A tak, druga część, nie taka, jak miała wyglądać. Pozostawia mi duże pole do popisu, ale nad trzecią jednak się zastanowię :D
Patrząc na tamte niemiłe wydarzenia z perspektywy kilku tygodni odczuwam jedynie pewną ulgę, że pościg został pomyślnie zakończony, a ja wyszedłem cało z tej opresji. Holmes opiekował się mną doskonale odkąd wróciłem do domu ze szpitala. Na szczęście nic poważnego się nie stało, jedynie utrata krwi była tu problemem. Mój przyjaciel nic nie zmienił się od przeżytej przygody, może nieco ostrożniej wybierał kryjówki, nie pozwoliłby by miały powtórzyć się tamte chwile.
Także w jego sposobie bycia nie zauważyłem żadnych wyraźnych zmian, często pełny entuzjazmu człowiek, w sile wieku, potrafił rezygnować z życia, by pogrążyć się w oparach tytoniu, wylegując się w jednym z naszych ukochanych foteli. Na tym polu postępował od zawsze tak samo. Jedyną rzeczą, która mnie w nim zdziwiła, były, poniekąd ukradkowe, spojrzenia, rzucane co jakiś czas w moją stronę. Wcześniej ich nie widziałem. Być może faktycznie ich nie było.
Dlaczego Sherlock Holmes zarzucał mnie spojrzeniami? Dlaczego przez jego twarz przebiegał wtedy dziwny, nieokreślony cień?
***
Nie mogłem powiedzieć, żeby mi czegoś brakowało. Siedzieliśmy we dwóch w naszych czerwonych fotelach, ja zaczytany w jakiejś książce, Holmes bezwiednie przeciągający smyczkiem po strunach skrzypiec, wydający nieokreślone, nieco drażniące i irytujące dźwięki. Patrzył przy tym w ścianę niewidzącym wzrokiem, co dziwnie mnie denerwowało i automatycznie przykuwało moją uwagę. Nigdy wcześniej mój przyjaciel nie popadał w taką melancholię.
Wspominając lata spędzone wraz z Holmesem na badaniu jego błyskotliwości i nieprzeciętnej spostrzegawczości, sam spróbowałem odnaleźć się w tej sytuacji. Analiza tej niemalże niewidocznej zmiany zajęła mi sama w sobie jedynie chwilę.
Od kiedy tak się zachowywał?
Od kilku tygodni.
Ilu tygodni?
Odkąd powróciłem na Baker Street.
Wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło?
Nic tak niezwykłego.
Czyli odkąd wróciłeś. Co się zmieniło?
Omal nie umarłem.
Co się zmieniło?
Może mnie w jakiś sposób pilnuje? Może upewnia się, iż naprawdę żyje?
Co się zmieniło?
Nawet głos w mojej głowie wydawał się nieco zniecierpliwiony całą tą sytuacją, namolnie powtarzał jedno pytanie. Dokładnie jak Holmes swoją prośbę, gdy leżałem na podłodze, nie mogąc zaczerpnąć oddechu. Oddech. Tak! Oddech...
***
- Holmes? – Jego spojrzenie wciąż ślizgało się po ścianie, meblach, skrzypcach, patrzył wszędzie, tylko nie w moją stronę. Widać było, że głęboko się nad czymś zastanawiał. Powtórzyłem jego nazwisko, dotykając przy tym lekko jego ramienia. Poruszył się gwałtownie w fotelu, próbując jak najdalej odsunąć się ode mnie. Ten odruchowy czyn nie zaskoczył mnie. Zagadka była rozwiązana.
Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, obserwując uważnie, jak Holmes odkłada skrzypce i smyczek na bok. Poczekałem, aż też usiądzie. Chwilę jeszcze patrzyłem na niego spod zmrużonych powiek.
- Mój drogi, wiem, że coś ci chodzi po głowie, ale za nic nie mogę wyświetlić co. Powiesz mi, zanim stępie sobie żart i przyznam się, że na nic są moje sztuczki przy twoim milczeniu? – spytał wesoło, ale uśmiech, którym mnie obdarzył (ten olśniewający, Holmesowi uśmiech, który tak rzadko widuję) nie sięgnął tej głębi smutku i studni tajemniczości, jaką były jego oczy.
- Jeszcze cię o to nie pytałem, a wiesz jak pilnuję dokładności moich dzienników...
- Tak, tak Watsonie, wiem i zapewne wszyscy wiedzą, włącznie z tymi niewdzięcznymi przestępcami, którzy nie mają pojęcia jak sławnymi ich uczyniłeś – skomentował, machając pobłażliwie ręką. – Przejdźmy do sedna sprawy. Co chciałbyś wiedzieć?
- Jak on nas znalazł? Dlaczego nas znalazł? Porwał się na nas z bronią, strzelał wpierw do mnie, choć to ty jesteś niebezpieczniejszy. Nie rozumiem ani jednego jego wyboru.
- Mój kochany Watsonie, zapomniałem, że to, co jest całkiem oczywiste dla mnie, nie musi być takie i dla ciebie. Przepraszam cię, gdybym pamiętał, wyjaśniłbym ci sprawę dużo wcześniej.
Otóż widzisz, nie on pierwszy całkowicie stracił głowę. Choć na początku pościgu nie wątpiłem, że będzie on długi i żmudny, o tyle okazało się, że ścigamy zawodnika o słabych nerwach, który po pierwszych dwóch pułapkach zaczął powoli plątać się coraz bardziej w moją sieć.
Na granicy z Devonshire był już u skraju sił, ostatnia nasza pętla zostawiła na jego szyi głęboki ślad, całkowicie stracił wtedy głowę. Szczerze mówiąc, nie przewidziałem tego jego wyskoku. Właśnie dlatego zagroziło nam takie niebezpieczeństwo. Zagroziło tobie... uwierz, więcej do tego nie dopuszczę – powiedział głośniej, jego oczy miotały gromy.
- Tego dnia Lestrade doniósł mi, że Breed złapał pociąg do Londynu. Nie wierzyłem w to ani minutę, co nie zmieniło faktu, że byłem pewien, iż jesteśmy bezpieczni. Usiadłem na fotelu, pragnąc skupić się na sieci, którą zarzuciłem, lecz, jak sam doskonale pamiętasz, do naszego pokoju wparował niezapowiedziany gość. Zaskoczył mnie, choć starałem się zachować kamienną twarz. Jednak to, że strzelił w ciebie nie we mnie... – Holmes urwał, to głos zadrżał mu niebezpiecznie, nie chcąc się zdradzić, musiał przerwać opowieść.
- Co ty w ogóle myślałeś sobie, kiedy, zamiast walczyć, przypadłeś do mnie? Chciałeś nas obu zabić? – zapytałem ze zdenerwowaniem, patrząc, jak mój przyjaciel potrząsa głową.
- Rana mogła być śmiertelna. Miałbym wygrać, jednocześnie zostawiając ciebie? Musiałem mieć pewność, że przeżyjesz. Jak mógłbym umrzeć, ze świadomością, iż i ty przeze mnie zginąłeś? Na szczęście nic ci się nie stało. Powierzchowne zadrapanie, a jednak omal się tam nie wykrwawiłeś. Napędziłeś mi mnóstwo strachu, mój drogi – rzucił jeszcze, tym razem nawet w oczach dostrzegłem iskierki radości.
- Posłałeś pokojówkę po lekarza?
- Tak, później przybiegł boy z wiadomością, że najbliższy szpital jest zaledwie kilka minut stąd i że lekarz zaraz powinien być. Modliłem się, by stał tuż koło mnie już wtedy. Mogłeś mieć tak mało czasu, mój drogi. Cóż ja bym zrobił, gdybyś ty wtedy umarł? – spytał, pogrążając się na chwilę w myślach.
- Dzięki tobie przeżyłem – wyznałem. Podniósł na mnie wzrok pełen niedowierzania.
- Nie, Watsonie. Dzięki mnie omal nie zginąłeś – powiedział głośno i podniósł się na nogi. Rozpoczął nerwową wędrówkę po pokoju.
- Gdyby nie twoje słowa, nie byłoby mnie tu dziś.
- Gdyby nie ja, praktykowałbyś spokojnie medycynę.
- Po stokroć wolę codziennie umierać, niżbym miał cię nigdy nie poznać!
- Wolałbym cię nigdy nie poznać, niż patrzeć, jak umierasz choć raz!
Obaj staliśmy na równych nogach, naprzeciw siebie, wykrzykując nasze argumenty. Poniosło i mnie, i jego, ale czyż w końcu nie taki był plan? Jego oczy w końcu wzięły udział w odzwierciedlaniu uczuć, zaskarbiły sobie moją szczerą wdzięczność ukazując troskę, uniesienie i strach. Ten straszny i paraliżujący, jak wtedy, gdy leżałem na podłodze.
- Holmes... – Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jego policzka. Uświadomiłem sobie błąd w porę, dłoń opadła na obleczone w satynowy szlafrok ramię. Mój przyjaciel opuścił głowę, odwrócił wzrok, powoli uspokajał się, nie tak to miało wyglądać!
- Po prostu... nigdy nie będę więcej patrzył, jak leżysz na ziemi, lada chwila możesz umrzeć, a ja nie potrafię nic zrobić! Nigdy więcej nie będę patrzył, jak ledwo oddychasz, nie mogąc nawet zacisnąć w pięść swojej dłoni, jak wykrwawiasz się, a ja nadal nic nie mogę zrobić! Jak mógłbym ci pomóc?! Co mógłbym zrobić? – Zabrałem rękę.
- Holmes, mógłbyś po prostu tam być...
