Dzisiaj będzie emo, bo… czemu nie! Muszę nakarmić czymś mojego wewnętrznego potwora Wielkiej Dramy. XD

Na marginesie ta historia zaczyna mieć tyle zagadek i niespodzianek, że sama zaczynam się robić zainteresowana XD

Betowała Esbeth J. Lorensen za co jej niezmiernie dziękuję


Merryloon - też nie uważam, żeby wraz z pokonaniem Voldziego nagle nastała idylla i wszystko było tak cacy, jak uparcie próbuje nam wmówić Rowling. W rzeczywistości to dopiero teraz zacznie się prawdziwy problem, bo wcześniej świat miał jasną i ciemną stronę, a teraz tonie się w szarościach i półcianiach. Jeśli chodzi o postacie, to zdecydowanie ja uwielbiam teksty o bohaterach drugoplanowych nawiązujących najdziwniejsze relacje, więc tego można spodziewać się w jak największych ilościach. Poczekaj tylko, jak śmieciożercy pojawią się na tapecie - z nimi to jest dopiero zabawa! A gwarantuję, że nie tylko oni tutaj zamieszają. Co do zniknięcia Harry'ego to się wyjaśni. W przypadku zaś Yaxleya i Rookwooda i ich aresztowania, czy też braku tego aresztowania, to akurat jest proste - nikt ich nie zamknął, bo mają ministra magii w garści, więc nikt tak naprawdę nie chciał ich złapać XD

Filigrantka - Hermetyda (ach, dumna jestem z tego kosmicznego imienia XD) jest półkrwi i była w Gryffindorze, stąd znała Neville'a. Ogólnie to dość radosne dziewczę i z pewnością poplącze się nam jeszcze po fabule.

W ogóle dziewczyny strasznie dziękuję wam za komentarze. Przyznam, że chociaż mam obecnie hyzia na ten tekst i spędzam niemało czasu wymyślając coraz bardziej zawiłe intrygi (teraz może tego nie widać, ale potem się tyle dzieje, że głowa mała!), to taki oddźwięk sprawia, że mam hyzia trochę, no, bardziej XD A to zdecydowanie terapeutycznie działa na mojego zblazowanego Wena. Tak więc nie krępujcie się zostawiać po sobie ślad. :)


Severus spóźnił się o sekundę, może mniej. Powinien to przewidzieć, ale kiedy otwierał drzwi do domu, jego uwagę odwróciły bezpańskie koty, które ostatnio regularnie urządzały sobie bójki w ogrodzie. Gdyby wtedy nie spojrzał w ich stronę, z pewnością dostrzegłby podejrzany cień przy ścianie i zareagowałby wcześniej. Choć jego wyczulony instynkt szpiega odezwał się jak zawsze i Severus praktycznie odruchowo rzucił zaklęcie tarczy, to czar splątania zdążył trafić go w pierś i powalić na podłogę.

– No i proszę, kogo udało się nam znaleźć – Snape rozpoznał głos Waldena Macnaira.

– Zamknij się i wciągnij go do środka.

Przetransportowano Snape'a na środek salonu, a następnie zapalono wszystkie światła. Na widok drugiej osoby Severus poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Lucjusz stał z boku i starał się na niego nie patrzeć. Wyglądał na chorego – był blady, włosy straciły blask, a pod oczami pojawiły się wyraźne cienie. Kiedy Severus go ostatnio widział – Voldemort jeszcze wtedy żył – Malfoy zdawał się kulić wewnętrznie, przeczuwając, że jego koniec jest bliski. Od tamtej pory zdecydowanie zyskał na pewności siebie, ale wyraz przeraźliwego zmęczenia nie zniknął. Widać też było, że potwornie nie chce tutaj być.

– I co, dopadliśmy cię, ty pieprzony zdrajco – rzucił wkurzony Macnair, kopiąc unieruchomionego mężczyznę, gdzie popadnie. Niech kopie, pomyślał Mistrz Eliksirów, próbując choć odrobinę niwelować obrażenia. Szybciej się zmęczy i odechce mu się dłuższej zabawy.

– Już? Czy dalej masz zamiar odgrywać tu jakiegoś bezmózgiego mugola? – rzucił z niesmakiem Lucjusz na tak bezpośrednie załatwienie sprawy.

Macnair bez słowa wyciągnął różdżkę, rzucił na Snape'a crucio. Severus miotał się po podłodze, wyjąc z całych sił. W oceanie bólu, który topił go kolejnymi falami, przybłąkała się jakaś szalona myśl, że może ktoś go usłyszy i coś zrobi. Oczywiście, pomyślał z ironią. Cały magiczny świat tylko czeka, aby uratować byłego szpiega i zabójcę Dumbledore'a. Tak, jeszcze przyniosą mu bukiet w podzięce za poświęcenie. Ta myśl tak rozbawiła Snape'a, że nie potrafił powstrzymać się od śmiechu.

– Crucio… Jakie to przewidywalne, Macnair. Zawsze wiedziałem, że jesteś miernotą, a teraz okazuje się, że do tego jeszcze kompletnie ograniczonym matołem. Dziwne, że Czarny Pan w ogóle cię zwerbował, bo wyobraźni masz tyle, co zdechły gumochłon.

Wkurzony Macnair kopnął go w twarz, wybijając mu trzy przednie zęby. Severus pluł krwią, łapiąc ciężko oddech. Wiedział, że musi ich bardziej sprowokować, bo inaczej będą go torturować, aż zamieni się w taką samą roślinę jak Longbottonowie.

– A ty się, Lucjuszu, nie dołączysz? Mógłbyś pokazać temu scharczałemu bezmózgowi, na czym polega prawdziwa śmierciożercza robota. A, nie, zapomniałem, że ty nie lubisz brudzić sobie rąk. Wolisz wyręczać się takimi śmieciami – Severus zerknął na Macnaira – albo własnym synem, który ma więcej jaj, niż ty kiedykolwiek miałeś.

Na twarzy Lucjusza nastąpiła wyraźna zmiana.

– Draco żyje? – zapytał z naciskiem.

– Oczywiście, trzymam go przykutego w moich komnatach i pieprzę każdej nocy. Fantastycznie człowiekowi obciąga, ale o tym to pewnie sam już wiesz.

Korzystając z zaklęcia bicza, Lucjusz okazał nieco więcej inwencji twórczej i zdecydowanie więcej zaangażowania. Severus nie wiedział, jak długo to trwało. Krew z jego pleców zaczęła powoli spływać na podłogę.

Nagle lewe ramię zapłonęło znajomym bólem. Rookwood i Yaxley wzywali do siebie. Oto nadeszła chwila prawdy czy wezmą go ze sobą, czy wykończą tutaj na miejscu.

Severus wbił wzrok w Lucjusza, próbując sięgnąć do jego umysłu i odczytać intencje. Co najdziwniejsze, Malfoy nie próbował w żaden sposób go blokować, wręcz przeciwnie - składał mu bezgłośną propozycję. Propozycję, której Severus nie zamierzał przyjąć.

– Co z nim robimy? – zapytał nieco niepewnie Macnair. Wiedział, że trzeba się śpieszyć, ale sprawa tutaj nie była jeszcze skończona.

– Rockwood chce go widzieć martwego – odparł chłodno Lucjusz.

Macnair sięgnął po różdżkę, na co Severus tylko czekał. Złapał z nim kontakt wzrokowy i zaatakował jego umysł. Śmierciożerca kompletnie na to nieprzygotowany, a co ważniejsze, nie radzący sobie za bardzo z oklumencją, cofnął się, złapał rozpaczliwie za głowę, a potem z krzykiem osunął na podłogę. Snape zerknął na Malfoya, który tylko stał i patrzył na niego. I co teraz?, zastanawiał się. Nie trudno było się domyślić, że Lucjusz oczekiwał takiego rozwoju wypadków.

– Powiedz mi prawdę o Draco.

– On nie żyje.

– Kłamiesz.

– No to żyje. Zadowolony?

– Wydobędę z ciebie prawdę. To nie był nawet przedsmak tego, co mogę ci zrobić – stwierdził lodowato, celując w niego różdżką.

– No to do dzieła. Przekonajmy się, czy zaprzeczenie faktom cokolwiek zmieni – odparł Severus, krzywiąc się złośliwie.

W szarych oczach Malfoya krył się nieprawdopodobny ból. Tak wyglądać mógł tylko człowiek, w którym zabito resztki nadziei. Severusowi prawie zrobiło mu się go żal. Kiedyś, całe milenia temu, darzyli się czymś na kształt przyjaźni. Niewiele jednak zostało z tamtej relacji.

– Kto... kto to zrobił? – wychrypiał w końcu słabo.

Snape milczał przez chwilę, jakby oceniając, czy opłaca mu się wyjawić tę informację.

– Evan Rosier. Kiedy uciekliśmy z Hogwartu, rzucił we mnie Avadą, ale trafił w Draco. Pochowałem go w Dolinie Godryka.

Zapadła długa i bardzo ciężka cisza.

Możliwe, że wszystko potoczyłoby się kompletnie inaczej, gdyby w salonie nie pojawił się nagle Goyle z trójką innych śmierciożerców. Severus, wiedząc, że to jego ostatnia szansa, doskoczył do porzuconej na podłodze różdżki Macnaira, ale odległość była za duża. Nim do niej dotarł, Goyle zdążył ją już przywołać, a pozostali śmierciożercy unieruchomili Mistrza Eliksirów.

– Co się dzieje? Rookwood na nas czeka.

Wzrok Malfoya tak odległy, że prawdopodobnie sięgał sąsiedniej galaktyki, skupił się na Goyle'u.

– Zabierzcie tego nieprzytomnego niedojdę i chodźmy.

– A co z nim zrobimy? – spytał wyraźnie zdezorientowany Goyle.

Lucjusz spojrzał na Snape'a, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o jego istnieniu.

– Mamy tu Mistrza Eliksirów – stwierdził Malfoy zimnym i opanowanym głosem, tak podobnym do tego, z jakiego znany był wcześniej. – Skorzystajmy z tego.

Reszta śmierciożerców szybko domyśliła się, w czym rzecz i zaczęła zbierać przypadkowe butelki z miksturami, by następnie wlać je do jednego kociołka. Severus praktycznie bez emocji patrzył, jak niszczą jego zapasy, łącząc je ze sobą w miksturę, która nigdy nie powinna powstać. Kiedy podeszli do niego z kociołkiem, chcąc wlać mu mieszaninę do gardła, próbował się wyrywać, niestety - bezskutecznie. Po wszystkim Snape leżał na podłodze, wymiotując i zwijając się z bólu, który zaczął szarpać jego trzewia.

– Niech tu zdycha – rzucił bezdusznie Lucjusz. – Potem ktoś tu przyjdzie i zobaczy, co z niego zostało.

Goyle chciał oponować, ale Malfoy nie był w nastroju, aby ktokolwiek, a już z pewnością nie ktoś taki, jak Goyle, miał mu się sprzeciwiać. Śmierciożercy zabrali Macnaira, po czym upewniwszy się, że Snape nie ma żadnej różdżki, aportowali się.

Severus, próbując przebić się przez mgłę, która opanowała jego umysł i przez ból szarpiący jego ciało z każdą chwilą coraz mocniej, starał się doczołgać do szafki ze swoimi ingrediencjami. Bezoar, myślał rozpaczliwie, pokonując kolejne centymetry. Potrzebuję bezoar.

Przytomność stracił niecały metr od osiągnięcia celu.


Kasandra Saldor zamknęła za sobą drzwi mieszkania i z ulgą zrzuciła przemoczone buty. Durna pogoda! Nie przestawało padać od przeszło tygodnia i nawet zaklęcia ochronne nie mogły nic poradzić na takie ilości wody. W efekcie jej śliczne, zamszowe buty zaczynały powoli zamieniać się w niekształtne kłapcie.

Kasandra odłożyła olbrzymią torbę z zakupami na stół i machnięciem różdżki nastawiła wodę na herbatę. Właśnie sypała nieco fusów do kubka, kiedy usłyszała znajome stukanie o szybę. Na parapecie siedziała brązowa, kompletnie przemoczona i dzielnie trzymająca w dziobie list sowa. Kasandra otworzyła okno, a ptak wleciał do środka i rozsiadł się na czekającym na takie okazje drążku, porzucając wcześniej wiadomość na stole. Dziewczyna sypnęła nieco pokarmu dla sów do pojemnika, a sama sięgnęła po list. Na stronie tytułowej znajdowało się tylko jej imię. Pospiesznie rozdarła kopertę.

Musimy się spotkać i porozmawiać. To naprawdę ważne!
Proszę, napisz do mnie.

Teo

Kasandra skrzywiła się. Rozpaliła ogień w kominku i wrzuciła do niego wiadomość, tak samo jak robiła to ze wszystkimi poprzednimi.

Brawo mała, brawo!, pomyślała Kasandra, nie szczędząc sobie złośliwości. Ze wszystkich facetów na ziemi musiałaś przespać się akurat ze śmierciożercą i to jednym z tych bardziej walniętych. Znając twoje szczęście, gdyby go wcześniej nie załatwiono, trafiłabyś do łóżka samego Voldemorta. Bez obaw jednak, Yaxley i Rookwood zdobywają coraz silniejszą pozycję wśród śmierciożerców, więc masz szansę na gorący trójkącik i jeszcze więcej problemów.

Zirytowana dziewczyna ruszyła do kuchni, aby uciszyć gwiżdżący czajnik.

Wszystko zaczęło się przeszło trzy miesiące temu, kiedy niedaleko „Esów i Floresów" przez przypadek trafiła na Teodora Notta. Porozmawiali chwilę i powspominali dawne dobre czasy, kiedy chodzili razem na starożytne runy w Hogwarcie i bardzo starannie omijali wszelkie grząskie tematy dotyczące wojny. Od tego czasu trafiali na siebie to tu, to tam, ale Kasandra nie przykładała do tego specjalnej uwagi, choć z biegiem czasu stwierdziła, że zdecydowanie powinna. A potem nastąpiło to felerne spotkanie pod „Dziurawym kotłem", gdzie Kasandra leczyła smutki ognistą whisky. Miała wtedy najbardziej gówniany nastrój z możliwych i naprawdę potrzebowała kogoś, kto potrafiłby odciągnąć ją od myślenia o koszmarach wojny. Nawet nie wiedziała, kiedy dokładnie go pocałowała, ale zdecydowanie nie mogła zapomnieć wyrazu twarzy Teo zaraz po tym – zaskoczenia, niedowierzania i wygłodniałego pragnienia odbijającego się w jego czarnych oczach.

To była całkiem udana noc, nawet lepsza, niż przewidywała. Tylko że potem przyszedł ranek, a razem z nim świadomość, że na bladym przedramieniu jej kochanka znajduje się bardzo znajomy, mroczny znak. Cóż, takie rzeczy zdecydowanie potrafią człowieka otrzeźwieć.

Nie czekając ani chwili dłużej, Kansandra pozbierała swoje rzeczy i ulotniła się z mieszkania Teodora, licząc, że cała sprawa okaże się tylko wstydliwym, głupim błędem. Dwa dni później jednak do jej mieszkania dotarł pierwszy z całej powodzi listów.

Teraz nie za bardzo miała pomysł, co z tym wszystkim zrobić. Aurorów w ogóle nie brała pod uwagę – nie tylko ze względu na swoją reputację, ale ze zwykłego rozsądku. Co miałaby im powiedzieć? Przepraszam bardzo, nagabuje mnie taki jeden śmierciożerca? Wolne żarty! Zaraz zaczęliby zadawać durne pytania w stylu: Skąd go zna? Czemu nie daje jej spokoju? W jakiej jest z nim relacji? Nie tylko doszliby do tej wspólnej nocy, ale znając życie, zaczęłyby się insynuacje, czy może ona sama nie stała po stronie Czarnego Pana. Z drugiej strony, nie za bardzo mogła skorzystać z pomocy rodziny. Stryj Borgin z pewnością zaoferowałby jej wsparcie, ale to przyniosłoby tylko niepotrzebne kłopoty,jeśli nie ze strony Ministerstwa, które wręcz zionęło ogniem na samą myśl o tym, że ktoś może prowadzić sklep z przedmiotami wątpliwej legalności, to ze strony śmierciożerców, którzy nie lubili, kiedy ktoś mówił im, jak mają postępować.

Sytuacja stanowiła jednak coraz większym problem. Teodor nie ustępował i zdawało się, że czegokolwiek by nie robiła, tylko pogarszała sprawę. Próbowała się nawet z nim spotkać i wyjaśnić mu, że to wszystko było jednorazowym epizodem, ale on w ogóle jej nie słuchał. Od tamtego czasu metodycznie go ignorowała. Teodor zaś coraz natarczywiej domagał się od niej uwagi.

Kasandra dopiła herbatę i rzuciła chłoszczyść na brudne naczynia w zlewie, myśląc jednocześnie o tym, jak rozwiązać swój problem.


Dom Luny wydawał się być wycięty wprost z magazynu dla młodych czarownic. Niewielki budyneczek o białych ścianach, kryty czerwoną dachówką z idealnie wystrzyżonym trawnikiem. Był tu nawet biały płotek porośnięty bluszczem.

Kasandra ruszyła ostrożnie żwirową alejką, z niedowierzaniem patrząc, jak majowe wróżki chowają się w kielichach różowych tulipanów rosnących pod oknami. To przekroczyło już nawet jej poziom wytrzymałości na słodycz.

Drzwi otworzyła Luna.

– Chodź, mamy herbatę i świeże ciasteczka! – rzuciła, po czym zniknęła gdzieś w głąb domu.

Kasandra nie okazała zdziwienia takim obrotem sprawy, tylko zamknęła spokojnie drzwi i ruszyła za nią. Ostatecznie przysiadła na sofie w salonie, uznając, że to najlepsze miejsce, aby poczekać na Lunę.

– Na Merlina, kto przyłazi do nas o tej porze. Przysięgam, Luna, że jeśli to kolejny domokrążca albo ktoś taki, to mnie popamiętasz – stwierdziła gderliwie Pansy, schodząc po schodach. Kiedy ujrzała Kasandrę, przystanęła na chwilę na stopniu, po czym kontynuowała schodzenie, nie kryjąc przy tym ironicznego uśmiechu. – No proszę, niewiele się pomyliłam.

Pansy związała na kokardę końce paska zielonego szlafroka, a następnie, nie przejmując, że miała na sobie jedynie to, usiadła naprzeciwko Kasandry.

Na szczęście, do salonu wkroczyła Luna, niosąc tacę, co pozwoliło choć na chwilę zająć się czymś innym. Kasandra podziękowała za herbatę, choć niedawno jedną już wypiła i nie chcąc robić przykrości Lunie, wzięła i spróbowała ciastko.

– Bardzo dobre – powiedziała i z pewnym niedowierzaniem stwierdziła, że tak jest w istocie. Z tego, co pamiętała, Lovegood fatalnie zajmowała się kuchnią, nie widząc żadnej różnicy w dodaniu do dania cukru a soli. Czyżby wpływ Parkinson?

– Naprawdę?

– Tak, nie wiem, kiedy jadłam lepsze.

Promieniejąca dumą Luna spojrzała na Pansy. Ta tylko westchnęła.

– Przecież ci mówiłam.

– Tatko wysłał mi ten przepis, kiedy był na ostatniej wyprawie w poszukiwaniu Narglii...

– Kochanie – rzuciła Pansy i był to wyraźnie głos mówiący, że to jest dobry moment, żeby nic więcej nie powiedzieć. – Zostawiłabyś nas może na chwilę? Chcę zamienić słówko z Kasandrą.

– Tylko nie krzyczcie za głośno, bo wystraszycie Sierścioducha.

– Nie będziemy – zapewniła Pansy, po czym wsunęła dłoń w rozpuszczone blond włosy swojej dziewczyny i przyciągnęła Lunę do siebie.

Ich pocałunek był długi i namiętny, a poły szlafroka, które rozszerzyły się, pokazując pierś Pansy, dodawały scenie dodatkowych podtekstów. Kasandra odwróciła wzrok, starając się ukryć zmieszanie i czując się tu kompletnie nie na miejscu. Zgodnie z oczekiwaniami Pansy.

– No, to po co przyszłaś? – zapytała Parkinson od niechcenia, kiedy zostały same.

Kasandrze ciężko było znaleźć słowa. Co innego wyobrażać sobie rozmowę, a co innego stanąć przed kimś i przyznać się do takiej wpadki.

– Potrzebuje pomocy z twoim znajomym.

– Z którym? Blaisem?

Zdecydowanie zabolało. Pansy wiedziała, jak wbić szpilę, jeśli miała ochotę.

– Rozumiem, że nigdy mi tego nie wybaczycie – stwierdziła Kasandra z goryczą.

– Domyśl się – rzuciła Parkinson, nadgryzając ciastko.

– Mam na myśli Notta. Nie chce dać mi spokoju.

– Nott nigdy nie był moim znajomym, bardziej dupkiem, którego trzeba było znosić.

– Ale znasz go.

– I co?

– Mogłabyś mu coś powiedzieć. To jest naprawdę irytujące.

– A co ja? Wyglądam na cudotwórcę? Zresztą, to twój problem. Z Zabinim dałaś sobie radę, to co dopiero z Nottem – stwierdziła Pansy, maczając ciastko w herbacie i z radością je zjadając.

– Mieszasz sprawy, to raz – odparła nieco zirytowana Kasandra. – A dwa, Nott jest śmierciożercą. Nieco ciężko powiedzieć śmierciożercy, żeby się od ciebie odwalił.

– Połowa facetów ze Slytherinu była śmierciożercami albo chciała nimi zostać. No, kto by się po tobie spodziewał, że przeszkadzają ci czyjeś dawne grzeszki.

– To nie są żadne dawne grzeszki – odparła Kasandra. – On popiera Yaxleya i Rookwooda. Wiem to z pewnego źródła.

Szkoda tylko, pomyślała Saldor, że nie sprawdziłam tego, zanim sprawy przybrały taki obrót.

– Więc, co ja mam niby zrobić? – Parkinson sprawiała wrażenie rozbawionej. – Już pomijam idiotyzm takiego pomysłu, ja się nie mieszam w te wszystkie machinacje. Śmierciożercy, nie-śmierciożercy, nie interesuje mnie to, o ile zostawiają mnie w spokoju.

– Świetna postawa, tylko niby jak chcesz to zrealizować, skoro sprawy przybierają taki, a nie inny obrót? Wywiesisz białą flagę i będziesz każdego częstować herbatą? – Kasandra wykrzywiła się z ironią.

– Jeśli będzie trzeba, to tak. Ja już swoje zrobiłam, jeśli inni chcą się bawić w to wszystko, to nie moja sprawa.

– I co na to Luna? Też się zgadza z taką postawą?

Kasandra czuła, że tym razem trafiła w czuły punkt. No cóż, 1:1.

– Luna zostanie ze mną. – Twarz Pansy była bardzo poważna.

No i co jej się dziwić, pomyślała Kasandra. Ma domek, ciasteczka i kobietę, którą kocha. Kto by ryzykował tym wszystkim dla czyichś ambicji i przerośniętego ego? Jeśli Luna choćby zasugeruje jakiś lekkomyślny pomysł, Pansy użyje całego swojego ślizgońskiego sprytu, żeby ją powstrzymać. To dla Lovegood stworzyła tę małą oazę spokoju – to nie podlegało wątpliwości, bo niemal nic tu nie było w stylu Parkinson – więc zrobi o wiele więcej, aby zapewnić jej bezpieczeństwo.

– No to jak, porozmawiasz z Nottem?

– I co niby miałabym mu powiedzieć?

– A bo ja wiem. – Kasandra wzruszyła ramionami. – Na co masz ochotę. Że mam śluby czystości albo jestem waszą trzecią do trójkąta. To dla mnie kompletnie bez znaczenia.

Pansy zamyśliła się na długą chwilę.

– Wyślę mu list, ale nie oczekuj ode mnie niczego więcej.

– Dzięki.

– Powiedz mi tylko coś – rzuciła Pansy, kiedy Kasandra wstała i już przygotowywała się do wyjścia.

– No?

– Dlaczego nie wyszło ci z Blaisem?

– Czy to takie ważne?

– To w końcu ty przychodzisz do mnie z prośbą o pomoc. Muszę coś mieć z naszego układu.

– Och, jakie przewidywalne.

– No więc?

Kasandra milczała przez długą chwilę, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.

– Mieliśmy różnice poglądów i nie potrafiliśmy dojść do porozumienia.

Pansy prychnęła rozbawiona.

– Czyli to prawda, co wszyscy o tobie mówią: idiotka z ciebie.

Najgorsze jest to, pomyślała Kasandra, że pod pewnymi względami ma cholerną rację.


Hermiona bardzo starannie wmasowywała lecznice maści w swoje dłonie. Czuła, jak jej ręce przyjemnie się rozgrzewają, a stawy coraz mniej bolą przy zginaniu palców. Magomedycy zapewniali ją, że objawy z czasem miną i znów wróci do dawnej sprawności. Byłoby to wskazane, ale tak po prawdzie, nie miało to dla niej specjalnego znaczenia.

Przeczesała niezdarnie włosy i zarzuciła na ramiona płaszcz. Pogoda była fatalna i nawet jeśli nie padało, to chłód przenikał do kości.

Hermiona wyszła z Hogwartu, mijając liczne rusztowania, przy których budowniczy starali się naprawić uszkodzenia zarówno te materialne, jak i te magiczne, jakie odniosła szkoła. Błonia minęła powoli, unikając placków wypalonej czarnomagicznymi zaklęciami trawy, a następnie skierowała się do Hogsmeade.

Kiedy minęła bramę szkoły, dostrzegła kątem oka jakiś ruch nieopodal lasu. To była dokładnie sekunda, kiedy w jej ręce pojawiła się różdżka i już wypowiadała zaklęcie, gdy usłyszała znajomy głos:

– Poczekaj – powiedziała ostrożnie Neville, wyciągając przed siebie obie ręce, aby pokazać jej, że nic w nich nie ma.

Hermiona dalej stała w pełnej gotowości, nie opuszczając różdżki.

– To naprawdę ja. – Dziewczyna nie wydawała się być przekonana. – Pamiętasz, jak rozmawialiśmy dzień przed bitwą? Przyszłaś do mnie, akurat kiedy przesadzałem złotą jabłoń avallońską. Zapytałaś mnie wtedy, co robię, a ja odpowiedziałem że „Nie wiem, co stanie się jutro...".

– „...ale wolałbyś umierać, wiedząc, że wszystko zrobiłeś, jak należy".

Przyjaciółka opuściła różdżkę, ale dalej jej nie schowała. Neville podszedł bliżej, wciąż mając ręce na widoku i starając się nie robić zbyt gwałtownych ruchów.

Hermiona nie wyglądała dobrze. Fizycznie nic specjalnie jej nie dolegało – straszliwe obrażenia, jakie odniosła w trakcie końcowej bitwy, uleczyły się, nie pozostawiając śladu, nie licząc może gęstej siatki blizn na dłoniach. Ostatnia bitwa ją jednak złamała. Żar, ciekawość świata i nadzieja, które zawsze ją wypełniały, całkiem się wypaliły. Jej oczy były teraz puste, jakby patrzyła na niego ożywiona lalka.

– Chciałbym z tobą porozmawiać.

– Jestem umówiona w Hogsmeade – poinformowała go dziewczyna.

– To nie zajmie długo. Obiecuję.

Hermiona kiwnęła głową i ruszyła przed siebie. W milczeniu spędzili całą drogę do wioski. Kiedy już byli na miejscu, zajęli stolik w kawiarni pani Puddifoot. Właścicielka musiała dobrze kojarzyć Hermionę, bo od razu przyniosła jej herbatę z mlekiem. Neville z braku pomysłu zamówił to samo.

– Słyszałem, że doskonale sobie radzisz jako nauczycielka w Hogwarcie – zaczął Longbottom, starając się choć odrobinę rozładować napięcie, jakie wisiało między nimi. – Zawsze byłaś najlepsza z transmutacji. Chyba nie zliczę, jak wiele razy mi przy niej pomogłaś.

Nie wywołało to w Hermionie specjalnej reakcji. Najwyraźniej będzie trzeba zrobić to inaczej.

– Potrzebuję twojej pomocy.

I znowu nic. Neville czuł, jak zaczyna rośnąć w nim gniew. Jak można było zrobić jej coś takiego? Lwica Gryffindoru, najmądrzejsza i najdzielniejsza wiedźma ze wszystkich mu znanych siedziała teraz przed nim, apatycznie mieszając herbatę, zdając się być obecną jedynie ciałem. Chciałby dorwać tego, kto jej to zrobił. Odwdzięczyłby mu się i to tak, że ten nigdy by tego nie zapomniał.

Wziął głęboki oddech i spróbował jeszcze raz.

– Potrzebuję kluczy do Grimmaud Place i książek o zaklęciach krwi i więzi.

Hermiona spojrzała na niego, a w jej oczach pojawiła się iskra - maleńka, ale jednak!, zainteresowania.

– Co chcesz zrobić?

– Śmierciożercy próbują odzyskać swoje wpływy. Muszę spróbować ich powstrzymać. I odnaleźć Harry'ego.

Oczy Hermiony wyrażały całkowite zaskoczenie.

– Nie uda ci się.

– Nie, jeśli mi nie pomożesz.

– Nie ma znaczenia, czy ci pomogę czy nie, bo i tak ci się nie uda. Harry'ego już nie ma – głos Hermiony lekko się załamał – a bez niego nie poradzimy ze śmierciożercami. Oni już wygrali.

Neville uśmiechnął się odrobinę. „Nie poradzimy". Liczba mnoga. Hermiona chyba nawet nie zwróciła na to uwagi, ale dla Neville'a był to błysk nadziei, że z jego przyjaciółką nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Albo że wszystko jest na dobrej drodze, aby tak było.

– Co mi szkodzi spróbować. Najwyżej stracę trochę czasu, a ostatnio mam go bardzo dużo.

Hermiona chciała oponować, ale ostatecznie ściągnęła z szyi pęk kluczy i wręczyła go Neville'owi.

– Nie wiem nawet, czy będą pasować. Po śmierci Harry'ego możesz nie mieć dostępu do domu.

– Będą – odparł Longbottom bez wahania.

Hermiona spojrzała na niego smutno, a następnie zrobiła coś, czego się nie spodziewał – dotknęła jego ręki. Zakrył ją drugą dłonią, nie chcąc przerwać kontaktu.

– Nie rób sobie nadziei. Będzie tylko bardziej boleć, kiedy się zawiedziesz.

– Zobaczymy. – Neville uśmiechnął się do niej łagodnie. – A co z książkami? Tobie będzie łatwiej znaleźć to, czego potrzebuję.

– Podobno masz dużo czasu – odparła Hermiona, uśmiechając się odrobinę.

– No tak, ale chciałbym się z tym uwinąć, zanim wyrośnie mi długa, siwa broda.

I znowu drgnienie kącików jej ust.

– Dobrze, znajdę, co potrzebuję i ci podeślę – odparła w końcu.

Neville wiedział, że warto próbować wszystkiego, żeby zobaczyć choć cień uśmiechu na pustej twarzy Hermiony.


Kiedy Longbottom wyszedł, uśmiech Hermiony znikł jak starty ścierką. Lubiła Neville'a – w szkole zawsze pragnęła mu pomóc, a później, kiedy wojna ogarnęła kraj, wzbudził jej szacunek i podziw dzięki swoim strategicznym i przywódczym umiejętnościom. Jednak niezależnie od całej sympatii, jaką do niego żywiła, wiedziała, że jego działania nie mają sensu. Nie uda mu się. Nieważne, czego by nie robili, byli skazani na porażkę. Mogli oczywiście udawać, że nie, ale to wygodne kłamstwo niczego nie zmieniało. Wszystko, co im zostało, to trwać albo umrzeć, a Hermiona widziała już za dużo śmierci, aby wierzyć, że to lepszy wybór.

Dziewczyna przymknęła oczy, starając się odegnać potworne obrazy, które zaczął podsuwać jej umysł.

Remus oberwał jakąś dziwną klątwą, która uaktywniła jego przemianę w wilkołaka. Tylko że do pełni był jeszcze kawałek i ciało Lupina nie wiedziało, co powinno dokładnie robić. W efekcie kości na zmianę zginały się i prostowały, mięśnie kurczyły i rozciągały, a Remus wił się na ziemi i wył, tak potwornie wył, umierając w najbardziej bolesny z możliwych sposobów, z którym nawet crucio nie mogło się równać.

Fred i George walczyli zaciekle, w sposób tak zgrany, że było to wręcz piękne. Zdawali się intuicyjnie wyczuwać wzajemne zamiary i robili pogrom wśród śmierciożerców, korzystając ze swoich najnowszych wynalazków. A potem ktoś trafił Freda. George próbował go ratować, ale Avery wykończył go Avadą.

Kinsley wykorzystywał całe swoje aurorskie doświadczenie, ale z każdym pokonanym śmierciożercą pojawiało się dwóch następnych. Pierścień przeciwników zacieśniał się coraz bardziej, aż końcu nie pozostało mu już żadnej możliwości obrony.

Profesor McGonagall, Hanna Abott, Colin Creevey, państwo Weasley, Cho Chang, Terry Boot i tak wielu innych.

I Ron, jej ukochany Ron, któremu nigdy nie powinna pozwolić wyjść wtedy samemu na dziedziniec. Wyciągnęli właśnie kły bazyliszka z Komnaty Tajemnic i śpieszyli się, aby zanieść je Harry'emu. Pokonywali kolejne stopnie i przeskakiwali przez sterty gruzu. Była już przy wyjściu z Hogwartu, kiedy nagle się potknęła i wszystkie kły rozsypały się na ziemię. Zaczęła je pospiesznie zbierać, gdy usłyszała potworny jęk Rona. Podbiegła do niego przerażona. Wszystko trwało raptem chwilę, ale dla niej była to cała wieczność.

Ron został uderzony zaklęciem Pigmaliona. Jego ciało zamieniało się w kamień dosłownie na jej oczach. Próbowała to powstrzymać, tak strasznie próbowała! Ron jęczał i miotał się, ale z każdą chwilą, kiedy jego mięśnie tężały, robił to coraz wolniej,aż w końcu usłyszała tylko: „Miona", a potem błękitne oczy Rona stały się szare i znieruchomiały.

Hermiona krzyczała i płakała, nie zważając na nic, co się działo i to był potworny błąd – silna ręka chwyciła ją za włosy i zaczęła wlec ją przez dziedziniec, a ona nawet nie miała jak się bronić, bo różdżkę upuściła przy Ronie. To, co się stało później, było straszne i bolesne, ale zasłużyła na to. Była jedną najmądrzejszych dziewczyn w Hogwarcie, Lwicą Gryffindoru, jak lubiano ją nazywać, a ona nawet nie potrafiła uratować swoich przyjaciół. Patrzyła, jak umierają, cierpiąc potworne męki i nic, dosłownie nic nie mogła na to poradzić. To wszystko jej wina. Gdyby była lepsza, gdyby to przewidziała – powinna przewidzieć! – nie doszło by do tych wszystkich nieszczęść. Zasłużyła, żeby cierpieć, tylko ból mógł odkupić jej błędy.

– Granger? – znajomy głos wyrwał ją z rozmyślań.

Dziewczyna otworzyła oczy. No tak, nadeszła już pora, pomyślała, patrząc, jak śmierciożerca zajmuje miejsce przy jej stoliku i uśmiecha się do niej złośliwie.