AN: Niestety, żadne odniesienia do świata JK Rowling nie należą do mnie, pomijając OC rzecz jasna. Nie czerpię żadnych korzyści materialnych z publikacji niniejszego opowiadania.
Ostrzeżenie: Język, przemoc, możliwe treści nieodpowiednie dla młodszych czytelników. Rating zostanie zmieniony na wyższy, wraz z rozwojem wypadków.
R&R!
Kolejne dni spędziłam na odkrywaniu rzeczy, na które nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi: karmienia, pielęgnacji i opieki nad czworonogiem. Nie było to łatwe, choć ze zdziwieniem odkryłam jak szybko jestem w stanie przywyknąć do nowej rutyny. Poza tym mówienie do żywego stworzenia, zamiast do samej siebie sprawiało, że czułam się lepiej. Nie wspominając już o tym, że wypełniało to mój czas wolny między letnimi kursami i wykładami na uczelni.
W sobotni poranek, po małych zakupach siedziałam wraz z psem na łóżku oglądając telewizję.
-Hej psinko, jak to możliwe, że jeszcze Cię nie nazwałam? – podrapałam stworzenie za uchem
Jego wygląd znacznie się poprawił. Wreszcie zaczął przypominać najlepszego przyjaciela człowieka, jednak zachowywał dystans. Nie dawał się zbyt długo pieścić i czasami miałam wrażenie, że wyczekuje czegoś… Może dawnego Pana?
Przesunęłam dłonią wzdłuż jego wystającego kręgosłupa, przeczesując palcami sierść, która zaczynała odzyskiwać blask.
-Może… Horacy? – zaśmiałam się, kiedy spojrzał na mnie z niby-wyrzutem – W porządku, też nie bardzo mi się podoba. No to… John? – nadal żadnej reakcji – Leo? Albert? Denis? – zwierzę warknęło niespodziewanie, aż serce podskoczyło mi do gardła. – Ok, te chyba też odpadają. W takim razie… - zamyśliłam się - co powiesz na Adam? Pasowałoby do mnie, no zgódź się psinko… - sama myśl, że miałabym nazwać psa imieniem, pasującym do mojego własnego sprawiła, że znów wybuchnęłam śmiechem.
Zamerdał ogonem.
-A zatem postanowione. Ava i Adam. Mój Adam. – uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Pies przymknął oczy.
Zerknęłam na zegarek.
-O nie, przegapię wiadomości! – potykając się o łapy Adama, sięgnęłam po pilota od telewizora.
-…ostrzega się wszystkich, że Black jest uzbrojony i nadzwyczaj niebezpieczny. A oto specjalny numer telefonu, pod który należy natychmiast zadzwonić, jeśli państwo gdzieś zauważą Blacka…
Adam warknął przeciągle.
-Spokojnie mały, spokojnie – uspokoiłam go – nie sądzę, żeby uzbrojony zbieg mógł szukać czegoś w takim miejscu. Nie mam nic o zbyt dużej wartości… pomijając stary telewizor i… ojej, moje prace badawcze! – udałam przerażenie – chyba czas zainwestować w sejf i alarmy przeciwwłamaniowe.
Adam popatrzył na mnie z dezaprobatą. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ten pies swym niezwykłym zachowaniem przyprawiał mnie momentami o białą gorączkę.
-Ministerstwo Rolnictwa i Rybołówstwa oznajmia, że…
-Och, dajcie spokój… - westchnęłam sfrustrowana i przełączyłam kanał. Nie zamierzałam słuchać żadnych pierdół na temat Ministerstwa Rolnictwa i Rybołówstwa.
Wyjęłam kluczyki ze stacyjki i wyszłam z samochodu obładowana nowymi materiałami na temat tajemniczych, opuszczonych miejsc w Wielkiej Brytanii, które rzekomo miałyby być źródłami dobrej, czy złej energii. Myślami błądziłam jednak wokół pewnego kudłatego, czarnego jak smoła czworonoga, który przebywał u mnie od ponad tygodnia i wokół obiadu, który zamierzałam ugotować. Cóż… właściwie to zamierzałam spróbować ugotować. Dopóki w moim życiu nie pojawił się Adam, nie zwracałam większej uwagi na to co i kiedy jem. Jadłam, bo musiałam jakoś funkcjonować.
Teraz jednak z niespotykaną zaciętością wertowałam książki kucharskie w poszukiwaniu nietrudnych ale i zdrowych przepisów.
Oczywiście początkowo próbowałam karmić psa suchą karmą z puszki, ale ten reagował dość nerwowo i odmawiał współpracy w tym zakresie. Kolejny dowód na to, że obcował wcześniej z ludźmi. Naprawdę nie chciałam myśleć o dniu, w którym ujrzałabym na ulicy ogłoszenie o zaginionym psie. To byłoby nie do zniesienia.
Podeszłam do drzwi wejściowych i przytrzymując brodą trzymane dokumenty, sięgnęłam do kieszeni po klucz. Przez kilka chwil siłowałam się z zamkiem, aż w końcu usłyszałam kliknięcie i pchnęłam drzwi kolanem.
-Wróciłam! – z ulgą położyłam wszystko na szafce i ściągnęłam sandały. –Pół godziny w korku w pełnym słońcu, wyobrażasz sobie? – zaczęłam opowiadać o swoim dniu, sięgając w międzyczasie do lodówki po sok. -… I wierz mi lub nie, ale ten idiota… - urwałam w pół zdania, nagle zdając sobie sprawę z tego, że Adam nie wybiegł mi na powitanie, jak miał w zwyczaju.
Pełna złych przeczuć odstawiłam szklankę i weszłam do pokoju.
-O nie… - westchnęłam widząc otwarte okno.
Adam zniknął.
Czego się spodziewałam? Że zostanie ze mną na zawsze? Pewnie wrócił do dawnych właścicieli, którzy umierali ze strachu o niego.
Z ponurą miną okręciłam się na pięcie i o mały włos nie rozbiłabym głowy o kant łóżka. Wylądowałam na czworaka boleśnie obcierając sobie kolano. Jęknęłam z bólu i wtedy mój wzrok przykuła ręcznie zapisana kartka leżąca obok mojej dłoni.
Był to przepis na paszteciki z mięsem, które zamierzałam przygotować tego dnia.
-Nie będzie już potrzebny – szepnęłam gniotąc arkusz i wyrzuciłam go przez okno.
Przez chwilę tkwiłam nieruchomo, a potem nagle zaczęłam płakać. Nie wiem jak długo tkwiłam na podłodze pozwalając łzom płynąć.
Podniosłam się i przetarłam oczy wierzchem dłoni. Czułam ogromny wstyd, że dałam się ponieść emocjom. Od lat szczyciłam się silną wolą i duchem. Minęły lata odkąd ostatnim razem uroniłam choćby łzę.
Usiadłam na podłodze i oparłam się plecami o łóżko. Czy rodzina po moim niespodziewanym wyjeździe też poczuła tą przeraźliwą pustkę i chłód w sercu? Zadrżałam.
Zacisnęłam wargi w przypływie ponurej determinacji i postanowiłam, że wkrótce do nich napiszę.
-No dobra kobieto, trzeba wziąć się w garść i żyć dalej – powiedziałam sama do siebie licząc, że dzięki temu dostanę zastrzyk energii i będę mogła kontynuować życie tak, jak to było zanim znalazłam Adama…
…naiwna ja.
Resztę dnia spędziłam snując się bez celu po mieszkaniu i oddając się ponurym rozmyślaniom.
Nie miałam na nic ochoty.
W pewnej chwili rozległ się głośny huk, który sprawił, że niemalże potknęłam się o własne nogi. Z sercem w gardle wyjrzałam przez okno ale nie zauważyłam niczego niezwykłego.
Pomyślałam, że to najprawdopodobniej bachory z osiedla odpalały fajerwerki i odetchnęłam ciężko.
Zasłoniłam więc okno i włączyłam telewizor, żeby się uspokoić. Akurat zaczynały się wiadomości.
Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Powoli, starając się zapanować nad swoim ciałem, odwróciłam głowę w stronę drzwi i... moje spojrzenie zatrzymało się na postaci wyjątkowo zaniedbanego mężczyzny.
Zaczęłam krzyczeć najgłośniej jak tylko potrafiłam mając nadzieję, że włamywacz nie zabije mnie nim przyjdzie pomoc.
-ZAMILCZ. – warknął i wykrzywił twarz w przerażającym grymasie. Przestąpił powoli próg pokoju.
Myślałam gorączkowo. Nie miałam szans dostać się do telefonu na korytarzu.
-Nie zbliżaj się! – nie odrywałam od niego wzroku jednocześnie szukając dłonią czegoś, czym mogłabym się obronić.
Włamywacz posuwał się w moją stronę. Zauważyłam, że utyka.
Adrenalina buzowała w moich żyłach, a w uszach mi szumiało. Przesunęłam się w stronę biurka i natrafiłam dłonią na parę nożyczek, które szybko chwyciłam i wyciągnęłam przed siebie.
-Ostrzegam, jeśli zbliżysz się choćby o krok…
Uderzyłam plecami o parapet okna. Czułam się jak osaczone zwierzę pozbawione możliwości ucieczki.
Dzieliły nas jeszcze może trzy, cztery kroki.
W szarych oczach mężczyzny widziałam obłęd. Nie myślałam nad tym kto i skąd, w mojej głowie krążyła tylko myśl o ucieczce.
Wola przetrwania nagle dodała mi energii.
Odbiłam się mocno od parapetu i zanurkowałam pod jego wyciągniętą ręką wbijając mu mocno nożyczki w kolano.
Mężczyzna zaklął.
Już, już prawie dobiegałam do telefonu, kiedy szarpnął mnie za nogę i upadłam jak długa. Uderzyłam twarzą o posadzkę i wrzasnęłam z bólu. Rzucałam się w ślepej panice, chcąc uwolnić się z żelaznego uścisku.
Włamywacz sapiąc ciężko unieruchomił mnie całym swoim ciałem.
-NIE! – krzyczałam, drapałam i wiłam się do upadłego. Panika zupełnie mnie zaślepiła.
-Na litość boską, kobieto uspokój się! – wychrypiał gdzieś w okolicach mojego prawego ramienia. – Ava!
Zamarłam.
Przez ułamek sekundy tkwiłam nieruchomo pod jego ciężarem oniemiała.
Na bogów, ten człowiek znał moje imię! Musiał mnie wcześniej szpiegować!
Wznowiłam szamotaninę z jeszcze większą determinacją, choć strach mroził mnie od środka i zmęczenie dawało się we znaki.
Mężczyzna wycelował we mnie jakiś podłużny przedmiot i... straciłam przytomność.
