Dziękuję za pomoc, rady i różne takie Apollowi, Mysiszczurek i, oczywiście, Pearlady!

Rozdział 2

Tik, tak. Tik, tak. Dźwięk wskazówek zegara wbijał mu się w umysł. Tik, tak. Tik, tak – rozlegało się w cichym gabinecie. Książka nie potrafiła zupełnie rozproszyć jego uwagi, była tak całkowicie i irytująco niedoskonała. Wręcz przytłaczała i rzygała niedoskonałością, ale to tik, tak, tik, tak... Nie mógł się skupić, kiedy drobny przedmiot po drugiej stronie pokoju przypominał mu okrutnie, że czas ucieka ciągle, bez wysiłku, bez miłosierdzia. Tiktak. TikTAK.

Jego różdżka pojawiła się nagle znikąd, machnął nią niedbale, nie odrywając oczu od strony.

Confringo!

Jeden huk i błoga, niezakłócona niczym cisza. Żadnych więcej przypomnień o tym, że czas płynie, a on się starzeje. Zaczytany wsunął różdżkę w rękaw i przewrócił stronę.

– Panujemy nad sobą, panujemy – pouczył go kpiący głos.

Lord Voldemort westchnął z irytacją. Tylko. Nie. On.

Zdecydowanie powinien znaleźć sposób na obejście tej śmiesznej zasady Opiekunów, według której nie mogli się wzajemnie zabijać. Kiedy to załatwi, zmiecie ich wszystkich z powierzchni ziemi, całą Radę Czternastu (pozbawioną obecnie jednego członka). Gdyby wiedział zawczasu, że to będzie tak nieznośnie szczęśliwa, pławiąca się w swojej idiotycznej demokracji banda kretynów, odstąpiłby tę fuchę innemu idiocie. Ale nieee, musiał być ciekawy. Ha! Gdyby nie wiedział lepiej, mógłby pomyśleć, że jego animagiczna forma ma ogon i jest na najlepszej drodze do zakumplowania się z najbardziej irytująco apodyktyczną, praworządną prefekt naczelną z Gryffindoru, której miał kiedyś nieszczęście podlegać.

– Nie zaproponujesz mi, żebym usiadł? – spytał tryskający radością Gellert Grindelwald, który właśnie zainteresował się porcelanową figurką na kominku. Chwycił ją między dwa palce i podniósł na poziom oczu.

– To nie moje krzesło, bym mógł je oferować – odparł całkowicie niewinnie Voldemort.

– I niby kiedy ci to przeszkodziło? – mruknął Gellert, podnosząc brew na widok pawich piór przyczepionych do zadka rzeczonej figurki.

– Co tu robisz?

– A, nudziło mi się w Nurmengardzie i pomyślałem sobie, że wpadnę i sprawdzę, jak się mają sprawy ze szlamą. – Ostatni raz pokręcił głową z politowaniem i, nie kryjąc uśmieszku, odłożył figurkę na miejsce.

– Nie potrzebuję pomocy od przegranych, Gellercie. Szlama już niedługo nie będzie żadnym problemem.

– Hmmm… Powiedziałbym, że bagatelizujesz sprawę.

– Dziękuję za informację i żegnam. – Voldemort machnął na niego lekceważąco ręką.

– Ponowne zdobycie przewagi w Radzie przez naszą stronę jest sprawą wagi absolutnie najwyższej. Od wieków nie było dla nas lepszej okazji.

– Nie ma czegoś takiego jak „my".

– Ciemność, człowieku, ciemność! Moglibyśmy przejąć kontrolę. Pomyśl o tym wszystkim, co razem moglibyśmy osiągnąć!

Dla Grindelwalda musiało być oczywiste, że on wciąż nie widzi najmniejszego sensu w obecności jakiegoś „my" w tym równaniu. Ale Voldemort był przekonany, że sam Gellert traktuje problematyczny termin niezobowiązująco, więc postanowił to zignorować. Najchętniej wykopałby każde „my" (rozumiane, rzecz jasna, jako „każdy oprócz mnie") z tej cholernej Rady na stałe. Ale najpierw trzeba byłoby zdobyć odpowiednią władzę.

– Szkoda, że w takim razie wybrałeś Malfoya jako swojego kandydata. Powiedziałbym, że to Li Mei wybrała zwycięzcę. Tak więc równowaga Rady nie zostanie zakłócona.

– Nie musiałoby tak być, gdybyś włożył choć trochę wysiłku, by wybrać odpowiednio ciemnego kandydata – wysyczał Gellert. – Moje wybory są niesamowicie ograniczone, kiedy tkwię w Nurmengardzie.

– Tak, bo spędzasz tam tyyyle czasu.

– Mogę opuszczać go tylko w interesach, gdy wypełniam zadania Opiekuna, wiesz o tym.

– Więc to dla ciebie niezrównanie wygodne, że jako Opiekun masz aż tyle interesów do załatwienia. A to mogłoby się zmienić tak łatwo…

– Czy to groźba?

– Jeśli wolisz, Gellercie. Osobiście nazwałbym to obietnicą. Poza tym mam lepsze rzeczy do roboty od przetrząsania świata w poszukiwaniu idioty, który jest uważany za geniusza tylko przez poprawne wypowiedzenie trudnej sylaby w zaklęciu. Witaj w Radzie, jeśli tylko znasz alfabet w kolejności. – Jego pogardliwy śmiech wypełnił nagle gabinet.

Gellert Grindelwald zmrużył oczy, wyraźnie już poirytowany.

– Jeśli nie bierzesz tych mocy na poważnie, jesteś…

– Och, biorę moce na poważnie. To Opiekunowie nie zawsze zasługują na moje poważanie – przerwał mu Voldemort, zatrzaskując książkę i wstając z krzesła. Podszedł do półek i wybrał sobie kolejną, po czym spokojnie usiadł z powrotem i pogrążył się w lekturze, jakby nikogo, prócz niego, tam nie było.

– Nie ma z tobą żadnej zabawy – westchnął po chwili Gellert.

– W takim razie dlaczego nie poszukasz jej u swojego starego kumpla Albusa?

– Już to zrobiłem. Zrobiłem z niego przewodnika Dracona.

Voldemort zerknął znad książki i uśmiechnął się paskudnie.

– O, dzięki. Nie omieszkam tego wykorzystać.

– Tak myślałem. Choć sądzę, że Albus to przewidział. Nie jest jakimś ministerskim półgłówkiem. – Gellert ziewnął szeroko.

– Zmęczony? Zdaje się, że z Albusem… było więcej zabawy?

– Ooo, zdecydowanie! – zgodził się natychmiast. – Ty jesteś nudny, wiesz? Tworzymy Ciemną Stronę – powinniśmy dobrze się bawić, mieć ciastka, a ty co robisz? Tylko zaczytujesz się w tych swoich księgach i wyglądasz tak, że... naprawdę trudno powiedzieć, jak wyglądasz.

– A siebie widziałeś ostatnio w lustrze?

– Ja siedzę w więzieniu, jaka jest twoja wymówka?

Lord Voldemort z uśmieszkiem uniósł głowę znad książki.

– Nie zależy mi. Dobry wygląd nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

– No jasne – zaczął Gellert z niedowierzaniem. – Wymówka brzydkich ludzi. Nie liczy się wygląd, tylko to, co wewnątrz – zakpił. – No, to która czarnomagiczna klątwa walnęła rykoszetem w twój nos? A kolor skóry to ci się zmienił w duchowaty przy próbie usunięcia trądziku? Nie, nie, ja wiem! Skusiłeś się na Zaklęcie Śnieżnobiałej Skóry i źle wymówiłeś „uoyia" w Lyiuoyia. To musiało się tak skończyć. – I ryknął jeszcze głośniejszym śmiechem.

Voldemort zerknął na niego pobłażliwie i podjął próbę dalszego czytania.

– Może powinieneś pozwolić swojej praktykantce zrobić coś dla siebie w tej kwestii, hę? – zakpił radośnie Grindelwald.

Voldemort znów zatrzasnął księgę.

– Masz jakiś powód, by wciąż tu być?

– Już ci przecież powiedziałem, po co tu jestem. Zmartwiłem się tą całą sprawą z Granger. Albus ma świetne wyczucie, jeśli chodzi o wybieranie kandydatów, którym jednak się powodzi. Trzech jego podwładnych zostało Opiekunami, a to więcej niż osiągnął jakikolwiek inny Opiekun. Nie chciałbym, by kolejny jego gnom skaził naszą Radę, a ty zdajesz się nie dostrzegać powagi sytuacji.

– Powagi? – prychnął Voldemort. – Już ci to raz powiedziałem, nie ma żadnego problemu i żadnej powagi do kompletu. Dziewczyna nie odważy się wrócić po pomoc i z pewnością polegnie na całej linii.

– Twoim zadaniem jest ją prowadzić. Jak to inni zobaczą…

– Nie zrobią nic – dokończył, wyraźnie zadowolony z siebie. – Świetnie znam wymogi, jakie musi spełniać przewodnik. Nie mogę być odpowiedzialny za ignorancję małej dziewczynki, która nie jest zdolna do wypełniania instrukcji, które jej pozostawiłam.

Gellert zmarszczył brwi, podnosząc kolejną niedorzeczną figurkę.

– To brzmi jak coś wybornie podłego. No weź, powiedz.

– Zostawiłem „Rzeczywistość magii" na kredensie, obok jej świstoklika do domu. – Voldemort zaśmiał się. – Nikt mi nie powie, że nie dałem jej możliwości dotarcia do niezbędnej wiedzy.

Gellert aż sapnął.

– Zwariowałeś? Dałeś jej tę książkę? Ona zawiera… wszystko!

– Wszystko? Cóż, dla upośledzonych umysłowo to mogłoby sprawiać wrażenie wszystkiego – zadumał się na chwilę. – Ale nie słuchasz mnie, Gellercie. Nie dałem jej książki. Ona tylko leżała na widoku.

– Zostawiła ją za sobą? – wyszczerzył się Grindelwald.

– Nikt nie odważa się kraść od Lorda Voldemorta.

– Albus się wścieknie, kiedy się dowie. Z przyjemnością zobaczę wtedy jego minę.

– Cieszę się, że mogłem się tu przysłużyć. Mam nadzieję, że twoje rozterki kończą się w tym miejscu?

Odpowiedziała mu cisza.

– Co? – warknął Voldemort. – Wciąż ci się wydaje, że nie potrafię zająć się jakąś dziewczynką?

– Zwyczajnie nie mogę przestać się zastanawiać, co może knuć Albus. Wiesz, że musiał mieć jakiś ukryty motyw, by podrzucić ci tę konkretną dziewczynę.

Voldemort prychnął.

– Prawdopodobnie by uratować jej nędzne, mugolskie życie.

– No, może… – zastanowił się Gellert. – Ale mam wrażenie, że coś mi ucieka. Albus nigdy nie jest tak oczywisty. Tak w ogóle to reszta będzie marudzić, że nie powiedziałeś dziewczynie, by wzięła ze sobą książkę.

– Och, ależ problemy, na jakie praktykantka natrafia po drodze, musi rozwiązać sama – Voldemort drwiąco zacytował regulamin. – Jak sądzę, według tej reguły murek odgradzający ją od wiedzy powinna pokonać samodzielnie. Czego ta szlama w tym przypadku nie mogłaby uczynić.

– Nie mogłaby? – Grindelwald podniósł brwi. – Nie sprawdziłeś?

Para czerwonych oczu wpatrywała się w niego z wyraźnym rozbawieniem.

– Była przerażona. Czy ty naprawdę myślisz, że jakaś mała Gryfonka odważyłaby się narazić na mój gniew i ukraść coś…?

– Gdzie tak dokładnie położyłeś tę książkę? – spytał Gellert, odkładając figurkę ze zmarszczonym w niesmaku nosem.

– W dół, hallem, drugie drzwi po prawej – odpowiedział mu obojętny głos.

Grindelwald wypadł z komnaty. Po kilku sekundach posiadłością wstrząsnął jego głośny śmiech. Zaraz pojawił się z powrotem i z szerokim uśmiechem oparł wygodnie o framugę drzwi.

– Więc nikt nie odważa się kraść od Lorda Voldemorta, tak? Wiesz, chyba zaczynam lubić tę małą szlamę. Może nawet zagłosuję na nią następnym razem.

Voldemort popatrzył na jego uśmiech i poderwał się na nogi.

– Nadwerężasz moją cierpliwość – warknął, wychodząc na korytarz.

– Albus wybrał tę dziewczynę nie bez powodu, Tom.

Lord Voldemort parę sekund później zatrzymał się w wejściu do i tak już otwartego pokoju gościnnego.

Jego ręka zacisnęła się na framudze i zaraz mocno zatrzasnął drzwi.

– Tak, zdecydowanie ją lubię. – Gellert uśmiechnął się szeroko.

– Z czego się tak cieszysz? Nie, żeby dziewczyna Pottera miała zrozumieć choć słowo z tego, co przeczyta. Nikomu to się nie udało, nie bez pomocy. – Złośliwy uśmiech wspiął się na jego wężową twarz.

– Hmmm… Miała perfekcyjne oceny jak dotąd. Tego nikt przed nią, za wyjątkiem ciebie, nie dokonał.

Nagle Grindelwald uznał za niezbędne pozostawienie Czarnego Pana samemu sobie. W końcu wciąż nie posiadał różdżki. Choć nie do końca jej potrzebował, nie ciągnęło go do pojedynku z kimś, kto raczej nie oszczędziłby mu poważnych obrażeń.

Ułamek sekundy po jego bezgłośnym zniknięciu ściana korytarza, którą dopiero co osłaniał, doznała poważnego uszczerbku. Kłykcie dłoni, w której Voldemort trzymał różdżkę, zbielały zupełnie. On sam musiał wziąć kilka głębokich wdechów, by opanować swój gniew. Ostatnia uwaga Grindelwalda naprawdę wyprowadziła go z równowagi.

– Albus Dumbledore – wysyczał w pustą przestrzeń. – Albus Dumbledore i jego gierki.

Machnął ręką i w jego dłoni pojawił się kawałek pergaminu. Pergaminu, który rozbawiony dyrektor wręczył mu prawie rok wcześniej. Z nieruchomą twarzą wpatrywał się przez chwilę w dziurę, którą Hermionie Granger udało się wypalić w teoretycznie niezniszczalnym dokumencie. Istniało trzynaście takich starożytnych pergaminów i teraz dwa były uszkodzone.

Wciąż pamiętał, jakby to się zdarzyło zaledwie poprzedniego dnia. To był jego czwarty rok w Hogwarcie. Po wymknięciu się z zamku kisł w jakiejś zawszonej dziurze, słuchając idiotów, wypytujących go o rzeczy, które nie miały nic wspólnego z jakąkolwiek istotną teorią magii. Wtedy właśnie rozpoznał bezbarwny głos swojego nauczyciela Transmutacji.

Tylko wysoce nielegalna czarnomagiczna klątwa mogłaby spowodować powstanie w tym pergaminie dziury, panie Riddle. Mógłby nam pan wytłumaczyć, jak to się stało, że ktoś w pana wieku miał nie tylko wiedzę o takiej klątwie, ale i na tyle daleko posunięty brak zasad moralnych, by jej użyć?

Miał wtedy wielką ochotę uderzyć głową o blat drewnianego stołu albo – jeszcze lepiej – uderzyć głową Dumbledore'a o ten blat. Mocno. Ale miał swoją nienaruszoną reputację do utrzymania, więc dopisał to tylko do swojej Listy Wymarzonych Prezentów Na Święta.

Nie byłem świadomy, że zwykłe zaklęcia czyszczące są dziś uznawane za nielegalne – odpowiedział Tom gładko.

Zwykłe zaklęcie czyszczące nie odniosłoby takiego skutku. Nikomu w całej historii nie udało się choćby naruszyć tego dokumentu.

Tom wzruszył ramionami.

Może po prostu miarka się przebrała.

Może… – powtórzył Dumbledore, zanim inna zakapturzona postać rozpoczęła dywagacje nad mocą i zręcznością w używaniu magii, które były niezbędne do wywiercenia takiej dziury.

To, że dyrektor nie chciał go w Radzie, wzmocniło jego postanowienie zwycięstwa – mimo że wcześniej poczuł przemożną chęć opuszczenia pomieszczenia, gdy tylko rozpoznał jego głos. Słuchanie Dumbledore'a na zajęciach było wystarczającą katorgą dla jego umysłu. Nie widział powodu, by jeszcze dobrowolnie godzić się na te przeżycia. Jednakże oglądanie jakiejkolwiek porażki Dumbledore'a zawsze był warte co nieco zachodu. Został więc i upewnił się, że wywrze na Opiekunach odpowiednie wrażenie, że będzie ostatnim kandydatem, który się ostanie, że wygra. To nie było trudne. Dyskusja stała na żenującym poziomie. Z pewnością żadna cuchnąca szlama nie mogłaby przebić jego nienagannego wystąpienia.

Lord Voldemort zwinnie wezwał sowę i zaczął pisać. Kiedy list był skończony, zapieczętował go machnięciem różdżki. Zadowolony z siebie wyszczerzył się do niewinnie wyglądającego na jej wierzchu napisu „Hermiona Jean Granger". Dziewczyna pożałuje zadzierania z nim i to pożałuje tego srogo. Mając tę sprawę za sobą, rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu zajęcia. Nie miał już ochoty na czytanie. Cóż, w zasadzie mógłby jeszcze trochę pomęczyć Malfoyów. Nagini pewnie nie pogardziłaby ładnym pawiem, ale – z drugiej strony – nie było zabawy bez Lucjusza, bo nie sądził też, by Narcyza przejmowała się jakimiś ptakami. Jednakże tym razem nie miał zamiaru odpuszczać tym idiotom. Jeśli nie byli w stanie uciec z Azkabanu, kiedy nie było tam Dementorów, mogli sobie w nim gnić, ile chcieli.

Cały rok zmarnowany. Właściwie mógłby z marszu wejść do Ministerstwa Magii, ale uznał, że rozważniej będzie pozostać i odbudować swoje siły w ukryciu. Jak dotąd szło mu świetnie… No, do czasu, kiedy udało mu się przejrzeć umysł Pottera. Wiedząc, że ten udaje się do Ministerstwa, popełnił błąd, pojawiając się w nim osobiście. Knot pewnie negowałby jego powrót w nieskończoność, gdyby on – wspaniałomyślnie – nie postanowił dostarczyć mu dowodów. Jego usposobienie znów wzięło górę nad rozsądkiem. Cóż, miał w związku z tym wszystkim ochotę poznęcać się nad niektórymi swoimi sługami do ich nieprzytomności. Sześciu nastoletnich smarkaczy to było dla nich zbyt wiele, by uchronić kulę z przepowiednią przed rozbiciem się na kawałki.

Teraz musiał znaleźć sposób, by dostać w swoje ręce tę wróżbitkę. Zwolnienie Trelawney przez Umbridge uznał za istny dar losu (infiltrował wtedy Hogwart tak, jak nigdy dotąd i wiedział o wszystkim), ale Dumbledore upewnił się, że jego cenna nauczycielka pozostanie dla niego nieosiągalna. Gdyby Mistrz Eliksirów miał dostatecznie dużo osobistego uroku, mógłby pewnie bez wzbudzania żadnych podejrzeń wywieść ją daleko poza mury Hogwartu. Niestety emanował jedynie mrokiem i fatum… a Zakon zbyt szybko przybył do Ministerstwa.

Pogrążony w myślach odchylił się do tyłu i postukał palcami o blat stołu. Jego szczur jak dotąd nie odkrył jeszcze niczego dziwnego w zachowaniu Snape'a. Wszystko miało swoje doskonale wytłumaczenie.

Zaklął. Można by powiedzieć, że zbyt doskonałe.

Jaki sens ma szpiegowanie kogoś, kiedy w żaden sposób nie można na niego niczego znaleźć? No, żadnego. Może trzeba lepiej umotywować Glizdogona, żeby zaczął szpiegować skutecznie?

Tak, wreszcie coś do zrobienia. Z tą myślą Czarny Pan deportował się.

~o~o~o~

Mimo że spora ilość magii wiązała się z przybyciem i ukrywaniem jego obecności tutaj, o jego pojawieniu się powiadomił Dumbledore'a jedynie cichy szelest szat. Magia Grindelwalda miała swój unikalny charakter, stawała się wyczuwalna dopiero, gdy było już za późno. Ludzie, którzy go znali, uważali go za dość głośną, wiecznie uradowaną i wylewną osobę, ale jego moc była – dla przeciwieństwa – ciemna, cicha i mordercza.

Odbiegając wzrokiem od stosu papierów piętrzącego się na jego biurku, spojrzał znad swoich śmiesznych okularków i westchnął.

– Gellercie, możesz opuszczać Nurmengard tylko i wyłącznie w sprawach Opiekunów.

– Coś musi być więc na rzeczy – odparł radośnie Grindelwald, podnosząc z biurka Dumbledore'a jedno z ciekawych świecidełek, by przyjrzeć się mu uważnie.

– Słucham zatem – odparł Dumbledore i niezauważenie odwrócił spoczywający na górze stosu dokument do góry nogami.

– Chciałem zapytać, jak się ma mój protegowany.

– Nie wpadłeś tu zapytać, jak sprawuje się Draco Malfoy.

– Nie? – spytał Gellert z fałszywym przejęciem. – Byłem pewien, że to dlatego tu… Ah, no, jeśli nie chcesz nic mówić… – Wzruszył ramionami i bezceremonialnie usadził się na blacie jego biurka.

– Widać nie chcę.

– W takim razie – jak ma się twoja protegowana?

– Wiedziałem, że jesteś tu, by zapytać o Hermionę Granger.

– Wiedziałeś? Cóż, ostatnio najwyraźniej jestem dość przewidywalny. Więc powiedz mi, czy ta mała szla… – przerwał widząc ostry wzrok Dumbledore'a – …szprotka jest zadowolona z przewodnika, którego jej wybrałeś?

Dumbledore założył ręce na siebie i odchylił do tyłu w fotelu.

– Gellercie, nie masz lepszych rzeczy do roboty?

– O, widzę, że nikt mnie już nie chce – wycedził, robiąc skwaszoną minę. – Muszę przyznać, że byłem zadziwiony – może nie tak jak on, ale jednak dość zdziwiony – kiedy zdecydowałeś się uczynić go jej przewodnikiem. Czy ona nie jest najlepszą przyjaciółką twojego cudownego chłopca? Wiesz, tego z wielką czerwoną kropką na plecach, krzyczącą, że jego dni są policzone? Jeszcze raz – jak się zwał? Otter, Dotter, Nutter?

– Potter – odparł spokojnie Dumbledore. – I tak – Hermiona i Harry są najlepszymi przyjaciółmi, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego w związku z tym nie powinna dostać takiego przewodnika, na jakiego zasługuje – i mam tu na myśli – najlepszego z możliwych. Rada jest w końcu neutralna, a ja uznałem, że Tom jest najlepszym wyborem dla Hermiony.

– Mhmm, więc wybierając go, miałeś na myśli jej dobro. Nigdy bym nie zgadł – odparł, przyciskając do serca kolejne srebrne świecidło.

– Jeśli mógłbym cię przeprosić – zaczął Dumbledore – naprawdę przeszkadzasz mi w wypełnianiu obowiązków.

– Tak, wybacz – przeprosił Gellert, umieszczając wspomniany przedmiot na biurku, ale w zamian porywając z góry stosiku podejrzany artykuł. – Horkruksy? Albusie, nigdy bym nie przypuszczał, że należysz do osób, które przestraszone osiągniętym wiekiem, uciekają się do takich metod. Co się stało z twoim planem odnalezienia Insygniów?

– Nigdzie nie ma śladu po Kamieniu – odparł prosto Dumbledore, wyrywając Gellertowi artykuł z ręki.

– Kamieniu? – spytał zadziwiony. – Więc znalazłeś Pelerynę–Niewidkę!

– Dawno temu.

– Niesamowite – zadumał się Gellert. – Tak blisko.

– A jednak – tak daleko – odpowiedział Dumbledore, zadziwiony łatwością, z jaką udało mu się zmienić temat rozmowy.

– Więc, co tam sobie kombinujesz, Albusie?

Albus zamrugał.

– Przepraszam?

– Daj spokój, wiesz, że nie pogardzę dobrym knuciem. – Gellert, podniecony, zatarł ręce.

– Naprawdę mam tutaj sporo pracy, więc jeśli nie masz mi do powiedzenia nic ważnego, nie krępuj się oddalić.

– Eh, nie ma już z tobą zabawy. – Gellert zeskoczył biurka ze zwinnością, o jaką nikt chyba nie mógłby go po jego pozorach posądzić. – Może pomęczę kogo innego…

– Nie krępuj się, naprawdę – odparł Dumbledore, zupełnie nieporuszony.

– Choć ja wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim do tego dojdziesz – powiedział, pukając palcem wskazującym wierzch artykułu. – Może powinienem pomęczyć właśnie jego? Tak, to mógłby być ktoś zainteresowany dyskusją nad twoimi ukrytymi motywami. Może to Lord Voldemort powie mi, co kombinujesz.

Dumbledore potrząsnął głową.

– Naprawdę zbyt wielu rzeczy doszukujesz się w tym, co robię.

– Śmiem stwierdzić, że to niemożliwe – zaśmiał się Gellert. – Nigdy mi nie powiedziałeś, co ta szl… szlachetna Gryfonka sądzi o twojej decyzji.

– Nie wie, że to ja zdecydowałem.

– Wiem, ale nie uważasz, że powinieneś to zrobić, zanim ktoś postanowi oświecić ją przed tobą?

– Hermiona zrozumie moją decyzję.

– Tak myślisz?

– Jest dość bezpieczna jako jego praktykantka.

Gellert prychnął.

– O tak, bo niemożność bycia zabitym świetnie świadczy o bezpieczeństwie. Głupia ta zasada, że jeden Opiekun nie może zabić… – Zamilkł i jego twarz rozjaśniła się przez najczystsze olśnienie. – Chwileczkę! Albusie, chyba nie wydaje ci się, że… Nie, nawet ty nie byłbyś tak…

– Nie byłbym tak…?

– Tak szalony!

– Ty widzisz szalone rzeczy wszędzie wokół, Gellercie. Nie mogę powiedzieć, by to służyło twojej wiarygodności.

– Naprawdę wydaje ci się, że uda jej rzucić Avadę tak, by tego nie spostrzegł?

Dumbledore zerknął na niego, coś rozważając.

– Pokładam wiele ufności w umiejętnościach Hermiony, poradzi sobie ze wszystkim – odpowiedział ostrożnie.

– Na Merlina, Albusie, ile ona ma lat… szesnaście?

– I jest jedną z najbardziej uzdolnionych wiedźm – poza tobą, oczywiście – które dane mi było poznać.

Gellert skrzywił się w związku z jego żartem.

– Zabawne… A przez chwilę myślałem, że chciałeś pomóc swojemu pupilowi wywinąć się przez postawienie jego najlepszej przyjaciółki na linii ognia. Ale powinienem był pamiętać, że ty o wszystkich troszczysz się tak samo – zaszydził. – Zastanawiam się, jak zareaguje Potter, kiedy dowie się, że wystawiłeś Granger na niebezpieczeństwo, by móc go chronić.

– Nawet gdyby Harry mógł poznać nasze sekrety, nie byłoby nic, czego mógłby się dowiedzieć. Jak zwykle widzisz rzeczy, których nie ma; a Tom jest najlepszym wyborem dla Hermiony tak czy inaczej.

– Pomyślałeś o wszystkim pod każdym względem, czyż nie? – Gellert patrzył na swojego dawnego przyjaciela z podziwem niemalże. – Cholerka, szkoda, że nie stanąłeś po mojej stronie – mruknął. – Pasujesz tam.

– Zobaczymy.

Magia zatańczyła wokół nich i na moment przed swoim zniknięciem Gellert wyszczerzył się.

– Zdajesz sobie sprawę, że to wszystko może okazać się dla ciebie bombą z opóźnionym zapłonem, prawda? Ona w końcu wybuchnie, przyjacielu.

– O, naprawdę? Rozwiniesz to jakoś?

– Nie, raczej nie. Prowadź mojego protegowanego dobrze, nie znoszę być rozczarowanym.

– Zrobię wszystko, by Draco skorzystał z okazji, która przed nim wyrosła – odparł Dumbledore z uśmiechem i typowym błyskiem w oku.

Gellert zniknął, zanim miał szansę skomentować ten zagadkowy komentarz. Dumbledore tylko odchylił się w fotelu i westchnął ze zmęczenia.

– Niech będę przeklęty, jeśli pozwolę temu chłopakowi dalej grząźć w bagnie, w które wpakował go jego ojciec – dodał łagodnie.