Dzięki za miłe przyjęcie! Chciałabym po ostatnim rozdziale wyjaśnić parę rzeczy.
a) alternatywne zakończenie, jak najbardziej, po prostu, jak pewnie zdążyliście zauważyć, jestem supporterką Jolly (JordanxMolly) i chciałam przenieść część ich narastających wspólnych uczuć w bardziej 'przyziemne' tereny, jednak nie chciałabym robić z tego wielkiego romansidła. (fluffy jest ok, tylko do pewnego stopnia). Zapowiadam trochę dramaturgii, tragedii, załamań, wojen i środowiska militarnego (tak, zaznaczam, że opowieść skupi się nie na Molly, tylko na Jordanie, co będziecie mogli zobaczyć od dzisiejszego wpisu)(poza tym, tak trochę dygresją ujmę, że prywatnie interesuję się nieco militarią i snuję plany po studiach zapisania się do żandarmerii, ale to na marginesie). Ach tak, trochę znów przedłużam, ale parę rzeczy chciałabym wyjaśnić. A i jeśli chodzi o to, dlaczego Jordy jest na Ziemi, to mam zamiar wytłumaczyć to w dalszym ciągu. Na razie wszystko powoli narasta.

3.

Dobrze, że to już piątek.
Cały tydzień zapieprzania od rana do późnego popołudnia na treningach, ćwiczeniach i zajęciach teoretycznych. Jeszcze tylko sobota, kiedy zajęcia trwają krócej i dzień wolny.
Dobrze, że nie jest to ta sama akademia wojskowa, co poprzednio, bo po ostatnich wydarzeniach, Jordan sądził, że nie wytrzyma w pełnym wymiarze ćwiczeń 24/7 z zakwaterowaniem. Obecnie mógł spokojnie po zajęciach wracać autobusem przez miasto do domu. Teraz jednak o godzinie osiemnastej pech chciał, że zagapił się i nie zdążył na ostatni transport, także aby legnąć w ciepłym wygodnym łóżku musiał zaczekać cztery kilometry pieszej wędrówki. Ładny piątek wieczór…
Ten czas jednak dał mu chwilę na zamyślenie. Z zarzuconym plecakiem przez ramię, pogwizdując spokojnie, szedł do domu podobnymi ulicami jak wtedy, gdy po powrocie z Oban, automatycznie sterowany pojazd, nadany przez prezydenta, odwoził członków Drużyny do ich stałych siedzib. Wtedy też Molly, chociaż już raczej Eva, poznała jego rodzinę.

To było późne, deszczowe popołudnie, kiedy moduł Avatara po ich ciężko ale pozytywnie zakończonej przygodzie, wysadził ich gdzieś za miastem na jakimś anonimowym pagórku. Służby zleciały się niemal od razu. Nie potrzebowali wiele czasu, aby zidentyfikować 'przybyszów'. Cała piątka została zabrana na złożenie raportu. Żadne z nich nie pamiętało, jak wyglądało ukoronowanie zwycięzcy. Jedyne, co wiedzieli to, że zapanował jako taki pokój pomiędzy najeźdźcami z Kramm a Ziemią. O to chodziło, więc rząd nie dociekał więcej. Oczywiście cała przygoda miała pozostać tajemnicą, a Drużynie zaproponowano po prostu o tym wszystkim zapomnieć… A pewnie, już się wszyscy palą, aby odrzucić całą przygodę… Ambicje polityki, naprawdę…
Po wszystkich formalnych obrządkach, Stan razem z Koji'm zostali odwiezieni do warsztatu, gdzie ze łzami w oczach przywitał ich Miguel. Potem przyszła kolej na Jordana, gdyż jak wprowadził dane do GPS'a, jego dom rodzinny znajdował się wcześniej po drodze niż dawny dom Wei'ów.
Eva przyglądała się swojemu byłemu już partnerowi. Siedział na fotelu naprzeciwko w dość przestronnej ale nie monstrualnej limuzynie. Ze wszystkich z Drużyny on najczęściej i z wielką pasją mówił o swoim domu; jak bardzo chciał do niego wrócić i jak tęsknił za matką. Co sprawiało wrażenie, że Jordan był maminsynkiem, ale z dobrą manierą. Zazwyczaj wiedział, co ze sobą zrobić i znał swoje miejsce, także raczej był dobrze wychowany. Wtedy jednak, gdy zbliżali się do jego miejsca zamieszkania, Jordan milknął, nawet wydawał się denerwować. Patrzył za okno, gdzie zza przyciemnionych szyb migały różnorakie jednorodzinne domy. Miał zasępioną minę. To w ogóle do niego nie pasowało.

- Jordan? – ciche zawołanie zmusiło go do spojrzenia na przyjaciółkę. Jego wzrok wyrażał niepewność; jakby bał się pojawić we własnym domu. Eva chwilę mełła w myślach pytanie. Zdecydowała zapytać wprost: Nie cieszysz się?

Siedzący obok niej Don zerknął na chłopaka, próbując odczytać coś z jego twarzy. Także jego zachowanie wydało mu się niecodzienne.

Jordan zwlekał z odpowiedzią. Sam nie wiedział. Czy to dlatego, że długo nie zjawiał się w domu, czy że nie dawał znaku życia, albo może rodzinna przeszłość, sprawiało, że im bliżej był domu, tym bardziej chciał zawrócić i się schować..?
Westchnął cicho a potem uśmiechnął się nieznacznie. Ale ten uśmiech bynajmniej wydawał się być ze szczęścia.

- Nie wiem, co mam im powiedzieć. – wydukał w końcu. Im? A więc jest więcej niż tylko mama? Pomyślała Eva. – Nie było mnie w domu kilka miesięcy.

Dziewczyna westchnęła, jakby słowa Jordana nie miały sensu.

- Halo, Ziemia do Jordana! – zapukała w tapicerkę, zyskując tym pełną uwagę kolegi. Zmarszczył nieznacznie krzaczaste brwi. – Jordan Wilde, którego znałam, chyba został gdzieś w sercu galaktyki. – przysunęła się bliżej na siedzeniu, patrząc zasępionemu w oczy. Tłukł się z myślami, gdyż jej wzrok niósł za sobą chyba zbyt dużo uczuć, które mógł odczytać. – Twoi rodzice na pewno się ucieszą. Zwłaszcza, jeżeli cię długo nie widzieli. – I jakby nigdy nic się nie wydarzyło między dawną Molly, a menadżerem, Donem, dziewczyna zwróciła się do mężczyzny – Prawda, tato?

Wei podniósł na nią zaskoczone lekko spojrzenie, jakby szukał w jej słowach sarkazmu, albo innego znaku, że wypowiada te słowa ze złośliwością. Nie znalazł potwierdzenia swoich przypuszczeń, więc przesłał córce słaby ale przyjazny uśmiech. Potem skierował wzrok na przyglądającego się im chłopaka.

- Oczywiście.

Długi, czarny samochód wjechał na przedmieścia, powoli sunąc po dawno temu łatanych drogach, gdzie, z racji częstego przebywania dzieci, ograniczenie prędkości było dość wysokie. Pojazd minął dawniej używany próg zwalniający i po dwudziestu metrach zaczął zwalniać.
Jordan ścisnął knykcie. Rzucał też co chwila niepewne spojrzenia na Molly, która z wielkim zaintrygowaniem oglądała mijane siatki, ogrodzenia i żywopłoty, jak mała dziewczynka na szkolnej wycieczce. Przez większość czasu nie wiedział sam, dlaczego, gdy zbliżali się do jego domu, jakiś dziwny skurcz chwytał go za żołądek, a szczęka rozbolała od nieustannego zaciskania. Uświadomił to sobie dopiero przed zieloną, wzorzystą furtką wykonaną z giętego metalu.
Nie chciał, żeby zobaczyli jak mieszka.
Ale dlaczego tak czuł, nie miał pojęcia.

Głośno nabrał powietrze w płuca, wpatrując się w powoli spowijany zachodem słońca piętrowy, jasny budynek. Siedział na miejscu. Wei się zmartwili. Ale też i Evę zirytowała nieznacznie bierność kolegi.

- Jordan, no. To twój dom. – wyszeptała z determinacją. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tak się zachowywał. Ona dała by wszystko, aby móc wrócić tak do swojego domu, gdzie czekałaby na nią rodzina. A ten tutaj miał taką widoczna szansę, możliwość w życiu, a zachowywał się, jakby chciał od niej nagle uciec. – W sumie chyba, bo ja nie wiem…

- Tak. – wydumał chłopak, ciągle patrząc na dom. – To tutaj.

- No to idźże w końcu!

Nie odpowiedział od razu, tylko cicho westchnął i spojrzał na ojca z córką. Blado się uśmiechnął.

- Zatem tu się to chyba kończy, co? – rzucił bez przekonania, ale czuć było delikatny powiew smutku w jego głosie. Sięgnął po małą walizkę, którą mu zwrócono przy kontakcie ze starszym kapralem. W walizeczce były jego zdane wcześniej w akademii osobiste rzeczy. Nic wielkiego. - No to idę.

Od razu jak to powiedział, wypadł z samochodu, pozostawiając byłego pracodawcę i przyjaciółkę bez pożegnania ani niczego na odchodne. Oboje wiedli za nim wzrokiem. Oboje negatywnie poruszeni tym raczej niegrzecznym pożegnaniem.
Po tym, co przeszliśmy, tak po prostu sobie odchodzi?!

Don westchnął i miał już nacisnąć przycisk, który służył do rozruchu limuzyny do kontynuowania podróży. Eva się obruszyła tym bardziej.

- Co robisz? – Bez odpowiedzi ojca, wydęła usta i szybko dodała – Zostań, chcę zobaczyć.

4.

Wilde zamykając skrzypiącą furtkę ,spostrzegł jak firana w jednym z okien nagle się szarpnęła. Już słyszał te sprytne, małe stopy jak zbiegają po schodach i pędzą ku drzwiom frontowym. Te za chwilę rozwarły się, a z domu, krzycząc przeraźliwie, wybiegła ciemnowłosa dziewczyna.

- Jordaaaaaaan!

Wszystkie chmurne myśli nagle opuściły chłopaka, kiedy zobaczył biegnącą ku niemu jego młodszą siostrę. Drobna kruszynka była trzy lata od niego młodsza, ale jak rzuciła się na niego, ledwo mógł utrzymać się na nogach. Obustronna prasa hydrauliczna rodzinnego uścisku wydawała się niemal mordercza, gdyby nie uśmiechnięte, piegowate buzie.

- Olivka, przybrałaś na masie! – zażartował starszy, ściskając bicepsy dziewczyny. Ta zachichotała. Normalna przedstawicielka płci pięknej nie zareagowałaby pozytywnie na taki komentarz. Ten egzemplarz daleko miał jednak do normalności.

- Muszę jakoś dorównać starszemu bratu.

Jordan nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się szeroko i na czole Olivii zostawił dużego, czułego całusa. Siostra mocniej wtuliła się w brata.

Dwie pary oczu z samochodu oglądały tę przemiłą scenę. Eva ledwo mogła się powstrzymać i niemal uroniła łzę wzruszenia. Uśmiechała się z błogością, widząc jej partnera w zupełnie innej roli, niż widziała go do tej pory. Ileż jeszcze nowego musi się o nim dowiedzieć..?

A więc młodsza siostra.

Pewna aktorka, całkiem w porządku, nazywa się Olivia Wilde. Podpasowało mi to imię.