Rozdział 2
- "Możemy już zgasić światło?" - jęknął blondyn - "Chce mi się spać…"
- "Nie… Czytam…" - odpowiedział głos z kąta pokoju, w którym znajdowało się łóżko jego brata.
- "Co czytasz?" - zapytał wpatrując się w cienie rusztowania od abażuru lampki nocnej rzucane na sufit.
- "Lore gry."
- "Adventure Time?"
- "Tia…"
- "Czytasz to w necie?" - odwrócił się w stronę Jake. Jego twarz była oświetlana białym światłem emitowanym przez prostokątny ekranik tabletu. Mieli ten gadżet na spółę i dziś była kolej grubszego brata.
- "A gdzie indziej?" - braciak uniósł brew, nie odrywając jednocześnie wzroku od wyświetlanego na ekranie tekstu - "Czemu pytasz?"
- "Nic, nic… chciałem się upewnić…" - mruknął w odpowiedzi Finn, po czym zamilkł na chwilę - "Skoro czytasz w necie… Gapiąc się na świecący ekran… Po co ci światło?"
Na dłuższa chwilę w pokoju zapadła cisza. Gdzieś za oknem przejechał samochód, wydając z siebie basowy pomruk.
- "Nie chce zepsuć sobie wzroku" - odparł w końcu Jake.
- "No dobra…" - westchnął chudzielec poprawiając wysuwające się spod nocnej wersji uszatej czapeczki, blond kosmyki - "I co tam wyczytałeś?" - zapytał moment później.
- "Teraz czytam o wampirach. To jedna z ograniczonych ilościowo ras…" - przez chwilę nie odzywał się, przesuwając palcem po dotykowym ekranie. Zmarszczył czoło - "Łał… Ktoś spisuje na bieżąco historie z serwerów… I to od czasów bety…"
- "W sensie to co robią gracze? Super!" - podekscytował się Finn wyobrażając sobie swą postać w opowieści. W epopei o wielkim bohaterze…
- "Trochę ot niejasno opisane… Wspominają tu nawet o rasach pojedynczego wyboru…"
- "Jakich?"
- "Takich, które może mieć tylko jedna osoba na serwerze."
- "Ach… Jakieś konkrety?"
- "Krzyżówka wampira i demona… Królowa Wampirów… Jest ponoć jednym z najpotężniejszych graczy na naszym serwie… Mam nadzieję, że na nią nie trafimy…" - powiedział z nadzieją, unosząc w końcu wzrok znad ekranu.
- "Prąd, prąd, prąd…" - nuciła nerwowo czarnowłosa dziewczyna - "Gdzie do cholery znajdę prąd?"
Błądziła po centrum miasta ciągnąc za sobą wypakowany, wojskowy worek i w wyglądający jak wielki topór, czerwony bas. Sięgająca niemal pasa czupryna, blada skóra, czarna skórzana kurtka założona na karmazynową bluzkę, wytarte na kolanach jeansy i wysokie buty w kolorze krwi sprawiały, ze potężnie wyróżniała się z tłumu.
- "Jak nie znajdę nigdzie prądu, to dziś nie zjem kolacji…" - wymamrotała przez zęby. Nigdy nie była jakoś specjalnie dobra w motywowaniu siebie samej, ale teksty związane z jedzeniem zawsze pomagały.
Od mniej więcej pół godziny poszukiwała jakiegokolwiek gniazdka, do którego mogłaby podłączyć wzmacniacz. Byłoby to pewnie znacznie łatwiejsze, gdyby nie to, że robiła to w środku jednej z najbardziej zatłoczonych części miasta, i to w godzinach szczytu. Nienawidziła tłumów. Właściwie gdyby nie jej drobne problemy finansowe i brak umiejętności i doświadczenia w czymkolwiek innym niż graniu na gitarze basowej, to nawet nie ruszałaby się o tej porze z domu.
Już chciała zrezygnować i zadowolić się kilkoma czerstwymi piętkami chleba, które zalegały gdzieś w kuchni, w jej niewielkim mieszkanku, gdy nagle usłyszała wołanie.
- "Marcelino!" - odwróciła się by zobaczyć sprzedającego przy przekrzywionym stoisku mężczyznę. Jedynym towarem jaki oferował były banany. Bardziej od podejrzanej jakości owoców, dziewczynę zainteresowała elektryczna kasa.
- "Witaj Aku!" - przywitała się i zbliżyła do skrzynek z żółtymi owocami, które otaczały murem cały kram. Nie miała pojęcia jakim cudem udało się jej tak szybko przypomnieć imię sprzedawcy.
- "Co tam u ojca?" - zapytał pogodnie. Miał nieco spiczaste uszy, dziwnie długi podbródek i skośne oczy, a do tego był opalony na czerwono. Mówił bez żadnego określonego akcentu. Nikt nie wiedział skąd właściwie pochodzi.
- "A ja wiem?" - czarnowłosa wzruszyła ramionami śledząc wzrokiem odchodzący od wystającego spomiędzy bananów urządzenia kabel.
- "Ach racja... sorki…" - potarł kark w lekkim zakłopotaniu - "Potrzeba ci czegoś? Może banana?"
- "Za banana podziękuję…" - skrzywiła się nieco - "Ale może podzieliłbyś się ociupinką prądu?" - poprawiła ułożenie paska trzymającego instrument.
- "Chcesz trochę pograć? Nie ma sprawy! Dla córki mojego byłego szefa wszystko!" - zaczął się śmiać, ale szybko zamilkł widząc spojrzenie dziewczyny - "Sorki…" - kopniakiem wysunął spod stoiska biały przedłużacz - "Nie krępuj się. Może to nawet przyciągnie jakiś klientów?"
Marcelina pokręciła z uśmiechem głową i rozstawiła wyciągnięty uprzednio z plecaka sprzęt. Podłączyła wszystkie przewody, ustawiła kilka pokręteł, przestawiła kilka pstryczków i zwieńczyła całą robotę ustawieniem małego koszyczka na wzmacniaczu.
Struny zatańczyły pod chudymi, bladymi palcami.
Dwie ciężkie, wypakowane książkami torby - jedna prosta, zielona, a druga granatowa, z kilkoma dodatkowymi kieszonkami - wylądowały ze stłumionym hukiem na łóżkach. Dwóch blondynów zasiadło przed swymi komputerami i praktycznie jednocześnie nacisnęli przyciski na obudowach. Dwie maszyny zgodnie zamruczały wentylatorami i zamrugały kontrolkami.
- "Jake! Finn! Może zejdziecie na obiad?" - dobiegł ich kobiecy głos z dołu, zapewne z kuchni.
- "Zjedliśmy coś na mieście!" - odkrzyknął Jake zakładając słuchawki. Miękkie, pokryte sztuczną skórą muszle prawie całkiem odcięły go od dźwięków z zewnątrz.
Kilka minut później bracia zalogowali się na swoje konta i dołączyli do serwera. Ich postacie zmaterializowały się gdzieś pośród traw, przed murami Candy Kingdom. Finn natychmiast przejrzał szybko listę graczy online.
- "PB nie ma…" - mruknął.
- "Lady Rainicorn też nie ma… I co w związku z tym?" - zapytał grubasek wzruszając ramionami.
- "To z tego, że mamy czas na zdobycie domku na drzewie!" - wykrzyknął szczupły, podnosząc się entuzjastycznie w fotelu.
- "Weź nie krzycz stary…" - wymamrotał spokojnie. Był przyzwyczajony do wybryków brata.
Bohater z ostrym mieczem i wspierający go magiczny pies ruszyli w kierunku zaznaczonego jeszcze poprzedniego dnia, na minimapie, punktu. Domek okazał się znajdować całkiem blisko, bo już po jakiś dziesięciu minutach wyłonił się zza wzgórza. Drzewo, na i w którym go zbudowano ciężko było określić. Przypominało nieco wierzbę płaczącą, ale jednocześnie miało rozmiary sporego baobabu. Mutacje nie obeszły się z nim łagodnie, co jednak nie przeszkodziło mu w posiadaniu pięknych, zieloniutkich listków.
Zbliżyli się do okutych drzwi wprawionych w przekrzywioną, drewnianą dobudówkę z dachem z blachy falistej. Weszli do środka.
- "Te ekrany ładowania całkowicie psują immersję…" - oburzył się Jake krzyżując ręce na piersi.
- "Nie narzekaj… Lepsze to niż windy…"
Pierwszą rzeczą, którą ujrzeli po załadowaniu się pomieszczenia był wielki robal w zielone pasy. Miał dużą, okrągłą głowę z oczyma jak spodki oraz malutką, złotą koronę.
- "Witajcie kochani" - rozległo się w ich słuchawkach. Dziwnie przymilnie...
- "Marcelino?" - głos specyficznej urody sprzedawcy bananów w końcu przebił się przez dźwięki dobiegające ze stojących na chodniku, czarnych urządzeń. Czarnowłosa przestała grać i obdarzyła mężczyznę pytającym spojrzeniem - "Musze już się zwijać…"
Marcelina westchnęła ciężko i odłączyła instrument od wzmacniacza. Nachyliła się po koszyczek i szybko przeliczyła zarobione drobniaki. Z pieniążka na pieniążek jej mina była coraz mniej zadowolona.
- "Nie martw się" - pocieszył ja Aku, zaglądając jej przez ramię - "Zarabiam niewiele więcej…"
Dziewczyna pokręciła smutno głową i spakowała sfatygowany sprzęt do worka, który zaraz zawiesiła sobie na łokciu. Pieniądze przesypała ostrożnie do kieszeni. Teraz z każdym prawie ruchem brzmiała jak wypełniona blaszkami grzechotka, ale zdążyła się do tego przyzwyczaić.
- "Dzięki za prąd Aku" - mruknęła.
- "Nie ma za co" - uśmiechnął się serdecznie mężczyzna - "Do zobaczenia Marcelino."
Kiwnęła tylko na pożegnanie i poszła sobie. Spacerkiem ruszyła przez pustoszejące ulice w stronę swego mieszkania. Przechodząc obok jakiś fast foodów przełknęła głośno ślinę i usłyszała wyraźne burczenie w brzuchu. Krzywiąc się i trzymając dłoń na brzuchu skupiła się by uciszyć buntujący się żołądek. Wcale nie pomagały jej w tym dochodzące z kilku kierunków zapachy smażonych w oleju mięs i frytek. Każdy krok przez tą uliczkę piekielnych tortur był walką o pieniądze przeznaczone na śniadanie na następny poranek. Marną pociechą był fakt posiadania jakiś żałosnych resztek w lodówce.
Nagle, kiedy już prawie wydostała się z tego potwornego, kuszącego sytością miejsca, coś ją zatrzymało.
- "Siemka Mar-mar" - wzdrygnęła się słysząc znajomy głos, ale mimo wszystko, powoli odwróciła się. Stał przed nią chłopak z dziwacznie wygoloną głową - długie, białe kosmyki wyrastały prosto z łysych plamek. Do tego miał ziemistą skórę i bezrękawnik, który, przez poszarpane z lekka brzegi otworów na ręce, wyglądał jakby zrobiono go ze zwykłego t-shirta. Do tego ciężkie glany, ciemne, poprzecierane na kolanach bojówki i bransolety z ćwiekami. Czarnowłosa ciężko zastanawiała się jakim cudem w ten wczesno-jesienny wieczór nie jest mu w takim wdzianku zimno - "Co tam?"
- "Witaj Ash…" - powiedziała nieco chłodno. W tym momencie chciała się znaleźć jak najdalej stąd. Jak najdalej od tego przebrzydłego typka. Na przykład w swoim ciasnym mieszkanku pod kocykiem, wśród poduszek i z ciepłym laptopem na kolanach. Albo jeszcze lepiej - na bezludnej wyspie - "Nic ciekawego… Właśnie wracam do domu z… eee… Lekcji gry na basie…"
- "Super… Chciałabyś przejść się ze mną…" - z dziwnie wyglądającym na jego szarawej mordzie, przymilnym uśmieszkiem, rozejrzał się dookoła. Jego wzrok spoczął na miniętej przed chwilą przez czarnowłosą knajpie - "...na frytki? Ja stawiam."
Dziewczyna bardzo chciała zaprzeczyć. Naprawdę. To było w tamtej chwili jej największe marzenie. Ale darmowe jedzenie przemogło i jedyną rzeczą jaką była w stanie powiedzieć było:
- "Ok…"
Pomieszczenie nagle rozpłynęło się, rozdzielając przy okazji postacie. Drewniane ściany przeistoczyły się w drzewa, a podłoga w leśną ściółkę. Przez głośniki słuchawek popłynął dziwnie zapętlony śpiew ptaków, zmieszany z szumiącymi na wietrze liśćmi.
- "Łał! Co jest?" - zdziwił się Finn.
- "To samo co u mnie…" - mruknął Jake zerkając na jego monitor.
- "Czekaj! Coś się dzieje..."
Spomiędzy drzew wyłoniła się różowa, odziana w długą suknię tej samej barwy, sylwetka. Zbliżyła się spokojnym krokiem i wyciągnęła zgrabną, delikatną dłoń ku człowiekowi w białej czapie. Sterujący nim chłopak, niewiele myśląc, nacisnął wyświetlający się na ekranie przycisk, co sprawiło, że jego awatar chwycił wyciągniętą rękę. Gdy tylko gładkie, gumowe palce zetknęły się z ludzką skórą, wszystko dookoła znów się rozmazało. Las rozstąpił się i przemienił w pastelowe ściany z czegoś co wyglądem przypominało marmur. Mech i warstwa liści zalegająca na ziemi spłaszczyła się i zafalowała, zmieniając jednocześnie kolor i fakturę - teraz były to wypolerowane na błysk płytki podłogowe.
Postać Finna została gwałtownie pociągnięta w tył. Lecąc ze sporą prędkością chłopak mógł obserwować jak ostatnie widoczne drzewa ustawiają się w dwa równe rzędy, zmieniają się w kamień i wygładzają, stając się wspierającymi formujący się dach kolumnami. Pomiędzy nimi, od świeżo powstałego wejścia, rozwinął się blado-czerwony dywan. Po nim wmaszerował oddział uzbrojonych w złocone włócznie, bananowych strażników.
Lot ludzkiego bohatera zakończył się nagłym uderzeniem - na jego drodze wyrósł tron. Złota konstrukcja z ciemno-różowymi, aksamitnymi poduszkami stała na niewielkim podwyższeniu pokrytym tym samym materiałem co podłoga. Z tej perspektywy blondyn oglądał kończące się przemiany. Na ścianach pojawiły się barwne plamy okien i wypączkowały kinkiety. Z sufitu, dzwoniąc łańcuchami, opadły wspaniałe żyrandole.
Chłopak rozglądał się powoli, podziwiając dziwowisko. Najbardziej jednak zdziwił się kiedy spojrzał w lewo. Kilka centymetrów przed sobą znalazł bowiem parę wpatrujących się w niego, jasno-różowych oczu. Ich właścicielka - stworzona z gumy balonowej królewna - również siedziała na zdobionym tronie. Podpierała głowę na opartej o podłokietnik ręce i uśmiechała się uroczo.
- "Witaj mężu" - powiedziała dziwnym, nieco sztucznym głosem.
- "Co?" - Finn aż odsunął się od komputera. Jego brat tylko na niego zerknął i wrócił do swojej gry. Był mocno skupiony.
Widząc brak zainteresowania ze strony grającego obok, blondyn wrócił do rozglądania się po lokacji. Kiedy jego wzrok ponownie spoczął na oddziale zbrojnych, stało się coś dziwnego. Właściwie to stać się musiało nieco wcześniej, ale efekty zauważył dopiero teraz. Wszyscy bananowi wojownicy stali bowiem na swych pokrytych czekoladą głowach. Ich wykonane z patyczków od lodów nogi celowały prosto w sklepienie. Może nie byłoby to jeszcze takie dziwne, gdyby nie fakt, że ich szeroko uśmiechnięte twarze znajdowały się w okolicy ich brzuchów.
- "Niech żyje król" - wyskandowali ile sił w płucach.
Chłopak skrzywił się i szybkim ruchem myszy odwrócił głowę swego awatara z powrotem w stronę królewny. Wolał ten widok niż pokręcone wydarzenia odgrywające w pozostałej części sali.
- "O co tu chodzi?" - zaśmiał się - "Widziałeś to?"
- "Ta…" - Jake wpatrywał się tępo w swoją postać, która razem z tęczowym jednorożkiem obklejała jakieś paczki kolorowym papierem.
- "Ciekawe gdzie podział się ten robal..."
Chwilę mu zajęło, żeby spostrzec niewielki, zielony kształt wystający z różowej masy gumowych włosów. Małe coś chyba w jakiś sposób poczuło, że jest obserwowane, bo wypełzło na ramię kobiety i zaczęło wydawać dziwny, wiercący w uszach dźwięk, jednocześnie wibrując wielką głową.
Wydawane przez znajomego robala fale dźwiękowe były wyraźnie widoczne. Razem z powietrzem wkrótce zaczął falować obraz. Wszystko stało się niewyraźne i po chwili powróciło do postaci gęstego lasu. Tron zmienił się w drewniane krzesło, a zamiast królewny pojawił się stół i kolejne siedzisko.
- "Mnie bardziej zastanawia jak ta gra to robi…" - odezwał się nagle grubszy brat - "Dlaczego pokazuje nam właśnie tych graczy? Dlaczego w ogóle pokazuje nam graczy?"
- "Nie wiem… Nie znam się…" - mruknął szczuplejszy - "Coś tu się zmieniło… Spróbuję się ruszyć…"
Nacisnął klawisz "w", ale nic się nie stało. No prawie… Kilka sekund później na blacie przed człowiekiem wylądowała miska z gęstą zupą i łyżka. Puste miejsce naprzeciwko promieniowało jakimś dziwnym smutkiem… pustką…
Nie wiedząc co właściwie zrobić, Finn spojrzał na stojące przed nim danie. Widząc polecenie naciśnięcia przycisku akcji zrobił to bez zastanowienia. Jego awatar dziwnie się ociągając, wyciągnął dłoń po sztuciec. Powolnym ruchem nabrał gęstej od fragmentów jakiegoś jedzenia cieczy i uniósł dłoń w stronę ust. Kiedy łyżka znajdowała się tuż przy ustach, bohater odrzucił ją od siebie. Jednak zamiast usłyszeć spodziewany, donośny stuk metalu i plaśnięcie zupy, przez słuchawki doszedł do niego dźwięk głuchego stuknięcia. Zamiast upaćkanego brązową cieczą sztućca, na stole leżał robal. Leżał dość krótko, bo gdy tylko spoczął na nim wzrok chłopaka, rzucił się do ucieczki.
- "O… Znów robal… O! Mogę się normalnie ruszać!" - ucieszył się blondyn.
- "A u mnie nic się nie dzieje…" - mruknął Jake.
- Bo siedzisz na tyłku i obklejasz paczki - powiedział z rozbrajającą szczerością, po czym odwrócił się z powrotem w stronę swego monitora. Klepiąc kilka klawiszy na raz przeskoczył stół i popędził za znikającym między drzewami stworem. Biegnąc musiał co chwilę skręcać, bo na jego drodze pojawiały się coraz to grubsze pnie. Chude gałązki uderzały go po twarzy ograniczając pole widzenia. Nawet nie zauważył, kiedy korony drzew zaczęły się nad nim pochylać, tworząc zaokrąglone sklepienie. Rośliny zaczęły powoli zmieniać się w półki, na których powoli pączkowały książki, a podłoże z leśnej ściółki przemieniło się w nierówne klepisko.
Zwolnił i rozejrzał się po bibliotecznym korytarzu. Ciągnął się on w obie strony i zdawał się nie mieć końca, ale po przebyciu kilku zakrętów napotkał na niewielkie rozwidlenie. Albo raczej łącznik… Tunel pod kątem prostym łączył się z innym. Nowe miejsce wyglądało praktycznie tak samo. Różniło się tylko jednym, drobnym szczegółem. Na ścianie naprzeciw wyjścia znajdowało się nieregularnego kształtu okno. Za cienką szybką widać było zieloną łąkę i idealnie błękitne niebo z kilkoma malutkimi chmurkami. Na środku stał stół, a przy nim znajomy, żółty pies i równie znajoma samica jednorożka.
- "O! Znalazłem cię Jake!" - zaśmiał się Finn.
- "Ja cię nie widzę" - odpowiedział Jake zaglądając do sąsiedniego monitora - Spróbuj tam wejść albo coś…
Bohater w białej czapce zapukał ostrożnie w szybę, jednak ta nie wydała żadnego dźwięku. Gracz wybrał więc drugą opcję interakcji sprawiając, że sterowana przez niego postać pchnęła okno. Szkło okazało się nie stawiać najmniejszego oporu. Człowiek przeleciał przez nie jak przez powietrze i po kilku sekundach spadania wylądował na łące. Otaczały go porośnięte trawą wzgórza, a nad jego głową świeciło przedpołudniowe słońce.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że trawa, na której wylądował, to tak naprawdę puchaty dywan, wzgórza i niebo są wymalowane na ścianach i suficie, a słońce to łysa żarówka zwisająca na czarnym przewodzie. Do tego całe to pomieszczenie było dość ciasne, a jego większą część zajmował stół i pracujące przy nim postacie.
Awatar chłopaka podniósł się z podłogi i postąpił kilka kroków w stronę mebla. Na zbitym z szerokich desek blacie leżała duża paczka i rulon kolorowego papieru do pakowania. Prawie-humanoidalny, żółty pies oklejał pakunek, mocując kolejne warstwy za pomocą wyciąganej z dodatkowych ust Lady Rainicorn taśmy klejącej.
- "O… Teraz cię widzę" - powiedział grubasek - Ale jak ty tutaj właściwie wlazłeś?
- "Goniłem tamtego robala i… jakoś tak wpadłem…"
- "Tego?" - spytał stukając palcem w swój ekran. Na głowie postaci Finna siedział zielony, pasiasty stworek z wielką głową. Znów, jakby wiedząc, że został spostrzeżony, rzucił się do ucieczki. Tym razem przez niewielką dziurę w ścianie.
- "Tak!" - zawołał trochę zbyt żywo blondyn - "Myślę, ze musimy go złapać, żeby się wydostać…"
- "Możemy za nim pójść…" - zgodził się jego brat - "Z tą Lady i tak nie podszlifuję mojego koreańskiego…"
- "Znasz koreański?" - zapytał zdziwiony ruszając jednocześnie swą postać w stronę otworu w murze.
- "Nie…" - odparł dziwnie szybko Jake - "Jak zamierzasz przedostać się przez tą szczelinę?"
- "Nie wiem…" - mruknął chłopak. W tym samym momencie na jego ekranie pojawiło się polecenie wciśnięcia przycisku akcji. Kiedy tylko to zrobił, sterowany przez niego bohater skurczył się do rozmiarów dłoni - "A jednak wiem…"
Dwóch zmniejszonych bohaterów wkroczyło w ciemność za szczeliną. Ubity z szarego piachu tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Co jakiś tylko czas ze ściany wystawała jakaś przerdzewiała rura, czy kabel albo kość. Jednak po przebyciu jakiś kilkudziesięciu metrów, wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw subtelnie - delikatne zmiany kolorytu, regularne, barwne kształty na ścianach. Potem wręcz gwałtownie - tunel zamigotał setkami barw, kręcącymi się plamami i kształtami, które wywoływały ból głowy.
Do tego podłoże nagle zaczęło wyraźnie kierować się w dół, co spowodowało, że korytarz zmienił się w zjeżdżalnię, a potem w pionowy szyb. Ciężko było się zorientować w swoim położeniu, kiedy spadało się wśród pulsujących bohomazów. Po chwili nie było nawet wiadomo gdzie jest góra, a gdzie dół.
Nagle kolory osłabły. Stały się ciemniejsze, a tunel wypełnił się światłem dziennym. Ludzki bohater i zmutowany pies zostali wypluci pionowo w górę przez niewielką dziurkę w ziemi. Rozpęd wyrzucił ich wysoko w powietrze, gdzie zrobili zgrabne salto, po czym opadli na trawę. Już zdecydowanie mniej zgrabnie.
- "Wreszcie…" - skomentował podróż Jake - "Myślałem, że tam padaczki dostanę…"
Nie zwlekali długo z dalszym polowaniem na robala. Gdy tylko sterowane przez nich postacie pozbierały się z trawnika, ruszyli dalej. Nie uszli jednak zbyt daleko, bo prawie natychmiast wmaszerowali na otoczoną niskimi iglakami polankę. Na jej środku stał pień, na którym rozsiadł się pies. Pies, który od awatara grubszego brata różnił się tylko tym, że posiadał kapelusik. Gdy tylko początkujący bohaterowie się zbliżyli, wyciągnął zza pleców walizeczkę, a z niej kłębek wełny o barwie młodej trawy. Następnie zaczął machać długimi, metalowymi igłami, produkując jednocześnie długi, pręgowany kawałek materiału. Całe to szydełkowanie wyglądało jednak inaczej niż to praktykowane przez świętej pamięci babkę chłopaków. Za troskliwą starszą panią nigdy bowiem nie powstawały kręcące się hipnotycznie, kolorowe kręgi.
- "Tobie też ekran zblokował się na tym dziwnym psie?" - zapytał Finn. Powiedział to szeptem, co wcale nie zdziwiło jego brata. Wiedział, że niewiele od niego młodszy chłopaczyna zawsze mocno wczuwa się we wszystko co robi. Doskonale pamiętał jak razem przez pół dzieciństwa zabawiali się w rycerzy. Młody zawsze swoje "rycerstwo" wpychał wszędzie gdzie się dało - "Nie mogę patrzeć nigdzie indziej…"
- "Tak… Nie… Czekaj… Coś się dzieje…"
Powstająca robótka była już prawie gotowa. Wyglądała jak długi, szeroki, pasiasty szal. Pomijając fakt, że szale zazwyczaj nie mają olbrzymiej głowy, korony i nie wgapiają się w ciebie jednocześnie kiwając się na boki.
Wielki robal przez chwilę kontynuował tę czynność, wyjątkowo nic sobie nie robiąc z faktu, że ktoś go widzi. W końcu znudził się albo zmęczył, bo znieruchomiał, po czym położył się na ziemi i z niezwykłą jak na takie stworzenie prędkością popędził w kierunku wyrastającej z pomiędzy sosenek góry.
- "Łał… Szybki jest…" - powiedział chudszy brat.
- "Czy ta góra była tam wcześniej?"
- "Nie wydaje mi się…" - pokręcił głową - "Ale lepiej go gońmy."
- "Trochę nam to zajmie…"
Ku ich zaskoczeniu, krótko po rozpoczęciu pościgu, okazało się, że ich postacie poruszają się znacznie szybciej niż zwykle. Już po kilku minutach sprintu po stromym, pokrytym cienką warstewką śniegu stoku dobiegli na szczyt, który okazał się płaski jak stół. Na jego środku, w grubej warstwie białego i zapewne zimnego puchu stał robal. Sople zwisające z jego głowy i nagła zmiana ubarwienia na niebieskawe ewidentnie świadczyło o tym, że stworzeniu nie sprzyjają ujemne temperatury.
- "I co teraz?" - zapytał Finn obchodząc stwora dookoła.
- "Rozwalmy go!" - zawołał z nieco niezdrowym entuzjazmem Jake.
Jakby na zawołanie z nieba spadł kamień. Bohaterowie niewiele myśląc chwycili za niego i zaczęli nim okładać zielonego potworka. Zamarznięta tkanka szybko pokryła się gęstą siatką pęknięć i skruszyła się, sypiąc naokoło różnych rozmiarów okruchami. Wielki, koronowany łeb, straciwszy spory fragment ciała, na którym się podpierał, odłamał się do końca i zarył w śnieg.
Wtem wszystko zaczęło się rozpływać niczym plastelina na patelni. Obydwa ekrany wypełniły różnobarwne, przypominające wylaną farbę, gluty, które powoli spływały w dół. Kiedy w końcu spłynęły całkiem, oczom grających ukazało się wnętrze domku na drzewie. Na środku drewnianej podłogi wciąż stał znajomy robal.
Finn nie czekał na lepszą okazję, czy jakieś wyraźne zachęty. Jego postać z przymocowanej do plecaka pochwy wyszarpnęła miecz i zadała cios. Rozcięta na pół bestia rozpłynęła się w powietrzu tak jakby nigdy nie istniała.
- "Teraz wreszcie możemy w spokoju pozwiedzać" - wyszczerzył się chłopak.
Marcelina starała się iść najszybciej jak się dało, nie budząc jednocześnie żadnych podejrzeń u podążającego za nią chłopaka. Nie miała najmniejszej ochoty na słuchanie produkowanych przez jego niewielki móżdżek bzdur, ani na nawet najmniejszą z nim kłótnię. Marzyła o tym by natychmiast znaleźć się w swoim malutkim, przytulnym mieszkanku, daleko od tego kłapiącego dziobem dziwaka. Przez ostatnie pół godziny tylko ciepłe frytki sprawiały, że nie uciekła od opowieści o dziwnych kumplach punka, czy jakieś "czarnej magii", której się uczy.
Naprawdę ciężko opisać ulgę jaką odczuła widząc w końcu znajome, szare drzwi do znajomej, szarej kamienicy. Rzuciła jakieś zdawkowe przegnanie i chwyciła za plastikowy uchwyt. Chciała pociągnąć, ale oparta o metalową powierzchnię, i to zaraz obok jej głowy, ręka skutecznie jej to utrudniła. Zaraz dołączyła do niej druga, ziemisto-skóra kończyna, skutecznie blokując wszystkie drogi ucieczki.
- "Już sobie idziesz?" - zapytał Ash.
- "Tak… Jestem zmęczona… Chcę sobie w spokoju odpocząć w domu…" - odpowiedziała dziewczyna starając się zachować spokój.
- "A jak zamierzasz odwdzięczyć się za jedzonko?" - spytał głosem, który sprawił, że czarnowłosa się wzdrygnęła.
- "Eee… Ładnie podziękować?" - uśmiechnęła się niepewnie.
- "Jak bardzo ładnie?" - białowłosy zdecydowanie nie patrzył jej w oczy. Do tego znajdował się zdecydowanie zbyt blisko by mogła powiedzieć, że odczuwa choćby szczątkowy komfort. Przez to wszystko poczuła się tak jakby zaraz miała zwrócić frytki.
- "Daj mi spokój Ash!" - krzyknęła - "Proszę… Idź sobie…"
- "Ależ o co ci chodzi Mar-mar?" - zbliżył się jeszcze bardziej. Jego przymilny głosik rozpoczął ćwiczenia akrobacji w jej żołądku.
- "Spadaj!" - odepchnęła go gwałtownie i szybkim ruchem wślizgnęła się do wnętrza budynku.
Wbiegła na klatkę schodową i przebyła kilka pięter, zatrzymując się dopiero przed wejściem do swego mieszkania. Z kieszeni szybko wygrzebała klucze i weszła do środka, zamykając za sobą.
Torbę ze wzmacniaczem odłożyła gdzieś pod ścianę, a bas ułożyła na honorowym miejscu - stojaku obok szafki z niewielkim telewizorem, stojącej naprzeciw czerwonej kanapy. Jeszcze dalej, za kanapą, stała niska komoda. Do niej właśnie Marcelina zbliżyła się w następnej kolejności. Chwyciła za umieszczony na niej duży, wypełniony drobnymi słoik z naklejoną krzywo karteczką. Odkręciła zakrętkę i wydobyła z kieszeni wszystko co tego dnia zarobiła. Odliczyła dokładnie połowę i przesypała ją do naczynia. Monety radośnie zabrzęczały uderzając o szkło.
Następnie jej uwagę przykuł znajdujący się obok "skarbonki" telefon stacjonarny. Jedna z umieszczonych w czarnej obudowie diodek świeciła jasną zielenią, oznajmiając, że na dziewczynę czeka jakaś wiadomość głosowa. Czarnowłosa i tak nie mając nic do roboty, kliknęła odpowiedni przycisk i usiadła na oparciu sofy. Z niewielkiego głośniczka urządzenia dobiegł kobiecy głos.
- "Tutaj doktor Princess. Operacja powiodła się" - Marcelina słysząc to zapomniała o nieprzyjemnym dniu i rozpromieniła się - "Można już odwiedzić pacjenta. I proszę to zrobić jak najszybciej, bo musimy pogadać. Do zobaczenia" - urządzenie odegrało serię pisków, oznajmujących koniec nagrania.
Uśmiechając się szeroko, dziewczyna wyłączyła telefon i przeskoczyła oparcie mebla. Wylądowała w stercie poduszek, gdzie szybko się umościła. Sięgnęła po leżący na ławie laptop i położyła go sobie na kolanach. Uruchomiła system.
Kilka długich minut później przywitała ją znajoma tapeta z ulubionym zespołem muzycznym. Pierwszym programem jaki uruchomiła był komunikator głosowy. Założyła na głowę słuchawki i odnalazła serwer, na którym rozmawiali jej znajomi. Zanim dołączyła upewniła się, czy ktoś tam w ogóle jest. Cztery linijki nicków i mrugające błękitem kulki wyraźnie mówiły, że jej kumple prowadzą zawziętą dyskusję. Podwójnym kliknięciem dołączyła do pokoju czatowego.
- "Siemka" - przywitała się. Zmarszczyła czoło gdy odpowiedziała jej jedynie głucha cisza - "Wendy? George? Ktokolwiek? Co jest? Nie przywitacie się nawet?" - żadnego odzewu - "W takim razie wypchajcie się…" - prychnęła wyłączając komunikator. Jej poprawiony przez wieści ze szpitala humor właśnie znów się pogorszył. Postanowiła się nieco wyżyć.
Wśród zgromadzonych na pulpicie słabej jakości nagrań, ulubionych piosenek i folderów z jej własnymi rysunkami odnalazła charakterystyczną ikonkę. Czerwone, nachodzące na siebie literki "AT". Powitał ją ekran z szaroskórą postacią czarnowłosej wampirzycy. Miała na sobie jasną podkoszulkę i jeansy.
Marcelina dołączyła do gry. Jej awatar wylądował na trawiastej równinie niedaleko domku na przerośniętym drzewie. Domku, który poprzedniego dnia miała zamiar przejąć gdy niespodziewanie zmógł ją sen. Rozmyślała nad tym po przebudzeniu i postanowiła zwalić winę na słabe żywienie.
Sterowany przez nią humanoidalny potworek ruszył w stronę olbrzymiej rośliny, po drodze poprawiając wiszący na plecach topór basowy. Czarnowłosa była dumna z tej broni. Miała ją dzięki wzięciu udziału w konkursie. Wyjątkowo się jej poszczęściło, bo otrzymała główną nagrodę - udział we wczesnej, zamkniętej becie i możliwość zaprojektowania dla siebie unikatowego przedmiotu.
Zatrzymała się. Do drzewa zostało tylko kilka metrów, ale dziewczyna zaczęła mieć wątpliwości. Prowizoryczny fort miała pozyskać dla swej gildii i wykorzystać jako bazę wypadową do królestwa gumowej królewny. Technicznie rzecz biorąc chatka należała do niej od dawna, ale zalęgły się w niej jakieś robale. Wszystko to nie stanowiło żadnych przeszkód. Problemem było raczej to, Marcelinie się nie chciało.
Nie było tutaj jednak mowy o żadnym lenistwie, o nie! Chodziło o to, jak "kumple" z gildii ją traktowali. Nie potrafili zrozumieć, że nie każdy, a już na pewno nie samotna, bezrobotna dziewczyna, ma czas na granie całe dnie. "Powitanie" na czacie jeszcze bardziej przekonało ja do tego, że nie chce już spędzać czasu z tymi ludźmi.
Dlaczego więc wciąż stała pod tą nieszczęsną, zmutowaną chyba-wierzbą? Może dlatego, że bardzo chciała w jakiś sposób poprawić sobie humor? Albo zrobić na złość znajomym z gildii? A może po prostu dlatego, że z okien domku dochodziło światło?
Wampirzyca nie zważając na to, że właśnie rozpoczyna się burza, podleciała do jednego z nich. Przez niezbyt czystą szybę dojrzała człowieka w białej czapce i zmutowanego, porośniętego żółtą sierścią psa, którzy rozglądali się po pomieszczeniu.
Marcelina uśmiechnęła się szeroko i zatarła ręce.
- "Świetna ta chata" - mruknął Jake rozglądając się swą postacią po pomieszczeniu stanowiącym połączenie salonu i kuchni.
W części salonowej stał stół i nieco wyblakła, czerwona kanapa. Nad nimi, na ścianie wisiał przedarty obraz przedstawiający nagą kobietę leżącą na jakimś starożytnym meblu. W kuchni wszystko poza połączoną z piekarnikiem kuchenką gazową i przewróconą na metalowe plecy lodówką było wykonane z drewna. Od połogi, przez półki i ściany, aż po sufit.
- "Łał" - westchnął zwiedzające pokoje piętro wyżej Finn - "Chodź tu na chwilę stary..."
- "Po co?" - spytał brat zostawiając swego zmutowanego pieska samego i zaglądając w monitor siedzącego obok.
Na ciekłokrystalicznym ekranie wyświetlała się sypialnia. Kilka obrazków na ściankach, szafka nocna i łóżko przykryte futrami jakiś dziwnych stworów.
- "Czemu łałasz?" - zapytał ponownie.
- "Nie widzisz tego zarąbistego wyrka?"
- "Wid…" - straszliwy huk grzmotu w słuchawkach przerwał jego wypowiedź. Dało się słyszeć stukające o szyby krople - "Nie wiedziałem, że w tej grze są dynamiczne zmiany pogody…"
- "Ciekawe, czy pogoda wpływa tylko na wygląd świata…"
- "Oby też na coś więcej" - Jake odwrócił się do swojego komputera - "Zejdź do kuchni, ogarniemy crafting."
Po chwili człowiek w białej czapce zszedł po krzywo skleconej drabinie i dołączył do przeszukującego lodówkę psa.
- "Nic tu nie ma" - marudził grający nim chłopak - "Tylko paczka truskawek…"
Ludzki bohater odwrócił się na pięcie i podreptał w stronę kanapy, podziwiać przedarte płótno. Mutant tym czasem jeszcze przez chwilę grzebał w metalowej skrzyni, rozsypując kostki lodu na lewo i prawo. W końcu, stwierdziwszy, że nic więcej już nie znajdzie, chwycił za paczkę owoców i znieruchomiał.
Głośnego pukania nie dało się zignorować.
- "Co to było?" - zapytał zdziwiony.
- "Ktoś pukał…" - mruknął szczupły blondyn - "Ale chyba nie do drzwi…"
- "Do okna…" - powiedział lekko zamyślony - "Ale to okno jest za wysoko…" - dwie pary wirtualnych oczu skierowały się w stronę jedynego okna w pomieszczeniu.
Na zewnątrz widać było tylko ciemność, jednak po chwili znów dało się słyszeć stukanie. Teraz nie było już wątpliwości, że to stamtąd dochodzi dźwięk. Resztkę wątpliwości rozwiał zresztą piorun, który na ułamek sekundy rozświetlił okolicę, ukazując prze okazji twarz za szybą. Praktycznie białą, wyposażoną w wielkie, czerwone ślepia i długie, ostre zębiska twarz. Kiedy uderzyła kolejna błyskawica, za oknem była pustka.
- "Co to było?!" - jęknął lekko przestraszony Jake. Jego dłonie zastygły w bezruchu nad czarną klawiaturą.
- "Nie wiem stary…" - pokręcił głową Finn - "Wyglądało trochę jak…"
- "Wampir?" - dokończył nieco drżącym głosem grubasek.
Wtem spod sufitu dobiegł ich kolejny stuk. Pomiędzy grubymi podporami dachy zwisał upiór w jeansach i szarym podkoszulku. Kaskada czarnych włosów, przecząc grawitacji, lewitowała nad jej plecami i zawieszonym na nich instrumentem. Na szarym licu znajome, choć już nie tak straszne, szkarłatne oczyska i długie kły wystające zza prawie czarnych warg.
MarcelineTheVampireQueen: "Siemka, co robicie w moim domu?"
FinnTheHuman: "twoim domu?"
MarcelineTheVampireQueen: "Moim"
Smukła postać podleciała do służącej jako część ściany, grubej gałęzi i odsunęła wiszący na niej, malutki obrazek. Głęboko w żywym drewnie ktoś wydrapał koślawą literę "M".
MarcelineTheVampireQueen: ""M" jak "Marcelina""
JakeTheDog: "Jesteś wampirem?"
Nie-martwe stworzenie chwyciło bohaterów i posadziło ich na kanapie. Odłożyła bas na stół i usiadła między nimi.
MarcelineTheVampireQueen: "Jestem… Ale nie martwcie się. Nie piję krwi"
Wyciągnęła rękę, a pozostawione na krawędzi lodówki opakowanie z truskawkami uniosło się w powietrze i powędrowało przez pomieszczenie, prosto ku wampirzycy. Czarnowłosa rozerwała ostrymi paznokciami grubą folię i czubkiem kła wyssała kolor z jednego z zimnych owoców.
FinnTheHuman: "wow"
MarcelineTheVampireQueen: "Super, co nie?"
MarcelineTheVampireQueen: "Wiecie co? Długa podróż za mną… Chciałabym odpocząć…"
MarcelineTheVampireQueen: "Możecie już iść :P"
FinnTheHuman: "cooo?! ale my tyle się namęczyliśmy, żeby zdobyć ten domek!"
- "Finn…" - jego brat szturchnął go w bok - "Odpuść… To ten gracz o którym czytałem… Jest w czołówce… Jak będziemy się stawiać, to nas dosłownie zje…"
- "Ale… Ale domek…"
- "Już nie należy do nas…" - zmutowany pies pociągnął człowieka do wyjścia - "Znajdziemy coś lepszego…"
Czarnowłosa wampirzyca obserwowała przez okno oddalające się trawiastą równiną postacie. Wyssała kolor z kolejnej truskawki.
Czarnowłosa skrzywiła się i położyła dłoń na domagającym się głośno jedzenia brzuchu. Pochłonięte w grze owoce w jakiś dziwny sposób przypomniały jej jak niewiele tego dnia jadła. Z trudem wymagającym wykorzystania całych zasobów silnej woli, powstrzymała się od pomaszerowania do kuchni i pożarcia żelaznych zapasów, czy zużycia przeznaczonych na śniadanie oszczędności.
Przez chwilę jeszcze zastanawiała się, czy nie oszukać głodu szklanką pysznej, zalatującej chlorem kranówki, ale ostatnie pół godziny moszczenia się w stosie poduszek zaowocowało na tyle wygodną pozycją, że nawet najszczersze chęci przy tak mało liczącym się celu spalały się jak sucha słoma. Dziewczyna rozejrzała się bezsilnie po pokoju, wzruszyła ramionami i postanowiła wrócić do gry. Znów naszła ją ochota na dowcipy...
- "Może tutaj?" - spytał nieco znudzonym głosem chłopak w białej czapce.
- "Trochę tu syfiaście…" - mruknął z niezadowoleniem jego brat.
Ich postacie wpłynęły właśnie na sporym kawałku kry, prosto do częściowo zalanej groty. Jej skalne ściany pokrywała dziwna, ciemno-zielona, nieregularna masa. Zdawała się ona wręcz pochłaniać słabe światło księżyca dochodzące z powierzchni. Roztapiający się pod nogami bohaterów, lodowy kształt powoli zbliżał się do brzegu.
- "Nie przesadzaj…" - powiedział lekceważąco chłopak - "Tutaj przynajmniej nic nie próbuje nas zabić…"
- "Jak na razie…"
- "Nie naruszamy niczyjej prywatności…"
- "Jeszcze…"
- "Ani nie próbujemy zamieszkać na kimś albo w kimś…"
- "Wiesz… Ta jaskinia wygląda trochę jak flaki od wewnątrz…"
W tym momencie ich mikro-lodowiec stuknął w kamienny występ. Głuchy dźwięk rozszedł się echem po jaskini, a po chwili został zastąpiony narastającym piskiem. Tysiące małych, włochatych nietoperzy oderwało się od ścian i sklepienia, by wylecieć przez każdy możliwy otwór groty. Przez chwile na obydwu monitorach nie było widać nic poza czarną, kotłującą się masą.
Kiedy całe stadko latających myszy wybyło, oczom graczy ukazały się jasno-brązowe skały. Stalaktyty i stalagmity zdobiły grotę. Pomiędzy dwoma potężnymi stalagnatami leżał stos desek i różnego rodzaju śmieci. Gdzieś w kącie ktoś oparł kilka pochodni na długich drągach.
- "Wiesz co stary?" - odezwał się Jake - "Tu wcale nie jest tak źle…"
Kilkanaście minut później z położonej nad wodą jaskini dochodziło światło pochodni i nieskomplikowana melodia. Przed skleconą z desek, położoną pomiędzy dwoma stalagnatami, chatką w najlepsze bawiła się dwójka bohaterów i niewielki tłumek miejscowych NPC-ów, którzy przybyli powitać nowych sąsiadów. Dziwne istotki przyniosły przekąski i proste instrumenty na imprezę, a nawet pomogły w wykończeniu domku.
- "Ta gra jest nieźle walnięta…" - mruknął Jake wpatrując się w swą postać, która radośnie wywijała tyłkiem tuż nad brzegiem.
- "Chyba chciałeś powiedzieć "rozbudowana"" - wyszczerzył się Finn.
- "Stary… Przed chwilą budowaliśmy chatkę ze śmieci, a teraz tańczymy z jakimiś pokręconymi stworkami do tej prymitywnej muzy…"
- "Ja uważam, że to dobrze…" - chłopak prawie położył się w fotelu. Mebel wydał z siebie niepokojący dźwięk - "Tak jest ciekawiej."
- "Brakuje tu tylko tej wampirzycy…" - powiedział ponuro.
Kiedy tylko wypowiedział ostatnie głoski, gdzieś wysoko pod sklepieniem rozległ się dźwięk poruszanych strun gitary basowej. Z łatwością przebił się przez grzechotki i bębny, uciszając przy okazji ich właścicieli.
MarcelineTheVampireQueen: "Widzę, że znaleźliście sobie fajową jaskinię"
Czarnowłosa wampirzyca wylądowała na skalnej posadzce, wśród przestraszonych stworków. Nawet nie podejrzewała w jak idealnym momencie się pojawiła.
Zrobiła kilka kroków w stronę najbliższego, otoczonego kamieniami, stalagmitu.
MarcelineTheVampireQueen: "Byłoby szkoda, gdyby okazało się, że już do kogoś należy…"
jeden z kamlotów samoistnie uniósł się w powietrze, ukazując wydrapaną w formacji skalnej, znajomą, koślawą literkę.
FinnTheHuman: "możesz sobie wziąć to miejsce! ja mam brata i mogę się z nim tułać po tym serwerze jak długo będziemy grać"
MarcelineTheVampireQueen: "Brata powiadasz?"
Ciało dziewczyny porosło gęstym, szarym futrem. Ręce i nogi pozostały nagie, ale za to pociemniały i wykształciły pazury. Z pleców wyrosły nietoperze skrzydła, a uszy stały się wielkie jak radary. Nos powiększył się i zadarł w górę, a oczy osiągnęły rozmiary spodków i zajarzyły się wściekłą czerwienią. Cała postać gwałtownie urosła, wypełniając swą osobą pół jaskini. Bas na podtrzymującym go pasku przypominał obrożę z zabawkową ozdobą. Jedynie kły pozostały tak samo ostre i straszne jak wcześniej.
Długa, pazurzasta kończyna sięgnęła po zmutowanego psa. Bestia przystawiła sobie go do paszczy.
MarcelineTheVampireQueen: "Chodzi o niego prawda? :D"
- "Stary… weź coś zrób…" - jęknął Jake.
Finnowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Właściwie to nie trzeba mu było mówić wcale. Rzucenie się na potwora miał w planach od momentu, w którym go zobaczył.
FinnTheHuman: "zostaw mojego brata!"
Człowiek wyszarpnął miecz z pochwy i zaszarżował w stronę wampirzycy. Po drodze, nagłym ruchem, skręcił w stronę jednego ze stalagmitów. Skoczył na skałę i wybił się z niej wysoko w powietrze, szykując się jednocześnie do zadania zabójczego ciosu.
Nie poleciał jednak zbyt daleko. Ostry szpon odbił ostrze gdzieś w bok, sprawiając, że wbiło się w wiszący wysoko stalaktyt. Sam jego właściciel wylądował ciężko na twardym gruncie kilka metrów od tafli wody.
Bohater nie zamierzał się jednak poddawać i znów rzucił się na bestię. Wykonał przy tym identyczny manewr, tyle, ze tym razem chwycił się kurczowo jej łapy i zaczął wspinać. Wampirzyca próbowała strącić ją machając kończyną, ale to tylko ułatwiło mu wybicie się wyżej. Odbił się od nierówności sklepienia i uderzył pięścią we włochatą głowę potwory.
Bestia zachwiała się i upuściła psa, który klapnął o ziemię, a sama przekształciła się z powrotem w czarnowłosą dziewczynę.
MarcelineTheVampireQueen: "Auć... "
MarcelineTheVampireQueen: "To było niezłe :D"
MarcelineTheVampireQueen: "Wiecie co? Jesteście spoko"
MarcelineTheVampireQueen: "Możecie sobie zabrać ten domek na drzewie :P"
