A/N: To mam już drugi rozdział ;) Przepisywanie tego jest nawet niezłą zabawą... W każdym razie podzieliłam sobie już całość na rozdziały tak, jak je będę wrzucać, i z tego co na razie wiem, to będzie ich siedem. Następny będzie raczej krótki, bo chcę by to wszystko było spójne, dlatego nie będę dzielić retrospekcji, które są coraz dłuższe, na części. Tak czy inaczej, zapraszam do czytania :)


Jej współpraca z L'em nie zakończyła się na tamtej jednej sprawie, choć tylko za pierwszym razem nosiła jego ubrania, za duże na nią, ale nie o wiele, bo detektyw był bardzo chudy. Pomimo tego, że nieustannie jadł słodycze, wszystko na nim wisiało, i wydawał się chorobliwie wręcz szczupły.

Całe dnie i noce spędzali w fotelach, przed komputerami, analizując poszlaki i decydując o sprawach zasadniczych dla prowadzonych śledztw. Agentka nie cierpiała na bezsenność, dlatego pracowała głównie w ciągu dnia. Zawsze czekało na nią łóżko, w którym mogła spać, jeżeli nie miała siły towarzyszyć L'owi, który niemal nigdy nie odpoczywał.

Coraz bardziej ufający jej czarnowłosy detektyw wysyłał ją czasem w teren, by sama gromadziła informacje, choć zawsze dbał o to, by nie była narażona na niebezpieczeństwo. Przy pomocy ich dwójki sprawy były rozwiązywane w błyskawicznym tempie. Powoli przyzwyczajała się do nieustannej obecności chłopaka, mężczyzny, który niezmiennie wzbudzał jej zachwyt. Łatwo jednak adaptowała się do nowych sytuacji i wiedząc, że tylko wydajną pracą może zasłużyć na spędzanie z nim czasu, zepchnęła to, co mogło przerodzić się w romantyczne myśli, tak daleko, że właściwie o tym zapomniała, czując do L'a tylko podziw i szacunek. W zamian on powierzał jej coraz więcej odpowiedzialności, traktując ją nie jak uczennicę, a jak partnerkę.

Pomimo tego, że starała się codziennie jeść standardowe posiłki, to jednak nieodłącznym elementem pracy z L'em były pochłaniane przez niego słodycze, którymi gotów był się z nią dzielić, a czego nie umiała odmówić, ponieważ w ten sposób okazywał jej zainteresowanie. Każdego dnia wielokrotnie oferował jej podzielenie się własnym jedzeniem w zamian za zrobienie lub powiedzenie czegoś, co na pozór nie miało żadnego sensu. Przynajmniej raz dziennie mówiła mu, że jest piękny, a w nagrodę dostawała…

Niesamowite przysmaki, istne arcydzieła cukierników z całego świata. L podsuwał jej kawałki wybornej, szwajcarskiej czekolady, misternie stopione z mnogością idealnie skomponowanych dodatków, obtoczone w cukrze, lub świeże, egzotyczne owoce, zachwycające barwami równie soczystymi, co one same, kremowe ciasta upieczone tak, że ich intrygujący smak rozpływał się po ustach, delikatnie pieszcząc kubki smakowe, albo przeciwnie, takie, których największą zaletą było to, że kruszyły się w zębach, pozostawiając szorstką strukturę jakby wiórków kokosowych, jednocześnie obfitując w smaki, które wcale nie kojarzyły się z tym owocem. Kosztowała lodów w smakach, których można by było zapewne nie znaleźć nawet w toskańskiej lodziarni.

L twierdził, że wszystkie kalorie pochłania jego pracujący z niewyobrażalną mocą mózg, ona nie miała takiego szczęścia, ale gdy tylko poczuła, że jej umysł jest już zmęczony, przerywała pracę na kilkanaście minut i poświęcała je na intensywny trening fizyczny, po którym odzyskiwała jasność myślenia, a zjedzone przysmaki szły w niepamięć. W takich wypadkach, które zdarzały się przynajmniej dwa razy na dobę, L czasem jej się przypatrywał, a jeszcze rzadziej postanawiał sam wziąć udział w jej ćwiczeniach, proponując jej sparing. Kilkukrotnie zaoferował nawet, że odda jej cały swój deser, jeżeli pokona go w walce, ale choć znała chyba wszystkie wymyślone techniki i była silna, nigdy jej się to nie udało, detektyw był nieludzko szybki i zwinny.

Po tak intensywnym dniu przesypiała osiem godzin bez żadnego problemu, a potem zawsze budziła się wypoczęta i pełna zapału do dalszej pracy u boku najlepszego detektywa na świecie.

Ich układ był perfekcyjny, oboje oddawali się pracy bez reszty, a razem osiągali cele szybciej. Mało tego, znajdowali czas na zabawy w wygrywanie słodyczy czy pozorowane walki, a wzajemne towarzystwo nie nudziło im się ani na chwilę. Dziewczyna, choć nadal uważała L'a za pięknego i nic w jej zachwycie wyglądem detektywa nie zmieniło się od czasu, gdy ujrzała go po raz pierwszy, w pełni zadowalała się taką relacją. Jej zwierzchnik był tak niezwykła osobą, że zwyczajne emocje nie miały właściwie żadnego znaczenia, kiedy się pojawiał. Była więc absolutnie szczęśliwa.

Tak było do czasu, gdy FBI, zachwycone jej długotrwałą współpracą z samym L'em, nie zaproponowało jej dowodzenia ważną strukturą. Wtedy jej, wydawałoby się nieodłączny, towarzysz sam popchnął ją do wybrania tej ścieżki i na kilka lat zniknął z jej życia wraz z siniakami i słodkim, egzotycznym posmakiem w ustach.


Kobieta zgarbiła plecy, dłońmi trzymając się umywalki. Zaciskała palce tak mocno, jakby chciała skruszyć chłodną porcelanę. Poczuła nienawiść do obojętnego zimna tego przedmiotu, przecież cały świat powinien teraz zawodzić po śmierci L'a…

Łzy zrosiły obficie jej drżące dłonie, gdy dotarło do niej, że świat nie dowie się o śmierci swojego najzacieklejszego detektywa, że nawet ludzie, którzy go znali, a nie było ich wielu, mogą jeszcze długo o niczym się nie dowiedzieć…

Przecież on tu był, istniał, żył naprawdę! Jakie to niesprawiedliwe, że odejdzie w zapomnienie i stanie się co najwyżej kolejną teorią spiskową, w którą nikt nie będzie wierzył! On, ze wszystkich ludzi właśnie on, który zasługiwał na wszystkie zaszczyty, a nie miał otrzymać nawet pamięci. Ona sama była w swym bólu wykluczona ze społeczeństwa. Nikt nie mógł jej ofiarować współczucia, skoro nie istniał po temu powód.

Ale on, L, istniał! Dotykał nawet tej umywalki, jeśli już o to chodzi! Dotykał wielu przedmiotów w jej mieszkaniu, i to było prawdziwe! Dotykał… Dotykał…

Jej…


Kolejny raz zetknęła się z nim, kiedy naszły na siebie ich kompetencje. Jej grupa prowadziła śledztwo, ale on zainteresował się sprawą, i przyjechał. Nikt rozsądny nie odmówiłby mu udziału, a zwłaszcza ona.

L był gdzieś w pobliżu, ale komunikował się z grupą śledczą za pomocą komputera, profanując swój uroczy, łagodny głos programem do zniekształcania dźwięku.

Wszyscy oczywiście wiedzieli o tym, że łączyło ich kilka lat współpracy, ale nikt nie przypuszczał, że mogła kiedykolwiek widzieć słynnego detektywa na własne oczy. Jej podstawowym obowiązkiem było utrzymywanie w tym błędzie wszystkich swoich podwładnych, jak i większości zwierzchników, nie mówiąc już o ewentualnych cywilach. Nie miała prawa istnieć osoba, o której wiadomo by było, że widziała L'a.

Nie musiała długo czekać, tylko dwa dni, żeby głos z komputera poprosił o przyniesienie części dokumentacji do jednego z budynków centrum miasta. Był to Waszyngton, który dobrze znała, czego użyła jako pretekstu, by zanieść potrzebne papiery osobiście, choć bardziej niż naturalne byłoby wysłanie kogoś niższego rangą. Po jej deklaracji, że przyjdzie sama, głos podał dalsze instrukcje.

- Kartoteka. Piętko piąte. I pamiętaj, drzwi po prawej.

Kiedy kilka godzin później stanęła w korytarzu, zrobiła głęboki wdech i otworzyła drzwi po lewej stronie.

Pomieszczenie wydało jej się znajome, takie jak zawsze, choć znajdujące się w innym budynku. Zadrżała, gdy zobaczyła odwrócony tyłem do niej fotel i ciemną czuprynę wychylającą się zza jego oparcia.

Znajome, intensywne spojrzenie wbiło się w jej oczy i przez dłuższą chwilę żadne z nich nie mogło oderwać wzroku od drugiego.

- L… - jęknęła w końcu, czując, że zaraz ugną się pod nią nogi. Tak wiele razy myślała, że już nigdy go nie zobaczy, że ulga niemalże powaliła ją na kolana.

Detektyw rzucił jej swój ciepły uśmiech, a potem nacisnął jakiś przycisk. Ekrany wszystkich komputerów w pomieszczeniu zrobiły się białe, z wielką literą „W" na każdym z nich.

- Watari? Potrzebuję fotela, kompletu ubrań, dwóch filiżanek herbaty, jednej cukierniczki i wszystkich słodyczy, których jeszcze nie zjadłem. – wyrzucił z siebie czarnowłosy jednym tchem, utrzymując monotonny ton wypowiedzi, a potem rozłączył się.

- Ja… chyba usiądę… - westchnęła kobieta.

- Ale fotel dla ciebie… - L odwrócił się i ujrzał agentkę, która postanowiła rozgościć się na podłodze, blada jak ściana. Jego oczy rozszerzyły się pod wpływem zdziwienia, wywołanego takim nietypowym zachowaniem.

- Czy coś się stało?

- Zupełnie nic. – Jej głos był w tamtym momencie niemal równie wyprany z emocji co głos samego L'a, a i pozycja, w której usiadła, z podkurczonymi nogami, go przypominała.

- Jesteś pewna? Bo wyglądasz trochę… - Zanim L skończył zdanie, drzwi otworzyły się i wszedł ubrany w elegancki garnitur Watari, pchając wózek z przekąskami, z torbą zarzuconą na ramię, oraz dwóch mężczyzn, uginających się pod ciężarem niesionego mebla.

Watari uśmiechnął się do siedzącej na podłodze kobiety na swój pogodny sposób, który kojarzył się z dziadkiem, a przynajmniej z dobrotliwym wujkiem. Cóż, wbrew zapewnieniom L'a, jakie poczynił przy ich pierwszym spotkaniu, jednak poznała Watari'ego.

- Widzę, że wróciłaś?

- O tak, wróciłam. – powiedziała słabo. Nie spodziewała się, że tak zareaguje na niezmienionego L'a, podobny do wszystkich, w których pracowali, pokój oraz jego zachowanie, jakby wyszła zaledwie na kilka godzin, a nie na trzy długie lata, w ciągu których rozwinęła swoją karierę i przestała być zagubioną dziewczyną, która przez przypadek trafiła do biura największego detektywa wszechczasów.

- Myślę, że przynosząc tutaj te wszystkie papiery, twój gość zasłużył na kawałeczek ciasta, prawda? – zwrócił się Watari do swojego podopiecznego.

Nawet ta gra była taka sama… Jeżeli kiedykolwiek czuła, że za chwilę zemdleje, to z pewnością nie tak silno.

L wpatrywał się w nią nieustannie, jego spojrzenie było badawcze, i pomyślała, że on naprawdę stara się przemyśleć tę kwestię, ale szybko skinął głową.

Po chwili zorientowała się, że starszy mężczyzna kuca przy niej i podaje jej kilka kandyzowanych owoców oraz talerzyk z owocową tartą.

- No już, trochę cukru, i zaraz wszystko będzie dobrze, czyż nie? – zamruczał uspokajająco Watari, który zwracał się i do L'a, i do niej, jakby mówił do dzieci. Nie mogła mu odmówić słuszności, przełknęła więc kilka kawałków ananasa, a potem rozkręciła się, i zjadła cały kawałek ciasta.

- Czy możesz już pracować? – odezwał się L, odwracając się do nich. Dopiero gdy ucichł odgłos jego palców obsługujących klawiaturę zorientowała się, że w ogóle go słyszała. Mężczyźni, którzy ustawili fotel, już dawno odeszli.

- Tak. – Wstając, uśmiechnęła się słabo, pomimo, że powoli czuła powracający entuzjazm.

- Znakomicie. – L odwrócił się z powrotem, pozwalając jej podziwiać fantazyjny nieład na swej głowie. – Przebierz się w to, co przyniósł dla ciebie Watari, ta twoja spódnica jest wysoce nieodpowiednia, jako że mogę zagwarantować, że będziemy pracować dość intensywnie. Zaraz będziesz ciała trochę poćwiczyć w ramach odpoczynku, jak to masz w zwyczaju.

Słysząc te słowa zdała sobie sprawę, że ona też nie bardzo się zmieniła. Ostatecznie, to L ją ukształtował na samym początku jej pracy.

Nie zważając na obecność detektywa, przebrała się w spodnie od dresu i przylegającą, bawełnianą bluzkę. Ze swoich rzeczy zostawiła tylko bieliznę, niestety koronkową, którą L zapewne również uznałby za nieodpowiednią, gdyby tylko oderwał wzrok od monitora i ją zobaczył. Tyle, że on nigdy tego nie robił, jeśli nie musiał.

Wpadli w swój standardowy rytm, jakby nigdy go nie przerwali. Jej grupa została poinformowana, że z przyczyn osobistych była zmuszona ich opuścić, przydzielono również zastępstwo. Ale nie wszystko było dokładnie tak jak wcześniej, bo ich fotele stały bliżej siebie, a oni sami częściej rzucali sobie przelotne spojrzenia.

- Co za ciastko? – Odważyła się spytać mniej więcej w połowie dnia, w ciągu trzeciej doby wspólnej pracy, chcąc w jakiś sposób zmusić go do rozmowy, bo wymienianie badawczych spojrzeń rozpraszało ją niemożliwie.

- Zmieniłem się? – Jego dłoń sięgnęła po widelec i zaczęła wykrawać kawałek truskawkowego tortu.

- Nie, nadal jesteś piękny. – Myślała, że natychmiast pojęła o co mu chodzi, ale on nie zadowolił się tą odpowiedzią, kawałek ciasta na widelcu zastygł w połowie drogi między twarzą L'a, a jej własną.

Mężczyzna uśmiechnął się i zrobił gest sugerujący, że sam może zjeść starannie przygotowany przysmak z apetyczną truskawką, a potem kontynuował mówienie.

- Czemu więc ty się zmieniłaś?

Zmarszczyła brwi w konsternacji.

- Nie lubisz mnie już? Wydawało mi się, że raczej wyładniałam, jeżeli o tym mowa…

- Wcale nie o to chodzi. – przerwał jej L, skracając wyraźnie dystans między swoimi ustami a ciastem poprzez pochylenie się w przód. Najwidoczniej, monologi nie były pożądaną reakcją na zadawane przez detektywa pytania.

- O co w takim razie? – Była zagubiona. Odwróciła się już zupełnie od komputera, całym ciałem zwrócona w stronę L'a. By to zrobić, musiała zgiąć jedną nogę w kolanie i położyć ją na fotelu. Wpatrywała się w niego niemal tak intensywnie, jak on w nią.

- Z wyglądu nie zmieniłaś się zbytnio, tak, około metra i sześćdziesięciu siedmiu centymetrów wzrostu, na oko jakieś pięćdziesiąt pięć kilogramów, jasnobrązowe włosy, choć ściemniały i troszkę się kręcą, już ich nie wiążesz, oczy masz tak samo zielone, a może zielono-złote? To wydaje się brzmieć wystarczająco ładnie. Ale nie o twój wygląd mi chodziło, a o to, że wcześniej nie patrzyłaś na mnie kiedy sam tego wyraźnie nie zasugerowałem. Dlaczego teraz tak?

- Czas na moment szczerości? – Czarne oczy L'a jak zwykle ją hipnotyzowały.

- Jeżeli się na niego zdobędziesz, dostaniesz to, o co prosiłaś. – Detektyw z właściwą sobie powagą przechylił się jeszcze mocniej w stronę ciastka, a tym samym jej twarzy.

Nie miała wcale ochoty tłumaczyć mu, co tak bardzo ją do niego przyciąga, dlatego przez moment nie mogła się zdecydować co do odpowiedzi.

- Czy sam nie możesz tego wydedukować? – Poddała się, jednak jednocześnie rzuciła mu wyzwanie.

- Mogę. – Wpakował sobie ciastko do ust, i zaczął mówić, zanim jeszcze przełknął. – Prawie się przewróciłaś kiedy tu weszłaś, jesteś dziwnie radosna, a jednocześnie często odrywasz nas od pracy, choć wcześniej nie odważyłabyś się tego zrobić. Tęskniłaś, i nie chcesz się zbyt szybko rozstać.

Zmarszczyła brwi, gdy nie odwrócił się od niej natychmiast, tylko czekał na jej reakcję.

- Masz jak zwykle rację. Moja kolej. – Wzięła głęboki wdech, wciąż patrząc mu w oczy. – Kazałeś ustawić fotele ponad dwa razy bliżej, niż zwykle, w odległości niespełna metra od siebie, nie urywasz rozmów, nawet gdy już nie masz nic do powiedzenia, a wczoraj nie przejrzałeś z miejsca nowych śladów, zapisałeś plik z nimi na pulpicie, i jest tam do tej pory. Ty również tęskniłeś… i wcale nie chcesz znów mnie stąd wyrzucać.

- Z nikąd cię nigdy nie wyrzuciłem. – Wydął wargi, i gdy zapatrzyła się na jego usta, włożył do jej ust zanurzoną w śmietankowym kremie truskawkę. – Ale poza tym masz zupełną rację, coraz rzadziej się mylisz. Zasłużyłaś na nagrodę.

Pogryzła i połknęła owoc, a potem uśmiechnęła się krzywo.

- Nagrodą byłoby, gdybyś powiedział, że jednak się nie rozstaniemy, skoro ty też tego nie chcesz.

Zamiast odpowiedzieć, odwrócił się z powrotem do komputera i wrócił do pracy. Patrzyła na niego przez chwilę, ale już się nie obejrzał, więc z cichym prychnięciem zwróciła się w stronę laptopa i pozwoliła palcom przebiec po klawiaturze, pisząc prośbę o przesłanie nagrań z monitoringu sklepu, w którym główny podejrzany składał zamówienia przez internet, tak na wszelki wypadek.

Przez kilka godzin nie odzywali się do siebie, potem zaś ona postanowiła się porozciągać, a L po chwili zamknął laptopa i wstał.

- Wspaniale. – Skrzywiła się. – Jeszcze nigdy nie miałam takiej ochoty ci przywalić.

Uśmiechnął się przyjaźnie i skinął na nią dłonią.

Skoczyła w przód, a kiedy kopnął wysoko, w kierunku jej głowy, przypadła do ziemi i sama kopnęła w jego brzuch, obok nogi, którą zdążył błyskawicznie zgiąć. Podpierała się dłonią o podłogę, ale i tak opór na stopie zakłócił jej równowagę. Przetoczyła się w bok, lecz nie zdołała uciec przed kontratakiem L'a, który kopnął ją boleśnie w udo. Zerwała się na nogi z cichym warknięciem. Stanęła na ugiętych nogach i zaczęła mierzyć go wzrokiem. Uwielbiała takie momenty, jako że mogła wtedy gapić się zupełnie bezkarnie. Podobał jej się wyprostowany, czujny i silny - zawsze był taki, tyle że nie pokazywał tego zbyt wyraźnie, siedząc skoncentrowany w fotelu. Wtedy też był piękny, ale w trochę inny sposób, do którego miała już czas przywyknąć.

Pozwolił jej patrzeć przez dłuższą chwilę, a jego oczy wyglądały nieco smutno. Pomimo, że oboje tak naprawdę zdawali sobie sprawę, że walcząc sobie nie pomogą, to zdecydowali się jak zwykle podjąć wyzwanie.

Kobieta zrobiła kilka małych kroków w prawo, a potem skoczyła w przeciwnym kierunku i spróbowała uderzyć detektywa w prawy bok, atakując w sposób, który miał go lekko zaskoczyć. Nie powiodło jej się, gdyż ten odwrócił się we właściwą stronę, z refleksem oraz wyczuciem, i odepchnął ją wysuniętymi dłońmi. Przewróciła się na plecy i przekoziołkowała do tylu, od razu z przysiadu kopiąc w górę, aby trafić w udo przeciwnika. Ona również była szybka i tym razem udało jej się zdążyć chwilę przed tym, jak się zasłonił. Niekorzystna pozycja utrudniła jej błyskawicznie ugięcie nogi i złapał ją za kostkę, a potem szarpnął tak, że przeleciała obok niego i siłą rozpędu przejechała plecami po podłodze, ocierając sobie wnętrza dłoni, którymi starała się podeprzeć.

Podniosła się i skoczyła na niego prychając gniewnie, z braku lepszych pomysłów chcąc przewrócić go własnym ciężarem. Uchylił się, ale to było do przewidzenia, więc zwyczajnie zamortyzowała upadek dłońmi, jak i przewrotem.

Nagle, ku jej zdziwieniu, przewróciło się na nią coś ciężkiego. Jęknęła głucho, gdy poczuła uderzenie w żebra, i zorientowała się, że zapomniała o stole. Wpadając w niego, podważyła jedną z nóg i zrzuciła mebel na siebie.

Przestraszyła się jak nigdy, nie mogąc się podnieść, ale już po chwili wszystko się skończyło. Detektyw postawił stół z powrotem, a ona pozbierała się z podłogi, rozcierając bok klatki piersiowej.

- Rany. – jęknęła, przysiadając w fotelu.

- Potrzebujesz, by ktoś to obejrzał? – L stanął przy niej, opierając dłoń nieopodal jej ramienia.

- Ech, co ty… Tylko trochę… stół na mnie zleciał!

Zachichotała, ale skrzywiła się, gdy ruch spotęgował ból żeber. Jej ręka znów powędrowała w uderzone miejsce, a wygięte jak u dziecka usta dobitnie świadczyły o niezadowoleniu.

- To może pozwolisz mi spojrzeć? – Mężczyzna najwyraźniej nie planował wrócić do pracy i postanowił zająć się podwładną.

Skinęła głową po chwili namysłu.

- Dobrze. Oprzyj się wygodniej i unieś ręce nad głowę. Spróbuj się odprężyć, jeśli możesz.

Zrobiła tak, jak prosił. Prawie zakrztusiła się własnym oddechem, kiedy L wskoczył obiema nogami na fotel i podciągnął w górę jej bluzkę. Wiedziała, że to tylko rodzaj pierwszej pomocy medycznej, ale i tak poczuła się zaskoczona, i jakoś nie na miejscu.

Palce detektywa, którymi zazwyczaj chwytał przedmioty bardzo ostrożnie, okazały się być wprawne i delikatne, kiedy badał jej kości pod zaczerwienioną, napuchniętą skórą. Właściwie jej to nie zdziwiło, przeczuwała, że zazwyczaj oszczędza ręce z jakiegoś konkretnego powodu, więc czemu nie miałoby to być po to, by uczynić je wrażliwszymi na dotyk?

- Chcę zobaczyć trochę wyżej, a to mi przeszkadza. - mruknął. Była to informacja, a nie pytanie i bez oczekiwania na pozwolenie sięgnął za jej plecy i szybkim ruchem rozpiął biustonosz, który był wspomnianym przez niego przeszkadzającym elementem ubrania. Ponownie, nie zdziwiła jej sprawność, z jaką to zrobił, widocznie zręczne dłonie były po prostu kolejną z cech, jakie składały się na jego wizerunek.

- Hej, miałaś się rozluźnić, prawda? – upomniał ją L swym spokojnym głosem. – Nie chcę ci zadawać niepotrzebnego bólu.

Wtedy zorientowała się, że mimowolnie spięła mięśnie, gdy poluzował jej bieliznę, więc odetchnęła i osunęła się nieco w dół fotela. Mężczyzna przesunął palce wyżej. Tam uderzenie musiało zostać spotęgowane przez usztywnienia stanika, bo syknęła cicho, gdy tylko poczuła jego dotyk.

- Chyba nic ci nie będzie. – odezwał się, ostatni raz naciskając wyczuwalne pod skórą kości, które widocznie okazały się być na właściwych miejscach. – Jednakże, przydałby się na to jakiś opatrunek. Rozbierz się, proszę.

Zwinnie zeskoczył z fotela i podszedł do rzędu szafek przy jednej ze ścian. Rozbierając się, obserwowała, jak detektyw wyjmuje z jednej z półek przeróżne pudełka. Ściągnięcie ubrania nie zajęło jej dużo czasu, jako że wystarczyło zdjąć przez głowę bluzkę i zsunąć bieliznę z ramion. W pomieszczeniu było zawsze bardzo ciepło, bo L nie zakładał butów, a więc nie marzła i mogła zwrócić uwagę z powrotem na poczynania swojego przełożonego, który wybrał najszerszy bandaż, obejrzał go, a następnie przyniósł do jej fotela wraz z tubką maści. To było takie dziwne, ze L robił coś własnoręcznie.

- Podniosłabyś, proszę, ręce? – przemówił łagodnie.

Zawahała się, ale posłusznie odsunęła od skóry ramiona, którymi osłaniała nagie ciało, i położyła je nad głową, w parodii rozluźnionej pozy.

L nie zaczął się w nią wpatrywać, choć przypuszczała, że większość mężczyzn na jego miejscu zrobiłaby to wręcz odruchowo. Zamiast tego skierował swoje intensywne spojrzenie na jej oczy, w tym samym czasie nakładając maść na jej skórę. Zaczął kolistymi ruchami wmasowywać przyjemne ciepło w jej ciało, a ona nie była w stanie wytrzymać jego wzroku i przymknęła oczy, starając się utrzymać równe tempo oddechu, żeby przypadkiem się nie zarumienić. Palce detektywa promieniowały gorącem, po chwili dopiero zrozumiała, że to za sprawą rozgrzewającej maści.

Kiedy po kilku minutach, podczas których L nie przerywał masażu, a dodatkowe dawki maści nakładał za pomocą jednej tylko dłoni, zdecydowała się otworzyć oczy, ze zdumieniem spostrzegła, że jego wielkie oczy są zamknięte. Przed kolejne kilka minut on wcierał krem w jej skórę, zapobiegając opuchliźnie i bólowi, a ona kontemplowała jego spokojny, odprężony wyraz twarzy.

Bez ostrzeżenia otworzył oczy, a gdy napotkał jej spojrzenie uśmiechnął się szerzej niż zazwyczaj i cofnął dłonie.

- Wyprostuj się, proszę.

Kiedy to zrobiła, znalazła się kłopotliwie blisko niego, ale już się tym nie przejmowała. Czuła, że L nigdy by jej nie skrzywdził i samo to wystarczyło, by zaraziła się jego spokojem.

Kruczoczarne włosy mężczyzny opadły na jego twarz gdy przechylił głowę, by wyraźniej widzieć gdzie ma umieścić przygotowany wcześniej bandaż. Sprawnie owinął go całego w około klatki piersiowej nieco poturbowanej kobiety, tak szybko i zręcznie, jakby nigdy nie robił nic innego, a spodziewała się, że ćwiczył to może raz w życiu, ucząc się podstaw medycyny ratunkowej.

Kiedy skończył, zabezpieczył materiał przed przemieszczaniem się i znów zeskoczył z fotela. Wyciągnął dłoń w stronę zszokowanej, rozleniwionej agentki.

- Wstajemy? – rzucił z drugim już w ciągu kilku minut uśmiechem. Odwzajemniła go.

Z małą pomocą stanęła na równe nogi i na prośbę detektywa podniosła i opuściła ręce ostrożnymi, wydłużonymi ruchami. Bandaż nie przeszkadzał jej w oddychaniu. Potem założyła bluzkę i spojrzała na obserwującego ją mężczyznę.

- Dlaczego to zrobiłeś? Czemu nie poprosiłeś Watari'ego?

Wytrzymał jej spojrzenie bez żadnego wysiłku.

- Ty miałaś ochotę mnie uderzyć, a ja miałem ochotę cię uspokoić. Oczywiście, naszła mnie ta ochota już po tym, jak zrzuciłaś na siebie stół.

Po raz kolejny uśmiechnął się przelotnie, a ona zamarła z zachwytu.

- L… - mruknęła, patrząc mu w oczy.

- Chodź, wracamy do pracy. – Odwzajemnił spojrzenie, a potem delikatnie złapał ją za ramię i posadził na fotelu, przed laptopem i całą resztą.

Kiedy znów na niego spojrzała, siedział wpatrzony w jasny monitor, z nogami podciągniętymi do brzucha, a na ustach, na których przez jeden szalony moment chciała złożyć pocałunek, opierał dwa palce w geście, który zapewne wyrażał zastanowienie.