„Witness"
Autor: truska93
Rozdział 1
Zalana łzami stałam na podjeździe swojego domu. Moje trzęsące się ręce obracały nerwowo aparat. Kilka razy obejrzałam zdjęcia, które udało mi się zrobić. Nic. Żadnych śladów sprawcy. Kolejny wybuch płaczu. Podniosłam głowę i ujrzałam w drzwiach mamę. Stała i przypatrywała się mi. Pewnie zastanawiała się, dlaczego nie wchodzę do środka. Jak tylko zobaczyła, że płacze, podbiegła do furgonetki i otworzyła jej drzwiczki.
Bello, co się stało? Ktoś zrobił ci krzywdę? – Spytała zmartwiona.
Nie, chodzi o coś zupełnie innego. Spójrz. – Podałam jej aparat. Wzięła go w ręce i zaczęła przeglądać zdjęcia. Kiedy doszła do zdjęć trupa, leżącego na polanie, zamarła.
Matko, Bello, co się stało? Dlaczego zrobiłaś zdjęcie nieboszczykowi? – Spytała.
Mamo, proszę. Tam powinien być sprawca. Widziałam go. Dlatego zrobiłam zdjęcia. Proszę, powiedz, że go widzisz. – Dodałam płaczliwie. Spojrzała na mnie.
Bells, ty widziałaś, jak mordują tego człowieka? – Zapytała cienkim głosem. Pokiwałam głową. Mocno przytuliła mnie do siebie. – Oh, kochanie, chodź do środka, zadzwonimy z tatą na policję.
Gdy weszłyśmy z mamą do środka – cały czas trzymała mnie w objęciach – zaskoczony tata podbiegł do nas.
Renee, co jest grane? - Spojrzał na mnie.
Charlie, dzwoń po policję. W lesie ktoś zamordował człowieka. Bella to widziała. – Oznajmiła szybko. Tato spojrzał na mnie, był w szoku.
To, to prawda Bells? – Spytał z niedowierzaniem. Znów kiwnęłam głową. Tym razem on mocno mnie do siebie przytulił. – Już dobrze – powiedział, głaszcząc mnie po plecach. Po chwili poszedł do kuchni po telefon. Przeszłyśmy z mamą do salonu. Wszystko dokładnie słyszałam.
Tak, to niestety prawda. Moja córka Bella była świadkiem. Tak, nic jej nie jest, jest cała i zdrowa. – Krótka cisza. Zapewne słuchał, co mają mu do powiedzenia policjanci. – Dobrze, czekamy. Dziękuję. – Klik. Słuchawka odłożona. Po chwili w salonie pojawił się Charlie.
Już dobrze. Za parę minut przyjedzie ekipa śledcza. Będzie mieć do ciebie kilka pytań. I chyba będziesz musiała pojechać z nimi na miejsce zdarzenia. – Powiedział. Słychać było w jego głosie, że nie podoba mu się ten pomysł.
Dobrze. Mogę pojechać. Jeśli to ma w czymś pomóc. – Dodałam od siebie.
Cała nasza trójka siedziała w salonie w oczekiwaniu na policję. Po 30 minutach do drzwi ktoś zadzwonił. Mama poderwała się z miejsca i poszła otworzyć.
Tędy proszę. – Powiedziała do kogoś. W tym momencie do salonu wkroczył gruby policjant, a za nim dwóch młodych. Wszyscy patrzyli się na mnie.
Ty jesteś tą Bellą, co widziała morderstwo w lesie? – Spytał jeden z nich.
Tak. To ja.
Mamy do ciebie kilka pytań. Jesteś w stanie na nie odpowiedzieć? Możesz być w szoku, my to rozumiemy.
Dobrze, mogę. – Powiedziałam, kiwając głową.
Mama usiadła z powrotem obok mnie. Objęła mnie ramieniem, by dodać mi otuchy. Gruby policjant wyciągnął notatnik i zadał pierwsze pytanie:
Co takiego stało się w lesie? – Nie wiedziałam, od czego zacząć.
Pojechałam do lasu, by porobić kilka zdjęć moim nowym aparatem. Bardzo lubię fotografować. W pewnej chwili zauważyłam jakiegoś faceta…
Jak on wyglądał?
Nie wiem dokładnie. Stał tyłem do mnie. Ale był bardzo wysoki, umięśniony i ubrany był na czarno. – Powiedziałam szybko.
Żaden szczegół nie przykuł twojej uwagi? – Zadając to pytanie ciągle notował.
Nie. Ale zrobiłam parę zdjęć. – Powiedziałam nie pewnie. Wszyscy trzej policjanci spojrzeli na mnie z niedowierzaniem.
Możemy je zobaczyć?
Oczywiście. – Poszłam po swój aparat. Znalazłam na nim zdjęcia z lasu i przekazałam go policji. Cała trójka z zaciekawieniem oglądała zdjęcia. Po chwili jednak ( ten gruby) spojrzał na mnie.
Tu widać tylko zwłoki. Nigdzie nie ma sprawcy. Ale musimy go zatrzymać. – Powiedział, chowając aparat.
Ale to nie prawda! – Krzyknęłam.
Bello. – Szepnęła mama.
Nie mamo! Ja na pewno zrobiłam zdjęcie temu mordercy! Wy go musicie zobaczyć! – Cała się trzęsłam. To wręcz niemożliwe, że nie został uwieczniony na fotografii tak jak jego ofiara.
Cóż, proszę zabrać ją do lekarza. Może być w głębokim szoku. – Zwrócił się do mojej mamy. Miałam ochotę go rozszarpać.
Dlaczego nikt mi nie chce uwierzyć?! – Miałam już tego dość. Zaczęłam się wyrywać, ale tata przytrzymał mnie w pasie.
Bells, proszę, uspokój się. – Szepnął do mnie. Musiałam go posłuchać. Przestałam się szarpać, ale nadal się trzęsłam.
Dobrze, może lepiej wytłumacz nam gdzie znajduje się miejsce zbrodni. Chyba nie nadajesz się na wycieczkę do lasu. – Zgodziłam się od razu. Miał rację. Szybko wytłumaczyłam im, gdzie dokładnie leży denat. Jeden z gliniarzy znał dobrze te tereny, więc z trafieniem nie będą mieć kłopotu. Mama odprowadziła ich do drzwi, a ja pobiegłam do siebie na górę. Chciałam być sama…
******
Przez cały dzień leżałam na łóżku i płakałam w poduszkę. Jeszcze nigdy w życiu nikt mnie tak nie potraktował. Czułam się okropnie, bo nikt mi nie wierzył. Łzy same napływały mi do oczu i w ogóle nie chciały przestać. Nie kontrolowałam tego. Kiedy poczułam, że strasznie boli mnie głowa, a na policzkach mam pełno łez, podniosłam się i spojrzałam na zegarek. Była punkt 18. Otarłam łzy rękawem i usiadłam. Miałam już dosyć wszystkiego. Na dworze już się ściemniało. Usłyszałam, jak ktoś rozmawia na dole przez telefon. Chyba mój tata.
Tak, rozumiem. Jest z nią lepiej. Siedzi u siebie w pokoju. Dobrze dziękuję za informacje. – Krótka cisza. Później odezwała się mama.
I co mówili? Wiedzą już coś?
Tak, ustalili, kto był ofiarą. – Nadstawiłam uszu. – Mark Johnson. Stary kawaler. Ostatnio dużo czasu spędzał w lesie. Na starość zaczęło mu odbijać. Ubzdurał sobie, że poluje na wampiry. -?
No chyba faktycznie zwariował. A co ze sprawcą?
Nie ma żadnych śladów. Podejrzewają, że to niedźwiedź wgryzł się w jego szyję, a później zostawił go.
To jednak nie człowiek? – Mama ściszyła głos. Wiedziałam, dlaczego.
Nie ma żadnych dowodów na człowieka… - i chyba skończyli rozmawiać, bo zapanowała długa cisza.
Znów opadłam na poduszki. Od nadmiaru emocji myślałam, że eksploduje mi głowa. Próbowałam zasnąć, ale wciąż miałam przed sobą ten sam obraz. Ciemna postać, która morduje człowieka na moich oczach. Potrząsnęłam głową. Po chwili usłyszałam ciche pukanie.
Proszę – szepnęłam zachrypniętym głosem. Do środka weszła mama. Bacznie mnie obserwowała.
Jak się czujesz kochanie? – Spytała
A jak się mam czuć Twoim zdaniem? – Wypaliłam w odpowiedzi. Zmarszczyła brwi.
Bello, proszę, ja cie rozumiem, jesteś w szoku, ale..
Nie! – Wydarłam się. – Nie chcę słuchać, że jestem w ciągłym szoku! Nie wmówisz mi, że się przewidziałam! – Moja reakcja ją zdziwiła, a co więcej – zaniepokoiła. – Proszę, zostaw mnie. – Próbowałam powiedzieć grzecznie. Widać było, że zastanawia się, co mi odpowiedzieć. Niestety nic nie powiedziała. Wstała z mojego łóżka i podeszła do drzwi. Zanim wyszła popatrzyła na mnie. Jej wyraz twarzy się zmienił. Wyglądała, jakby coś postanowiła, a jednocześnie się na mnie złościła.
Kiedy wyszła znów się rozpłakałam. Do tego wszystkiego doszły wyrzuty sumienia. To, jak potraktowałam mamę zabolało mnie i to bardzo. Nie wiedziałam, czy mam ją przeprosić. Ale po kilku sekundach uświadomiłam sobie, że nie. Sama jest sobie winna. Mogła mnie nie prowokować.
W tej chwili byłam na Maksa zła. Znowu się trzęsłam, ale ze zdenerwowania. Zacisnęłam pięści, aż pobielały mi kłykcie i czułam, jak paznokcie wbijają mi się w środek dłoni. Do głowy przyszedł mi szalony pomysł…
Minęła godzina 23. Obok łóżka leżał mój wypchany plecak. Spakowałam najpotrzebniejsze mi rzeczy. Jeszcze tylko musze napisać krótki list do rodziców. Wzięłam czystą białą kartkę z biurka i czarny długopis. W tej chwili nic nie przychodziło mi do głowy, ale musiałam coś naskrobać. Wybrałam najprostszą formę:
Kochani rodzice
Wiem, że moją ucieczką z domu ranię was głęboko, ale nie mam innego wyjścia. Nikt nie chce uwierzyć w moje słowa, które są prawdą. Przepraszam was za wszystko, może kiedyś uda mi się wam to wynagrodzić. Oczywiście, jeżeli będziecie mnie chcieli jeszcze widzieć…, co do moich planów, nie ujawnię wam ich. Sądzę, że na pewno chcielibyście mnie wtedy odszukać, a ja tego nie chcę. Wrócę, jak tylko uda mi się udowodnić, że mówię prawdę. Kocham was i jeszcze raz przepraszam. Wybaczcie mi!
Bella
Pisząc ostatnie słowa mojego prostego listu znów się popłakałam. Raniłam ich i siebie jednocześnie. Ale byłam już dosyć zdesperowana i moim jedynym celem teraz było udowodnienie, że mówię prawdę.
Schowałam pospiesznie kartkę do koperty i położyłam na moim świeżo pościelonym łóżku. Wzięłam głęboki wdech i sięgnęłam po plecak. Po chwili jednak musiałam się zatrzymać. Zastanawiałam się, którędy wyjść. Przez drzwi? Nie, na pewno by mnie usłyszeli. Może przez okno? Podeszłam do niego i zerknęłam w dół. Z pierwszego piętra było dosyć wysoko, zważając na mój lęk wysokości. Jednak wolałam wybrać tę drogę. Otworzyłam po cichu okno i wyrzuciłam swój plecak. Wycofałam się jeszcze, by zgasić lampkę nocną i byłam gotowa. Spojrzałam jeszcze za siebie. Popatrzyłam na drzwi i wyszeptałam: Przepraszam, jeszcze raz. Powoli zaczęłam schodzić, trzymając się rynny i gałęzi drzewa, które rosło obok domu…
Zejście na dół okazało się być prostsze niż myślałam. Otrzepałam się jeszcze i sięgnęłam po plecak. Po cichu przekradłam się na podjazd. I tu właśnie zaczęły się moje schody. Nie przewidziałam jednej rzeczy. Czym udać się na miejsce? Gdybym wybrała furgonetkę, od razu wiedzieliby, że to ja nią podróżuje. I nawet teraz odpalając jej silnik obudziłabym rodziców… przeklęłam się w duchu. Że też wcześniej o tym nie pomyślałam. Było już późno i nie miałam pomysłów.
W końcu postawiłam na taksówkę. Wykręciłam szybko numer i zamówiłam kurs pod nasz dom. Długo nie czekałam, bo okazało się, że kierowca był w pobliżu. Wsiadłam na tylne siedzenia i powiedziałam, wręczając kierowcy 50$.
Seattle.
Ruszyliśmy. Migające latarnie obok drogi, co pewien czas oświetlały moją zapłakaną twarz…
********
Włochy,12.04.2030. Volterra – 150 km na południe od Rzymu.
Czy przyjmujesz na siebie obowiązek wykonania trudnej misji i przyrzekasz, że nasza rasa nie zostanie odkryta przez ludzi, w każdych okolicznościach, jakie ci się nadarzą?
Tak, i przyrzekam wypełnić ją godnie. – Odpowiedziałem dumnie. Miałem teraz okazję udowodnić, że Demetri był niegodziwcem i tchórzem…
******
Alice, co widzisz? – Spytałem zdenerwowany.
Volturi. Przysyłają kolejnego człowieka. Felix. – Powiedziała, nadal siedzą nieruchomo.
A co to ma związek z nami? – Spytał Jasper.
Chcą zniszczyć jedynego świadka Demetriego. Chodzi o Bellę Swan.
I?
Już jutro się dowiesz… - nie skończyła, ale ja dobrze wiedziałem, o co chodzi…
Muszę się przygotować. Już jutro się spotkamy…
