-Kaiba organizuje nowy turniej!- Z tym radosnym okrzykiem, Jonouchi wtargnął do mojego domu.
Chwilę później, nie czekając zupełnie na moja reakcję, zaczął pakować moje rzeczy do pierwszej walizki, jaką udało mu się znaleźć. Mówił dość szybko, więc jedyne, co zrozumiałem to cos o Stanach i Anzu, Hondzie, Otogim, Mai i Shizuce które mają jechać z nami.
Po jakiejś godzinie byliśmy już w drodze na lotnisko a po kolejnym półgodziny - spotkaliśmy się już z resztą ekipy. Tylko Anzu miała do nas dołączyć już w Ameryce, ale tego się wszyscy spodziewali.
To będzie mój pierwszy turniej bez Mou...
Bez Faraona.
Nie potrafię wymówić jego imienia.
To ono mi go odebrało.
To przez nie musiał odejść, zostawić nas.
Zostawić mnie.
Gdybyśmy go nie odnaleźli...
Zostałem wyrwany z zamyślenia przez radosny okrzyk Ryou. Tak, nie mogę jeszcze zaprzepaścić więzi z przyjaciółmi tylko dlatego, że jest mi smutno. Oni wciąż tu są. Nie mogę wymieniać czasu z nimi na wspomnienia, nie mogę ignorować tego co teraz dla tego co było.
Dałem się szybko włączyć w rozmowę, siląc się nawet na uśmiech. Ale myśli nie miały zamiary zostawić mnie w spokoju. Ostatni raz wylatywałem do Ameryki kiedy on...
Nie! Dosyć.
/
Następnego dnia po naszym przylocie, kiedy juz wszyscy odespaliśmy lot i zadomowiliśmy się w hotelu w Kaiba Landzie (wcale nie mam z tym miejscem żadnych wspomnień, w ogóle. Szkoda, że mój umysł nie chce się ze mną zgodzić.), ruszyliśmy na ten dziwny, przesadzony stadion w kształcie głowy Niebieskookiego Białego Smoka. Dobrze, że przynajmniej Kaiba jest taki jak zawsze.
Tak jak przy Mieście Pojedynków, kolejność zawodników miała być zadecydowana przy pomocy maszyny losującej.
Nie umknęło mojej uwadze, że Kaiba nie przyszedł sie z nami przywitać, kiwnął nam tylko głową ze swojego miejsca na scenie. Wyglądał bardziej złowrogo niż zazwyczaj.
-Zdaje się, że Kaiba znowu ma jakieś kłopoty z turniejem.- Zauważyłem, na co Ryou mi przytaknął.
-Wiesz, sam się podkłada. Organizuje turniej, po czym nie sprawdza, kto na niego przychodzi.- Prychnął Jounouchi, na co Mai wymamrotała coś co brzmiało jak 'Marik'.
-Może się rozpogodzi, jak przyjdzie jego kolej. Tym razem ma grać.- Powiedziała Anzu. Dołączyła do nas dzisiaj rano, ponieważ jak sama stwierdziła, nie było sensu płacić za hotel, skoro mieszka niedaleko. Zawsze wydawało mi się, że była zakochana w Faraonie. Ale teraz, gdy patrzyłem na radość na jej twarzy i słuchałem jej historii, dotarło do mnie, że nawet jeżeli tak było, to ona już się pozbierała. Tylko ja zostałem w miejscu.
Losowanie zaczęło się.
Oczywiście, pierwszy pojedynek przypadł Jonouchiemu i jakiemuś gościowi z Egiptu. Przy jego profilu nie było zdjęcia ani imienia. Tylko narodowość. Spojrzałem na Kaibę. Wyglądał na niezadowolonego. Czyżby kolejny haker?
Całą grupa zaczęliśmy dyskutować, jakie są szanse, że tym tajemniczym zawodnikiem będzie Marik albo Ishizu- w końcu oni mieli słabość do efektownych, tajemniczych wejść. Nic dziwnego, że po paru minutach już zaczęły krążyć po naszej grupie zakłady.
Chyba nie muszę tłumaczyć, że to też wywołało falę wspomnień. Ruszyliśmy w stronę pierwszej areny. Co ciekawe, po drodze dołączył do nas Kaiba razem z Mokubą.
-Dobrze, że jesteście!- Krzyknął Mokuba, i dopiero teraz, gdy na niego spojrzałem zobaczyłem, jak bardzo wyrósł. Jeszcze mnie przerośnie. Nic nowego.
-Dziękujemy za zaproszenie.- Odpowiedziałem. - Czy mi się wydaje, czy znowu jest coś nie tak?- To pytanie skierowałem w stronę Kaiby. Zostałem zmrożony wzrokiem.
-Ten zawodnik... Nie wierzę w to, kim jest. Dlatego nie wpisałem imienia ani nie dałem zdjęcia. Nie wiem, jaki kto ma cel we wprowadzaniu zamieszania w tej chwili, ale się dowiem.- Niestety, nie wiele mi to powiedziało. Sądząc po minach Hondy i Anzu stojących najbliżej nas, im też nie.
Dotarliśmy do areny.
Oczywiście, była stworzona tak, by przywodzić na myśl egipskie grobowce. Wszystko się sprzysięgło, by mnie jak najbardziej zdołować, podsuwając mi cały czas coś, co przywoływało wspomnienia. A wszystkie związane z nim.
Zajęliśmy nasze miejsca po bokach a Jonouchi wskoczył na swoje miejsce na platformie.
Chwilę później na arenę wkroczył ten Egipcjanin, z twarzą zakrytą kapturem i z szatą powiewającą dramatycznie za nim. To może być Marik.
Komentator wypowiedział standardową formułkę i pojedynek się zaczął.
Razem z Ryou postanowiliśmy jak najdokładniej obserwować strategię Egipcjanina w nadziei, że uda nam się ustalić jego tożsamosć.
Jonouchi zaczął Wojownikiem Panterą.
Jego przeciwnik bez wahania zagrał dwie karty zakryte i przyzwał Gazelle, Króla Mitycznych Bestii.
Zupełnie jakby grał moja talią.
Po kilku minutach musiałem przyznać, że nieznajomy był bardzo dobry.
W dziesięć minut odebrał Jonouchiemu ponad połowę życia, jego własne punkty zostawiając praktycznie nietknięte.
A jego karty, chociaż nie wszystkie, przypominały mi aż za dobrze talie, którą stworzyłem dawno temu z przyjacielem.
Na polu Egipcjanina pojawili się Rycerz Królowej, Rycerz Waleta i Rycerz Króla.
Znam tą strategię, przypomina moją i Mou...
Faraona.
Może to naprawdę Marik?
On widział, jaki mamy styl gry, może...
A wtedy usłyszałem głos nieznajomego.
Taki podobny do JEGO.
To nie był Marik.
Podczas gdy ja słuchałem głosu, Ryou słuchał słów. Pobladł, tak jak reszta zebranych. Mai wyglądała na roztrzęsioną.
-Yugi, on chce wezwać...!- Nie dane mu było skończyć.
Na polu pojawił się Niebiański Smok Ozyrys.
-Niemożliwe...- Szepnąłem. Ta karta zniknęła razem z grobowcem!
Musi być fałszywa!
Spojrzałem na Jonouchiego.
Był w szoku.
Na szczęście szybko się ocknął i dobrał kartę.
-Ta karta pozwala mi zaatakować przeciwnika potworem o poziom 3 lub niższym, niezależnie od tego, czy ma on potwora na polu!- Po tym okrzyku, Dziecko Smoka poszybowało prosto na Egipcjanina, zadając mu bezpośredni cios.
Kaptur spadł z głowy Egipcjanina.
Oh, Ra.
Na przeciwko Jonouchiego, uśmiechając się triumfalnie stał nikt inny jak Faraon Atem.
