A/N: Z uwagi na to, że ten rozdział jest bardzo krótki, umieszczę dziś jeszcze jeden.
P.S. Bardzo dziękuję za pozytywny odzew. Mam nadzieję, że i kolejne części przypadną Wam do gustu, Kochani! ;-)
II
Jak co roku w świątecznym sezonie, Jackson Samuel Hudson, zwany przez rodzinę i przyjaciół „Jack", wybierał się do rodzinnego miasteczka, by tam wraz całą familią spędzić ten cudowny czas i naładować baterie przed powrotem do pracy. Rzadko miał okazję na taki luksus. Jego zajęcie było absorbujące i nie pozostawiało mu wiele czasu na nic innego poza pracą.
Czym się trudnił? Z wykształcenia był prawnikiem. Był to ukłon w stronę ojca, który już od wielu lat służył Temidzie. Jego syn jednak nie miał serca do tej pracy, ale wykorzystał zdobytą wiedzę w nieco inny sposób. Zamiast bronić przestępców, Jack postanowił ich zamykać. Wstąpił do Akademii FBI i po kilku miesiącach ukończył Quantico jako jeden z najlepszych, najlepiej zapowiadających się agentów nowej generacji, a potem pracował ciężko, pnąc się po kolejnych szczeblach kariery, by wreszcie stać się liderem całego swojego zespołu.
Był dobry w tym, co robił. Uratował wiele istnień dzięki swojej pracy, ale chociaż spełniony zawodowo, jakoś nie miał szczęścia w miłości. Wszystkie jego związki kończyły się zerwaniem, nawet ten z Allie, dziewczyną, z którą chodził od czasów liceum. Próbował, naprawdę próbował przekształcić to w coś stałego, głębokiego, ale nie dość, że Allie na siłę próbowała zmienić go w kogoś, kim Jack nie jest, to jeszcze na dodatek od lat prześladowało go wspomnienie anioła, którego poznał jako nastolatek na pewnym lodowisku w Ohio.
Nigdy nie zapomniał tych długich, złotych włosów, orzechowych oczu i ujmujących dołeczków, tej gracji, z jaką poruszała się na lodzie… Tamtego dnia jego serce zabiło zupełnie nowym rytmem. Przebudziło się za sprawą uroczej dziewczynki o imieniu Susie.
Zabawne, nie wiedział o niej nic prócz tego, że była niesłysząca, a jednak nie miało to dla niego znaczenia. Ujęła go swoją nieśmiałością i słodkim uśmiechem na tyle mocno, że w sekrecie odszukał jej najlepszą przyjaciółkę (niską dziewuszkę, która jako jedyna sobie z niej nie zakpiła) i zapytał ją o imię tej, która skradła mu dech w piersi. Potem przekonał energiczną Judy, by pomogła mu ofiarować ślicznej blondynce skromny dowód jego sympatii. Naprawdę chciał zrobić dla Susie coś miłego, zwłaszcza, że najwyraźniej nie miała wielu przyjaciół.
Nikt nie wiedział, że babcia nauczyła go robić kwiatki z bibułki, więc miał ułatwione zadanie. Wystarczyło poprosić Judy o zorganizowanie paru rzeczy, a potem już poszło jak po maśle. Niestety, nie dane mu było patrzeć na jej reakcję, gdy otrzymała jego prezent. Tego wieczora nadeszła wiadomość, że jego dziadek zmarł i Jack musiał wracać do Wisconsin. Nie zobaczył Susie nigdy więcej. Pozostało mu tylko wspomnienie jej uśmiechu i słodkich rumieńców, gdy pomachał jej z trybun podczas treningu.
Lata mijały. W jego życiu pojawiło się kilka dziewczyn, ale owo pierwsze drżenie serca nie powróciło nigdy więcej. Początkowo sam przed sobą zaprzeczał, ale podświadomie chyba zawsze szukał w nich swojej pierwszej, dziecięcej miłości. Głupie, ale tak właśnie było. Z nikim nie poczuł takiej więzi jak ta, która wraz z jednym spojrzeniem połączyła go z jasnowłosą dziewczynką i już zawsze czuł niedosyt.
Często zastanawiał się, co się z nią stało. Czy wciąż jeździła? A może, jak on, porzuciła łyżwy i zajęła się czymś innym?
Gdziekolwiek była, kimkolwiek się stała, miał nadzieję, że była szczęśliwa.
„Wszystko, czego chcę na Święta, to ty…"- usłyszał w radiu i gdzieś w głębi duszy powrócił myślami do Susie. Zobaczyć ją jeszcze choć jeden raz. Byłoby wspaniale…
tbc
