Dom Dursleyów [1987]

Harry obudził się w ciemności.
Ostrożnie przebiegł dłońmi po otoczeniu, opierając się całkowicie na innych zmysłach, by zbadać, gdzie się znajduje. Z tego co wywnioskował, był w bardzo ciasnym pomieszczeniu, daleko od jego prawie pustej, ale przestronnej sypialni w posiadłości Potterów.
Zapis jego wspomnień z ostatniej nocy grał w jego umyśle w kółko niekończącymi się powtórzeniami. Czerń pokoju ukryła ciemne, wzburzone spojrzenie chłopca. To rzeczywiście się stało. Jego rodzice zostawili go. Porzucili. Jak niepotrzebnego śmiecia.
Powoli osunął się na podłogę, owijając ręce wokół nóg. W niemal namacalnej ciszy był świadom swoich drżących oddechów. Praktycznie słyszał swoje tętno. Bach. Bach. Bach.
Dźwięk w stałym rytmie tylko wydawał się zwiększać intensywność powolnego pulsowania jego w głowie. Delikatny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa i uniósł ręce, masując sobie skronie. Mógł je usłyszeć tak wyraźnie. Palcami szarpał końcówki włosów, gdy wspomnienie uderzało boleśnie w jego czaszkę, niemal dusił się przez ciśnienie.
Wziął głęboki oddech, wciągając nieświeże powietrze i większą niż zwykle ilość kurzu w pomieszczeniu. Oczy mu zwilgotniały i sapnął, dławiąc się i kaszląc. Nie tylko rodzice musieli go opuścić, ale postanowili też, że powinien zachorować na gruźlicę? Harry zaśmiał się cicho w ciemności. Teraz był po prostu niegrzeczny.
Z roztargnieniem zastanawiał się czy umrze w tym pudełku na buty.

Dom Dursleyów [Grudzień 1987]

Szafka. Nie, komórka pod schodami, jak się później dowiedział.
Harry nie był pewien, jak długo tam przebywał. Czas wydawał się ledwie sączyć, gdy był ukryty w ciemności przez tak długi czas. Próbował liczyć sekundy, ale to powoli doprowadzało go na skraj szaleństwa.
W końcu ktoś pofatygował się do niego. Albo raczej zmusił do wyjścia z zamkniętej szafki. Ta osoba nazwała siebie "Ciotką Petunią", i przenikliwym, żądającym głosem uparła się, iż Harry musi zamieść podłogę, jeśli chce dostać chociaż kęs jedzenia.
Oczy cioci Petunii zatrzymały się na dziecięcej wielkości czarodziejskich szatach, które nosił tego dnia. Były jego jedyną własnością. Jedyną pamiątką jego rodziny, i teraz jego przeszłości.
W przypływie dzikiej zemsty ciotka rzuciła jego szaty do kominka. Jej usta były zaciśnięte w cienką linię, gdy wręczyła mu kilka dużych, zużytych mugolskich ubrań, które kiedyś należały do jego kuzyna. Cała sprawa była obrzydliwie symboliczna.
Ledwo udało mu się uratować skurczoną książkę, którą wepchnął do szaty wcześniej.
A teraz, gdy stał nad zlewem na małym stołku, myjąc brudne talerze z resztek z kolacji tego wieczoru, Harry zastanawiał nad tym, co zniszczyło jego życie w ciągu zaledwie kilku miesięcy.
Z każdym dniem góry prac, które miał zrobić, stawały się coraz większe. Jego umysł był pełen potwornie żmudnych zadań. Być może Dursleyowie chcieli go wykończyć, niedożywiając i przepracowując go na śmierć.
Ciotka Petunia, która przypominała bardziej konia niż kobietę, uważała się za lepszą od niego z racji tego, iż nie miała magii. Używała szorstkiej dyscypliny i przemocy fizycznej, aby wysługiwać się Harry'm jak niewolnikiem. A przecież był jej kochanym siostrzeńcem.
Niestety, jej mąż, Vernon Dursley, także nie wydawał się mieć żadnych skrupułów czy innych, paskudnych dla niego rzeczy. W rzeczywistości wysoki mężczyzna wydawał się czerpać wielką przyjemność widząc niebiesko-czarne sińce, zdobiące bladą skórę Harry'ego.
A teraz ręce chłopca ubrane w żółte, gumowe rękawice, usuwały brud z naczyń coraz mocniej i mocniej na myśl o jeszcze jedynym członku tej piekielnej rodziny.

Był jeszcze jeden Dursley, który wydawał się istnieć tylko po to, by uczynić żałosne życie Harry'ego jeszcze gorszym. Jakby to jeszcze było możliwe. Harry prychnął.
Chociaż zaszczytny tytuł "Najgorszego Dursleya" ostatecznie przypadł wujowi Vernonowi, jego syn Dudley był prawie ex aequo. Wielorybi chłopak, o zerowej inteligencji, sprawiał Harry'emu bardzo dużo kłopotów i wydawało się że spowoduje jeszcze więcej. Wyrzucał posiłki, które przygotował Harry na podłogę, wrzucał błoto do domu, celowo wyrywał kwiaty cioci Petunii z korzeniami, strzelał do naczyń kuchennych z wiatórki...były to tylko niektóre sposoby najmłodszego Dursleya, by w domu siać spustoszenie. A jeśli do jego codziennej posługi dodawał porządnego kopa w żołądek Harry'ego, Dudley uznawał za dobry dzień.
Harry nigdy nie przyszło do głowy, aby narzekać. Wiedział że to nie ma znaczenia; musiał cierpieć niezależnie od ilości połamanych wazonów i wyszczerbionych filiżanek, a i tak w opinii Dursleyów wszystko było jego winą.
Dźwięk trzaśnięcia drzwiami o ścianę zaalarmował Harry'ego i zesztywniał naprzeciwko zlewu. Palcami wycisnął gąbkę w dłoniach.
–Gdzieś ty polazł, bachorze?!
Harry wciągnął gwałtownie oddech, słuchając ciężkich kroków na starych deskach. Mały huk wybuchł na korytarzu, a duża ręka chwyciła jego ramę.
Vernon Dursley był absurdalnie pijany.
Harry ścisnął mocniej gąbkę, obserwując pianę z mydłem leniwie dryfującą w dół, do odpływu. Stał tyłem do drzwi, ale usłyszał ciężki oddech tuż zza jego ucha.
– Nn-nie mówiłem ci, że-e-by umyć podłogi ssanim wrócę? –zapytał, jąkając się z powodu pijaństwa.
–Zrobiłem to, wuju Vernonie.– Harry skrzywił się i odwrócił. –Dwa razy.
Te słowa padły na podatny grunt.
Chłodny zlewozmywak naciskał mu na plecy, a Harry ostrożnie zdjął komiczne żółte rękawiczki, przyglądając się, jak pijany Vernon Dursley potyka się, człapiąc w jego stronę.

–Nie podchodź bliżej.– Ostrzegł go chłopiec.
Vernon parsknął.

–I-i-i niby co sstym srobisz?
–Powiedziałem– Harry zacisnął zęby– nie podchodź bliżej.– Jego ręce wyciągnęły się przed nim w geście złudnej ochrony.
Starszy Dursley uśmiechnął się podle, a jego oczy zaszkliły się z uciechy. Jego mięsista ręka sięgnęła do Harry'ego, mocno uderzając jego głowę w policzek. Vernon podszedł bliżej; pchnął na podłogę bezbronnego chłopca. Szczerzył się jak szalony wieprz.
Łokcie Harry'ego wbiły się w chłodne płytki na kuchennej podłodze. Cofnął się na klęczkach do tyłu, a potem dotknął w palący policzek. Jego wuj górował nad nim z chorym wyrazem twarzy.
Harry potrząsnął głową powoli. Dziwny, gorzki śmiech wyrwał się z jego gardła.

–Nie powinieneś tego robić.
Vernon nie odpowiedział, gdyż jego myśli krążyły wyłącznie wokół małego zagrożenia reputacji, które zagnieździło się w jego domu. Gdy zaczął podchodzić do niego trochę bliżej, chłopiec zrozumiał że nie ma innego wyboru.

Stupefy– wyszeptał.
Jego pierś zadrżała. Ledwie Harry podniósł się z klęczek, a wuj Vernon zwalił się ciężko na podłogę, wywołując ogromny huk w sterylnym pomieszczeniu.
Harry poczuł że wcześniejsze napięcie opuściło jego ciało, poczuł też ulgę, i lekki szok– że jego czar faktycznie zadziałał. Oparł się o zlew przez kilka długich chwil, dopóki nie usłyszał odgłos kroków biegnących na dół, po schodach.
W ciągu kilku zaledwie sekund pojawiła się ciotka. Petunia Dursley pisnęła, gdy jej oczy skierowały się na męża leżącego nieprzytomny na podłodze. Podbiegła do przodu, kompletnie ignorując swojego siostrzeńca.
–Vernon– Pisnęła, potrząsając ramionami.– Vernon!

Jej panika podwyższyła się przy braku odpowiedzi i odwróciła wzrok na chłopca, który patrzył zupełnie obojętnie na leżące obok nieruchome ciało swego wuja.

–Zabiłeś go.– Oskarżyła, wskazując drżącym palcem na siostrzeńca. –Ty go zamordowałeś z zimną krwią!
Harry przewrócił oczami.

–On jest pijany, ciociu Petuniu– Uniósł ręce do góry w geście poddania. –Ja nic nie zabiłem. Z wyjątkiem brudu na talerzach, jak żądałaś.– Wyjął czyste naczynia ze zlewu z drwiącym rozmachem i postawił na blacie.
–Nie-mój Vernon, nigdy nie…nie, nie, ty to zrobiłeś! Użyłeś m-m-magii.– Jej twarz zbladła. –Myślałam, że skończyliśmy z Lily i jej bandą świrów. A-ale nie, ona postanawia zrzucić jej morderczego syna na mnie, tylko po to aby nas wykończyć!
–On nie jest martwy!– Harry warknął gniewnie, przypadkowego rozbijając okulary. Zostały starannie umieszczone do góry nogami, by wyschły blacie, a teraz pękły z głośnym trzaskiem.
Harry wzdrygnął się, gdy usłyszał głośny krzyk cioci Petunii. Brzmiała tak samo jak jego własna matka. Skrzywił się. Cóż, przynajmniej teraz mogę wreszcie zobaczyć rodzinne podobieństwo.
Wydawało się to tak dawno temu...moment, w którym usłyszał, jak jego matka krzyknęła w tak desperacki sposób. Nic innego jak zamglony obraz w jego pamięci, ale Harry nigdy nie zapomniał tego dnia. To był pierwszy dzień, w którym spotkał Toma.

o.o.o.o

Sowa na zewnątrz dziobała bezustannie szybę, zmuszając Harry'ego aby stoczył się z łóżka z głośnym jękiem. Powlókł do okna i otworzył je z ponurą miną. Elegancki, czarny ptak natychmiast wleciał do pokoju i przysiadł na twardej ramie łóżka chłopca.
–Idź sobie, głupi ptak, nie chcę żadnych piór...– Skarcił ją sennie. Sowa zignorowała go i posłała mu spojrzenie, który można określić tylko jako wyniosłe. Harry westchnął, rzucając się z powrotem na łóżko. Sowa zaskrzeczała na nagłe przesunięcie się materaca i dziobnęła go w nogę.
Harry odwrócił głowę, by spojrzeć na ptaka, który nie chciał się ruszyć, a jego wzrok padł na pakiet leżący przy ptasich szponach. Patrzył na nią z zaciekawieniem.

–Czy to dla mnie?– Spytał doręczycielkę. Ptak przesunął paczkę w odpowiedzi, obracając ją, aby mógł zobaczyć elegancko napisane 'Pan Harry James Potter' na boku.
–Jestem wariatem– Harry mruknął do siebie, kiedy rozpakował paczkę.– Rozmawiam z sową…– Jego oddech utknął w gardle, gdy jego oczy zauważyły wielką książkę która leżała teraz na jego kolanach. Nie była to w żadnym wypadku nowa książka, sądząc po licznych plamach i warstwie pyłu, który osiadł na okładce. Przeczytał tytuł. "Przewodnik dla początkujących: Mroczne Klątwy i Przekleństwa".
Drzwi do jego pokoju otworzyły się z trzaskiem, a Harry zakotłował się w swoich pościelach, chowając książkę pod piersią. Uspokoił się nieco, gdy zauważył, że był to po prostu jego brat bliźniak, Alexander.
–Hawy, mama mówi że śniadanie gotowe.– Powiedział. Wszedł do pokoju i sapnął, gdy jego wzrok padł na ptaka w pokoju. –Hawy! Patrz! Sowa!
Alexander podbiegł do sowy, która trzasnęła złośliwie dziobem i wzbiła się w powietrze, wylatując przez okno. Alexander żachnął się tylko na chwilę, dopóki nie spojrzał na książkę, który ciągle była schowana w ramionach Harry'ego.
–Co to jest?– Spytał z ciekawością, dotykając książki.
Harry odtrącił dłoń brata i pokręcił głową.
Alexander zignorował go, zamiast tego decydując się wyciągać palce dalej i dalej, w kierunku książki.

–Chcę zobaczyć, Hawy. Chcę tę książkę.
Oczy Harry'ego błysnęły. Nie mógł pozwolić, by Alexander zabrał mu jeszcze jedną rzecz. Pismo zostało wysłane do niego, i tylko on będzie jednym, który go dotknie!
Oczywiście, Alexander nie wiedział jakie są myśli jego bliźniaka. W końcu znudził się, sięgając po książkę i po prostu skoczył na nią, spychając Harry'ego na ziemię jak poduszkę, gdy ten wypuścił opasły tom z rąk.
Triumfalnie silniejszy brat chwycił książkę. I tak samo szybko upuścił ją z bolesnym krzykiem.
Harry patrzył z rozbawieniem, jak Alexander wybuchnął strasznym płaczem, książka dosłownie spaliła skórę na jego dłoniach. Były teraz czerwone i pełne pęcherzy od poparzenia książki. Harry uśmiechnął się. Wreszcie, Alexander dostał to, na co zasłużył.
Jego rozrywka trwał tylko przez kilka długich minut– niestety, nie udało mu się zobaczyć jak brat płacze bez końca, bo Lily Potter wbiegła do pokoju, wyciągając czujnie różdżkę przed siebie. Gdy jej oczy powędrowały do oparzeń na rękach jej syna, wydała się najbardziej przerażający krzyk.

James i dwóch innych aurorów musieli uspokajać Lily, a i to zajęło im dłuższą chwilę. Wyleczyła ręce Alexsandra, szepcząc kojące słowa i susząc chłopcu łzy. Zapytany o to, co spowodowało oparzenia, chłopiec oczywiście wskazał na książkę.
Harry rzucił na nią okiem. To był jego pierwszy prezent od lat. Nie da się go tak łatwo pozbyć! I tak, kiedy James Potter podszedł aby mu ją odebrać, Harry przebiegł przez pokój, chwytając pismo, zanim ktokolwiek inny mógłby położyć na niej łapę.
–Nie! Harry nie dotykaj go!– James Potter krzyknął minutę za późno.

Lily westchnęła.
Ale nic się nie stało. Harry spojrzał na ich zszokowane twarze i wzruszył ramionami. Otworzył książkę, patrząc na strony, które były pożółkłe ze starości.
–Nie sądzę, że książka jest przeklęta, Panie Potter– Odezwał się jeden z aurorów. –Harry może dotknąć ją bez problemu.

Mimo to wszyscy wciąż celowali w książkę różdżkami.
James Potter przełknął gulę w gardle.

–Jestem bardziej zaniepokojony kto ją tu wysłał. I dlaczego?– Zmusił się do fałszywego uśmiechu i podszedł do milczącego syna.
–Hejka, Harry. Myślisz, że mogę przyjrzeć się twojej książce na sekundkę? Szybko oddam ją z powrotem.– Spróbował James. Harry posłał mu sceptyczne spojrzenie i pokręcił głową, tuląc ją do piersi.
–Sir, na podstawie skanu nie wykryto groźnych sił.– Poinformował jeden z aurorów, kończąc zaklęcie.
James westchnął z irytacją.

–Cóż, mogę przynajmniej zobaczyć jakie książki masz? Założę się, że jest naprawdę fajna.
Harry spanikował. Wiedział, że książka była dziwna. Spalił skórę na rękach brata. Była niebezpieczna. A jednak tylko ta myśl sprawiła, iz trzymał ja jeszcze mocniej.
–Harry, jeśli nie pokażesz mi tego tytułu, będę musiał wziąć książkę siłą.– Zagroził James, machając surowo palcem przed nosem.
Jego syn spiął się i, powoli, niechętnie odwrócił okładkę, aby jego ojciec mógł dostrzec litery na jej wierzchu.
Pomocne zaklęcia ogrodnicze? –James uniósł brwi, wargi rozciągnęły mu się w rozbawionym uśmiechu. –Dlaczego czytasz książkę o ogrodnictwie, Harry?
Harry wzruszył ramionami. Nie chciał poprawiać ojca.
–Myślę, że to ponownie przypadkowa magia Alexandra. Codziennie staje się coraz potężniejszy.– James westchnął, wciąż trochę sceptyczny.– Przepraszamy za fałszywy alarm.
Dopiero gdy wszyscy wyszli z pokoju, Harry zauważył pergamin, który był zaklinowany między okładką a zużytym spisie treści książki. Wyciągnął go i zauważył że został napisany odręcznie.
"Harry Potterze, będę czekać na Ciebie, gdy tylko zobaczysz ten komunikat. Gdziekolwiek jesteś. Weź książkę ze sobą.

–Tom"
Harry zadrżał z podniecenia. Szybko wciągnął porządne ubrania i buty, chwycił książkę i wybiegł z pokoju. Omal nie potknął się na stopniach schodów w wielkim pośpiechu, aby wyjść na przeciw "Tomowi", który dał mu książkę.
–Rany, Harry. Zasuwasz żeby już zacząć te ogrodnictwo?– Jego ojciec stał oparty o poręcz.
Harry mógł tylko przytaknąć, podniecony tak bardzo, że wywrócił się o drzwi i wylądował na rozległych trawnikach, rozciągniętych w poprzek posiadłości Potterów. Nagle zalała go silna fala wątpliwości.
Gdzie on się podział? Co zrobił 'Tom', znaczy, kiedy już się z nim zobaczy? Sądząc po treści książki, Harry postanowił, że najlepiej spotkać się z nim gdzieś, gdzie nie było tak mało prywatnie i widocznie, jak w ich domu. Wiedział, że aurorzy stali dookoła nieruchomości, i nie byłoby sposobu na ucieczkę bez jednego ze swoich rodziców.
Gdy przeszedł koło żeliwnej bramy oddzielającą ich nieruchomość od lasu, przyszło mu coś do głowy.

Drzewa.

Z pewnością nie ukryje się tam całkowicie, ale gęste ogrodowe rośliny zasłonią widok przed wzrokiem ciekawskich.
Z tą myślą Harry ruszył w kierunku drzew. Schylił się pod grubą gałęzią i pochylił się nad ziemią, przedzierając się przez chaszcze. Dopiero kiedy Harry ledwo mógł zobaczyć jego dom wśród drzew, zaczął myśleć, że być może to był bardzo zły pomysł.
Usiadł na pniu i postanowił poczekać. Jeśli był jakiś 'Tom', Harry był przekonany, że przyjdzie.
I tak zrobił.
Czekał tylko parę minut, zanim usłyszał zimny szept w ciemności.

Harry Potter.
Powoli Harry odwrócił się, trzymając książkę w jego drżących rękach.

–T-Tom– To nie było pytanie.– Jesteś tu. –Harry odetchnął.– Ty jesteś prawdziwy.
Tom zaśmiał się.
Rozmawiali po cichu rozmową bez znaczenia, zwykłymi informacjami i pustymi formalnościami. Harry podziękował mu za książkę, a Tom zapewnił go, że to żaden problem.
Mężczyzna był uroczy, w dziwny, niebezpieczny sposób. Miał wysokie kości policzkowe i najciemniejsze oczy jakie Harry kiedykolwiek widział. Mówił tonem króla i chłopiec mógł oglądać go w bezustannym zachwycie.
Ale było coś poza tym, coś co Harry zauważył. Tom mógł uśmiechać i śmiać się, ale oczy ... one zawsze miały ten sam ciemny, mroźny wygląd. Oziębłość w nich była wszechogarniająca, i przebywanie bardzo blisko niego sprawiało, iż Harry drżał. W oczekiwaniu, w podnieceniu, albo w strachu, nie był do końca pewien.
Nauczył się kilku rzeczy z ich krótkiej rozmowy i Harry zrozumiał, że chciał zobaczyć Toma ponownie. Ku jego zadowoleniu, Tom zgodził.
Zostawił Harry'ego z jednym zastanawiającym oświadczeniem, czymś, co chłopiec często rozważał w nadchodzących latach.

–Zdarza się, że lód utrzymuje więcej ciepła, niż jakikolwiek ogień byłby w stanie utrzymać.

o.o.o.o

Głośny jęk wyrwał go ze wspomnień. Harry spojrzał na jego ciotkę z nowym, groźnym wzrokiem. Nie wydawała się tego zauważyć.
Wtedy postanowił włączyć grę.
Wrócił myślami do swoich kilku spotkaniach z Tomem. Przypomniał sobie jak mroźne oczy Toma ukryte były w ciemności, jak patrzyły się na niego. Skupił się na sposobie w jakiej Tom mówił; ze spokojnym akcentem, przez który wszystkie włosy na karku stanęły mu dęba.
A teraz, kiedy Harry spojrzał na ciotkę: która nalegała na pomoc mężowi, choć było to bezużyteczne, postanowił, że mała dawka osobowości Toma nie mogła zrobić więcej złego.

–On się nie obudzi. – Harry szepnął cicho, wlepiając wzrok w miejscu nad głową ciotki.
–Co z nim zrobiłeś?– Petunia dyszała.– Powiedz mi! Powiedz mi, teraz!
Powoli odwrócił głowę i spojrzał na nią. Oczy hartowanej, lodowatej stali i uniesione brwi.

–Nie.– Powiedział po prostu.
Petunia patrzyła na swojego bratanka, drżąc. Widziała, w jaki sposób światło księżyca rzuca cień na jego rysy twarzy, sprawiając że były groźne, niemal drapieżne.

–Napraw go!– Zażądała. –Albo J-ja-
–Ty co?– Przerwał Harry, spoglądając na nią z niesmakiem. Studiował swoje połamane paznokcie.- Co zamierzasz ze mną zrobić, obrzydliwa mugolko?– Splunął na posadzkę.
Petunia zbladła.

–Mugiełka? Ale to ...–Urwała, a jej mina wykrzywiła się w skrajnej wściekłości.– Mówiłem ci, zapomnij o swoim świrniętym świecie! Ty i twoi głupi…
–Nie chciałbym kontynuować tej myśli, gdybym był tobą.– Harry uśmiechnął się złośliwie, opierając swoje posiniaczone nogi o umywalkę. –Kiedy ostatnio sprawdzałem, zabiłam ci męża.– Zatrzymał się i posłał jej groźne spojrzenie. –Mogę zrobić to samo z tobą.
–Nie będziesz mi grozić! To jest mój dom! Moja kuchnia! Moja...– Zatrzymała się gwałtownie, gdy ujrzała jak Harry porusza dłonią w powietrzu i szepta coś pod nosem.
–Wiesz ...– powiedział Harry przeciągle, prostując plecy i przypominając sobie sztywną postawę Toma. –Nie potrzebuję różdżki, aby rzucać zaklęcia.– Trącił Vernona nogą.
–Czego chcesz?– Jęknęła wreszcie, opierając dłonie na stole w kuchni, jakby potrzebował pomocy, by wstać.
Harry wzruszył ramionami.

–Po prostu musisz zostawić mnie w spokoju. Nigdy więcej męczących prac. Nigdy więcej starej odzieży. Nikt w tym domu nie powinien mieć nawet odwagi, by położyć na mnie chociaż jeden palec.– Uśmiechnął się słodko, strzelając palcami. –Czy to zbyt wiele, moja najdroższa ciociu?
–N-nie...– Odpowiedziała Petunia, nie chcąc patrzeć na siostrzeńca. –Masz moje słowo.
–Dobrze. –Mruknął jedwabistym głosem, odsuwając się od zlewu. Ruszył w kierunku drzwi. Myślę, że od teraz będę spać w pokoju gościnnym– dumał.
–A Vernon?– Spytała z nadzieją Petunia, zanim Harry odszedł.
Odwrócił się i skrzywił.

–Wyjaśnisz naszą umowę reszcie rodziny, kiedy się obudzi?

Skinęła energicznie głową.
Harry machnął dłońmi w stronę klatki piersiowej wuja Vernona i westchnął.

–Wstanie rano. Pamiętaj, aby powiedzieć mu o ... zmianie. Nie chcielibyśmy, żeby to zdarzyło mu się ponownie, czyż nie?
Nie czekając na odpowiedź, wszedł po schodach. Pchnął drzwi do sypialni gościnnych i uśmiechnął się szeroko na widok tak wielkiej przestrzeni tylko dla niego. To nie była posiadłość Potterów, ale przynajmniej jest dużo lepsza niż spanie w szafie, czy raczej komórce pod schodami.
Była to pierwsza noc, w której spał spokojnie od czasu przyjazdu do tego domu piekieł.

Dom Dursleyów [marzec 1988]

Harry przewrócił stronę w swojej książce, leniwie opierając się o biały płot, który ogradzał ogród jego wujostwa. Ponieważ była to jedyna książka, którą aktualnie posiadał, przeczytał już ją od deski do deski. Informacje zostały zakorzenione w jego umyśle, a od kilku godzin już zaczął praktykować. Mógł teraz rzucać większość, jeśli nie wszystkie zaklęcia, z doskonałym wręcz wykonaniem.
Westchnął, obracając stronę. Książka zaczynała mu się nudzić, a miał skrytą nadzieję, że to nigdy nie nastąpi.
Usłyszał miękki szelest w trawie i zesztywniał. Jego oczy przesunęły się po niewielkiej nieruchomości, wpatrując się w cienie i kąty, szukając wszystkiego, co czai się w cieniu. Gdy nic nie zobaczył, oparł się o płot, ale jego ramiona wciąż były napięte.
Głupi ludzie. Rujnują mój dom. Zabierają moje jedzenie.
Harry zamrugał zaskoczony i chwycił książkę jeszcze mocniej, oglądając podwórze raz jeszcze. Tym razem udało mu się zobaczyć niewielkiego, srebrnego węża ślizgającego się po trawniku, niemal niewidocznego w trawie. Wciąż wstrząśnięty, wyszeptał do niego:

Przepraszam.
Patrzył szeroko otwartymi oczami, jak wąż zamarł, a następnie powoli odwrócił swój elegancki łeb w jego stronę. Harry zesztywniał, gdy wąż posuwał leniwie się w jego stronę, ale nie śmiał się ruszyć.
Kolejny mówca? Nie było innego przez wieki.
Harry wpatrywał się w nienormalnie duże, ciemnoniebieskie oczy węża. Zimny dreszcz spływał mu przez kręgosłup. Jego ramiona drżały ze strachu i jeszcze mocniej zacisnął książkę w dłoniach.
Wąż wysunął czarny, rozwidlony język, zbliżając się do ciała Harry'ego. Chłopiec uważał, żeby go nie dotknąć.
Nie bój się, człowieku. Nie mam na myśli nic złego.
Mimo swej nieufny natury, Harry uwierzył w syczące dźwięki pochodzące z ust tego gada.

Upewnił się, że nikogo nie ma dookoła, a potem spytał.

Jak mogę cię zrozumieć?
Jesteś wężousty. My, węże, mówimy specjalnym językiem. Jest to rzadka umiejętność, ale nie niespotykana w twoim gatunku.
Harry zawahał się, wątpiąc w te słowa.

Czy znasz kogoś innego, kto mówi ...mową węży?– Słowo zabrzmiało dziwnie w jego ustach.
Wąż spoczął w dłoniach Harry'ego, podnosząc głowę, aby spojrzeć mu w oczy.

Jesteś takim ciepłem, ludzkim dzieckiem.
Instynktownie, Harry zrozumiał. Niepewnie musnął palcami głowę węża, zwracając uwagę na sposób, w jaki wąż pochyla się w jego dotyku.
Z wahaniem, Harry wyciągnął ręce. Wąż ześlizgnął się po nich, kładąc głowę na kolanach Harry'ego. Reszta zakręciła się wokół jego ramienia.
Jest tylko jeden mówca, o jakim słyszałem w tym życiu. Niektórzy uważają go za legendę. On jest Panem wszystkich węży.
–Ale kto to jest?– naciskał Harry– Czy wiesz, gdzie on jest?
Wąż potrząsnął głową, a Harry westchnął z rozczarowaniem.
Ale mogę go znaleźć.
Naprawdę?– Zawołał niecierpliwie, głaszcząc głowę węża.– Możesz to zrobić?
Żyję, by służyć, Mistrzu.
Harry zmarszczył brwi, zatrzymując pieszczoty stworzenia.

–Nazwałeś mnie 'Mistrz'.
Jest to sposób na uhonorowanie cię, Mistrzu. Dajemy szacunek ludziom, które uważamy za godne.
Ale ja nie zrobiłem nic dla ciebie.– Stwierdził, przechylając głowę na bok ze zdziwieniem.
Ależ zrobiłeś. Dałeś mi ciepło w ten zimny, deszczowy dzień. Nigdy nie czułem ciepła człowieka w wszystkich trzech latach. Nie dbamy o większość okrutnych ludzi, którzy nas zabijają.
Ale przyszedłeś blisko mnie.– Wyszeptał Harry. –Dlaczego tak jest? Nie boisz się mnie?
Ty mnie nie zranisz, tak jak ja nie zranię ciebie. Mam na imię Merkury.

o.o.o.o

Witaj, Mistrzu. Przynoszę ciekawe informacje. Znalazłem innego ludzkiego mówcę.
Srebrny wąż wsunął do pomieszczenia, skręcając z wdziękiem wokół kilku nieprzytomnych ciał rozrzuconych po marmurowej posadzce. W ten sposób dostał się do bogatego, pięknego tronu, który został ustanowiony na końcu ogromnej hali ozdobionej kryształowymi lustrami.
Przystojny mężczyzna patrzył na węża z zaciekawieniem przez kilka długich sekund. Wreszcie podniósł brew i powiedział po prostu.

Tak?
Jest potężnym czarodziejem; Mogę to wyczuć, mistrzu. Ale jest trzymany w niewoli w mugolskim świecie.
Człowiek, który zwał się Lord Voldemort, zadrwił na samą myśl o tym obrzydliwym gatunku. Nie były oni nawet godni do nazywania siebie ludźmi. Potrząsnął głową; czarodziej, mówca, jest przetrzymywany przez brudnych mugoli. Po prostu nie mógł na to pozwolić.

Kto to jest, mój wierny sługo?– Spytał spokojnie, przebierając palcami po wąskiej różdżce.
To chłopiec, mój panie. Harry Potter.
Lord Voldemort zassał gwałtownie powietrze, oczy rozszerzyły mu się przez niewielki ułamek sekundy. Powoli, jego wargi do rozciągnęły się w uśmieszku. Potter, chłopiec, dziedzic Światła, był mówcą. Jak dziwnie. Nagle zmarszczył brwi, gdy nagła myśl uderzyła go.

Merkury, co akurat Harry Potter, ze wszystkich dzieci, robi w mugolskim świecie?
Wąż śmignął językiem, badając powietrze przed sobą.

Mistrzu, został opuszczony przez swoją rodzinę.
Voldemort niemal przewrócił oczami. Dyskretnie szukał chłopca w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Oczywiście Harry Potter musiał być w bezwartościowym, mugolskim mieście. To było jedyne miejsce, o którym nie myślał nawet, aby sprawdzać.

Jest tam jeszcze?
Z tego, co mi powiedział, wydaje się, że nigdy nie będzie mógł odejść.
Lord Voldemort skinął głową, kręcił różdżką w dłoniach leniwe kręgi.

–Myślę, że muszę złożyć odwiedziny młodemu Harry'emu.– Spojrzał na węża i nakazał– Przygotuj się do podróży. Wkrótce go zobaczymy.

Dom Dursleyów [kwiecień 1988]

–Witaj, Harry Potterze.
Harry powoli podniósł głowę znad książki, którą wciąż trzymał aby pamiętać o świecie czarodziejów. Ktoś pojawił się w jego małym pokoju. Spojrzał na nieznajomego ciekawymi oczami.

–Kim jesteś?– Zapytał.
Mężczyzna był dość przerażający: chorobliwie biała skóra, oczy czerwone jak krew i czarne jak atrament włosy. Jego wąskie usta wygięły się luźno, co przypominało uśmiech.

–Jestem przyjacielem.
Harry zerknął na mężczyznę i podniósł się powoli, czując jak wzrasta w nim napięcie. Mężczyzna był uśmiechnięty, i było w nim coś bardzo znajomego; w naturalny sposób jego uśmiech wydawał się wyglądać bardziej jak niegodziwy uśmieszek. Ponadto, coś było nie tak z jego oczami. Były całkowicie pozbawione emocji.
–Tom?– Wypalił.
Nieznajomy uśmiechnął się szeroko, a postać mężczyzny zamgliła się. Machnął ręką, i przy wyblakłym świetle, Harry zobaczył znajomą twarz osoby, która była dla niego najbliższa na świecie.
–Jesteś bardziej spostrzegawczy, niż wcześniej sądziłem.– Tom uśmiechnął się lekko, kręcąc różdżką w dłoniach.
–Ty jesteś Mistrzem wszystkich węży?– Zapytał Harry z niedowierzaniem.
Tom pokiwał głową. Rozejrzał się po domu i zmarszczył brwi z wyraźną pogardą.

–Czy to tu ukrywali cię już prawie rok? W tym brudnym, mugolskim domu?
Harry wzruszył ramionami.

–Wcześniej spałem w komórce pod schodami.
Jeśli to możliwe, twarz Toma wydawała się jeszcze bardziej zdegustowana.

–Szukałem cię przez ten cały czas, a ty kryłeś się w szafce?
–Użyłem trochę magii, aby zmusić ich do oddania mi łóżka, kilka miesięcy temu.– Przyznał Harry. Nagle zamarł. Ostrożnie, pochylił głowę i wyszeptał:

–Szukałeś mnie?
Tom przewrócił oczami.

–Oczywiście. Wiedziałem, że nie…przepadasz za swoimi rodzicami, ale nie sądziłem, że zrobią coś tak okrutnego, jak porzucenie cię w mugolskim świecie.
Policzki Harry'ego zrobiły się kolorowe ze złości.

–Ja też nie.
Tom mrugnął na tę nagłą zmianę. Lekko położył rękę na ramieniu Harry'ego i powiedział:

–Mam dla ciebie propozycję przeprowadzki, młody Potterze.
–Co to za miejsce? Nie może być gorsze niż to, gdzie jestem teraz.
Młodzieniec zjeżył się na ten brak zainteresowania.

–Dlaczego nie pójdziesz ze mną do mojego Dworu? Słyszałem od małego węża, że mugole traktują cię jak śmiecia. Mogę obiecać, że pod moim kierownictwem nastąpi spora poprawa.
Harry zawahał się, patrząc na prostą sypialnię z nienawistną miną.

–Jaki jest haczyk?
Ostry błysk zalśnił w czerwonych oczach, gdy Tom uniósł różdżkę. W serii szybkich ruchów, wypisał 'Tom Marvolo Riddle "w dużych, ognistych literach.
Harry spojrzał na imię z niejasnym wyrazem. Zmarszczył brwi.

–To jest powód, Tom?– Spytał, nie odwracając wzroku od magicznego skryptu.
Tom ciął różdżką w powietrzu, a litery szybko zmieniły miejsce.
Oddech zamarł chłopcu w gardle, gdy jego wzrok padł na starannie napisane "Jestem Lordem Voldemortem" w powietrzu.

Szczęka Harry'ego opadła.

–Oh.– Sapnął.
Tom pokiwał głową, a pokrętny uśmiech wykwitł na jego przystojnej twarzy.

Oh to bardzo odpowiednie słowo.