczykiem. – Sama chciałbym mieszkać w Chicago – wyznałam, spoglądając na Angelę, która obierała swoje zielone jabłko.
- Podobno zrobili to tylko ze względu na swojego syna… – powiedziała, kończąc obierać owoc. Poskładała nożyk, który schowała do przedniej kieszeni swojego plecaka. – Wiesz, tego specyficznego – dodała. – Z pewnością okaże się dziwakiem.
- Skąd wiesz? – zaciekawiłam się, biorąc kęs mojej kanapki i popijając ją colą. – Przecież nawet go nie poznałaś.
Angela wywróciła oczami i wzięła spory gryz swojego jabłka obranego ze skórki.
- Słyszałam, jak mówili dzisiaj na korytarzu, że w poprzedniej szkole nie miał żadnych przyjaciół i z nikim nie rozmawiał. Nawet z nauczycielami. I przychodził do szkoły albo skacowany albo pobity –
powiedziała, patrząc na mnie przenikliwie swoim niebieskim spojrzeniem. – Tak więc mogę stwierdzić, że jest dziwny.
Pokręciłam głową.
- Nie oceniaj książki po okładce – mruknęłam cicho pod nosem, ale Angela mnie nie usłyszała.
Wszystkie małe miasteczka są takie same. Ktoś nowy się wprowadza, a na następny dzień wie o tym cała okolica. Wszyscy znają jego imię, powód, dla którego się przeniósł, czy ma rodzeństwo, czym zajmują się jego rodzice.
Westchnęłam głęboko i wróciłam do jedzenia mojej kanapki z tuńczykiem, odsuwając na bok spaghetti, które rozgrzebałam podczas rozmowy z Angelą.
- Hej, dziewczynki! – usłyszałam głos Jaspera za moimi plecami. Odwróciłam się na swoim miejscu i dostrzegłam przyjaciela przedzierającego się przez tłum uczniów do naszego stolika. Po chwili usiadł obok mnie i pocałował w policzek. – Słyszałyście o tych nowych? – spytał, zabierając się do jedzenia swojego hamburgera.
- Właśnie skończyłam o nich opowiadać Belli – wymamrotała Angela, przeżuwając ostatni kęs jabłka.
- Tak – potwierdziłam. – Dowiedziałam się, że jeden z nich to straszny dziwak – mruknęłam pod nosem.
Jasper powoli przełknął kawałek hamburgera po czym powiedział:
- Miałem właśnie z jednym lekcje. Ma na imię Emmett i jest spoko kolesiem.
Angela pisnęła i podskoczyła na swoim miejscu.
- Naprawdę? – upewniła się. Jasper pokiwał głową i znowu ugryzł dość spory kawałek hamburgera. - Czyli w takim razie jeden z nich ma na imię Emmett… Drugi to będzie Edmund. Ale chwila… mają przecież trójkę dzieci – myślała głośno. – Hm… No to jest Emmett, Edmund i Tajemnicza Osoba Numer Trzy – podsumowała przyjaciółka, wydymając wargę w wyrazie zamyślenia.
Przewróciłam oczami na jej tok myślenia.
- Wiesz może chociaż, jaką płeć ma Tajemnicza Osoba Numer Trzy? – spytałam, zlizując z ust ketchup, którym zdążyłam się upaćkać.
- To dziewczyna – oznajmił Jasper, wgryzając się w hamburgera. – Emmett mi powiedział.
- Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna – mruknęła Angela, bawiąc się ogryzkiem jabłka. – Jazz, gdzie jest Rose? – spytała nagle, wyczekująco patrząc na przyjaciela.
- Je lunch – odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Nie ma jej na stołówce – zakomunikowała Angela. Omiotłam wzrokiem stołówkę i rzeczywiście – nigdzie nie zobaczyłam siostry Jaspera. A Rosalie nie szło przeoczyć. Długonoga blondynka przypominająca modelkę, za którą uganiała się cała męska populacja liceum w Forks.
- Może została po lekcjach – podsunęłam.
Angela pokiwała głową z uśmiechem i zaczęła jeść swoją marchewkę.
Po zjedzeniu kanapki z tuńczykiem, zerknęłam na zegar wiszący na ścianie, który oznajmiał, że do końca przerwy zostały niecałe dwie minuty. Upiłam trochę coli i powoli zaczęłam się zbierać, układając resztki jedzenia na tacy.
- Że iżesz, Bllo? – wyfaflunił Jasper, patrząc na mnie zza swojego hot-doga.
- Mam teraz angielski – westchnęłam. – Wiesz, że pan Banner nie cierpi spóźnień. Wam też radziłabym zacząć się zbierać – powiedziałam. Jasper tylko machnął ręką i wrócił do pożerania swojego jedzenia.
- Pójdę z tobą – zaoferowała Angela, biorąc swój plecak.
- Zostawicie mnie tutaj samego? – spytał Jasper z wyrzutem.
Angela wywróciła oczami.
- Takie życie, Jazz.
Zarzuciłam plecak na ramię i wychodząc ze stołówki wyrzuciłam to, czego nie zjadłam, do kosza, odkładając tacę na wyznaczone miejsce. Angela zrobiła to, co ja i szybkim krokiem powędrowałyśmy w kierunku swoich klas.
Dotarłam do sali języka angielskiego równo z dzwonkiem, więc szybko zajęłam swoje miejsce w czwartej ławce i wyciągnęłam z plecaka książki. Pan Banner już siedział za biurkiem, bacznie obserwując klasę spod czarnych oprawek swoich okularów.
- Przepraszam za spóźnienie!
Rosalie wpadła do klasy niczym huragan, krzycząc przeprosiny. Nauczyciel spojrzał na nią sceptycznie i kazał zająć miejsce, najpierw wygłaszając przemowę o tym, jakie to spóźnianie się na lekcje jest nietaktowne, a następnie zapisując coś w dzienniku.
Rose, ciężko dysząc po szaleńczym biegu, siadła w ławce obok mnie i przeczesała palcami swoje włosy. Uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- Gdzie… - zaczęłam, odwracając się w jej kierunku.
- Dobrze, klaso, zacznijmy więc lekcje – przewał mi pan Banner, podchodząc do tablicy i pisząc na niej dzisiejszy temat, który głosił: Rodowód człowieka w świetle biblijnej opowieści. Westchnęłam i zapisałam temat w notatniku po czym wyrwałam z niego kartkę.
Gdzie byłaś? Nawet nie przyszłaś na stołówkę!
Zgięłam karteczkę i podsunęłam ją Rosalie, która właśnie wyciągała książki ze swojej torby. Zauważyła ją po chwili, rozwinęła i naskrobała coś na niej, podsuwając ją z powrotem do mnie.
Sprawdzałam tego nowego.
Przyglądałam się jej wiadomości, z niedowierzaniem kręcąc głową.
Już go widziałaś? Mogłam się tego po tobie spodziewać… I co sprawdziłaś?
Okej, ma na imię Emmett. Wpadłam na niego przypadkowo na korytarzu i zaczęłam z nim rozmawiać. Powiedział mi, że jego brat jest w tym samym wieku co on i ma na imię Edward (tak na marginesie, Emmett jest w naszym wieku). Mają też siostrę – Alice, rok młodszą. O ile się nie mylę, Jasper ma z Emmettem biologię.
Przeczytałam liścik raz, drugi, trzeci… Przecież Angela mówiła, że jeden z nich ma na imię Edmund, a nie… chwila, jak mu szło? Edward?
Edward? Z innych źródeł słyszałam, że ma na imię Edmund i jest dziwakiem.
Wszyscy mylą jego imię. Nie wiem do końca, czy jest dziwakiem, bo go jeszcze nie poznałam, ale z tego co mówił Emmett, Edward to typ człowieka zamkniętego w sobie i otoczonego wielkim murem obronnym.
Odetchnęłam głęboko, przetwarzając nowo zdobyte informacje. Czyli miał na imię Edward i był nieśmiały. Okej, to nie znaczy, że jest dziwakiem. Prawdopodobnie Angela się pomyliła, mówiąc mi te wszystkie nowinki. Szybko wzięłam się za pisanie odpowiedzi.
- Witam, panie Banner – usłyszałam głos dyrektora i raptownie przestałam odpisywać na wiadomość Rose. Mój wzrok od razu powędrował w kierunku drzwi. Dostrzegłam kątem oka, że Rosalie także przypatrywała się miejscu, gdzie stał dyrektor i jakiś chłopak w bluzie z kapturem. – Przyprowadziłem nowego ucznia.
Po klasie natychmiast przebiegły szmery rozmów. Spojrzałam na chłopaka, który stał w progu ze spuszczoną głową i ukrywał swoją twarz pod kapturem czarnej bluzy, jakby chcąc się ukryć przez ciekawskimi uczniami. Jest chyba nieśmiały.
Pan Banner podał mu podniszczony egzemplarz podręcznika i uśmiechnął się do niego.
- Panie Cullen, proszę zająć wolne miejsce – polecił nauczyciel, uśmiechając się do chłopaka.
Nowy uczeń najpierw wyciągnął jedną rękę, aby wziąć podręcznik, a potem, będąc lekko przygarbionym, ruszył przez rzędy ławek ze wzrokiem wlepionym w podłogę. Patrzyłam na niego, gdy szedł w kierunku ostatniego stolika na tyłach klasy - każdy ruch był płynny, pełen gracji i wdzięku.
- Ej, Bell – mruknęła Rose i dźgnęła mnie ołówkiem w ramię. Niechętnie odwróciłam wzrok z tajemniczego chłopaka i popatrzyłam na Rosalie. – To chyba Edward.
- Hm? – mruknęłam.
- Edward Cullen – sprostowała. – Brat Emmetta.
- Och – odpowiedziałam inteligentnie.
Przez resztę lekcji moje myśli zaprzątał chłopak siedzący z tyłu klasy. Co kilka sekund zerkałam przez ramię sprawdzając, co robi, mając nadzieję, że może zdjął kaptur albo wykonał jakiś ruch godny uwagi. Ale nic takiego nie zrobił.
Mogłam stwierdzić na samym wstępie, że Rose miała rację mówiąc, iż jest on typem człowieka zamkniętego w sobie. Krył się za kapturem swojej bluzy, a jego lekko przygarbiona postawa mówiła, że nie chce mieć z nikim nic wspólnego.
- Na dzisiaj to wszystko – powiedział w końcu pan Banner, wyrywając mnie z zamyślenia i zamykając swój gruby podręcznik przeznaczony dla nauczycieli. Cała klasa poszła za jego przykładem i po sali rozległ się jednogłośnie brzmiący trzask zamykanych książek. Dopiero teraz dotarło do mnie, że całą lekcję
spędziłam na zaprzątaniu sobie głowy chłopakiem siedzącym z tyłu klasy i w rzeczywistości w ogóle nie słuchałam nauczyciela.
Z westchnieniem wyprostowałam się na krześle i zaczęłam pakować swoje rzeczy.
- Zaraz, zaczekajcie jeszcze chwilkę – poprosił nauczyciel, gestem nakazując wszystkim, aby zostali na swoich miejscach. – Nie marudźcie, jestem pewien, że inne klasy już was przed tym ostrzegły… - Pan Banner zrobił dramatyczną pauzę, po czym oznajmił: - Projekt Bannera czas zacząć!
Jęknęłam cicho. Zwykle takie projekty zajmowały czas. Bardzo dużo czasu, ściślej mówiąc, a mi jakoś nie chciało się go robić.
- Będzie to praca zespołowa, w grupach. Wiecie – dwie osoby, które muszą wykonać projekt, aby dostać dobrą ocenę. Termin na trzydziestego pierwszego października – powiedział. – Waszym zadaniem będzie odegranie jakieś dramatycznej scenki z literatury. Projekt będzie się składał z dwóch części. Będziecie musieli przedstawić scenkę oraz napisać szczegółowe wypracowanie o wybranym, który wybraliście. Dwanaście stron – dodał, uśmiechając się głupkowato.
Dwanaście stron.
Dwanaście stron? Przecież to jest tyle pracy! Czy pan Banner naprawdę będzie miał zamiar czytać te wszystkie uczniowskie wypociny?
Oczywiście, że tak. Śmiem nawet twierdzić, że zrobi to z ogromną radością.
Nigdy nie zrozumiem nauczycieli. Wydaje im się, że poza szkołą, uczniowie nie mają żadnego życia. Nie docierało do nich, że oprócz siedzenia nad tonami prac domowych, każdy chce mieć chwilę wolnego czasu.
- Dla waszej wiadomości – zaczął z jakąś karteczką w dłoni – będę przydzielać pary zupełnie przypadkowo. – Zaczął jeździć długopisem w dół i w górę skrawka papieru aż w końcu zatrzymał przedmiot.- Na początek Jessica Stanley… - Znów długopis wszedł w ruch. - …i Eric Yorkie.
Moja szczęka właśnie opadła na podłogę. Przecież takie coś robiło się w drugiej klasie! Pan Banner nie mógł przecież mówić poważnie.
- Dobrze… Teraz będzie Tanya Denali… i Irina Volturi – ciągnął nauczyciel. – Dalej mamy Rosalie Hale… i Michaela Newtona.
Wszyscy, których nazwiska już wyczytano, wstawali ze swoich miejsc i szli do przydzielonego przez nauczyciela partnera. Usłyszałam warknięcie Rose, gdy dotarło do niej, że Mike będzie jej partnerem.
- Isabella Swan – odezwał się pan Banner, a moja głowa automatycznie wystrzeliła do góry. Patrzyłam na długopis, przełykając ślinę, gdy przedmiot zatrzymał się na jakimś nazwisku z listy. – Och, cóż za szczęśliwy traf. Isabella Swan i Edward Cullen.
Poczułam ścisk w klatce piersiowej, kiedy usłyszałam jego nazwisko.
Och.
Powoli odwróciłam głowę i popatrzyłam w odległy kąt klasy. Siedział w ostatniej ławce, skulony na swoim krześle, z kapturem naciągniętym na głowę. Wzrok miał wbity w stolik przed nim i w ogóle się nie ruszał.
Nie, to nie może się dziać naprawdę.
Przygryzłam wargę i poczułam niepokój, zastanawiając się, czy te wszystkie plotki, które usłyszałam na jego temat, są prawdziwe. Przez chwilę nawet rozważałam pójście do pana Bannera i poproszenie go o
zmianę partnera, ale stwierdziłam, że skoro chcę się przekonać, czy niejaki Edward Cullen jest taki, jakim go opisują, muszę stawić czoła wezwaniu i zrobić z nim ten projekt.
Zerknęłam kątem oka na zakapturzonego chłopaka. A może… wcale nie będzie tak źle jak mi się wydaje? Kolejne spojrzenie na niego niestety zmieniło moje zdanie.
Zasłonięty swoim kapturem nie podniósł nawet wzroku, gdy do niego pomachałam. Nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, a przecież – halo! - mieliśmy zrobić razem projekt. Zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam do niego podejść, bo nie wiedziałam, jak zareaguje na moje wtrącenie się w jego przestrzeń osobistą.
W końcu, zrezygnowana, podniosłam się ze swojego miejsca. Poszukałam paska mojego plecaka, jednocześnie myśląc o tych wszystkich pogłoskach, które usłyszałam w stołówce od Angeli.
Podeszłam do jego ławki spokojnym krokiem z uśmiechem na twarzy. Zgarbiony na krześle, jedną rękę wsparł o stolik. Z dołu do góry ubrany był w czerń, a pod prawą ręką trzymał jakiś notes. Widziałam, jak podczas lekcji kilka razy coś w nim pisał bądź pogrążał się w lekturze.
Zatrzymałam się w pewnej odległości od niego, nie wiedząc za bardzo, jak blisko mogę podejść. Czekałam aż coś powie, nerwowo strzelając palcami i przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Cholera, co mam teraz powiedzieć? „Cześć, partnerze"?
Zerknęłam ukradkiem na zegar na ścianie. Do przerwy zostało dziesięć minut. Stosunkowo niewiele, ale teraz ten czas ciągnął się w nieskończoność.
Po minucie on nadal nie wykonał żadnego ruchu. Zachowywał się tak, jakbym nie stała od jakiegoś czasu przy jego ławce, próbując do niego zagadać. Może jednak jest dziwakiem?
- Słuchaj, nie zrobię tego projektu sama, okej? – oznajmiłam w końcu, łamiąc tym samym pierwsze lody.
Nawet nie drgnął, ale odezwał się.
- Powiedziałem coś takiego?
Dźwięk jego głosu mnie zaskoczył. Był niski i ochrypły, spokojny i rozsądny. Poczułam jak się rumienię z powodu tej niezręcznej sytuacji. Spodziewałam się, że chociaż uraczy mnie spojrzeniem bądź jakimś gestem, ale on nadal się nie ruszał.
- Nie – przyznałam, przygryzając wargę. – Ale siedziałeś tak cicho i pomyślałam sobie, że nie chcesz współpracować z kimś takim jak ja.
Pokręcił głową, sprawiając, że kaptur nieco zsunął mu się do tyłu. Dostrzegłam kilka kosmyków jego włosów. Moje serce zabiło szybciej na widok miedzianorudych pasm, bo do tej pory nie wiedziałam jakiego koloru są jego włosy.
A kiedy uniósł swój wzrok z ławki i spojrzał prosto w moje oczy, czułam, jak cała krew odpływa z mojej twarzy.
Miał przepiękne oczy, surowe i zimne niczym blady nefryt, ale nadal piękne na swój sposób. Nie mrugał, tylko wpatrywał się we mnie spod gęstych ciemnych rzęs, chociaż ból i obojętność, które dostrzegłam w jego oczach, były nie do zniesienia. Sińce pod jego oczami pogłębiały jego mroczne spojrzenie. Miałam wrażenie, że przygląda mi się zadowolony z siebie i wyrachowany kot.
Przełknęłam głośno ślinę.
- Skoro wykładamy już kawę na ławę, że tak się wyrażę – zaczął, a jego głos odbijał się echem od mojej czaszki. Naprawdę dziwnie go było słuchać – ja także nie mam ochoty odwalać tego projektu sam – powiedział, w końcu całkowicie ściągając kaptur z głowy.
Przypatrywałam się mu w osłupieniu. Nie tylko z powodu jego słów, ale także z powodu widoku jego twarzy, a ściślej – grymasu obojętności na niej wymalowanej. Wysokie czoło, na którym pojawiła się pojedyncza zmarszczka, gdy patrzył na mnie. Odstające kości policzkowe i delikatnie wyprofilowany nos, lekko opuchnięte a także spierzchnięte usta w zestawieniu z jego włosami – nieokiełznaną czupryną miedzianorudych włosów – wyglądały… dziwnie nieludzko.
I, co jeszcze zauważyłam, nie wyglądał na pobitego. Jego trupioblada skóra nie miała ani jednej oznaki bójki, była nieskazitelna. Nie czułam także od niego zapachu alkoholu, wręcz przeciwnie – pachniał mydłem i sprawiał wrażenie czystego. Kolejne potwierdzenie nieprawdziwości plotek.
Przełknęłam głośno ślinę, podczas kiedy siła jego spojrzenia sprawiła, że nie byłam zdolna do wykonania żadnego ruchu. Patrzył na mnie zupełnie tak, jakbym była najgorszą rzeczą na świecie, ciskając w moim kierunku błyskawice za pomocą błyszczących szmaragdów.
- Więc?
- Co więc? – spytałam, potrząsając głową.
Przewrócił oczami i wyrwał kartkę ze swojego zeszytu, pisząc na niej jakieś cyfry. Po chwili oderwał niewielki kawałek i podsunął na skraj stolika. Nie zwróciłam większej uwagi na karteczkę, lecz na jego palce, które wprawiały ją w ruch. Długie i smukłe, dziwnie blade, ale zachwycające.
Usłyszałam za sobą szczęk łańcuchów. W jednej chwili zesztywniałam na całym ciele. Powoli odwróciłam się na pięcie i dostrzegłam, jak nade mną stoi, z powrotem zakładając kaptur na swoją czuprynę.
- Nie dzwoń zbyt późno – powiedział na odchodne i ruszył w kierunku drzwi. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na jego znikające plecy i opadłam na krzesło stojące nieopodal.
Spróbowałam wszystko ogarnąć. Najpierw swoje ciało, a potem klasę. Większość osób już wyszła, korzystając z tego, że pan Banner pozwolił nam wyjść przed czasem, ale niektórzy jeszcze siedzieli pochyleni nad ławkami.
Z bijącym sercem rozwinęłam karteczkę. Czarnym tuszem napisał: 392-8401. Cholera, to jego numer telefonu! Swan, oddychaj!
Zebrałam się w sobie i szybkim krokiem wyszłam z klasy, kierując się w stronę sali gimnastycznej, gdzie miałam następną lekcję. Ku mojemu zaskoczeniu, w szatni czekała Angela, podskakując na ławce umiejscowionej przed szafkami.
- I jak? – pisnęła, gdy weszłam do pomieszczenia.
- Co? – spytałam zdezorientowana, rzucając plecak na podłogę i osuwając się po szafkach na ziemię.
- Miałaś lekcje z tym nowym – powiedziała zniecierpliwiona, siadając koło mnie. Och, czyli plotki szybko się rozchodzą. – Opowiadaj!
- Nie ma tu nic do opowiadania – mruknęłam cicho, starając się wyrównać oddech, kiedy przypomniałam sobie wyraz jego twarzy, gdy na mnie patrzył.
Angela zacmokała z dezaprobatą i splotła ręce na piersi.
- Och, Bello, na pewno jest coś do opowiadania!
Uniosłam wzrok ze swoich kolan napotykając jej zniecierpliwione spojrzenie. Oparłam głowę o szafki, oddychając głęboko i starając się wyrzucić postać Edwarda Cullena z moich myśli. Chciałam wyrzuć raz na zawsze pełne bólu i niechęci zielone spojrzenie, którym zostałam obdarzona. Grymas nieszczęścia na jego pięknej twarzy, długie blade palce i obraz karteczki z jego numerem.
Dzwonek skutecznie wyrwał mnie z rozmyślań na temat tego chłopaka. Po chwili do szatni zaczęły schodzić się dziewczyny, więc wstałam ze swojego miejsca na ziemi i otworzyłam swoją szafkę, wyciągając z niej strój.
Nie cierpiałam sportowych strojów obowiązujących w Forks High – krótkie spodenki, które ledwo zakrywały mój tyłek i obcisła koszulka przylegając do ciała niczym druga skóra. Brr. Na dodatek było mi w nim straszliwie zimno.
- Chcesz wiedzieć, co o nim myślę? – spytałam nagle Angelę, przerywając przyjaciółce w połowie zdania. Zaskoczona pokiwała głową. – Że on w cale nie jest dziwakiem – powiedziałam szczerze. – Jest tylko inny niż wszyscy – dodałam, pchając drzwi sali gimnastycznej.
Angela myślała chwilę nad moimi słowami aż w końcu odezwała się:
- Skąd to możesz wiedzieć?
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią. Właściwie skąd wysunęłam taką tezę?
- Widziałam to w jego oczach – wymamrotałam cicho, stając w szeregu, gdy trener zagwizdał w swój gwizdek.
Edward Cullen był najbardziej tajemniczą osobą jaką kiedykolwiek spotkałam i, musiałam to przed sobą przyznać, nie mogłam się doczekać rozpoczęcia pracy nad naszym wspólnym projektem.
