Gdyby stare waśnie miały znaczenie, zapewne z niesmakiem stwierdziłby, że Weasley znał się na rzeczy. Nigdy nie rozumiał dlaczego Ron chciał być tak bardzo w drużynie, ale pewnie miało to coś wspólnego z faktem, że starał się dorównać Potterowi, a potem jemu samemu. Kiedy jednak mężczyzna porzucił marne marzenia o karierze gracza, musiał pójść po rozum do głowy i zdać sobie sprawę, że równie dobre pieniądze mógł zarobić nie tracąc kontaktu z grą jako szkoleniowiec. Wiedza Weasleya na temat quidditcha była tak obszerna, że Draco nie raz i nie dwa zastanawiała się czy Ron robił w Hogwarcie coś oprócz czytania 'Quidditcha przez wieki'. Jego żona zapewne miałaby na ten temat wiele do powiedzenia.

Szatnia nie była tak duża jak ta Armat, ale przyjemnie przestronna. Atmosfera lekkiego oczekiwania pozwalała mu na przebywanie w stanie ciągłej gotowości, a jednocześnie nie denerwował się ani przez chwilę. Był pewien swoich umiejętności i kwestią czasu było, aby pozwolili mu pokazać na boisku to co potrafił. Większość z jego nowych kolegów z drużyny widziała go już w akcji, jeśli nie podczas Mistrzostw z ławy widzów, to jako przeciwnicy. I teraz mieli stanąć ramię w ramię.

Weasley wszedł bez wahania do szatni i stanął niedaleko jednej z szafek, wpatrując się w nich swoimi niewielkimi oczkami, które zaczynał już mrużyć. Zapisane niezgrabnym listem kartki i cienie pod oczami świadczyły tylko o tym, że spędził nad tym całą noc. I Draco rozumiał, że ten pierwszy trening naprawdę był dla nich ważny. Byli zbieraniną ludzi, którzy jeszcze nigdy ze sobą nie grali. Niektórych z tych ludzi nie kojarzył nawet z nazwisk. Podejrzewał, że Weasley wygrzebał ich z jakiś przydwornych klubów, które zaczęły się organizować w pomniejsze ligi jeszcze w czasach, gdy Merlin był małym chłopcem. Opowiadano zresztą różne anegdoty na ten temat. Draco wiedział jednak z dobrych źródeł, że podobnie jak Granger-Weasley ten znakomity mag nigdy nie opanował władania miotłą.

- Przed nami pierwszy trening – zaczął Ron, nie starając się nawet podnosić głosu. – To nie jest jednak tylko zapoznanie z boiskiem i waszymi umiejętnościami. Obserwowałem każdego z was i wiem jak świetnymi graczami jesteście. Nie bylibyście tutaj, gdybym myślał inaczej. Naszym zadaniem nie jest zagranie dobrego meczu, nie chcemy znakomitego treningu, po którym wasze mięśnie będą rozgrzane, a głowy pełne nowych strategii – ciągnął dalej Weasley i Draco zdał sobie sprawę, że ten rudzielec posiadał jednak charyzmę.

Dotąd spodziewał się czegoś podobnego po Hermionie czy Potterze, który przecież stanowił symbol czarodziejskiego wolnego świata. Przed nim jednak stał ten sam Ron Weasley, który jeszcze niedawno pluł ślimakami, i Draco nie mógł nie wyprostować się lekko, gdy spijał słowa z jego ust.

- Przed nami znajduje się cel o wiele bardziej doniosły – podjął Weasley. – Pamiętacie legendy o Srokach, pamiętacie te opowieści, które sprawiały, że na waszych rękach pojawiała się gęsia skórka. Może niektórzy z was zaczęli grać, ponieważ chcieliście dorównać legendarnemu składowi Srok z Montrose – ciągnął dalej. – Powiem wam jedno! Jesteśmy tutaj, aby tworzyć legendę. Jesteśmy tutaj, aby stać się nią, a to jest pierwszy dzień, gdy zaczynamy pracować na nasze własne imiona! Kto jest ze mną? – spytał Weasley i Draco poczuł jak z jego pierwsi wyrywa się jedno słowo.

- My! – krzyknął podobnie jak wszyscy wokół.

- Kto chce tworzyć legendę? – spytał Weasley.

- My!

- Kto teraz pokaże na co go stać? – spytał Weasley ponownie i nikt się nie wahał.

Wstali pospiesznie i truchtem pobiegli na boisko. Weasley klepał w plecy każdego z nich i Draco trochę zaskoczony poczuł na skórze dotyk spoconej dłoni. Oczy Rona świeciły dziwnym blaskiem, który kojarzył mu się tylko z gryfońskim szaleństwem. Jednak jeśli to było to – wszyscy zatem byli szaleni, bo jego serce biło jak opętane, gdy wzbijał się w powietrze. Jego miotła pozwoliła się prowadzić bez przeszkód i skinął głową w stronę ścigającym. Już dawno przestał oceniać ludzi po wyglądzie, ale dwie smukłe kobiety na tej pozycji zaskoczyły nawet jego. Wątpliwości jednak szybko znikły, gdy obie stały się wyłącznie smugą rozmazanych barw. Nie obserwował kafla, ale tłuczek śmignął mu tuż nad głową. Druga drużyna złożona z rezerwowych była cholernie dobra, musiał im to przyznać. Ich szukający dostrzegł już znicz i Draco czułby się tym faktem zaniepokojony, gdyby nie dwóch pałkarzy, których Weasley musiał wyciągnąć z Jastrzębi z Falmouth. Tłuczek nie trafił co prawda w szukającego przeciwników – Wilma, o ile dobrze pamiętał, ale wytrącił go z równowagi. Draco wiedział, że dla niego minęły zaledwie sekundy meczu – jego cała uwaga skupiona była na zniczu. Słyszał co prawda Weasleya krzyczącego po nazwisku do każdego z graczy obu sztucznie podzielonych drużyn, ale dopóki charakterystyczne Malfoy nie padło, nie zamierzał oglądać się za sobą.

Wilm zresztą o wiele zbyt szybko doszedł do siebie i lecieli teraz ramię w ramię. Złote skrzydełka znicza lśniły w porannym słońcu, ale na jego butach nie było nawet śladu po rosie. Jego dłonie zdrętwiały, tak mocno trzymał się trzonka i spojrzał przed siebie, widząc jedną z ich ścigających – Drenworth. Kobieta leciała wprost na nich z uśmieszkiem samozadowolenia, który naprawdę oznaczał naprawdę bardzo wiele.

Instynkt podpowiadał mu, że ścigająca nie zsunie się z drogi, chwilowo wytrącona z walki o kafel. Wszyscy wiedzieli, że znicz liczył się najbardziej. Draco więc uśmiechnął się do niej w tym samym ułamku sekundy, w którym Wilm skręcił mocno w lewo, wykonując manewr omijający w ostatniej chwili. Drenworth zeszła w dół tak pospiesznie, że przez chwilę zastanawiał się czy kobieta nie spadła, ale w jego dłoni znajdował się znicz i nic tak naprawdę się nie liczyło.

Kiedy lądował na kompletnie suchej już trawie, było prawie południe i Weasley wpatrywał się w niego z totalnym szoku. Drenworth podbiegła do niego w chwilę później i klepnęła go w plecy z taką siłą, że prawie wypluł płuca.

- Przez moment myślałam, że spietrasz – przyznała bez żenady, więc wyprostował się nieznacznie.

- Dobra robota – przyznał Wilm, podając mu dłoń, którą Draco przyjął z wdzięcznością.

- I mamy stały element gry – prychnęła Fantmore, druga ze ścigających, towarzysząc rosłemu mężczyźnie, który był kiedyś obrońcą w Harpiach.

Draco nie znał ich wszystkich jeszcze dobrze, ale większość nie zdążyła się oswoić z nową sytuacją. Z tego co mówił Ron, przeprowadzili dwa wstępne treningi i żaden nie był prawdziwym meczem. Jeśli Weasley chciał się przekonać, kto jest najlepszym szukającym wśród dostępnych zawodników, na pewno pokazał na co go stać. Zawsze szybko myślał w powietrzu, a ryzykowany styl Drenworth przypadł mu do gustu. Miał nadzieję na niejedno spotkanie w tym guście.

Spojrzał w górę, na trybuny, gdzie spodziewał się dostrzec chociaż zarys sylwetki mężczyzny, który postanowił poświęcić fortunę na powołanie składu, ale wokół panowała dziwna cisza. Nie licząc wykrzykujących na głos swoje uwagi zawodników i wysłuchującego ich Weasleya, który spokojnym głosem korygował błędy, Draco nie dostrzegał nikogo co mocno go zaskoczyło. Prorok Codzienny szeroko rozpisywał się o właścicielu drużyny, ale nigdy nie wymieniono sumy za jaką wykupił prawa do Srok z Montrose ani jego nazwiska. Anonimowość w tym sporcie nie była częsta. Sam czerpał na swoim nazwisku jak wiele mógł. Draco Malfoy znany był z ciężkiej pracy i finezyjnej gry. Z zagrań, które wybiegały poza schemat.

Weasley kiwał w jego stronę głową przez chwilą, a potem uniósł kciuk do góry.

- Wchodzisz, Malfoy. Nie, żebym spodziewał się czegoś innego po twoim transferze. Wilm powinien mieć kopię zapasową specjalnie przygotowanego dla was treningu. Jeśli gdzieś ją posiał, moje biuro jest na końcu korytarza. Wskakujcie pod prysznic, bo Uzdrowiciele czekają – rzucił Weasley.

- Uzdrowiciele? – zdziwił się Draco. – Niczego nie naciągnąłem – przyznał pospiesznie.

Weasley przewrócił oczami.

- Pewnie mnie wyśmiejesz, ale to taka mugolska metoda. Wiesz, żona i najlepszy przyjaciel zabierali mnie na mecze ich quidditcha na trawie – odparł Weasley z dziwnym dla siebie zduszonym tonem.

- Quidditch na trawie? – powtórzył, nie mogąc za bardzo pojąć.

Weasley westchnął.

- Wyobraź sobie, że kopią piłkę… - odparł mężczyzna. – To jest jednak temat na później. Harry zapewne z przyjemnością opowie ci o zasadach. Nie oceniaj Uzdrowiciela zanim cię nie dotknie – dodał.

- Potrafią cuda – przyznał Marsh, wymijając go w drodze do szatni. – Zajmuję pannę Mertil! – krzyknął jeszcze obrońca rezerwowy.

- Zapomnij! – dodał pospiesznie Wilm. – Najlepsze Uzdrowicielki tylko dla szukających! – poinformował wszystkich wokół z błyskiem w oku.

Draco zaczął zastanawiać się czy aby na pewno jego świat nie stanął na głowie.

ooo

Nikt jeszcze nie dotykał go w ten sposób i normalnie uznałby, że Weasley zwariował, gdyby nie fakt, że jego mięśnie już teraz wracały do poprzedniej sprawności, zanim jego tyłek spędził na miotle ponad cztery godziny. Jego pośladki były zawsze nieprzyjemnie twarde po meczach i sypiał na brzuchu, całkiem nieświadom, że ludzie o takich dłoniach istnieli. Nie wiedział gdzie Weasley znalazł Carona, ale gdyby majątek jego rodziny nie ucierpiał po wojnie, zapewne wynająłby Uzdrowiciela na całą dobę.

Ron przeszedł między nimi kilka razy, upewniając się czy wszystko w porządku i Draco po prostu wtulił się w miękką poduszkę pod swoją głową. Nie spodziewał się nawet, że jest, aż tak zmęczony dopóki ktoś nie potrząsnął jego ramieniem, bezczelnie budząc go z najprzyjemniejszego snu jaki miał.

Drenworth spoglądała na niego uśmiechając się krzywo i zdusił w sobie chęć zakrycia się. Z jakiś powodów rozebrali się do skanów i masażu, ale odkąd dziewczęta miały osobną szatnię jakoś jeszcze kilka chwil temu nie przeszkadzało mu to za bardzo. Aż do chwili, gdy Drenworth zaczęła obłapiać go wzrokiem.

- Zawsze chciałeś być szukającym czy jesteś naturalnie szczupły? – spytała powtarzając jeden z najmniej przyjemnych stereotypów o jego pozycji.

Wbrew temu co sądzono, nigdy się nie głodzili. To warunki fizyczne decydowały o ich możliwościach. Zostałby ścigającym, ale to nigdy nie sprawiało mu takiej frajdy i oboje to wiedzieli.

- Zawsze podkradasz się do szatni po meczu czy to zaszczyt mnie właśnie spotkał? – spytał, naśladując jej manierę i akcent z głębokiej Walii.

Pojęcia nie miał gdzie Weasley wynalazł tych ludzi, ale zaczynał kochać faceta. Drenworth zaśmiała się lekko.

- Zawsze – przyznała i Draco spojrzał zaskoczony jak Wilm obejmuje kobietę w pasie. – Umowa wiązana, widzisz – dodała i mrugnęła do niego porozumiewawczo, gdy opuszczali szatnię. – Musisz się ubrać, bo zaraz boisko przejmuje nieustraszona dwuosobowa drużyna – krzyknęła jeszcze i Draco zdał sobie sprawę, że został w szatni w zasadzie sam.

Nie wątpił, że utrzymanie stadionu musiało sporo kosztować. Zastanawiał się kto jeszcze wynajmował obiekt, ale odpowiedź na to pytanie przyszła niespodziewanie, gdy Jason znowu uczepił się jego koszulki, którą dopiero co zdążył założyć. Ręcznik, którym obwinięty był wcześniej, nadal wisiał przerzucony przez drzwi szafki. Normalnie, gdyby był nadal w Armatach, zostałby dłużej, aby samemu potrenować, ale Uzdrowiciel wprowadził go w taki trans, że nie chciał psuć tego rozluźnienia. To był dobry trening i każdy zasługiwał na odpoczynek.

- Cześć mały – powiedział, przyklękując przy dzieciaku.

Rozejrzał się niepewnie, ale Potter najwyraźniej stracił dzieciaka z oka i musiał szukać go w tym sporym obiekcie.

- Nie możesz się tak urywać – dodał, ignorując dziwny słowotok, którego nawet nie próbował zrozumieć.

Nie był pewien czy Potter za czasów swojej młodości też wydawał z siebie takie nieskładne dźwięki, ale to było całkiem prawdopodobne.

- Nie urwałem się – wyrzucił z siebie Jason w końcu i Draco nie mógł nie uśmiechnąć się krzywo.

- Jasne – powiedział tylko, bo ostatnim co zamierzał to sprzeczać się z dzieciakiem. – Ciekawe czy twój… - urwał, nie wiedząc za bardzo jakie są układy między tą dwójką.

Jason nazywał Pottera Harrym, więc musiał być świadom chociaż częściowo adopcji. Nie był to jednak interes Draco.

- Ciekawe czy Harry jest tego samego zdania – dokończył w końcu i spojrzał w stronę drzwi.

Nigdy nie był w towarzystwie dzieci sam. Matka przeważnie zostawiała skrzaty na straży najmłodszych podczas przyjęć. Nie miał młodszego rodzeństwa, a kuzynostwo stanowiło przeciwstawną frakcję podczas oraz po wojnie, co skutecznie ukróciło ich kontakty. Nimfadora miała syna, ale widział go wyłącznie przelotnie.

Nie wiedział co robiło się z dziećmi. Odesłanie Jasona z powrotem na korytarz wydawało mu się jednak nieodpowiednie. Zapewne urwałby się ponownie i skręcił nie tam gdzie trzeba. A Draco nie chciał tłumaczyć Potterowi, że przez całe cztery sekundy miał jego dzieciaka w zasięgu i wypuścił go od tak. W końcu jego zadanie polegało na niegubieniu takich nerwowych zniczy jak ten.

- Gdzie jest twój… Harry? – zakończył nieskładnie i zamarł, gdy drzwi do szatni otworzyły się.

- Mówię ci, że jeszcze przed sekundą widziałem go na trybunach – powiedział Potter. – Dren daje mu za dużo słodyczy i pewnie… - zaczął mężczyzna i urwał na ich widok.

Draco zerknął na Jasona, który nadal wczepiał się w jego koszulę.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem łapką na twojego dzieciaka, Potter? – spytał, starając się zabrzmieć ironicznie, ale Harry uśmiechnął się tak szeroko, jakby w ogóle nie dochodziło do niego co Draco mówi.

- Ale dlaczego? To byłaby znakomita posada? Już widzę te nagłówki; Szukający kontra wiecznie szukany, no nie łobuzie? – spytał Potter, wyciągając dłonie w stronę dziecka, które nareszcie dało mu spokój.

- Harry! To Draco Malfoy! – krzyknął Jason i to było mało zabawne już za pierwszym razem.