PART 2

Aomine miał nadzieję, że dość szybko będzie miał okazję zmierzyć się z Kagamim i raz a porządnie przypieczętować swoje zwycięstwo. Jednak chłopak nie pojawił się ani następnego dnia, ani kolejnego i kolejnego. Jednak nie przeszkadzało to Aomine w spędzaniu czasu do późna w nocy na graniu. Potrafił już nawet ignorować choć trochę ten cholerny żar lejący się z nieba, jednak nadal przyprawiał go o pasję, gdy miał opuścić błogosławiony chłód, jaki dzięki klimatyzacji panował w mieszkaniu. A niestety nie miał wyjścia, jego matka była tyranem, który nie czaił za grosz takich subtelności i z gracją ignorowała fakt, że jej syn jest zagorzałym wrogiem tego cholernego ustrojstwa na niebie, które paliło mu żywcem skórę. I na cholerę komu kobiety w życiu? Upierdliwe to to, tragarza z człowieka robią, żyć nie dają, nawet matka rodzona. Jedyny plus tego ciągania przez matkę po sklepach był taki, że zakupił pierwszą i podstawową rzecz, jaką powinien mieć jadąc do tego piekła na ziemi. Okulary. Cudowne, ciemne okulary przeciwsłoneczne.

Wszystko w tym cholernym mieście było dla Aomine „zbyt". Zbyt gorąco, zbyt duszno, zbyt tłoczno, zbyt sucho i przede wszystkim zbyt jaskrawo. Czy to skutek słońca czy cholera wie czego innego, ale faktem było, że wszystkie kolory zdawały się być o wiele intensywniejsze od tego, do czego przywykł. Niebo było tak niebieskie i jasne, że niemal białe, zieleń kuła w oczy, a błękit był tak lazurowy, że można by w nim oglądać własną mordę. A więc okulary i luźne podkoszulki były tym, co stanowczo trzeba zapisać na plus tego harowania jako matczyny tragarz. Minusem była ilość ludzi, która zdążyła go stratować. Ale już przywykł, że w tym zjebanym życiu nie można mieć wszystkiego i powinien się cieszyć z tych maleńkich, tycich, jasnych promyków w jego życiu.

Chociaż słońce wisiało w najlepsze na niebie i zalewało ulice swoim blaskiem, Aomine zdecydował się wyjść pograć, gdyż godziny spędzane samemu w mieszkaniu przyprawiały go już o dreszcze. Ileż w końcu można snuć się jak smród po gaciach.

Otarł opaską na nadgarstku czoło, na które już zdążył wystąpić pot. Wciągnął suche, gorące powietrze, po raz chyba tysięczny zastanawiając się, jak w takim cholernym piecu można normalnie żyć. Toż tu muszą jakieś mutanty żyć, a nie normalni ludzie.

Jednak wszystkie niedogodności zostały zepchnięte na granicę myśli, gdy piłka uderzyła o boisko, a pod dłonią czuł jej szorstkość. Wysiłek był dobry, pracujące, rozgrzane mięśnia były dobre, nawet ten cholerny pot płynący po czole i plecach był dobry. Wydmuchując powietrze cofnął się kozłując piłkę i ocierając nos i policzki górą podkoszulka. Błyskawicznie rozsunął stopy, uderzenia piłki o beton nabrały mocy, a on ruszył z miejsca omijając wyimaginowanych przeciwników. W lewo, prawo, piłka z jednej ręki do drugiej, przejście bokiem, zwód, wyskok i piłka do kosza. Podciągnął się, trzymając obręcz kosza, bujając się, po czym odbił się w tył, zgrabnie lądując na nogach.

- Hej!

Obejrzał się, słysząc po raz drugi w przeciągu tygodnia powitanie w języku angielskim. Jednak tym razem nie był to bynajmniej samotny, bezczelny rudzielec, lecz grupka dziwnych typków, która cholera wie, co od niego chciała. Co mówiła zawsze mama? Aha, nie bijemy się z nowo poznanymi kolegami, jasne.

- Cześć – mruknął z rezerwą, ocierając twarz skrawkiem podkoszulka. Kurwa, pływał już w swoim własnym pocie, pieprzony skwar.

Jeden z chłopaków, wysoki i opalony, z dredami na głowie wysunął się na przód.

- Grasz w kosza? – zagadnął.

Kurwa. Czy ten zjebany Amerykański naród ma coś z oczami?

- Jak widać – burknął.

- Całkiem nieźle grasz. Może chciałbyś z nami pograć? – zaproponował.

- Chyba jednak nie – odpowiedział, mrużąc oczy.

- Poważnie, stary, gramy niedługo mecz z inną drużyną, przydałby nam się ktoś taki jak ty.

Aomine milczał, przypatrując się uważnie chłopakowi, a potem reszcie. Drużyna jak drużyna, dziesięciu szczylów, którzy wcale na szczylów nie wyglądali, coś tam, gdzieś tam musieli trenować.

- Nie dacie rady im sami? – Uniósł nieco kpiąco brew.

- To jedna z najsilniejszych drużyn w tej okolicy, mają dwóch potworów, stary, zmiatają wszystkich z boiska – prychnął. – Ale ty jesteś podobny do nich, mielibyśmy większe szanse.

- Mówisz, że są silni? – Zmarszczył brwi. Właściwie przydałoby mu się pograć z kimś, samemu to jednak nie było to. Może tutaj faktycznie jest ktoś warty uwagi i wysiłku? Nic nie zaszkodzi przecież spróbować.

Chłopak pokiwał głową.

- Póki co nikt ich jeszcze nie pokonał – dodał, czując najwyraźniej, że Aomine jest bardziej przychylny.

Daiki wykrzywił usta w uśmiechu.

- To chyba ktoś powinien im w końcu skopać tyłki.

- Zgadzam się zupełnie. – Chłopak wyszczerzył się wyciągając w jego stronę rękę.

- Kiedy ten mecz? – dopytał.

- Za cztery dni. Dołączasz?

Aomine uśmiechnął się pod nosem, ściskając dłoń chłopaka.

Czas sprawdzić, do czego nadają się ci Amerykanie.

Amerykanie mieli zupełnie inny styl grania niż Japończycy. I to więcej niż odpowiadało Aomine. Po prostu prawdziwa i czysta uliczna koszykówka. O nic więcej nie mógł prosić. Jego drużyna może nie była geniuszami na światowym poziomie, ale byli całkiem nieźli, chociaż miał nadzieję, że ich przeciwnicy będą jednak silniejsi. Dużo silniejsi. Potrzebował silnych przeciwników. Blisko trzy dni grania było dla niego mało. Za mało, potrzebował więcej. Dawno nie był tak skupiony na graniu, bo też i dawno nie miał okazji pograć w typową, uliczną koszykówkę, a już nigdy nie miał okazji grać u samego źródła. To było nieporównywalne z niczym. Przyswajał wszystkie nowości i sztuczki jakie tamci znali, sam nie raz zaskoczył ich nieznanymi im zagraniami. Ale jedno było niezmienne, nadal potrzebował kogoś silniejszego. Kogoś dużo silniejszego. Było trudniej, ba, było dużo trudniej, granie w szczerym słońcu, gdzie powietrze było niczym suche trociny, było dla niego upierdliwe jak drzazga wbita w palec. Ale przyzwyczaił się, cholera jasna, przyzwyczaił ignorować to cholerne dziadostwo i skupiał się od początku tylko na grze. Jebane gorąco przecież go nie pokona, zwłaszcza, że reszta najwyraźniej nie miała takich problemów, miał nawet wrażenie, że pocą się dużo mniej do niego, zasrane amerykańce.

W dniu meczu słońce grzało nic mniej, jednak plus był taki iż grali późnym popołudniem, kiedy, jak Aomine się dowiedział na własnym przykładzie, dało się chociaż normalnie oddychać.

Przez chwilę kozłował piłkę, po czym wyskoczył, wypuszczając piłkę, która bezbłędnie trafiła do kosza.

- Przyszli – mruknął ktoś i wszyscy odwrócili się patrząc, jak grupka chłopaków wchodzi na boisko. Ho, ho, ktoś tu aż emanował pewnością siebie. Specyficzny dreszcz przebiegł go po kręgosłupie. Uwielbiał tę atmosferę, manifestację i presję siły. Zapowiadało się interesująco, nie wyglądali na słabeuszy, nie wyglądali… No chyba, kurwa, żart…

Nowo przybyli witali się z jego drużyną, aż w końcu ich oczy spoczęły na nim.

Głośny, irytujący śmiech aż odbił się od ścian budynków. Rozczochrane rude włosy i ten irytujący, rozbawiony wyraz mordy… No po prostu jebane życie.

Kagami wysunął się na czoło swojej drużyny wyraźnie ubawiony.

- No, no, co za spotkanie! Mówiono mi, że znaleźli silnego gościa, ale nie pomyślałem, że to możesz być ty! – roześmiał się ponownie.

Ciekawe, kurwa, co w tym było takiego zabawnego.

- Mnie mówiono o silnych gościach – zaczął, unosząc lekceważąco brew – myślałem, że to będzie ktoś naprawdę silny, a nie taki słabeusz. – Wygiął usta w kpiącym i wyzywającym uśmieszku.

Wszyscy zamarli i umilkli gapiąc się na nich, a cisza aż dzwoniła w uszach. Zdziwiony wyraz twarzy Kagamiego szybko przeszedł w drapieżny uśmiech.

- Jeszcze zobaczymy, kto jest słabeuszem – sarknął. – Najgorsze psy zawsze głośno szczekają.

- Nie zapominaj, że już z tobą wygrałem – zakpił przechodząc na japoński.

- Był remis – warknął Taiga, również po japońsku.

- Wygrałem i dobrze to wiesz – uśmiechnął się z wyższością.

- Więc przekonajmy się. – Aomine zamrugał oczami. Kurwa, kolejny Japończyk? Co to kurna, jakaś radosna kraina uchodźców? Chłopak, który stanął między nimi uniósł kąciki ust w nikłym uśmiechu.

- Nas jest dwóch, ty jeden – powiedział płynną japońszczyzną, upewniając Aomine, że się nie przesłyszał.

- Khehe, jakby to robiło jakąś różnicę – zakpił.

Chłopak uśmiechnął się szerzej.

- Himuro Tatsuya, fajnie będzie cię pokonać. – Wyciągnął w jego stronę dłoń.

- Aomine Daiki – uderzył w jego rękę – fajnie będzie zmieść was z boiska.

W oczach uśmiechniętego Tatsuyi błysnął ogień rywalizacji. Aomine uśmiechnął się szeroko. Na to właśnie czekał.

Jakiś niezwiązany z żadną drużyną chłopak zagwizdał, wyrzucając piłkę w górę. Jeden zero, Amerykańskie małpy. Podał piłkę, jednak ta szybko została przejęta przez Himuro, który jak pieprzona błyskawica znalazł się pod koszem, a piłka bezbłędnie przeszła przez obręcz. Aomine uśmiechnął się szeroko. Tak… Właśnie tego potrzebował. Silnych przeciwników. Najsilniejszych. Najlepszych. Żadnych półśrodków i słabeuszy, żadnej zabawy, tylko prawdziwy mecz. Kilka następnych koszy należało do niego, jednak porażający wsad Kagamiego wzbudził zadowolenie w jego drużynie.

To jego widział, przypomniał sobie Aomine, wtedy, pierwszego dnia po przylocie. To on wtedy grał, to on wtedy mało nie przewrócił kosza. A więc jednak w tej Ameryce żyją jakieś potwory. Wspaniale. Po prostu idealnie. Zanim Kagami zdążył choć podnieść ramiona do rzutu, Aomine już tam był, w biegu przechwycił piłkę i wystrzelił w stronę kosza przeciwników. Stojącego mu na drodze Himuro wyminął dwoma szybkimi zwodami. Wyskoczył, rzucając piłkę z całej siły. Ta odbiła się z głośnym hukiem od tablicy i wpadła za obręcz.

Uśmiechnął się szeroko do siebie. To było… To było… Czymś, czego Aomine dawno nie doświadczył. Ta drużyna była silna, była naprawdę silna. Wreszcie mógł pograć, wreszcie nie musiał się ograniczać. Duet Kagamiego i Himuro był bezbłędny. Ale on był przecież lepszy, nikt go nie zatrzyma, nikt go nie pokona, nie ma szans. Zmiecie ich z tego boiska, zobaczą ile warta jest ta ich gówniana, amerykańska koszykówka. Hahaha! O to chodziło, właśnie o to chodziło. Żadnych ograniczeń. Po prostu gra na tysiąc procent, po prostu…

Głośny, przeraźliwy dźwięk gwizdka sprawił, że wszyscy się zatrzymali dysząc ciężko. Aomine wsparł ręce na biodrach, odchylając głowę w tył i oddychając ciężko.

- Remis! – ogłosił ich sędzia, a próbujący uspokoić oddech Aomine słuchał, jak jego drużyna cieszy się. Dla nich remis był osiągnięciem, remis z taką drużyną na pewno był dla nich dużym osiągnięciem. Ale dla niego to było mało. Półśrodki się nie liczyły, tylko i wyłącznie zwycięstwo.

- Noo… Całkiem nieźle, jak na obcokrajowca. – Siedzący niedaleko na ziemi Kagami wyszczerzył się do niego bezczelnie.

Wycierając twarz końcem bluzki Aomine też się uśmiechnął. Zjeb, porąbany, psychiczny zjeb.

- Ładnie – przechodzący koło niego Himuro klepnął go w plecy. – Powinieneś poszukać sobie silniejszej drużyny.

- Nie szukam drużyny. – Wypuścił powietrze, czując, że już doszedł do siebie. – To był jednorazowy wyskok.

- Szkoda, zawsze mógłbyś dołączyć do nas. – Uniósł kącik ust, odkręcając butelkę z wodą.

- Do was? Wybacz, nie gram ze słabeuszami, takich jak was pokonuję. – Uśmiechnął się bezczelnie.

- Dalej szczekasz? – zakpił Kagami, unosząc ironicznie brew.

- Uważaj, żebym cię nie pogryzł, takich jak ty zjadam na śniadanie – parsknął, opierając ramię za głową i rozciągając je.

- Jeden na jeden? – Oczy Kagamiego rozbłysły dzikim wyzwaniem, a usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

- Kiedy tylko chcesz – prychnął z ironią. – Będziesz błagał o litość.

Kagami przez chwilę gapił się na niego po czym odchylił głowę w tył i roześmiał się na całe gardło.

- Zaczynam się lubić, Daiki, hahaha! Ale przyjdę. – Kolejny, drapieżny uśmiech pojawił się na jego ustach, a oczy zabłysły groźbą i wyzwaniem. – Zmierzymy się i to na pewno nie ty wygrasz.

- Czekam z utęsknieniem – parsknął szyderczo.

Przyszli ludzie z widłami do Hibari…

Kiedy przestaniesz pisać pierdoły, których nie umiesz?!"

H.: Nie wiem, nie wiem, przepraszam. ;_;

Kiedy, do cholery, zaczniesz dodawać coś jednego o porządnie?!"

H.: Nie wiem, przepraszam, przepraszam! *Sakurai w spódnicy* Nie umiem inaczej jak mnie coś weźmie buuu ;_;

Kiedy będzie wreszcie coś w kanonie, a nie jakieś z dupy wyjęte dziadostwo?!"

H.: Kanon mnie nie kochaaaaaa *wyje tak bardzo* Przepraszaaaaam!

Kiedy będzie jakieś AoKise, do cholery, a nie jakieś zjebane AoKaga?!"

H.: P-przepaszam, przepraszam! ;_; Pisze się, będzie! Ale Aominecchi tak bardzo chce ruchać Taigę, nie umiem nad nim panować, przepraszam! Przepraszam cały świat, przepraszam, że żyję Y.Y

Na widły z nią! Yatta!"

H.: ;_;