Dochodziła po mału 9 wieczorem. Ciemnowłosy mężczyzna siedział na swoim łóżku, oparty wygodnie o stos poduszek, ułożonych na wezgłowiu. Analizował tekst przed sobą, porównując go z wynikami badań lekarskich. Jedną dłonią podtrzymywał sobie papiery, a druga spoczywała łagodnie na włosach śpiącego obok, zawiniętego w kołdrę, drugiego mężczyzny o piaskowych włosach. Co jakiś czas dłoń zsuwała się na szyję Johna, mierząc mu ostrożnie puls, by zaraz pogładzić delikatnie zmierzwione pasma. Kiedy wcześniej mu się przyglądał, zauważył jak bardzo zmienił się doktor przez te 3 lata jego nieobecności – we włosach było widać kilka białych kosmyków, twarz wyraźnie poszarzała, a pod oczy zawitały głębokie, fioletowe cienie, wraz z armią zmarszczek. Kiedy niósł go do pokoju, zwrócił też uwagę na wystające żebra, wbijające mu się w ramię, kiedy go obejmował i niską wagę Johna. Ogólnie Watson wyglądał jak osoba na skraju wyczerpania – zarówno fizyczne i psychicznie. I to się detektywowi bardzo nie podobało.
Zaskakiwał go również fakt, że jego sypialnia była wyraźnie posprzątana i w stanie nie zmienionym praktycznie sprzed 3 lat. Tak jakby John nie mógł się z tą resztką wrażenia, że Sherlock zaraz wróci do siebie, do ich domu. Jak gdyby nic. Podczas sprzątania salonu i kuchni odkrył również inne swoje rzeczy - próbówki, co prawda zbite, ale jednak przeleżały w kuchni tyle lat. Skrzypce, skrzętnie ukryte na szafce wraz z czaszką, nie ucierpiały podczas demolowania salonu, co więcej, wyglądało jakby John mimo wszystko celowo je ominął. Gdy dokładniej im się przyjrzał, zauważył ślady regularnego czyszczenia tych przedmiotów z kurzu. Poczuł wówczas jakieś niezidentyfikowane ukłucie, w okolicy serca, którego przyczyny nie tyle nie umiał, co nie chciał zrozumieć.
Jeszcze nie chciał.
Sherlock westchnął i odłożył na szafkę książkę, pokrytą notabene i tak już różnymi papierami. Wolumin, który obszernie zajmował się tematem raka mózgu, kazał sobie przywieźć Mycroft'owi. O dziwo starszy z Holmesów spełnił prośbę bardzo szybko, przywożąc do tego osobiście nie tylko kilka pozycji o chorobie doktora, jak i zaopatrzenie do kuchni oraz ogólnie domu– szczególnie naczynia, które w ferworze szału John „wybił" co do jednego.
Mycroft wtedy chwilę stał w progu, prowadząc cichą rozmowę z Sherlockiem, która ku zdumieniu ich obydwóch była pozbawiona dawnych docinków i sarkazmu. Jedynie co w ich słowach pobrzmiewało, to zmęczenie. Minęły w zasadzie 3 lata, odkąd stali twarzą w twarz.
Kiedy już szara eminencja rządu brytyjskiego miała wychodzić, młodszy Holmes chwycił brata za ramię, zatrzymując na chwilę, mrucząc pod nosem coś, co niebezpiecznie brzmiało jak „Dziękuję". Mycroft uniósł brwi w wyrazie pełnego zdumienia. Nigdy jeszcze nie słyszał z ust swojego brata szczerych podziękowań, bo sarkastyczno - ironiczne nie raz się zdarzały.
Dopiero po dłuższej chwili odważył się odezwać – Co z doktorem Watsonem? - mruknął cicho, miętosząc w dłoniach drewnianą rączkę parasola, czując się trochę niezręcznie z tym pytaniem.
-Nadal śpi. Nie wygląda też dobrze – odparł, wzdychając cicho Sherlock, odwracając zaniepokojony wzrok na chwilę w stronę schodów na piętro.
Starszy Holmes skinął głową w geście pożegnania i wyszedł, zostawiając Sherlocka sam na sam z wyzwaniem, jakie nadejdzie, kiedy John się wybudzi.
Doktor poruszył się gwałtownie pod ręką Sherlocka, na co ten drugi poderwał się, wyrwany z drzemki. Kiedy odłożył książkę uznał, że po prostu poczuwa przy doktorze całą noc. Musiał najwyraźniej przysnąć w końcu, bo zegar wskazywał już 1:15 w nocy, a kiedy ostatnio sprawdzał czas była 22:56. Przetarł oczy i przyjrzał się Johnowi, marszcząc brwi nad błękitnymi ślepiami.
Twarz Watsona była wykrzywiona w upiornym wyrazie przerażenia, a dłonie konwulsyjnie zostały zaciśnięte na poduszce.
- John...? - detektyw potrząsnął lekko ramieniem doktora, wisząc nad nim wręcz, lecz nie udało mu się tym wyrwać przyjaciela z koszmaru.
Watson biegł przez spalone słońcem, piaszczyste pola Afganistanu. Pot mu spływał ciurkiem po twarzy, ginąc gdzieś pod kołnierzem munduru wojskowego. Dłonie kurczowo trzymały karabin w ręce, a w kaburze przy udzie, miał jeszcze pistolet i nóż, gdyby zaszła potrzeba walki bezpośredniej z przeciwnikiem, depczącym im po piętach.
No właśnie. Im. Przed nim biegł Sherlock. Cholera. Tylko co tu robił Holmes?! I to Holmes w mundurze wojskowym, takim jak ten Johna, do tego z snajperką przewieszoną na pasku przez ramię, rozglądający się co chwilę, czy wróg nie nadchodzi z innej strony.
Ale doktor nie miał dużo czasu, żeby zastanawiać się, co tu do jasnej anielki się dzieje, bo Sherlock gwałtownie skręcił w bok, wskakując za występ skalny na ziemi, a gdzie dokładnie chwilę później wbił się pocisk z karabinu. John odskoczył też, unikając całej serii. Dysząc głośno, oparł się o rozgrzaną skałę. Jego wzrok skierował się na przyjaciela – Ilu? - spytał, kiedy tylko udało mu się złapać oddech.
- Czterech, jeden na płaskowyżu, to ten co strzelał przed chwilą, około 100 metrów od nas ale nie zaryzykuje teraz wyjścia bez wsparcia, trzech pozostałych natomiast prowadzi pościg, mają jednak większą stratę, jakieś 700 metrów. Mamy dwie opcje – próbować się przebić do wąwozu, albo zostać tu i próbować ich wybić zza tej skały. - zreferował mu pospiesznie Sherlock-żołnierz, ustawiając snajperkę i uśmiechając się tym swoim maniakalnym wyszczerzem do Johna, który odpowiedział mu w zasadzie tym samym. - Cóż, żaden z nas nie chce już uciekać, prawda John? - coś w wzroku Holmesa mówiło mu, że te słowa miały więcej jak tylko jedno znaczenie. Te błękitne oczy przeszywały go na wskroś w tak przyjemny sposób, że John poczuł dreszcze, pełznące po skórze na karku. Po chwili ślepia odwróciły swoje spojrzenie od doktora i skupiły się na miejscu skąd przyszli. On też ułożył się z bronią, czujnie oczekując przybycia wroga.
Napastnicy w końcu ich dogonili. Johnowi udało się dwóch zdjąć, zanim podeszli na tyle blisko, by ich dostrzec. Trzeci niestety przebił się przez ostrzał i rzucił za skałę, starając się od razu wyrwać snajperkę Sherlockowi. Holmesowi dopiero po dłuższej chwili szamotaniny, udało się ustawić broń pod takim kątem i szarpnąć, by wróg został uderzony z kolby w splot słoneczny. Poszkodowany, runął na plecy do tyłu.
Niestety nie był to cios na tyle mocny, żeby ogłuszyć.
John widział w zwolnionym tempie, siedząc kompletnie sparaliżowany, jak strącony przeciwnik już po sekundzie podrywa się na równe nogi. Widział błysk metalu wyciąganego noża, który następnie zagłębił się w brzuchu Sherlocka po sama rękojeść, wyrywając z jego gardła okrzyk zaskoczenia i bólu.
Dopiero ten okrzyk przyjaciela sprawił, że Watson rzucił się do przodu z warkotem niezwykle rozjuszonego i dzikiego zwierzęcia, z wyciągniętym glockiem w ręce.
Rozległ się huk. Napastnik, który ranił Sherlocka, padł jak kłoda, powalony idealnym strzałem między oczy. Jeszcze chwilę przyglądał się trupowi z sporą dozą nienawiści, po czym przypadł do ciała przyjaciela, majstrując pospiesznie przy zapięciu munduru. Przerażała go ilość krwi, która zdążyła już pokryć ubranie Holmesa. John, weź się w garść, jesteś pieprzonym lekarzem w końcu! - zbeształ się w myślach.
- Jooohn... - Sherlock-żołnierz jęknął cicho, i to cholernie stanowczo za słabym głosem, co Watsonowi się bardzo nie podobało. Sherlock, nawet ranny, nigdy nie dawał po sobie poznać słabości.
- Zamknij się Sherlock i nic nie mów! - warknął doktor, starając się w dalszym ciągu wyłuskać z umundurowania ciemnowłosego. Zirytowany, wziął w końcu nóż i najzwyczajniej w świecie rozciął miejsce wokół rozrastającej się plamy krwi. Spojrzał na wkłucie, badając je ostrożnie dłońmi i zachłysnął się powietrzem, zamierając w miejscu. Dłonie Sherlocka delikatnie opadły na jego palce. Buchająca krew z rany była niemalże czarna, zapewne broń uszkodziła wątrobę. Było źle. Nie. Było tragicznie.
- John, jesteśmy zbyt daleko od bazy... - wymamrotał cicho detektyw – Nie ma sensu, uciekaj. - niebieskie ślepia ledwo było widać spod opuszczonych do połowy powiek.
- Chyba żartujesz, bez Ciebie nie ruszam się stąd idioto. - warknął John, starając się nie myśleć, że tak naprawdę Sherlock ma rację. On umrze. - przemknęło przez myśl doktora, który zacisnął zęby, pochylając w dół głowę, żeby tylko przyjaciel nie widział wyrazu pełnego przerażenia na jego twarzy.
Ale to był Sherlock. On zawsze wiedział wszystko.
John niemal podskoczył w miejscu, kiedy na jego głowę opadła chłodna dłoń, o długich palcach pianisty. Palce ostrożnie, i jakby z wysiłkiem, wplotły się w spalone słońcem włosy doktora, korzystając z okazji, że hełm poleciał gdzieś w bok, w trakcie szarpaniny.
Poderwał głowę, patrząc w zmrużone oczy Holmesa młodszego. Kąciki ust rannego uniosły się w najbardziej delikatnym i przyjemnym uśmiechu, jaki kiedykolwiek Watson mógł zauważyć u ciemnowłosego detektywa. Uchylił usta, by coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle, więc wydał z siebie jedynie coś pomiędzy piskiem, a westchnieniem ranionego mocno stworzenia.
Sherlock z trudem nabrał powietrza i wymamrotał coś, co sprawiło, że serce doktora najpierw zamarło, a potem chciało niemal wyskoczyć z klatki piersiowej – Mój drogi żołnie... - ranny urwał w trakcie słowa, zamykając oczy, a ręka powoli zsunęła się z głowy doktora, lądując z cichym pacnięciem na ziemi, już się więcej nie poruszając.
- Sherlock... SHERLOCK! - zrozpaczony wrzask rozniósł się echem przez całe pustkowie. A potem doktor poczuł silne szarpnięcie za ramię...
….i zobaczy zaniepokojonego detektywa, wiszącego tuż nad jego twarzą, ciągnącego go za ramię jedną ręką, a drugą klepiącego go po twarzy. Sherlock był widocznie zaniepokojony, co rzadko kiedy się zdarzało. - Krzyczałeś moje imię, co Ci się śniło John? - nadal się nie odsunął od doktora, który oddychał szybko i nieregularnie, jak po długim maratonie, nie mogąc wydusić choćby słowa. Zamiast tego rzucił się do przodu, łapiąc Sherlocka w niedźwiedzi uścisk, zaskakując tym samym siebie samego. - Af...afganistan... Ty też tam byłeś... Nóż.. Wątrąba... Nic nie mogłem zrobić! ….tyle krwi... - wyrzucał z siebie zduszonym głosem słowa podczas, gdy detektyw objął go niepewnie również, sztywniejąc pod tym dotykiem. John wydawał się na wpół przytomny z strachu, jakby jeszcze nie do końca wierzył, że tamto było tylko snem, z którego już się obudził na szczęście.
- John, to był sen. - mruknął koło jego ucha niski baryton, a ciemnowłosa, kręta głowa, oparła się o bark Johna z westchnieniem. Sherlock jakoś specjalnie nie przepadał za dotykiem, ale dla swojego doktora zrobił wyjątek, pozwalając się obejmować bez jakichkolwiek protestów. - Wytwór Twojego umysłu, zapewne wywołany przez traumę z wczoraj.
John wsłuchiwał się w słowa Holmesa, zastanawiając się o czym on do cholery jasnej mówi, jaka trauma...
I wtedy olśnienie spłynęło na Watsona, niczym wiadro lodowatej wody. Odskoczył od Sherlocka niczym oparzony, odpychając go od siebie z taką siłą, że ten zdążył tylko sapnąć zaskoczony, zanim runął jak kłoda na podłogę, koło łóżka. Z jękiem podniósł się do siadu, masując obolałe plecy, patrząc urażonym wzrokiem na doktora, który był blady jak ściana i widocznie skonfundowany.
- Skąd... - zaczął jasnowłosy, ale przerwano mu już na początku wypowiedzi.
- Jeżeli masz zamiar znów mówić te idiotyzmy, na temat mojego egzystowania na świecie, jako zjawa, która Cię nęka, to sobie naprawdę daruj John. - prychnął Sherlock, taksując wzrokiem doktora – Nie jestem ani przeźroczysty, ani bezcielesny, jak to zazwyczaj zwykli ludzie, opisują w swoich śmiesznych „bajeczkach", te nieistniejące istoty z innego świata! Dla Twojej wiadomości czuję się bardzo materialny i BARDZO żywy... E... John? Co robisz z tą książką... Hej! JOHN! Uhhh! - tomiszcze, które wcześniej studiował Sherlock, poleciało w stronę detektywa, który w ostatniej sekundzie zasłonił twarz przed ciężkim obiektem. Gdyby książka uderzyła go bez amortyzacji, w postaci przedramienia, więcej jak pewne, że złamała by jego nos, a tak to skończyło się jedynie na posiniaczonych kończynach.
Natomiast doktor z niesamowitą zwinnością i siłą, jak na osobę tak źle wyglądającą, zeskoczył z łóżka. Jednym susem doskoczył do Sherlocka, przygważdzając go bezpardonowo do podłogi.
- TY! TY CHOLERNY DUPKU! - pierwszy zamach udało się sparować Holmesowi, ale drugi uderzył go na tyle silnie w szczękę, że przed oczami pojawiły mu się miliony małych, kolorowych punkcików, a ból promieniującą rozszedł się po całej twarzy i szyi. Nie był do końca pewny, czy John właśnie nie złamał mu, dość widowiskowo, szczęki.
Watson zawisł nad nim, trzymając pięść na wysokości, gotową do kolejnego ciosu. Drugą rękę natomiast wykorzystał do zakleszczenia się, w żelaznym uścisku, na kołnierzyku podkoszulka.
- Jak?! Powiedz mi do cholery, przeklęty egoisto, jak mogłeś mi to zrobić?! - doktor cedził słowa, zawierając w nich niesamowitą ilość jadu i gniewu, jak na tak spokojnego człowieka, jakim był. Zbyt czuł się zdradzony i upokorzony przez wszystkich, a teraz już w szczególności przez swojego najlepszego, nie martwego jednak, przyjaciela. Trzy lata smutku. Trzy lata wyrzutów, że nic nie zrobił. A teraz ten cholerny egoista wraca jak gdyby nic, z tymi swoimi zadufanymi wywodami.
Sherlock opuścił dłonie, widząc jak John zamarł, czekając na odpowiedź mimo, że wewnątrz aż wrzał z nienawiści i goryczy. Jedną rękę położył ostrożnie, na zaciśniętych wokół kołnierzyka T-shirta palcach, pewnie spoglądając w oczy doktora, który na ten gest wyraźnie ostudził swój temperament. Uniesiona pięść została ułożona, w celu podparcia się, koło głowy Holmesa, a ta, na podkoszulku, powoli się rozluźniła, spoczywając jednak nadal pod ręką detektywa.
Ciemnowłosy powoli wypuścił z siebie powietrze. Johnowi, jak nikomu innemu na tym świecie, należała się prawda. I Sherlock, choć niechętny do zwierzania się i wyciągania tego wszystkiego na nowo, nie mógł odmówić prawdy Watsonowi. Zebrał w sobie siły i wbił spojrzenie błękitnych oczu w pochmurne tęczówki przed nim. Zabłysło w nich coś miękkiego, coś strasznie niesherlockowego, na co John, pomimo gniewu i złości, otworzył szeroko oczy. Ten widok bardzo mu przypominał spojrzenie Sherlocka-żołnierza z snu. W umyśle odbiły się echem słowa „Mój drogi żołnierzu".
A Sherlock zaczął cicho opowiadać ostatnie trzy lata bez Johna. Wszystko. Od suchych faktów, po nawet niektóre emocje, które był w stanie jako tako opisać, aczkolwiek nie bez problemów i oporów, jak przystało na socjopatycznego detektywa.
A John słuchał. A w środku jego serca dojrzewało jakieś niezidentyfikowane jeszcze uczucie.
Uczucie do Sherlocka.
Dzika wena nie opuszcza, rozdział w zasadzie napisany w dwie godziny dla rozrywki i oderwania się od prac zaliczeniowych z informatyki :D
Dziękuję serdecznie za komentarze! Byłam kompletnie zaskoczona, że komuś spodobało się to, co piszę!
I szczęśliwego Nowego Roku życzę wszystkim :D
