Ktoś mógłby pomyśleć, że bycie obserwowaną przez setki oczu nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Ja za to mogłabym pomyśleć, że ten ktoś jest kretynem, podobnie zresztą, jak wszyscy, którzy nie potrafili nie wściubiać nosów w nieswoje sprawy. Miałam ochotę wrzasnąć i zmieszać ich z błotem, ale gdzieś z tyłu głowy świtała mi myśl, że tylko podsyciłabym ich ciekawość. Mogłam wściekać się, ile tylko chciałam, ale na zewnątrz zawsze musiałam wyglądać na opanowaną. I wyniosłą, według mojej matki. Jeśli jednak miałabym stosować się do jej poleceń, byłabym w połowie drogi do ołtarza, a do tego w ogóle mi się nie spieszyło.
Weszłam do Wielkiej Sali, czując jak dudni mi serce, a wszystkie rozmowy natychmiast przycichły. Wywróciłam oczami, wiedząc, że zapewne większość dotyczyło właśnie mnie i Scorpiusa, co tylko potęgowało złość, którą czułam. Zamiast pozwolić, aby zupełnie wyprowadzili mnie z równowagi, powinnam skupić się na, niewątpliwie, bardzo wymagającym zadaniu, jakim było wypatrzenie Jamesa Pottera w tłumie ludzi, bez zwrócenia na siebie jego uwagi.
Wystarczyła jedynie chwila, abym zdała sobie sprawę z tego, że bardzo wymagające zadanie zmieniło się w niewykonalne. Gryfon patrzył bowiem na mnie z niezwykle kpiącym uśmiechem, który przyprawił mnie o palpitacje serca. I nie, nie były one związane z niczym — chociażby relatywnie — pozytywnym. Uśmiech ten oznaczał dla mnie jedno – upokorzenie.
Podeszłam do stołu Slytherinu i klapnęłam na swoje miejsce, zaciskając zęby tak mocno, że mięśnie mimiczne zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.
— Ach, gdyby spojrzenie mogło zabijać… — westchnął marzycielsko mój narzeczony, a ja postanowiłam nie zaszczycać go swoją uwagą.
Miałam dużo ważniejsze rzeczy na głowie, jak na przykład ratowanie nam tyłków.
— Al, rozmawiałeś ostatnio ze swoim braciszkiem? – spytałam młodszego z Potterów, który siedział obok Scorpiusa. Chłopak, gdy tylko zrozumiał sens mojego pytania, parsknął śmiechem i pokręcił gorliwie głową.
— Dobrze wiesz, że ograniczam interakcje z nim do minimum. Dlaczego właściwie cię to interesuje?
— Val musi z nim pogadać – wyznał Scorpius, zanim zdążyłam coś powiedzieć. – Ta cała sprawa z zaręczynami jest niedorzeczna.
Zupełnie, jakby każdy uczeń Hogwartu posiadał wbudowany radar, reagujący na słowo „zaręczyny", cała sala nagle ucichła. Posłałam Malfoyowi wściekłe spojrzenie, a on uśmiechnął się słodko. Potrafił być takim dzieciakiem… Miał, oczywiście, do tego prawo, zważywszy na różnicę wieku między nami, ale, na gacie Merlina, to nie była sytuacja, z której mógł sobie żartować. Tutaj chodziło o moją przyszłość.
— Ślubu nie będzie – dodał głośno, ignorując furię malującą się na mojej twarzy, po czym wzruszył ramionami, gdy szepty wróciły ze zdwojoną siłą.
— Co ty wyprawiasz, Scorp?! – syknęłam, a on uniósł brwi.
— Jak to co? Informuję wszystkich o naszej opinii.
— Po pierwsze, nie ich cholerna sprawa, a po drugie, jak ja mam teraz podejść do Pottera, nie wyglądając podejrzanie?! Nie potrzebuję kolejnych plotek.
— Val, nie sądzę, abyś kiedykolwiek rozmawiała z Jamesem z własnej, nieprzymuszonej woli – zauważył Albus i uśmiechnął się nieśmiało. – Wszyscy i tak zaczną gadać.
Moje spojrzenie powędrowało w kierunku stołu Gryfonów, tylko po to, żeby skrzyżować się z tym należącym do brata Ala. Dlaczego się na mnie gapił? Ach, zapewne nie mógł się doczekać, aż będzie mógł zakpić ze mnie na Eliksirach. Nie zwykłam opuszczać zajęć, ale ta perspektywa nagle wydała mi się bardzo kusząca.
Opuściłam wzrok i przygryzłam wargę, czując, jak cała zgromadzona przez noc siła, opuszcza mnie całkowicie, nie zostawiając nic, poza chęcią wybuchnięcia płaczem.
— Koszmar. Po prostu koszmar… — wymamrotałam bardziej do siebie niż kogokolwiek innego, ale ciężko było mi nie zauważyć wymiany spojrzeń, jaka zaszła między Albusem i Scorpem.
— Val… Może nie będzie tak źle – próbował pocieszyć mnie Al, a ja posłałam mu słaby uśmiech. – James może być rozkapryszony, głośny i wredny, ale nie jest bezduszny.
Scorpius parsknął śmiechem, psując atmosferę stworzoną przez łagodny głos młodszego Pottera, a ja doskonale rozumiałam powód jego rozbawienia. Dokładnie tych samych słów użył wczoraj, aby opisać mnie.
— To nie jest śmieszne, Scorp – zganił go Al, który nie był świadomy treści naszej wczorajszej rozmowy. – Dlaczego właściwie Val ma być tą, która z nim porozmawia?
To pytanie było dosyć niedorzeczne. James mógł uwielbiać robienie mi na złość, ale na pewno nie czuł do mnie nienawiści. Jeśli chodziło o Scorpiusa… Tutaj sprawy miały się zupełnie inaczej. Ich wzajemna niechęć zaczynała być porównywalną z tą, którą czuli do siebie ich rodzice. Poza tym, nie byłam na tyle głupia, aby powierzyć jakiekolwiek ważne zadanie Scorpiusowi. Nie, kiedy chodziło o moje zamążpójście.
— Al, daj spokój – westchnęłam ciężko. – Wszyscy dobrze wiemy, że jeśli ktoś ma szansę przekonać Jamesa do pomocy, nie będzie to Scorp.
Chłopak pokiwał głową, po czym zmarszczył brwi.
— Jak właściwie James miałby wam pomóc?
Mój żołądek skurczył się boleśnie, uświadamiając mi, jak bardzo nie chciałam o tym rozmawiać. Spojrzałam więc na Scorpiusa i powiedziałam:
— Przydaj się na coś i wyjaśnij mu nasz plan. Tylko tak, żeby nie słyszała tego cała szkoła. – Oparłam głowę na łokciu i przymknęłam oczy, chcąc odciąć się na moment od świata. – Ja nie mam na to siły.
Musiałam zebrać myśli przed nadchodzącą lekcją Eliksirów. Już sam fakt, że moje umiejętności w tym przedmiocie były… no cóż, żałośnie śmieszne, powodował u mnie niechęć, a perspektywa spędzenia dwóch godzin w towarzystwie Jamesa Pottera wcale nie poprawiała sytuacji.
Drogi pamiętniku,
Tym razem nie muszę się martwić, że ktoś usłyszy moje biadolenie. Siedzę w klasie, czekając na początek Eliksirów, co nie sprzyja korzystaniu z Samopiszącego Pióra. Całe szczęście, Pottera jeszcze nie ma. Chyba umarłabym z zażenowania, jeśli kiedykolwiek dowiedziałby się o moim nieco dziecinnym hobby. Z kolei on umarłby ze śmiechu.
Zupełnie nie wiem, jak mam zacząć z nim rozmowę. Nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek miała w ogóle ochotę na zrobienie czegoś podobnego, co zapewne stanowiło jedną z przyczyn mojej obecnej frustracji. Może powinnam zacząć od Quidditcha? A może od Albusa? Kogo próbuję oszukać… Potter zapewne i tak spojrzy na mnie, jakbym postradała zmysły.
Prawdę powiedziawszy, chyba właśnie tak było. Zamierzałam poprosić go o pomoc z pełną świadomością, że grozi mi upokorzenie nie tylko przed nim, ale także przed całą resztą szkoły. Niemalże słyszałam już te plotki o…
— Czy ty piszesz pamiętnik? – Rozbawiony głos wyrwał mnie z transu. Błyskawicznie zamknęłam dziennik, przytrzaskując sobie palce i łamiąc pióro.
Spojrzałam wściekle na chłopaka, który zdążył, jakimś cudem, usiąść obok i rozpakować swoje rzeczy. O nie… Na jak długo odpłynęłam? Co, jeśli siedział tutaj od kilku minut, czytając przez ramię moje prywatne przemyślenia?
— Oczywiście, że nie – warknęłam, starając się nie pokazać paniki, którą czułam.
— Oczywiście – zgodził się Potter i uśmiechnął się kpiąco, po czym podsunął swoje pióro w moją stronę. – Nie krępuj się.
Wyciągnęłam różdżkę i machnęłam nią ze złością, naprawiając swoje własne. Nie było to zbyt dojrzałe, muszę przyznać, ale w towarzystwie Gryfona podobne zachowania zdarzały mi się dość często.
— To o czym chcesz ze mną porozmawiać? – spytał, obserwując mnie z rozbawieniem, a ja zesztywniałam, gdy tylko dotarł do mnie sens jego słów.
— Ty… — wymamrotałam i poczułam, jak na moje policzki wstępuje rumieniec wstydu. – Jak śmiesz?!
— To nie moja wina, że odpłynęłaś, Zabini. – Wzruszył ramionami chłopak. – Swoją drogą, co za idiotka chodzi wszędzie z pamiętnikiem? To jak prosić się o kłopoty.
Zacisnęłam zęby, odwracając się twarzą w stronę przodu klasy. Liczyłam na to, że przyjdzie mi do głowy jakaś błyskotliwa riposta, ale, niestety, nic takiego się nie wydarzyło, w związku z czym postanowiłam milczeć.
— Co jeśli ci powiem, że też posiadam taki dziennik? – szepnął Potter, przysuwając się do mnie na tyle blisko, żeby wszystkie moje mięśnie spięły się w dyskomforcie. Odważyłam się jednak spojrzeć w jego stronę i zmarszczyłam brwi, kiedy napotkałam całkowicie poważny wyraz twarzy.
— Mówisz serio? – spytałam, a kąciki jego ust zadrżały, zanim wybuchł śmiechem, zwracając uwagę wszystkich pozostałych uczniów.
— Czy ja ci wyglądam na kretyna? – zarechotał, kręcąc głową.
— Z każdą chwilą na coraz większego – burknęłam i oparłam się na łokciu, zakrywając oczy dłonią.
W co ja się wpakowałam? Nie było mowy, że Potter zdecyduje się mi pomóc, a nawet jeśli, prawdopodobnie zrobi to tylko po to, aby móc przypominać o swojej wielkoduszności przy każdej możliwej okazji.
— Och, daj spokój, Zabini – powiedział chłopak, gdy zdołał się uspokoić. – To tylko żarty. Też pisałbym pamiętnik, gdybym musiał hajtnąć się z Malfoyem.
Jego poczucie humoru nigdy nie przestawało mnie zadziwiać. Czasami miałam wrażenie, że James Potter żył w innym świecie, gdzie nawet najmniej śmieszny dowcip był powodem do dumy.
— Nie zamierzam się z nim hajtać – powiedziałam i skrzywiłam się na samą myśl o podobnej ewentualności. – Właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać.
Na twarzy chłopaka pojawiło się zdziwienie, które jednak szybko ustąpiło miejsca rozbawieniu.
— Jeśli chcesz, żebym zajął jego miejsce, muszę odmówić.
— Co? – warknęłam i pokręciłam głową. – Zdurniałeś do reszty, Potter?
— Zdurniałbym, gdybym się zgodził – odparł chłopak, a ja spojrzałam w sufit, czując, jak opuszczają mnie siły.
— Nie chcę za ciebie wyjść, idioto – syknęłam, zaciskając dłonie na moim pamiętniku. Raz się żyje. – Nie chcę wychodzić za kogokolwiek. Potrzebuję twojej pomocy, jeśli mam odkręcić całą tę sytuację.
Zanim Gryfon zdążył cokolwiek powiedzieć, profesor Darren wszedł do sali, racząc nas swoim promiennym uśmiechem, który przyprawiał mnie o mdłości.
— Dzień dobry, uczniowie! – powiedział i klasnął w dłonie. – Dzisiejsze zajęcia na pewno przypadną wam do gustu! Zajmiemy się bowiem jednym z ciekawszych eliksirów, jakie…
— Zabini, mówisz poważnie? – szepnął Potter, a ja wywróciłam oczami, przestając kompletnie słuchać wywodu nauczyciela.
— W jakim świecie musiałabym żyć, aby żartować z czegoś tak wybitnie nieśmiesznego? – odparłam równie cicho i pokręciłam głową. – Już nie mówiąc o tym, że proszenie cię o cokolwiek przyprawia mnie o ból głowy…
— Co właściwie miałbym zrobić? – spytał Gryfon, ignorując moją wypowiedź.
Profesor Darren spojrzał w naszym kierunku, mrużąc lekko oczy, a ja uśmiechnęłam się słodko, czekając aż wznowi swój wykład. Gdy tylko odwrócił się w stronę tablicy, nachyliłam się w stronę Pottera i mruknęłam:
— To nie najlepsze miejsce na rozmowę. Możemy wrócić do tego później?
— Wciąż nie wiem, czym właściwie jest to – odparł chłopak, a ja westchnęłam cicho.
— Potrzebuję dostać się do Hogsmeade. I nie, nie mogę pójść wtedy, kiedy wszyscy inni.
— Niby dlaczego?
— Bo tak – warknęłam. – To chyba oczywiste, że muszę mieć jakiś sensowny powód? Inaczej nie potrzebowałabym nawet twojej pomocy.
— Przestań być taka wstrętna – szepnął Gryfon i uśmiechnął się złośliwie. – Jak sama powiedziałaś, jest coś, czego ode mnie chcesz.
— W tym momencie chcę, żebyś się zamknął.
— Panno Zabini, panie Potter! – Głos profesora sprawił, że odsunęliśmy się od siebie jak oparzeni, choć i tak było już za późno, aby udawać niewinnych. – Rozumiem, że wasze buzujące hormony robią swoje, ale proszę, abyście wstrzymali się z wszelkimi romansami do końca zajęć.
— My nie… — próbowałam powiedzieć, ale Gryfon nadepnął mi na stopę, co skłoniło mnie do zamknięcia ust.
— Przepraszamy, panie profesorze. Już będziemy grzeczni.
Posłałam mu wściekłe spojrzenie, które jednak zupełnie zignorował. Oparł się jedynie na łokciu, udając zainteresowanie tematem lekcji, chociaż na jego twarzy widniało rozbawienie. Doskonale wiedział, że nie mogłam zaprotestować, jeśli nie chciałam zostać wyrzucona z zajęć. Musiałam zacisnąć zęby i pozwolić wszystkim sądzić, że Potter i ja mamy się ku sobie.
Merlinie, w co ja się wpakowałam?
Potter czekał na mnie przed wejściem do Wielkiej Sali – w ostatnim miejscu, w którym chciałam z nim rozmawiać. Wystarczało mi to, że przez cały dzień musiałam znosić szepty i krzywe spojrzenia, wywołane, tylko i wyłącznie, jego głupotą. Okazuje się, że uczniowie Hogwartu nie potrafią zrozumieć, dlaczego zaręczyłam się ze Scorpiusem, jeśli zamierzam umawiać się z Potterem.
Jak ktokolwiek mógł uznać, że po sześciu latach darcia kotów z tym imbecylem, straciłam dla niego głowę? Na gacie Merlina, my nawet ze sobą nie rozmawialiśmy. Dzisiejszy dzień miał być wyjątkiem, który tylko potwierdzał regułę. Oczywiście, Potter nie byłby sobą, gdyby wszystkiego nie zepsuł. Nie dość, że pozwolił innym wymyślić tę niedorzeczną plotkę, to na dodatek postanowił jeszcze dolać oliwy do ognia, wybierając tak publiczne miejsce spotkania. Co tu dużo mówić, miałam ochotę go zabić.
— Potter, naprawdę nie mogłeś znaleźć lepszego miejsca na rozmowę? – spytałam Gryfona, zatrzymując się przed nim z irytacją.
— Dla twojej informacji, łażenie za tobą po całym zamku nie należy do moich ulubionych zajęć. – Chłopak wywrócił oczami i oparł się o ścianę. – Poza tym, to ty masz sprawę do mnie, prawda?
Dlaczego właściwie wciąż chciałam jego pomocy? Potter wcale nie musiał pozwalać wszystkim sądzić, że jest między nami… coś – cokolwiek, poza wzajemną niechęcią. Równie dobrze mogłam powiedzieć mu, że nie zamierzam zawierać żadnych umów z parszywymi manipulantami. Problem polegał jednak na tym, że nie miałam wyboru.
— Doprowadzasz mnie do szału – odparłam więc i ucisnęłam nasadę nosa palcami, przymykając na moment oczy.
— Och, dziękuję. Jak chcesz, potrafisz być słodka – rzucił Gryfon, po czym uśmiechnął się niewinnie. Tak niewinnie, że aż mnie zemdliło.
— Naprawdę nie mam ochoty stać tutaj i słuchać głupot, które cały czas opuszczają twoje usta. Możemy przejść do sedna? Jak już mówiłam, muszę dostać się do Hogsmeade, aby móc się teleportować. Jeśli pójdę wtedy, co wszyscy, ktoś na pewno zauważy moje zniknięcie. Wioska nie jest duża, za to Hogwart… Moja nieobecność nikogo nie zdziwi.
— Dlaczego w ogóle chcesz to zrobić?
— Muszę odkręcić te zaręczyny – przyznałam niechętnie i odwróciłam wzrok. – Moi rodzice nigdy nie zgodzą się na przesłanie mi kontraktu, a tylko to mogłoby mi pomóc znaleźć jakieś rozwiązanie. Muszę więc zdobyć go w inny sposób, bardziej podstępny.
— Innymi słowy, chcesz dostać się Hogsmeade, łamiąc wszystkie możliwe zasady, żeby teleportować się do domu i wykraść kontrakt spod nosa twoich rodziców? – spytał Potter, a ja odważyłam się na niego spojrzeć.
— Kiedy przedstawiasz to w ten sposób, brzmi strasznie głupio – mruknęłam, drapiąc się po głowie.
— Żartujesz? Brzmi jak przygoda życia – parsknął śmiechem James.
Oczywiście. Dla mnie była to walka o przetrwania, a dla niego kolejna szansa na rozrywkę. W zasadzie nie powinnam być zdziwiona ani rozczarowana, ale wciąż miałam ochotę solidnie mu przywalić.
— Tu chodzi o moją przyszłość, Potter. Jeśli nie masz zamiaru potraktować tej sprawy poważnie, lepiej zakończmy rozmowę, zanim zdążę powiedzieć coś więcej – burknęłam i ruszyłam w kierunku Wielkiej Sali.
Nie przeszłam nawet kroku, gdyż dłoń chłopaka zacisnęła się na moim ramieniu. Zatrzymałam się i odwróciłam z powrotem w jego stronę, czując ogromną irytację.
— Pomogę ci pod jednym warunkiem. Pójdziemy tam razem. Nie mam zamiaru udostępniać ci… środków, potrzebnych do wymknięcia się z zamku, wiedząc, że możesz ich nie zwrócić. Są zbyt cenne.
— Masz na myśli swoją cudowną pelerynę i mapę? – spytałam i prychnęłam. – Bez obaw, Potter. Twoje skarby nie przydały mi się przez sześć lat nauki, nie mam zamiaru ci ich ukraść.
— Jesteś Ślizgonką – zauważył błyskotliwie chłopak, narażając się na wściekłe spojrzenie. – Dlaczego niby miałbym ci zaufać?
— Może dlatego, że przełknęłam swoją dumę, prosząc cię o pomoc? Nie mam innej opcji, jakbyś nie zauważył.
— Wciąż możesz mnie oszukać – odparł Potter, a ja westchnęłam ciężko. – Albo idę z tobą, albo nie mamy umowy.
Zmrużyłam oczy, czując, jak budzi się we mnie złość. Ze wszystkich rzeczy, których mógł zażądać, wybrał tą najbardziej absurdalną. Nie mogłam zabrać go ze sobą do posiadłości moich rodziców. Nawet jeśli miałam skłonności do zachowywania się nieco egoistycznie, narażanie Pottera na wydalenie ze szkoły, tylko dlatego, że on sam nie myślał nigdy o konsekwencjach, nie wydawało się słuszne.
— Tik tok, Zabini. Nie mam całego dnia – powiedział słodko Gryfon, a ja westchnęłam.
— Dlaczego nie możesz po prostu wziąć czegoś w zastaw? Czegoś, co gwarantowałoby, że cię nie oszukam?
— A cóż to mogłoby być, twoim zdaniem? – spytał z rozbawieniem chłopak. – Zegarek, wart więcej niż cały mój dom? Czy może jakiś inny błyszczący bibelot?
— Potter, jeśli nas złapią, wylecimy ze szkoły. Oboje. Zgadnij, czyja to będzie wina – zakpiłam i pokręciłam głową. – Nie mówiąc już o furii moich staruszków…
— Dobrze wiemy, że twoi rodzice nigdy nie pozwoliliby wyrzucić cię z Hogwartu. – Gryfon wywrócił oczami, krzywiąc się z niesmakiem.
— Moi rodzice chcą wydać mnie za Scorpiusa, tylko po to, żebym nawet nie pomyślała o jakiejkolwiek karierze. Moja edukacja niewiele ich obchodzi. – Nie chciałam, aby mój głos zabrzmiał aż tak gorzko, jednak było już za późno. Twarz Pottera nagle spoważniała, a ja odwróciłam wzrok, krzyżując ręce na piersiach. – Słuchaj, to naprawdę nie jest dobry pomysł.
— Zmuszanie kogokolwiek do ślubu jest dosyć barbarzyńskim zwyczajem, Zabini – odparł Gryfon, zaskakując mnie nieco. – Już nie mówiąc o tym, że jesteś pełnoletnia i masz prawo decydować o sobie.
— To nie ma znaczenia. Te barbarzyńskie zwyczaje są częścią odpowiedzialności, jaka towarzyszy szlachetnemu urodzeniu – mruknęłam, cytując jedno z ulubionych sformułowań moich rodziców. – Co cię to zresztą obchodzi?
Potter uśmiechnął się kpiąco i wzruszył ramionami.
— Nic. Po prostu zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego im, zwyczajnie, nie odmówisz. Masz do tego prawo i nikt nie byłby w stanie udowodnić, że jest inaczej.
— Moi rodzice są przebiegli, Potter. Nie zrezygnują z prób rujnowania mi życia, nawet jeśli powiem im, co myślę o tej całej sprawie. Nie… Oni zaczną szukać wszelkich możliwych sposobów, aby pozbawić mnie praw. Powiedzą, że jestem chora psychicznie albo, że wiedziałam o kontrakcie na długo przed tym artykułem w Proroku. Nieważne, jakie kłamstwo wybiorą, znajdą się ludzie, którzy uwierzą im w nie bez wahania. Tak właśnie działa władza, Potter. Władza i pieniądze – powiedziałam i zacisnęłam dłonie w pięści. – Moją jedyną nadzieją jest zdobycie tego kontraktu i znalezienie sposobu na jego unieważnienie, tak, aby rodzice byli przekonani, że pogodziłam się z losem. Tylko wtedy nie przygotują żadnej linii obrony.
Gryfon nic nie odpowiedział, sprawiając, że poczułam się co najmniej głupio. Powiedziałam prawdę, co zdarzało mi się niezwykle rzadko, jeśli chodziło o tego typu zwierzenia. Nikt nie musiał wiedzieć, jak naprawdę wyglądała sielanka życia w rodzinie czystokrwistych szlachciców. Nawet mimo lat, które upłynęły od wojny z Voldemortem, jego filozofia wciąż żyła w umysłach niektórych przedstawicieli arystokracji. Być może nikt nie miał zamiaru podjąć się kolejnej próby zawładnięcia światem, ale wszyscy nosili swoje pochodzenie z dumą – zupełnie jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
Moja sytuacja nie była przecież jedynym takim przypadkiem. Zdarzały się one częściej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, jednak rzadko kiedy robiono z nich publiczne przedstawienie. Nie, wszyscy woleli wmawiać innym, że każde z tych małżeństw zostało zawarte z miłości, która, dziwnym trafem, zaowocowała między przedstawicielami czystokrwistych rodów.
— Wierz mi, lepiej, żebyś nie szedł ze mną. Znając życie, obróciłoby się to przeciwko nam w ułamek sekundy – mruknęłam, zawstydzona swoim wyznaniem i osłupieniem chłopaka.
— Wciąż sądzę, że powinienem – odparł cicho Gryfon, a ja spojrzałam na niego z irytacją. – Sama powiedziałaś, że nikt nie może cię złapać, a niewiele osób potrafi ukrywać się tak dobrze, jak ja.
Cóż, mógł mieć rację. Oczywiście, wszyscy doskonale wiedzieli, kto był odpowiedzialny za te prześmieszne dowcipy, ale nikt nie potrafił mu nic udowodnić. Byłam jedną z nielicznych osób, które wiedziały o istnieniu peleryny i mapy, jako że Potter trzymał ich istnienie w tajemnicy. Trzeba było mu przyznać, radził sobie z utrzymywaniem sekretów dużo lepiej niż Albus, którego pokerowa twarz przypominała pomidora. Może faktycznie James mógłby mi pomóc?
— Nie wierzę, że się na to godzę – wymamrotałam i pokręciłam lekko głową, obserwując, jak na twarzy Gryfona pojawia się uśmiech, a jego oczy zaczynają błyszczeć z ekscytacji.
Widziałam już podobny wyraz kilka razy, ale po raz pierwszy nie wzbudził we mnie irytacji. Nie… Jedynym, co poczułam, był strach. Miałam ochotę wrzasnąć, gdy uświadomiłam sobie w pełni, że zaufałam idiocie. Było już jedynak za późno, aby cokolwiek odkręcić.
— Jeśli zawalisz sprawę, sama dopilnuję, żeby cię wywalili – burknęłam i odeszłam w stronę Wielkiej Sali, wiedząc, że moja groźba nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
Przynajmniej tyle wywnioskowałam z wybuchu śmiechu, który rozległ się za moimi plecami.
