Sherlock siedział przy stoliku w kawiarni i obojętnym wzrokiem przyglądał się swoim lodom, co jakiś czas mieszając w nich łyżeczką od niechcenia. Mycroft, siedzący po jego lewej stronie, kończył właśnie jeść swoją ogromną porcję ciasta, a ojciec miał przed sobą jedynie kawę. Chłopiec stwierdził, że cało to rodzinne wyjście to jakiś absurd. Był przekonany, że jest to jedynie kiepsko odegrane przedstawienie przed babcią. Jakby ojciec chciał jej przez to pokazać, jak bardzo będzie cierpiał, kiedy jutro Sherlock i Mycroft raz na zawsze opuszczą Southend-on-Sea i wyjadą w do Kingston upon Thames, gdzie babcia przeniosła się kilka miesięcy temu z Londynu.

- Nie baw się swoim deserem, Sherlocku. – Z zamyślenia wyrwał go głos ojca.

- Nie mam na niego ochoty. Mogę pójść na molo? – Ojciec przez chwilę wyglądał, jakby miał się nie zgodzić, ale w końcu pokiwał głową.

- Za pół godziny spotkamy się przy samochodzie, nie spóźnij się. – Sherlock nic nie odpowiedział, jedynie podniósł się pospiesznie z krzesła i nie zaszczycając Mycrofta nawet krótkim spojrzeniem, wyszedł z kawiarni. Po chwili znajdował się już na molo.

Nie zwracał uwagi na radosne krzyki dobiegające z Adventure Island, hałas kolejki, która przejechała niedaleko niego, na innych spacerujących ludzi. Stanął przy barierce i spojrzał w morze. Przypomniał sobie o tych wszystkich razach, kiedy na takie wycieczki zabierała ich mama i poczuł się jednocześnie zły i smutny. Bo nie chciał, by ostatnie wspomnienie z tego miejsca wiązało się z ojcem i jego idiotycznym pomysłem o zacieśnianiu rodzinnych więzów na do widzenia. Bo molo, morze i lody w kawiarni należały do niego i mamy, i nawet Mycrofta, chociaż Sherlock wolał spacerować jedynie z mamą, która opowiadała mu o piratach, syrenach i swojej miłości do morza. Czasami, jeżdżąc kolejką, wspólnie dedukowali innych ludzi i śmiali się, nie zwracając uwagi na resztę pasażerów. Chłopiec był przekonany, że już nigdy nie będzie się tak śmiał, bo tylko mama potrafiła doceniać jego dedukcje i nazywała go swoim małym geniuszem, a nie świrem jak dzieci w szkole.

Po raz ostatni nabrał do płuc świeżego, morskiego powietrza, odsunął się od barierki i ruszył w stronę parkingu, gdzie miał spotkać się z ojcem i bratem. Zostawił za sobą szum morza, wspomnienia i tęsknotę.


Ich nowy dom znajdował się na przedmieściach. Miał trzy sypialnie, dwie łazienki, kuchnię, salon, bibliotekę i strych. To ostatnie miejsce szczególnie przypadło do gustu Sherlockowi. Zastanawiał się, czy babcia pozwoliłaby mu urządzić tam swoje laboratorium. Miał nadzieję, że tak.

Sypialnia Sherlocka znajdowała się na piętrze. Było to dość przestronne pomieszczenie o jasnoniebieskich ścianach. Jego większą powierzchnię zajmowało łóżko, stanowczo za duże dla jedenastolatka. Tuż przy nim znajdowała się szafka nocna z lampką, a na prawo od niego stało solidne, mahoniowe biurko, a po drugiej stronie szafa. Sherlock jeszcze nigdy w życiu nie widział tak nudnego pokoju. Niestety reszta domu, oprócz strychu oczywiście, prezentowała się równie nieciekawie.

Z okna miał widok na ogród. Na jego końcu rosło stare drzewo o grubym pniu i mocnych gałęziach. Na jednej z nich przywiązana była huśtawka. Nawet z daleka wyglądała na nową, więc z pewnością nie była pozostałością po poprzednich właścicielach. Sherlock wątpił również, by była prezentem dla niego lub, o zgrozo, dla Mycrofta. Babcia znała ich wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że żaden z nich nie będzie chciał z niej korzystać. W takim razie ktoś inny musiał ją tam powiesić. Pytanie tylko kto?


Babcia oczywiście zgodziła się, by Sherlock przeprowadzał swoje eksperymenty na strychu, więc przez resztę dnia chłopiec był zbyt zajęty przenoszeniem tam swoich (oraz kilku „pożyczonych" od Mycrofta) rzeczy, aby rozmyślać nad sprawą huśtawki. Przypomniał sobie o niej dopiero wieczorem, kiedy podczas kolacji, babcia zapytała ich o to, jak im się podoba w nowym domu. Mycroft, z wrodzoną sobie uprzejmością, odpowiedział, że jest to „urocze miejsce" oraz „ma idealne warunki do nauki, o ile Sherlock nie będzie powodował wybuchów zbyt często". Jego wypowiedź spotkała się oczywiście z oburzeniem ze strony Sherlocka, który wyraził je w postaci złośliwego uśmiechu i kopniaka pod stołem.

- Babciu, na drzewie w ogrodzie wisi huśtawka – powiedział Sherlock, przenosząc wzrok z brata na babcię.

- Tak, należy do dzieci sąsiadów. Watsonowie nie mieli gdzie jej powiesić, więc zapytali, czy mogą zrobić to u mnie w ogrodzie. Nie mogłam się nie zgodzić, to taka urocza rodzina. Niedługo wracają z wakacji, więc ich poznacie. Myślę, że ty i John się zaprzyjaźnicie.

- Ja nie mam przyjaciół – odpowiedział chłopiec.

- Zawsze możesz to zmienić, kochanie. – Babcia spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Była jedyną osobą, oprócz mamy, która patrzała na Sherlocka z czułością i dumą. Chłopiec pomyślał, że skoro babcia twierdziła, że może się zaprzyjaźnić z chłopcem z sąsiedztwa, to może naprawdę tak będzie. Pamiętał, jak mama zawsze powtarzała mu, że na świecie na pewno znajdzie się ktoś, kto kiedyś doceni i polubi go mimo wszystko. Bardzo chciał wierzyć w to, co mówiła, ale jak do tej pory nie poznał nikogo takiego.

- Może – odpowiedział w końcu.

- Nie martw się, kochanie. Wszystko się ułoży, zobaczysz.

Sherlock naprawdę miał nadzieję, że słowa babci nie będą tylko marną próbą pocieszenia go.


Następnych kilka dni Sherlock spędził na, jak nazwała to babcia, dostosowywaniu się do nowych warunków. Najwięcej czasu poświęcał oczywiście swoim eksperymentom na strychu, jednak jak do tej pory nie wysadził niczego w powietrze. Czasami chodził z babcią na spacery po mieście, kilka razy nawet dołączył do czytającego w ogrodzie Mycrofta. Nocami grywał na skrzypcach, najczęściej Czajkowskiego. Zdarzało się, że kiedy po skończonej grze wciąż nie mógł usnąć, leżał na swoim wielkim łóżku, wpatrywał się w sufit i myślał o mamie. Walczył wtedy z łzami napływającymi mu do oczu. Czasami nawet udawało mu się wygrać.

O ojcu nie myślał wcale.

W piątkowe popołudnie, dziesięć dni od przyjazdu do Kingston, Sherlock zauważył, że na sąsiednim podjeździe pojawił się samochód. Kiedy wychodził z babcią na spacer, jeszcze go tam nie było. Teraz, kiedy Watsonowie wrócili, myśl o hipotetycznej przyjaźni z ich synem sprawiła, że Sherlock poczuł się nieco nerwowo. Przecież nawet nie spotkał tego chłopca! A co jeśli babcia się myliła i nic się nie ułoży? A co jeśli mama też nie miała racji i Sherlock nigdy nie spotka kogoś, kto go polubi?

Tej nocy grał na skrzypcach nokturny Chopina. Usnął dopiero nad ranem.


W Southend-on-Sea (42 mile od Londynu) znajduje się najdłuższe na świecie molo, po którym jeździ kolejka elektryczna. Tuż przy molo jest Adventure Island - park rozrywki.

Kingston upon Thames to miasto oddalone o około 12 mil od Londynu i jakieś 54 mile od Southend-on-Sea. Przy wyborze miast kierowałam się głównie odległością od Londynu (chciałam, by było niedaleko).