II

Syn Narcyzy pojawił się w domu dwa dni później. Edric szybko zauważył, że chłopak musiał przejść przez coś traumatycznego. We krwi miał szyderczy uśmiech i wyniosłe spojrzenie, ale jedyne co robił to siedział samotnie w pokoju. Podczas posiłków garbił się i słowem się nie odzywał, pozwalając swojej matce na wymuszoną rozmowę z Edriciem.

Nie mogąc znieść posępnych spojrzeń chłopaka, Edric postanowił skonfrontować się z Draco.

– Ktoś zginął? – spytał znienacka.

– Słucham?

– Zastanawiam się, dlaczego jesteś taki ponury.

Draco podniósł wzrok znad książki. Jego szare oczy miały mniej wyrazu niż zdechłej ryby.

– To nie twoja sprawa – odpowiedział zimno.

Edric uśmiechnął się w duchu. Wreszcie udało mu się wywołać jakąś reakcję.

– Nie mam nic lepszego do roboty. Równie dobrze możesz mnie czymś zająć. Łzawe historie są nadal historiami.

– Jakoś nie zauważyłem, żebyś ty był taki chętny do dzielenia się własnymi łzawymi historiami. – Ostatnie dwa słowa Draco wypluł z obrzydzeniem.

– Nie za bardzo mam czym – wzruszył ramionami. – Potrącił mnie samochód. Wylądowałem w szpitalu. Nawet nie pamiętałem swojego imienia. Koniec opowieści.

– Trochę żałosna ta twoja opowieść.

– Taak, chyba tak.

Zapadła cisza podczas której Edric nie spuszczał wzroku z nowego kolegi.

– Ale pamiętasz magię? Zaklęcia? – nie wytrzymał w końcu Draco.

– Znam ruchy, które powinienem wykonać różdżką, ale nie pamiętam nazw zaklęć, więc jestem dosyć bezużyteczny. Szpital był magiczny i kiedy o tym usłyszałem, nie czułem zdziwienia. Więc chyba pamiętam.

– Jak zamierzasz poradzić sobie w Hogwarcie?

– Moja mama powiedziała, że zostanę tu przez cały rok i pójdę do szkoły dopiero do siódmej klasy.

– Nie chodziłeś wcześniej do Hogwartu.

– Też tak słyszałem.

Draco zmarszczył brwi.

– Myślałem, że będę się cieszyć, wiesz? Cholerny Złoty Chłopiec... Harry Potter nie żyje. Wyobrażałem sobie tę chwilę wiele razy, ale zawsze w marzeniach byłem szczęśliwy. Nie czułem tej pustki... którą nadal czuję.

– Harry Potter. To imię powinno mi coś mówić?

Blondyn parsknął niewesołym śmiechem.

– Merlinie, ty rzeczywiście nic nie pamiętasz. Harry Potter, Chłopiec-Który-Przeżył. Pogromca Czarnego Pana. Ulubieniec Dumbledore'a... Dyrektora Hogwartu – dodał, widząc spojrzenie Edrica.

– Czarny Pan? To jakiś... bóg?

Tym razem Draco wybuchnął śmiechem tak szczerym, że Edric odpowiedział uśmiechem, choć nie miał pojęcia, co tak rozbawiło chłopaka.

– Lepiej nie zadawaj takich pytań przy ludziach. Czarny Pan jest najpotężniejszym czarnoksiężnikiem od stuleci. Mój tata należał do jego najbardziej zaufanych ludzi dopóki... Potter wszystko zniszczył.

– Masz ojca?

– Jest w Azkabanie – wyszeptał Draco.

– Czym jest... Azkaban?

– To więzienie. Pełne dementorów. Istot, które wysysają z ciebie duszę.

Nie wiedział, co powiedzieć. W głowie miał mętlik. Dlaczego ten cały Potter miałby wtrącać ludzi do miejsca pełnego potworów? I skoro Czarny Pan był taki potężny, to dlaczego Draco nazwał Pottera jego pogromcą? Ile lat mógł mieć chłopak, jeśli był ulubieńcem dyrektora szkoły?

Co trzeba zrobić, żeby wylądować w Azkabanie, gdzie potwory wysysają z ciebie duszę?

– Nie wiem, dlaczego ja ci to mówię – warknął nagle Draco.

Brzmiał na rozeźlonego.

– Komu mógłbym powiedzieć? – zauważył Edric.

– Pewnie masz rację – przyznał blondyn, spoglądając nieufnie w jego stronę. – Ale i tak, spróbuj pisnąć słowo...

– Jasne. Rozumiem. Chociaż to jest jedna z niewielu rzeczy, które rozumiem.

– Jeszcze więcej pytań?

– Na przykład... Ile lat ma ten Potter?

– W moim wieku. I twoim, chyba.

– Powiedzieli mi, że mam szesnaście.

– No właśnie.

– To nie ma sensu. Czarny Pan ma być potężny, tak? Szesnastolatek pogromcą najpotężniejszego czarodzieja? Jakoś trudno w to uwierzyć.

– Też tak sądzę! Szczególnie, że miałem z tym idiotą zajęcia. Chyba w życiu z własnej woli nie przeczytał ani jednej książki! Ledwo co zdawał Eliksiry, nie wspominając już o banalnej Transmutacji.

– Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął Edric. – W każdym razie, Potter nie żyje. Kto go zabił?

– Podobno wpadł pod samochód.

– Och. Mamy coś wspólnego.

– Tylko Potter nie mieszkał w Ameryce.

– I jego wypadek był śmiertelny.

– Jak tylko wrócę do szkoły, zrobię imprezę na cześć tego mugola.

Edric wyszczerzył zęby do zadowolonego Draco.

– Chętnie wzniosę za niego toast.

Draco przez chwilę obserwował chłopaka. W końcu kiwnął głową.

– Szkoda, że będziesz tu tkwił – stwierdził szczerze.

– Mam dostać własnego nauczyciela, z którym zacznę wszystko od podstaw. Jakoś niespecjalnie ciekawie zapowiada się nadchodzący rok.

– Wiadomo już, czy z czasem zaczniesz sobie przypominać jakieś rzeczy?

– Lekarz powiedział, że teraz wszystko zależy ode mnie. Cokolwiek ma to znaczyć.

– Beznadzieja – skwitował Draco.

– Dzięki – roześmiał się.


Narcyza ciężko usiadła na fotelu wykładanym piekielnie drogą skórą ze smoka. Miała ochotę rzucić się na łóżko i zasnąć na bardzo długi czas. Zamiast tego wykrzywiła usta w fałszywym uśmiechu, podnosząc wzrok i spoglądają na swoją siostrę.

Bella coraz bardziej zaczynała przypominać dawną siebie, jeszcze sprzed Azkabanu.

Ciemnowłosa kobieta miała na sobie czarną suknię szytą grubą nicią. Na jej chorobliwie białej skórze, kolejnej pozostałości po dementorach, i drobnej budowie suknia sprawiała wrażenie za ciężkiej. Jednak Bella poruszała się z tak nieprawdopodobną energią i szybkością, jakby nosiła lekki aksamit. W więzieniu pozbawiono jej gracji, a uroda kobiety stała się jeszcze bardziej drapieżna i zwierzęcopodobna, ale Narcyza nie przestała uważać siostry za piękną kobietę.

– Rudolf spędzał z chłopakiem całe dni – trajkotała Bella. Wymachiwała długimi rękami tak dynamicznie, że Narcyza miała problemy z podążaniem za nimi wzrokiem. – Jakby wierzył, że odzyskał syna!

– Taka była jego rola.

– Nasz syn. Nie żyje – wycedziła.

Narcyza kiwnęła głową, zastanawiając się, jak Bella mogła być tak nieczuła. Jej siostra nigdy nie udawała ani nie ukrywała uczuć, więc i teraz miała pewność, że kobieta wcale nie opłakiwała swojego jedynego pierworodnego.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby straciła i Draco...

– Od jego śmierci minęło już parę miesięcy. Naprawdę, Rudolf powinien dawno zapomnieć.

– Miesiąc – wtrąciła słabo Narcyza.

– Hę?

– Minął niecały miesiąc.

– Och, jeszcze może powiedz ile dni i godzin. – Bella przewróciła oczami. – Rok po tym, jak go urodziłam, ja i Rudolf trafiliśmy do Azkabanu. Zdążyłam wysłać chłopaka do Ameryki, do jego ciotki. Na tym skończyła się nasza znajomość. Tak jak i Rudolfa. Nie wmówisz mi, że czuł jakąś więź z bachorem.

– Jak dowiedziałaś się o jego śmierci?

– Ciotka przywiozła mi ciało.

Narcyza głośno wciągnęła powietrze.

– To musiało być straszne.

Bella zmarszczyła brwi.

– Niekoniecznie – stwierdziła lekceważąco. – Rzuciłam na zwłoki zaklęcie, żeby powstrzymać rozkład, a potem zapomniałam go pochować. Rudolf akurat przebywał poza krajem, więc nie miał mi kto przypomnieć. A potem Czarny Pan zażądał mojej obecności – dodała z rozmarzeniem.

Narcyza obserwowała jak twarz siostry powoli się rozjaśnia, jednocześnie sama będąc przerażona jej słowami.

– Uwierzysz, że musiałam z dzieciakiem spędzić dwa tygodnie? Słuchając jak nazywa mnie mamą? Wyobrażałam sobie jak łamię mu kark prawie codziennie.

– Uważam, że Edric nie przypomina dawnego siebie.

Bella prychnęła pogardliwie.

– Mówisz jak Rudolf.

– Pamiętaj, że nie możesz wzbudzić podejrzeń Edrica – ostrzegła Narcyza. – Czarny Pan byłby wściekły, gdyby dowiedział się, że nie traktujesz go jak syna.

– Zachowaj te bzdury dla siebie, siostrzyczko. Nigdy nie zrobiłabym nic co mogłoby zawieść naszego Pana.

Jasnowłosa kobieta tylko skinęła głową. Bellatrix chodziła to w tą i z powrotem, obracając różdżkę w pajęczych palcach. Co chwila siadała na kanapie, żeby nagle się zerwać i wyjrzeć przez okno. Za jedenastym razem wydała z siebie cichy syk i pobiegła otworzyć drzwi. Narcyza wstała, drżące ręce zakładając za plecy.

– Mój Panie! – usłyszała pisk Belli.

Powoli wyszła z pokoju i ruszyła na koniec korytarza, gdzie na podłodze klęczała jej siostra. Nad nią stał odziany w czarną szatę nienaturalnie wysoki mężczyzna o skórze bledszej niż Belli. Jego czerwone oczy płonęły okrucieństwem, a cienkie usta były wykrzywione w parodii uśmiechu. Kaptur narzucony na bezwłosą głowę ukrywał szparki, które służyły czarnoksiężnikowi za nos.

– Wssstań – rzucił zimno Voldemort.

Bella natychmiast się poderwała, jak wierny pies podążając za mężczyzną. Narcyza szybko ugięła trzęsące kolana, zamierzając także opaść na dywan, ale powstrzymała ją lodowata ręka na ramieniu. Zdusiła w sobie chęć zrzucenia z siebie dłoni i zamarła.

– Byłaś posłuszna. Nie ma potrzeby, żebyś kłaniała się we własnym domu.

– Dziękuję, mój Panie – wymamrotała, prostując się.

Zaprowadziła milczącego czarnoksiężnika do pokoju, w którym niedawno siedziała z Bellą. Jej siostra raz po raz rzucała Czarnemu Panu tęskne spojrzenia.

Mężczyzna bez słowa posłał fotel jak najbliżej kominka. Natychmiast zgasło światło, a zamiast niego Voldemort jednym machnięciem różdżką rozpalił ogień i z gracją usiadł, zatapiając się w wygodnych poduszkach. Fotel zasłaniał kominek, sprawiając, że czarnoksiężnik był całkowicie ukryty w ciemnościach. Nad jego głową utworzyła się jasna poświata, przywodząca na myśl zniekształconą aureolę.

Narcyzę ten obraz przerażał. Sama usiadła na brzegu kanapy, wyprostowana jak struna. W przeciwieństwie do Belli, która usiadła na dywanie tuż przy nogach Czarnego Pana.

– Bello.

– Tak, panie? – kobieta podskoczyła z ekscytacją.

– Zastanawiam się – ciągnął leniwie mężczyzna – czy pragniesz zająć miejsce swojego zmarłego kuzyna jako psa w rodzinie Blacków.

– Panie? – spytała słabo Bella.

– Odniosłem wrażenie, że ludzie siadają na meblach, a psy na podłodze.

Kobieta natychmiast wstała, jeszcze bledsza na twarzy niż zwykle. Niepewnie usiadła obok Narcyzy, oczy wbijając w dywan.

– Świetnie – pochwalił pogardliwie. – Zostały dwa dni do rozpoczęcia się roku szkolnego w Hogwarcie. Co twój syn sądzi o Edricu?

– Przez ostatni tydzień nie rozmawiali zbyt dużo. Draco jest... zmienił się przez te wakacje. Nie był zainteresowany naszym gościem, ale wczoraj słyszałam jak omawiali sprawę Harry'ego Pottera. Edric miał wiele pytań dotyczących podstawowych spraw naszej społeczności. Wydawał się szczególnie zafascynowany tobą, panie.

Bella wybuchnęła śmiechem. Czarny Pan podniósł kąciki ust.

– Doprawdy – mruknął. – Co Draco mu o mnie opowiedział?

Narcyza przełknęła nerwowo ślinę. Bardzo starała się nie okazywać zdenerwowania, ale jeszcze bardziej zależało jej na synu. Jeśli powiedziałaby coś, co zabrzmiałoby, jakby Draco nie szanował Czarnego Pana...

– Nie obchodzi mnie, jak wypowiada się szesnastoletni chłopak, Narcyzo – wycedził czarnoksiężnik ze znudzeniem.

– Tak, Panie – odpowiedziała odruchowo. – Mówił o tym, jak chcesz oczyścić świat z mugoli. I jak bardzo potężny jesteś.

Voldemort podniósł bezwłosą brew, czekając na resztę raportu.

– Edric spytał, jak Draco może mówić, że jesteś potężny, skoro pokonało cię dziecko.

Bella zareagowała natychmiast.

– Trzeba nauczyć chłopaka posłuszeństwa! Może i ma na imię Edric, ale nadal pozostaje tym bezczelnym...

– Zamilcz – wysyczał ostro Czarny Pan. – Mam dość słuchania twoich idiotycznych spostrzeżeń. Myślałem, że będziesz potrafiła sprostać postawionemu zadaniu, ale może miałem o tobie wygórowaną opinię.

– Nie, nie, Panie... – zajęczała kobieta. Twarz miała wykrzywiona w bolesnym grymasie, jakby czarnoksiężnik trzymał ją pod Crucio.

– Chłopak jest twoim synem. Jeśli nie umiesz wbić sobie tego do głowy, to może powinienem rzucić na ciebie Imperio.

– Cokolwiek zechcesz, Panie.

Voldemort bezszelestnie wstał. Kobiety natychmiast za nim podążyły.

– Za dwa dni przyślę do rezydencji mojego zaufanego śmierciożercę, który przez następny rok będzie nauczać Edrica. Cokolwiek, co mężczyzna zarządzi ma być wykonane bez słowa sprzeciwu. Bella, możesz już nas opuścić – stwierdził Czarny Pan bez zbędnego spojrzenia na Lestrange.

Nadąsana kobieta posłusznie wyszła z pokoju, pozostawiając roztrzęsioną Narcyzę wraz z niewzruszonym mężczyzną.

– Wiem, czego się obawiasz – oznajmił. – Jednak jestem zadowolony z tego, jak zajęłaś się całą tą niecodzienną sytuacją. W przeciągu paru tygodni wyślę mój wewnętrzny krąg po Lucjusza. Nie będą mieli problemów z wydostaniem twojego męża z Azkabanu.

Narcyza opadła na kolana i pozwoliła popłynąć łzom po policzkach.

– Dziękuję ci, Panie, dziękuję... Jesteś bardzo miłosierny... – łkała.

– Nie miej złudzeń, Narcyzo. Nie zapomniałem o błędach Lucjusza. Jednak dużo bardziej przyda mi się tutaj.

Przestąpił nad drżącą kobietą i otworzył drzwi, wpuszczając do pomieszczenia światło. Nie czekał aż Narcyza się uspokoi, samemu odprowadzając się do wyjścia.

Na dworze siąpił deszcz. Voldemort szybko przemierzał wyłożoną kamykami dróżkę. Już miał się aportować, gdy jego uwagę przykuły krzyki dobiegające zza domu. Zmrużył czerwone oczy, zbaczając z chodnika i wchodząc na mokrą trawę. Szata była zbyt długa, żeby ktokolwiek mógł dostrzec, że nie nosi butów.

Stanął w cieniu drzewa, gdzie bez przeszkód mógł obserwować ganiających na miotłach chłopców. Pierwszy musiał być synem Lucjusza. Znajome jasne włosy nawet w przestworzach miał starannie ułożone. Voldemort wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu.

Drugiego chłopaka widział już wcześniej, gdy jego ciało leżało martwe na biurku Rudolfa. Edric miał czarne włosy i jasną skórę Bellatrix, ale arystokrackie rysy twarzy i mocno wystające kości policzkowe odziedziczył po Cygnusie Blacku. Voldemort mgliście pamiętał mężczyznę z czasów szkolnych.

Trup nie różnił się za bardzo od żyjącego człowieka.

Można byłoby tak pomyśleć, gdyby nie kolor oczu chłopaka. Miesiąc temu były czarne jak u każdego Blacka. I szkliste jak u każdego trupa.

Jednak Czarny Pan dostrzegł znajomy błysk zieleni przebijający się przez czerń tych oczu i jeśli miał wcześniej jakiekolwiek wątpliwości dotyczące tożsamości Edrica Lestrange, natychmiast się one rozwiały.