Rozdział pierwszy

Wyprawę czas zacząć

Po długiej, niewartej wzmianki podróży, bohaterowie dotarli na przedpola Twierdzy Mroku. Zadziwiło ich piękno i niepowtarzalny urok otaczającego ich krajobrazu. To niemożliwie, żeby czaiło się tu zło…

Nagle przed nimi wyrosły trzy postacie.

- Witamy was, przybysze – powiedziała długowłosa czarodziejka Zakonu Sheila Freeleaf.

- O, wielkie dzięki naszemu Bogu, że wysłuchał naszej modlitwy i poprzez Sen Mroku przywołał was do nas – dorzucił Sanash Kyoi.

- No dobra, dosyć tych wkrętów. Do rzeczy – powiedziała Madae. – Czegoś chcecie od nas? Konkrety.

- Zgadzam się z moją siostrą – dołożył Isair. – Tylko szybko. I to już, bo moje Sejmitary się niepokoją – i, zwracając się do Sejmitar, dodał: - Spokojnie, spokojnie.

- Rodzeństwo, nie siejcie zamętu – powiedziała Naru i odwróciła się do stojącej przed nimi trójki. – Proszę, kontynuujcie. Nie zwracajcie na nich uwagi. Oni tak mają. Jak to my, kambiony.

- My was tylko witamy. Zapraszamy do Twierdzy. Oczekuje na was Tachi Zentai wraz ze starszyzną – stwierdził Funashi Hagenfold.

Używając jakże przydatnego zaklęcia „Teleport", cała dziewiątka znalazła się na dziedzińcu Twierdzy Mroku.

- Witam was. Raduję się. Widzę światło nadziei. Tylko wy możecie uratować istnienie tego świata – powiedział Tachi Zentai.

- Spokojnie, po kolei – jak zwykle konkretna Naru. – Po pierwsze - kim jesteście? Po drugie – co tu się dzieje? Po trzecie – czego od nas oczekujecie? Po czwarte – nagroda. Ile, jaka?

- Zbija mnie z tropu twój ton i jakże konkretne podejście do sprawy – oznajmił Tachi. – Zatem, odpowiem wam równie konkretnie. Jesteśmy Rycerzami Zakonu Anai, nasz Bóg powołał nas jako straż tej Twierdzy i obciążył nas wielką odpowiedzialnością. W Twierdzy tej, zapieczętowany, zamknięty, uwięziony na wieki jest demon demonów, największy z wielkich, twórca i animator zła, Ten, Którego Boją Się Nawet Bogowie, zwany przez nas Daemonicusem, choć prawdziwe imię jego jest nieznane – i stała się rzecz straszna. Dwa lata temu pieczęcie zaczęły słabnąć. Próbujemy ratować i umocnić to, co chroni wieloświat przed tym wielkim złem, ale siła nasza jest zbyt mała, aby stawić czoła temu niebezpieczeństwu. Tylko wy, drużyna od miesięcy zajmująca pierwsze miejsce w rankingu prowadzonym przez poczytny tygodnik dla najemników „Survival of Wage-Earner", jesteście w stanie podjąć to wyzwanie. Stąd wasza tu obecność. Czego oczekujemy i więcej szczegółów powie wam brat Gracele Necrosis i on was również wyposaży w zwój rytuału i kamień strażniczy, niezbędny do dostania się do Twierdzy. O nagrodzie, proszę rozmawiać z siostrą Sefferą Kizasuu, naszą księgową. U niej również zakupicie niezbędne do walki gadżety, a także każdy chłam, który chcecie. I tyle miałem ja, więcej nic nie mam do gadania.

- Dziękuję ci za konkretną odpowiedź, cieszę się, że szanujesz nasz niezwykle cenny czas – podziękowała Naru. – Siostro Seffero, proszę parę słów o naszej nagrodzie. Jednakowoż… równie konkretnie, jak poprzedni mówca.

- Eeee… Nagroda - zaczęła wyraźnie zaskoczona siostra. – No będzie! Tak szczerze wam powiem… Nie bardzo jestem na to przygotowana, ponieważ tylu najemników się tu już kręciło i żaden nie wrócił… Co my będziemy gadać o nagrodzie. Hm, ale, tak na poważnie. Jest przewidziana nagroda w wysokości tysiąca sztuk złota.

- Ile? Jeszcze raz proszę, bo nie dosłyszałem – zdenerwował się Isair.

- To śmieszne, wracamy! – oświadczył Jan.

- Yyy… Za każdy pokonany poziom i za główny, no, 10 tysięcy, no! – ponowiła szybko siostra.

- Ha! Też śmieszne – wysyczała Madae. – Oni se z nas robią, że tak powiem, żarty, przecież jesteśmy pierwsi w rankingu „Survival'u"!

- Tak, rozwalmy ich! Tak, rozwalmy ich! – zawołał rozochocony Lilarcor.

- I rankiem i wieczorem, zawsze gotowe do boju – zanuciły siostry Sejmitary.

- Spokojnie, spokojnie – uspokajała coraz bardziej blada siostra. – Te nagrody zafundowali pomniejsi sponsorzy, zaraz będziemy mówili o tych głównych.

- Czekam – z coraz większym chłodem cedził Isair.

- Ja was nie rozumiem – powiedziała Mazzy. – A ogólne dobro? A to, że uratujemy tyle istnień? A to, że wielkie zło pozostanie zamknięte? A tak, żeby tylko po prostu?! Z naszej dobroci? Pomóc światu?

- Zamknij się – powiedziała Naru. – My tu negocjujemy.

- A o co chodzi? – spytał Harry. – Bo jeśli chodzi o kasę, to ja nic nie mam. Ode mnie nie pożyczycie.

- Harry? Chcesz rzepy? Mam Rzepę Zamknięcia +2 – zaproponował Jan.

- Oj, dobra, nie wiem, o co chodzi. Idę na spacer – machnął ręką Harry.

- Zostań – rozkazała Madae. Czubek ogona śmignął Harry'emu przed nosem.

Harry stanął jak wmurowany.

- Nie, oczywiście, Madae, zostanę, ja tak tylko, jak sobie życzysz.

- Wracajmy do konkretów, siostro – zarządziła Naru. – Mazzy… to Mazzy. A żyć z czegoś trzeba.

- Pewnie, nie samą rzepą człowiek żyje. A rozrywki? – powiedział Jan.

- To słucham o tych poważnych sponsorach.

- Taaak – wyraźnie już rozdygotana siostra zaczęła bajać. – Główny sponsor, z tego, co pamiętam…

- Niech siostra nie gada takich bzdur – zniecierpliwił się Isair. – Jak można nie pamiętać, ile daje główny sponsor?

- No, tak, tak... nie, nie... tego, oczywiście... Główny sponsor… yym, daje… yy… no…

Madae ledwo powstrzymała błyskawicę śmierci. No, chciała się dowiedzieć, ile daje główny sponsor.

-… sto tysięcy sztuk złota – ciągnęła siostra.

- Ileeee?... – zapytał przeciągle Harry.

- Znaczy, sto pięćdziesiąt! – rzuciła szybko siostra.

-… bo nie dosłyszałem – zakończył Harry. – I tak konkretnie, to nie wiem, o czym mowa.

- Oj, ciężko się z wami negocjuje – westchnęła siostra.

- Reasumując – rzekła jak zwykle rzeczowa Naru. – Wyszło mi jakieś… Dwieście plus sto, dodać… Trzysta pięćdziesiąt tysięcy sztuk w złocie.

- Co…C…ee? – jęknęła siostra.

- Plus magiczne gadżety… Tak ze 200 kilo.

- No nie… – siostra prawie zemdlała.

- W porządku – powiedziała Naru. – Bierzemy tę robotę.

- I nie zapominaj, Naru, że wszystko, co zdobędziemy, co ukradniemy, co nam wpadnie w nasze łapki też nasze – pospiesznie wtrąciła Madae.

- Nie, ja się wypiszę z tej drużyny – załkała Mazzy. – Wy kambiony, wy potwory przeklęte…

- Kambiony? Gdzie? – spytał szybko Harry. – Lubię kambiony.

- Wiesz, cieszę się – powiedziała Madae.

- Coś mówiłaś? – zdziwił się Harry. – Tylko proszę, nie machaj mi przed nosem tym swoim ślicznym ogonkiem, mam lęki.

- Dooobrze… - rozmarzyła się Madae.

- A ten trzeci to jak się nazywa? – spytała Naru.

- Brat Gracele Necrosis – odpowiedział Tachi, lekko ogłupiały.

- To niech gada – pospieszyła Naru. – A do siostry, po gadżety, to jeszcze wrócimy.

- No więc… - zaczął brat Gracele.

- Nie zaczyna się zdania od „no więc", tak mnie uczyli w szkole – powiedział Harry.

- Naprawdę? – słodko spytała Madae. – Chodziłeś do szkoły?

- To, że tak powiem, żeby było konkretnie i żeby nie przedłużać, żeby było tak, jak lubicie, powiem wam konkretnie – sprawa jest bardzo trudna.

- Super – powiedział Jan. – Lubię takie gadki. Opowiedzieć ci, koleś, jakąś historyjkę? Będzie konkretnie.

- Janie Jansenie. Proszę. Odpuść sobie. Pan nie zrozumiał żartu – zmęczona tym wszystkim powiedziała Mazzy.

- Taak, yy, właśnie, tak, chciałem powiedzieć, że będzie trudno – wybełkotał brat Gracele. – Tu macie zwój, tu macie kamień; bez kamienia nie wejdziecie i nie wyjdziecie z Twierdzy.

[Drużyna zdobyła przedmiot]

[Drużyna zdobyła przedmiot]

- Na zwoju – ciągnął speszony bardzo braciszek. – Macie spisany tekścik, który trzeba tam w odpowiednim momencie powiedzieć. Niewiele wiem o tej Twierdzy. Nie udało mi się nigdy przejść dalej, niż za drugie drzwi pierwszego poziomu. A i to z trudem.

- A ile tych poziomów, tak a propos, bo muszę wysłać SMS'a do Dumbledore'a-senseia ile mnie w szkole nie będzie – powiedział Harry.

- Osiem – odpowiedział brat.

- Osiem razy dwa, to jest… to jest… yyy… Madae, ile to jest osiem razy dwa? – spytał Harry, stukając w klawisze telefonu.

- Co ty, Harry? – zdziwiła się Madae. – Skąd ja mam wiedzieć? A w ogóle, skąd masz takiego fajnego gadżeta?

- Nie wiem, rzuciłem czar przywołania telekoma i nagle mi się to pojawiło – wyjaśnił Harry, dziko młócąc rękami.

- A z kolorowym wyświetlaczem? – zapytał, wyraźnie ożywiony, brat Gracele.

- Z kolorowym - *czym*? – spytał Harry, mrugając oczami.

- Oj, dobra, nieważne.

Jak się pojawił, tak telefon komórkowy zniknął. Chwilę wszyscy trwali w zdumieniu, ale cóż… życie to życie, toczy się dalej. Po krótkiej ciszy, Naru, otrząsając się, zapytała:

- No, ale powiedz, po co w ogóle go tam trzymać? I wy zajęci, i cała Twierdza nieczynna dla zwiedzających, i koszty duże! Nie lepiej go po prostu, no, mówiąc wprost, zabić?

- O nieee, moja droga. Cóż z tego, że Daemonicus zniknie z powierzchni Fāerūnu? Jak wiesz, moja pani, demonów nie można zabić, trafi więc on do Otchłani, a stamtąd, nie wiadomo kiedy, może znów wyruszyć na podbój Świata Światów i niekoniecznie to musi być Abeir-Toril. Może inny ze światów równoległych… A może trafi do samego Sigil i wtedy Świat Światów rozpłynie się w nicości – wyjaśnił brat Gracele. – Nasz Bóg Anai wyznaczył to miejsce i uczynił nasz świat odpowiedzialnym za istnienie całego continuum, wszystkich światów równoległych; jakże wielka to odpowiedzialność, moja droga! Czy weźmiesz ją na swe barki? Czy dźwigniesz ten krzyż odpowiedzialności? O nie, na to nie można pozwolić! Bogowie na nas liczą!

- Czy zwróciłaś uwagę, Naru, jak ten koleś cię rwie? – z uśmieszkiem na ustach rzekł Isair. – Może skierujesz swe zainteresowanie w stronę tej, jakże dobrej i wspaniałej, postaci? To jest mężczyzna dla ciebie, mężczyzna twojego życia! Nie zawracaj sobie głowy pełną zła i nienawiści osobą, której jedynym marzeniem jest zniszczyć te Światy Światów. To… continuum, jak powiedział mój jaśniejący dobrocią przedmówca.

- Wiesz, Isairze – zamyśliła się Naru. – Żeby to było takie proste… Ale gdzieś czytałam, że Świat jest zbudowany z przeciwieństw. Minus przyciąga plus. Ogień przyciąga wodę. Harry przyciąga Madae. O, właśnie, żeby dać kilka przykładów. Dobro z dobrem… Nie, to było by zbyt *mdłe*.

- Oj, dziecko, nudzisz – podsumował Isair.

Purpurowy już ze wstydu, z oczami utkwionymi w czubki swoich butów, brat Gracele powiedział:

- Odbiegacie od tematu – to są poważne sprawy. Tu chodzi o istnienie nas wszystkich, o istnienie świata! Dlatego nie wolno igrać z Daemonicusem... A ja wcale nie „rwę" tej pani! W Zakonie złożyłem śluby czystości! Moim przeznaczeniem jest życie w celibacie. Także… Także… Wypraszam sobie!

- Oj, nie wkręcaj się. Tak sobie tylko gadałem – powiedział Isair.

Tachi przysłuchiwał się temu z rosnącym zniecierpliwieniem. „Czy postawiłem na właściwego konia?" pomyślał. „Cóż z tego, że zajmują pierwsze miejsce w rankingu „Survival'u" – może przekupili Wysoką Komisję?". Tachi miał coraz więcej wątpliwości, a drużyna najemników robiła na nim coraz gorsze wrażenie. Tacy niepoważni; wydają się być nieodpowiedzialni i w głowie im tylko miłostki, zabawy i dobra doczesne. A już ten Harry, to w ogóle porażka…

- Rozumiem, że wyjaśniliśmy sobie wszystko. Zadania się podejmujecie? – zapytał Tachi.

- Oczywiście – odparła Naru. – Mam tylko nadzieję, że sprawa nagrody została przez nas wyjaśniona do końca i po wykonaniu zadania otrzymamy ją – bo różnie to bywało! Zastanawiam się nawet, czy nie wziąć od was jakieś zaliczki, ponieważ jesteście jacyś tacy dziwni. No, nie wiem, ale chyba nie wezmę. Rycerze Zakonni, których spotykaliśmy na naszej drodze do tej pory zawsze okazywali się być ludźmi honoru.

- Czyli, rozumiem, sprawę mamy dogadaną - zakończył rozmowę Tachi. – Jeśli macie jakieś braki w wyposażeniu, lub chcecie nabyć różne towary – zapraszam do sklepiku siostry Seffery.

- Oczywiście, skorzystamy – przytaknęła Naru. – Siostro, czy możemy obejrzeć ofertę twego sklepu?

- To nie jest mój sklep, drogie dziecko – odpowiedziała siostra Seffera. – Ten sklep prowadzi fundacja „Dobrego Serca Boga Anai", organizacja non-profit; wszystkie zarobione środki przekazujemy na cele zakonne. Oczywiście zapraszam do naszych magazynów. Nie omieszkam dodać, że nasze umiejętności pozwalają leczyć praktycznie wszystkie choroby jak również posiadamy umiejętności Wskrzeszania, Zmartwychwstania, Przywołania, że nie wspomnę o Zamianie Kamienia w Ciało.

- Ja mam tylko pytanie – wyrwał się do przodu niewielki Janek. – Czy macie świeże ścięte kwiaty? Bo chciałem kupić siedem rzepowych róż. Jest tu osoba, której chciałbym sprawić radość tym pięknym i pachnącym kwieciem.

- Jeśli masz na myśli mnie – wycedziła Mazzy. – To lepiej sobie daruj. Nie przyjmę od ciebie nawet złamanego liścia. Nawet korzonka. Nawet wspomnienia po korzonku. I przestań wreszcie mnie rwać, ty wstrętny, obrzydliwy gnomie! Ty przykurczu z zaostrzonymi słuchawkami na głowie! Ty śmierdząca rzepą karykaturo ściekowego krasnoluda! Jak tak dalej pójdzie, Naru, to ja zrezygnuję z udziału w tej… przypadkowej… zbieraninie odpadów z różnych ras, zwanej „drużyną". Cały czas się zastanawiam, jak zdobyliśmy tak wysoką pozycję w rankingu tygodnika „Survival of Wage-Earner". Na pewno kogoś przekupiłaś.

- Jak śmiesz, ty cuchnący sierściaku! Jesteśmy uczciwą drużyną! – najeżyła się Naru. – No, z pewnymi wyjątkami…

- Sierściaku? Cuchnący?! – krzyknęła Mazzy. – Ty… Ty… Kambionie! Ty wybryku natury! Ty efekcie eksperymentów szalonego genetyka! Ty chodząca pokrako! Sierściaku… Będzie mi tu mówić. *Cuchnący*.

- Mazzy – wtrącił Janek. – Dla mnie ślicznie pachniesz. Z lekką nutą rzepy.

- Och, Jansen! I jeszcze ty się tu wtrącasz! – prychnęła Mazzy. – Naprawdę się od was wypiszę.

- Ciekawie, kiedy to wreszcie zrobi, bo tak gada, od kiedy do nas przyszła! – włączyła się Madae.

- Czy mam z tego rozumieć, że wracamy do domu? – jęknął zawiedziony Harry. – To po co ja wysyłałem tego SMS'a? Bo wy się nic tylko ze sobą kłócicie. A ja zawsze marzyłem, żeby być w drużynie, która żyje ze sobą w przyjaźni. Nigdy nie miałem przyjaciół. No, przecież nie mogę tak nazywać Hermiony. I Rona. Oni byli jak mój siostra i moja brat. Prawda, Madae?

- Tak, coś w tym jest – zgodziła się Madae. – Nigdy nie mogłam z tym imbecylem, moim bratem, dojść do ładu. Prawda, Isairze?

- Oj, dobra! Kupujmy! Miejcie szacunek dla siostry – specjalnie otworzyła dla nas ten pełen chłamu sklepik. Prawda, siostro Seffero? – wyartykułował Isair.

- Naru, nie zapomnij kupić nowych szmatek do czyszczenia ostrza – wtrącił Lilarcor. – I koniecznie osełkę!

- Ty nam nigdy nic nie kupujesz, Isairze – z wyrzutem powiedziały siostry Sejmitary.

- Tego by jeszcze brakowało. Poprzewracało wam się w waszych rękojeściach! Wystarczy, że *was* kupiłem! Do dziś żałuję – odburknął Isair.

- Nigdy nam nie powiedziałeś nic miłego. A my za ciebie życie byśmy oddały! W ogień poszły! W wodę! W każdą zawieruchę wojenną. Zawsze z tobą – płaczliwie zaczęły wyznawać siostry Sejmitary.

- Gdybym was nie znał, to bym uwierzył – prychnął Isair. – Jeszcze jak mi powiecie, że macie dobre serduszka…

- A właśnie, że mamy – zaparły się Sejmitary. – Nigdy nie zrozumiesz duszy kobiecej. Wstrętny samiec.

- O, jakie kozackie kozaki! – wykrzyknął Harry, stojąc przed butami, nad którymi przypięta była karteczka z napisem: „Buty Sprytu Kozaka +4". – Plose pani, ile one stoją?

- Oj, już długo, parę lat – odparła siostra Seffera.

- Ojejku, nie o to mi chodzi – zreflektował się Harry. – Ile pani za nie chce?

- Ile… za nie chcę? Dużo.

- Ale pieniąsków!

- Dziecko… Weź je sobie w prezencie. Widzę, że ci się bardzo podobają. Tylko… proszę, nie zakładaj ich nigdy na nóżki. Bo są przeklęte. I nawet czarem Zdjęcie Klątwy ich nie zdejmiesz.

- Dziękuje pani. Bardzo pani dobra.

- Harry – wtrąciła Naru. – Znowu się nażarłeś Rzepy Cofnięcia +16? Uch, ten Janek ma na ciebie naprawdę bardzo zły wpływ. Odkąd go poznałeś jesteś cały czas na rzepiej diecie.

- I bardzo dobrze! – wtrącił wesoło Janek. – Rzepa to samo zdrowie! Jak mawiał mój wuj Rzepisiuś Wielki Koronny: „Kto je rzepę, ten ma krzepę"... To przypomniało mi historię z tą rzepą i wujkiem, kiedy to…

- Słuchajcie… Dajmy sobie już spokój. Twierdza na nas czeka. Nie każcie jej czekać. Wszystkimi swymi zmysłami czuję, jak Daemonicus wyrywa się ze swych pieczęci! Dalej, na wroga! – krzyknął Lilarcor. – Prawda, siostry?

- Oj, prawda, oj, prawda. Ty jesteś taki mądry… - z entuzjazmem potwierdziły siostry.

Tu wypada tylko dodać, że drużyna po sklepie pałętała się jeszcze trzy godziny, kupując mnóstwo niepotrzebnych, zbędnych gadżetów – jak to zwykle ta drużyna.