W tym rozdziale ciąg dalszy całej sytuacji. To naprawdę nie jest przyjemny rozdział. Problem z uwolnieniem burzy ognia polega na tym, że nigdy nie wiadomo, kogo może sparzyć.

Rozdział drugi: Burza ognia Snape'a

Snape był w stanie wyczuć nadciągającego w jego kierunku Harry'ego.

Oczywiście, nawet gdyby nie był w stanie, to mróz, który skuł mu mury jego gabinetu i zielony wąż, który pojawił się, owinięty wokół jego gardła, sycząc, też prawdopodobnie wystarczyłyby mu jako podpowiedzi. Ale był w stanie też wyczuć przetaczającą się przez szkołę magię Harry'ego, sztorm, który obiecywał jednocześnie ból, migrenę i złamane serce. Narastała, aż nie stała się uciskającą mu tuż przy skroniach siłą, która przytłoczyła go na długo przed lodem, na długo przed wężem, na długo przed łomotaniem w drzwi.

Oczywiście, "na długo przed" oznacza w tym momencie jakieś pięć minut, pomyślał Snape. Odchylił się w fotelu, jedną dłonią głaszcząc owiniętego mu wokół gardła węża. Miał nadzieję, że ten nie ściśnie go za mocno. Wciąż miał sińce po ostatnim razie, kiedy Harry postanowił go udusić.

– Wejść – zawołał, kiedy rozległo się pukanie. Jego głos był spokojny i rezolutny, nawet jeśli jego ton był ciężki. Jego umysł dawał mu to samo wrażenie. Tak właśnie wyglądały zalety bycia oklumentą i opanowania zdolności wrzucenia wszystkich swoich emocji do jednego z basenów rtęci, na których utrzymywanie pozwalała mu dyscyplina.

Merlin jeden wie, że teraz sobie bez tego nie poradzę.

Drzwi się otworzyły i Harry wparował do środka. Snape przyglądał mu się. Gdyby nie znał tak dobrze Harry'ego, to prawdopodobnie byłby w tym momencie odpowiednio przerażony. Magia Harry'ego miotała się wokół niego w formie aury, wyglądającej jak skaczące, czarne węże, które znikały tak szybko jak się pojawiały, pełzając po powietrzu, jego ciele i ubraniach. Jego oddech syczał i rzęził mu między zębami, zupełnie jakby przebiegł maraton, mimo, że odległość ze skrzydła szpitalnego do lochów naprawdę nie była aż tak daleka. Wbił oczy w Snape'a z taką agresją, że ich zielony kolor zdawał się pogłębić o kilka odcieni.

Ale Snape znał Harry'ego i miał oczy. Widział, jak wiele z dyszenia i dygotania Harry'ego pochodziło z wysiłku poruszania się w ten sposób, kiedy przez ostatnie cztery dni nie miał nawet sił ruszyć się z łóżka. Widział bladość jego twarzy, ciemne kręgi pod jego oczami, które świadczyły o tym, jak niewiele te cztery dni niemal nieustannego snu mu pomogły. Widział, że iluzja jego lewej dłoni nie reaguje na czas z resztą przedramienia. Widział strach, kryjący się za gniewem w oczach Harry'ego.

Gdyby tylko on się martwił o kogoś innego, a nie o ludzi, którzy go maltretowali!

– Witaj, Harry – powiedział Snape. – Jeśli chciałeś się ze mną zobaczyć, to mogłeś po prostu o to poprosić, wiesz? Odwiedziłbym cię w szpitalu. Wolałbym, żebyś się nie przemęczał jeszcze i nie ruszał z łóżka. – Dokładnie wiedział, jak powinien na to zareagować. Nie spanikuje, nie odchyli się od niego i nie wzdrygnie, a już ponad wszystko, nie będzie za nic przepraszał. Nawet jeśli Harry tego właśnie od niego chce, to nie sposób będzie mu przejść mostu, który już za sobą spalił.

Tylko w ten sposób możemy to załatwić, to jest jedyna droga naprzód. Snape przyglądał się zaciśniętym ustom Harry'ego i uznał, że chłopiec prawdopodobnie stara się nie powiedzieć czegokolwiek, co się skończy wrzaskiem. Harry zadeklarował, że chce wszystko zmienić. Być może uda mi się nawet zmusić go do zauważenia, że to jest częścią tych zmian.

Szybko zdusił w sobie tę nadzieję i wcisnął ją pod truchło, jakim było jego serce. Zrobił to, a tym samym zrezygnował z wszelkich pretensji do miłości Harry'ego. Musiał sobie o tym przypominać. Zapominanie rzeczywistości na nic mu się nie zda. Może pragnąć tej miłości, tego wybaczenia, ale Harry musiałby mu je podarować z własnej, nieprzymuszonej woli.

– Chyba zdajesz sobie sprawę – szepnął wreszcie Harry – z tego, że właśnie przyczyniłeś się do trzech morderstw?

Snape zamarł, a serce waliło mu tak głośno, że zagłuszyło syczenie węża.

– Aurorzy chyba nie... – zaczął.

– Nie, oczywiście, że nie. – Harry parsknął krótkim śmiechem, który był na granicy szaleństwa z wycieńczenia. Jest już na samej granicy swoich sił, pomyślał Snape, patrząc, jak Harry odwraca się od niego na pięcie. – Ale zamordowałeś ludzi, którymi Lily, Dumbledore i James mogli się stać. Gdybym tylko miał okazję porozmawiać z nimi jak należy, to mogliby się stać zupełnie innymi ludźmi. – Harry oddychał szybko, jego głos był stateczny, a on sam wyciągnął rękę w kierunku ściany i lód roztrzaskał się pod jego palcami. – Już prawie udało mi się zmienić moje relacje z Jamesem. Wiedziałeś o tym. Wiedziałeś, że już radził sobie lepiej. Czemu wniosłeś oskarżenie nawet przeciwko niemu?

– To nie miało nic wspólnego z naszą starą rywalizacją – powiedział cicho Snape. – Mogę to powiedzieć pod Veritaserum, jeśli tego chcesz, Harry.

Harry zamarł i stał tak przez chwilę w bezruchu, po czym ramiona mu się spięły.

– Nie – powiedział wreszcie. – Nie chcę. Powiedz mi, czemu.

– Ponieważ jest dla ciebie zagrożeniem, zawsze nim był. – Snape przerwał na moment, zastanawiając się, czy nie powinien oszczędzić tego, kto mu w tym pomógł, ale potem przypomniał sobie, że oczy tamtej osoby lśniły nie mniejszą determinacją niż jego własne. – Ponieważ twój brat pokazał mi list, który otrzymał od Jamesa.

Harry oklapł, jakby ktoś mu właśnie przywalił w splot słoneczny.

– Nie – powiedział chwilę później głuchym głosem.

– Ależ tak – powiedział Snape i zamknął oczy, kiedy wąż wokół jego szyi zaczął sykliwie śpiewać w odpowiedzi na ból Harry'ego. – Napisał w liście, że wierzy, że chcesz się pogodzić z nim i Lily, że chcesz, żebyście się znowu stali jedną, wielką rodziną w Lux Aeternie, albo w Dolinie Godryka. On jest niebezpieczny, Harry. Nawet nie spróbował napisać do ciebie, zapytać cię, czy to prawda, zakwestionować twojej decyzji, mimo, że zgodnie z tym, co usłyszałem od twojego brata, powiedziałeś mu rankiem przesilenia letniego, że wciąż nie chcesz widzieć swojej matki na oczy. On nie jest dobrym ojcem. Jego troska o tę jego... żonę przytłumiła wszelką troskę, jaką miał względem ciebie.

– Ale mógł się zmienić – szepnął Harry. – Zmieniał się. Zmienił się. Po prostu dał się ponieść chwili. A Lily i Dumbledore...

– Jedno cię przymusiło, a drugie wierzyło, a przynajmniej pragnęło wierzyć, że przymuszenie było rezultatem twojej własnej decyzji. – Snape wstał i pochylił się do przodu, wbijając wzrok w plecy Harry'ego i ignorując węża. Zanadto ufał swojemu wychowankowi, żeby teraz myśleć, że ten go ukąsi bez ostrzeżenia. – A to już nawet nie licząc wszystkich okrucieństw, do których cię zmuszali odkąd nauczyłeś się chodzić. Rozszarpali na strzępy setki ludzi, którymi mogłeś się stać. Nie pozwolę ci odrzucić w cholerę własnego życia tylko po to, żebyś mógł ich uratować.

Harry wydał cichy, zdesperowany dźwięk, który mógł być zarówno początkiem szlochu, jak i klątwy. Odwrócił się jednak z powrotem, co Snape uznał za dobry znak.

– Proszę pana – powiedział, wyraźnie starając się przemawiać cicho i spokojnie. – Jestem pewien, że skoro ja byłem w stanie im wybaczyć, to pan chyba również?

Snape przymrużył oczy. Nawet ze wszystkimi emocjami zamkniętymi w basenach oklumencyjnych, Harry wciąż wykazywał się nadzwyczajną zdolnością, której nikt przed nim jeszcze nie opanował, do wyciągania ze Snape'a jednocześnie jego gniewu i troski i ustawiania ich przed wszystkimi innymi emocjami.

– A co z Peterem Pettigrew, Harry? Co z twoim bratem? Zaaranżowali mu życie, nawet jeśli nie spróbowali zaaranżować mu umysłu, raniąc go równie dotkliwie co ciebie. Co z czasem, kiedy Dumbledore kazał nam spędzić z daleka od siebie na twoim trzecim roku, ze sposobem, w jaki zaniedbał osłony tak, że te wciąż są pełne dziur, co z jego zaniedbaniem, które doprowadziło do tego, że śmierciożercy zaczęli przenikać na tereny szkoły? Co to o nim świadczy, że jego pierwszym ruchem po odrodzeniu się Mrocznego Pana było przymuszenie ciebie, zamiast wyruszenie przeciw niemu do walki?

Harry zamknął oczy i pokręcił głową.

– Nie wiem – powiedział. – Nie wiem. Peter zasługuje na sprawiedliwość, ale czy nie mógł mu pan pomóc wnieść oskarżenia tak, żeby ominąć przy okazji moją przeszłość?

– I tak chcieliby się dowiedzieć, czemu wysłuchał rozkazów Dumbledore'a – powiedział Snape. – A pozostawianie was na zmiłowanie Mrocznego Pana i tak zostałoby uznane za zbrodnię, przez co zaczęliby rozgrzebywać tę przeszłość jeszcze bardziej i prędzej czy później dokopaliby się do prawdy. – Ugryzł się w język, żeby nie wymówić oszczerstw, które same mu się pchnęły na usta, powstrzymał chęć potrząśnięcia Harrym, żeby ten obudził się wreszcie ze zdesperowanego snu na jawie, który ewidentnie go pochłonął. A to i tak niewiele miało wspólnego z wężem, który uspokoił się znacznie w chwili, w której złość Harry'ego ustąpiła miejsca błaganiu. – To i tak by wybuchło prędzej czy później, Harry. Otrzymałem listy od Hawthorn Parkinson, Narcyzy Malfoy i Adalrico Bulstrode'a, w których wszyscy starali się wyciągnąć ode mnie, mniej lub bardziej subtelnie, informacje na temat twojej przeszłości. Czekałem z reakcją do chwili, w której Lily i Dumbledore zaprezentują się jako nieuniknione zagrożenie. Wówczas nie mogłem już dłużej czekać.

Harry zadrżał i opuścił głowę.

– Ale gdyby pan tylko wycofał zarzuty...

Snape pozwolił wreszcie swojemu gniewowi wyrwać się na wolność.

– Tego nie zrobię – warknął, uderzając otwartą dłonią w środek swojego biurka. Wąż owinięty wokół jego szyi syknął na niego. Snape opanował w sobie chęć odwinięcia tego cholerstwa i ciśnięcia nim przez pokój. Harry patrzył teraz na niego szeroko otwartymi oczami, wreszcie zdając się go słuchać i to mu w zupełności wystarczało. – Nigdy tego nie zrobię – powiedział Snape nieco spokojniej. – Ale przyznam, że ciężko mi będzie przewidzieć, jak wiele ministerstwo samo wyjawi wiadomości publicznej, a jak wiele ucieknie samo z siebie. Dlatego więc stworzyłem kopie wspomnień twojej przeszłości...

– Jakich wspomnień mojej przeszłości?

Snape spiął się. Kompletnie zapomniał, że jeszcze nie powiedział o tym Harry'emu.

– Wynalazłem eliksir, który wyjął z głowy Dumbledore'a wspomnienia na temat twojego treningu – oznajmił chłodno. – Oglądałem każde po kolei, po czym je spisywałem. Ministerstwo otrzymało ten eliksir razem z jedną z kopii transkrypcji. – Nabrał głęboko tchu i rzucił sobą w dół tunelu, który otworzył się przed nim. – Inne kopie wysłałem również Narcyzie Malfoy i Hawthorn Parkinson. Nie wiem, jak głęboko biegnie twoje zaufanie wobec Bulstrode'ów. Wiem jednak, że ufasz Narcyzie i słyszałem, że Hawthorn przebaczyła ci, że byłeś związany ze śmiercią Dragonsbane'a.

Twarz Harry'ego nabrała osobliwego koloru, niczym zielonkawy wosk. Jego głos był szeptem, tak bardzo przepełnionym zdradą, że Snape musiał odwrócić od niego twarz.

– Jak mogłeś to zrobić?

– Zrobiłem to – powiedział statecznie Snape – ponieważ wiedziałem, że odwrócisz się ode mnie w chwili, w której to wszystko wyjdzie na jaw – a może nawet i wcześniej, jak już mnie o tym poinformowałeś. Musisz mieć przy sobie dorosłego, który wie, przez co przeszedłeś i jest w stanie się do ciebie zbliżyć.

– A skąd ci przyszło do głowy, że komukolwiek pozwolę się teraz do siebie zbliżyć? – Harry patrzył na niego groźnie. Snape znał presję takiego spojrzenia, mimo, że nawet nie obejrzał się jeszcze na Harry'ego. Owinięty wokół jego szyi wąż podjął znowu syczenie, tym razem brzmiąc bardziej poważnie niż ostatnio.

– Bo cię znam – powiedział Snape. – To są twoi sojusznicy, a ty masz świadomość obietnic, jakie im złożyłeś. Ponadto, nie będziesz ich winił za tę wiedzę, bo została im ona po prostu podarowana. Będziesz winił mnie, bo cię zdradziłem, więc to właśnie teraz robisz. – Zebrał w sobie, choć nie miał pojęcia skąd, odwagę, żeby odwrócić się i znowu spojrzeć Harry'emu w oczy. – Upewnię się, że jesteś chroniony, Harry, nawet jeśli żeby ci to zapewnić będę musiał działać całkowicie wbrew twojej woli.

– Ale to przecież... – zaczął Harry i powstrzymał się. Następnie wrócił do szeptu, który ciężej było znosić Snape'owi od zwykłego wściekania się. Pewnie właśnie dlatego go używa. – Proszę. Przecież mam już to wszystko za sobą, prawda? Maltretowali mnie, skoro się pan upiera przy używaniu tego słowa, ale przecież to przeżyłem. I właśnie zaczynałem podejmować kroki, żeby tylko nie zdołali skrzywdzić nikogo innego. Ograniczałem przymuszenie Dumbledore'a. Byłem gotów do pracy nad Lily. Z Jamesem przecież łatwo by mi poszło. Proszę, niech pan wycofa oskarżenia.

Snape pokręcił głową. Zastanawiał się, jak jeszcze mógłby ująć to w słowa tak, żeby Harry wreszcie pojął, że przychodzenie do niego z apelacją nie ma najmniejszego sensu. Odnosił wrażenie, że był już pod tym względem tak bezpośredni jak tylko się dało.

Nie. Możesz być jeszcze bardziej.

– Nie, Harry – powiedział. – Nawet, gdybym wycofał teraz oskarżenia, minister i tak by przeprowadził dochodzenie. Przysiągłem kiedyś, że uwolnię burzę ognia, żeby cię chronić i sięgnę po każdą pomoc, po jaką zdołam. – Założył ręce na piersi i to nie dlatego, że było mu zimno. – Ten smok już wyleciał, wszystko stanęło w ogniu. Apelowanie do mnie o zniesienie zarzutów na nic ci się nie zda. Minął już moment, w którym mógłbyś zmienić cokolwiek pod tym względem.

Harry stał przez dłuższą chwilę, dygocząc tylko.

– Mój brat też będzie musiał przez to wszystko przejść – odezwał się wreszcie.

– Zgodził się na to – powiedział Snape cicho.

Cisza.

– Nie rozumiem – szepnął po chwili Harry. – Czy panu w ogóle nie zależy na moich rodzicach i dyrektorze Dumbledorze?

Snape skrzywił się.

– W porównaniu do ciebie? Nie – powiedział.

Harry tylko gapił się na niego przez moment.

– Ale przecież – odezwał się wreszcie – oni też są ludźmi.

– Ty też jesteś człowiekiem, Harry.

Harry przeczesał włosy palcami.

– W moim przypadku jest inaczej.

– W jaki sposób? – Snape uznał, że równie dobrze może go wypchnąć poza ten punkt. W najlepszym przypadku, Harry będzie bezpieczny i świadomy potencjalnego zagrożenia, z jakim miałby do czynienia, gdyby jego rodzice i Dumbledore pozostali na wolności – jak i konsekwencjach ich dręczenia, które musiał znosić w przeszłości. Harry ślizgał się teraz na chwiejnym lodzie nielogiczności. Gdyby tylko Snape'owi udało się roztrzaskać ten lód...

– Ja po prostu... po prostu jest – powiedział Harry niskim, przerażonym głosem.

– Jak?

– Po prostu jest! – Harry poderwał głowę i spojrzał na niego wściekle. Wąż na jego gardle zacisnął się niczym powróz. Snape stał nieruchomo, ledwie oddychając, nie ośmielając się zrobić czegokolwiek poza przyglądaniem się twarzy swojego wychowanka.

Harry przełknął kilka razy ślinę, a jego furia odpłynęła w chwili, w której najwyraźniej coś do niego dotarło.

– Idę porozmawiać z ministrem – powiedział nagle, po czym wybiegł z pokoju.

Snape odprowadził go wzrokiem, kręcąc głową, kiedy zielony wąż zniknął. Jeśli wydaje ci się, że Scrimgeour będzie bardziej wyrozumiały względem twoich rodziców, Harry, to się grubo mylisz.


– Harry. Możesz odpocząć, wiesz? – Dłoń Mallory na jego ramieniu zaciskała się stanowczo, ale jej głos był miękki i ciepły. – Nie musisz się widzieć z ministrem już teraz, natychmiast. Wiem, że on też chciał z tobą porozmawiać na temat twoich rodziców i tego starego głupca, ale chciał to zrobić w kilka dni po aresztowaniu. Nie musicie tego robić od razu.

– Ale chcę – powiedział Harry i poruszył ramieniem, żeby strząsnąć z niego jej dłoń. Regulus westchnął w jego głowie i szepnął coś do niego, ale Harry nie był w nastroju do słuchania. Przypominał sobie, w całą klarownością, do jakiej był w stanie zmusić swój umysł, wszystkie przypadki, kiedy Scrimgeour był przede wszystkim sprawiedliwy. Stawał po słusznej stronie i był w stanie osiągnąć ją swoimi przebiegłymi sposobami, ale wyłącznie wtedy, kiedy sam był przekonany, że ta sprawa była słuszna. Harry wierzył w poczucie sprawiedliwości ministra. Scrimgeour z pewnością zrozumie, że sprawiedliwość, źródło największego spokoju i szacunku w życiu innych ludzi, wymagać od niego będzie wypuszczenia na wolność jego rodziców i Dumbledore'a. Rozprawa ściągnie na siebie uwagę opinii publicznej, wywoła współczucie i ekscytację, odciągając wszystkich od tego, na czym naprawdę powinni się skupić, czyli walki z Voldemortem, w dodatku kompletnie zrujnuje czyjekolwiek możliwości zostania nowym człowiekiem. Przecież to musiało mieć znaczenie.

Mallory przyklęknęła przed nim, zmuszając go do spojrzenia na siebie. Harry upierał się przy towarzyszeniu aurorom w ich drodze powrotnej do ministerstwa i poprosił Dracona, żeby ten został w Hogwarcie. Mallory zgodziła się na wszystko, chociaż podniosła brwi, kiedy Harry złapał Lily za rękę i wymamrotał, że wszystko będzie dobrze. Odeskortowała go do biura szefa aurorów bez żadnego narzekania. Harry nie pojmował, czemu akurat teraz miałaby się wycofać.

Mallory przygładziła mu włosy dłonią.

– Harry – powiedziała. – Naprawdę rozumiem co ci się stało. Ale powinieneś teraz odpocząć. To musiał być dla ciebie ogromny szok – pamiętam, że kiedy aurorzy po raz pierwszy dowiedzieli się o tym, co zrobiłam swojemu ojcu, to sama byłam w szoku – a ty się wręcz słaniasz na nogach.

Cholera. Harry ustabilizował się, opierając się ręką o ścianę.

– Proszę, aurorko Mallory – powiedział, skupiając się na tym, żeby jego głos nawet nie zadrżał. – Przykro mi z powodu tego, co panią spotkało i rozumiem, że chce mi pani po prostu pomóc. Ale ja naprawdę muszę się zobaczyć z ministrem. – Niepokój i świadomość, że tę sprawę należy załatwić od razu sprawiała, że mięśnie mu drżały i podskakiwały, niczym te złapanego jednorożca. – Proszę?

Aurorka przyjrzała mu się, po czym niechętnie kiwnęła głową. Wstała i zapukała do drzwi ministra. Głos Scrimgeoura odpowiedział momentalnie i nie było w nim śladu zmęczenia.

– Wejść!

Harry pozwolił, żeby ostrożny promień nadziei pojawił się w jego sercu, kiedy wchodził do jego gabinetu. Fawkes już z pewnością przekazał Scrimgeourowi wiadomość o jego wizji. Przecież, jako minister, miał też inne sprawy na głowie. Na pewno, na pewno uzna, że tak będzie najlepiej...

A potem wszedł do środka, zobaczył, w jaki sposób żółte oczy ministra wbijają się w niego i zrozumiał, że to jednak nie będzie takie proste. Fawkes, siedzący na podłokietniku fotela ministra, poderwał się w powietrze i podleciał do niego, śpiewając. Harry wyciągnął ramię w bok, żeby feniks miał na czym usiąść, ale odkrył, że nie jest w stanie oderwać wzroku od Scrimgeoura. W jego oczach był podziw, szacunek, oszałamiające współczucie i żelazna determinacja. Harry bał się tego, czego ta determinacja mogłaby dotyczyć.

– Zostaw nas samych, Fiono – powiedział Scrimgeour.

Aurorka Mallory zawahała się.

– Proszę pana...

– Możesz stanąć na warcie przed celami więźniów, jeśli uznasz, że jesteś w stanie się opanować – powiedział Scrimgeour. – Wyłącznie wtedy.

Harry poczuł poruszenie się w powietrzu obok niego, kiedy aurorka Mallory pokłoniła się. Następnie wyszła z pokoju i chwilę potem rozległ się dźwięk zamykanych drzwi.

On ci nie pomoże, szepnął Regulus w jego głowie. Oszczędzaj siły, Harry. Odpocznij trochę, wylecz się. Już dawno temu powinno było do tego dojść, dobrze o tym wiesz. On ci nie pomoże.

Harry strząsnął go z siebie, niemal dosłownie, po czym zajął fotel, stojący przed biurkiem ministra.

– Proszę pana – powiedział, uznając, że równie dobrze może mówić wprost – słyszał pan już, o co zostali oskarżeni moi rodzice i Dumbledore. Chciałbym prosić, żeby nie doszło do rozprawy.

– Niemożliwe – powiedział Scrimgeour, nie zmieniając nawet wyrazu twarzy.

Harry wciągnął ze świstem powietrze. Czyli Regulus miał rację, ale to i tak było, jak wbiegnięcie w pełnym pędzie w ścianę, z której istnienia nie zdawał sobie nawet sprawy.

Winił swój szok za to, że Scrimgeourowi udało się w ciszy, jaka w tym momencie nastała, wbić swoje kolejne pytanie.

– Co ci się stało, Potter? Masz całą twarz we krwi.

Harry przełknął ślinę. Zupełnie szczerze kompletnie o tym zapomniał, ale teraz, kiedy Scrimgeour zwrócił mu na to uwagę, wyschnięta krew na jego skórze zaczynała się odrywać płatkami, swędząc go okrutnie.

– To z mojej blizny, proszę pana – powiedział cicho, po czym podniósł swoją grzywkę, mimo, że nie był pewien, czy Scrimgeour będzie w stanie zauważyć bliznę pod całą zeschniętą purpurą. – To swego rodzaju połączenie z Mrocznym Panem. Stąd wiem, że powrócił już w pełni sił.

Scrimgeour kiwnął głową.

– Nie ma wątpliwości, że ta rozprawa będzie dla ciebie wyjątkowo ciężkim przeżyciem – zaobserwował zdystansowanym głosem. – Będzie ciężka dla nas wszystkich.

– Tak! – Harry z wdzięcznością uchwycił się takiego wyjaśnienia. – Właśnie dlatego chciałbym poprosić, żeby pan to powstrzymał. Ta rozprawa po prostu wypełni powietrze złymi emocjami i sprawi, że wszyscy zaczną myśleć o przedawnionych zbrodniach. Po co nam to, skoro zaraz mamy stanąć do walki z kimś naprawdę złym? To, co zrobili moi rodzice, to już stare dzieje. Byłem w trakcie odbudowywania moich relacji z ojcem, kiedy mój opiekun zainterweniował. – Zamarł, przypominając sobie o czymś innym, czym chciał się przy okazji zająć. – To mi o czymś przypomniało. Chciałem poprosić o formularze, które zakończą prawną opiekę Severusa Snape'a nade mną.

Zaczekał. Scrimgeour przyglądał mu się bacznie przez moment.

– Znalezienie odpowiednich formularzy może nam chwilę zająć – powiedział wreszcie.

Harry zamrugał. Znał tę taktykę ministra. Po prostu nie spodziewał się, że ta zostanie kiedykolwiek wykorzystana przeciwko niemu.

– Dlaczego? – szepnął, tak zaskoczony, że nie był nawet w stanie dodać jakiegokolwiek wyrazu szacunku.

Scrimgeour przymrużył oczy.

– Byłem aurorem, panie Potter – powiedział, a jego głos nabrał mugolskiego akcentu, do którego uciekał się tylko w chwilach, w których przepełniały go jakieś emocje. – Takich kryminalistów jak pańscy rodzice czy dyrektor potrafię rozpoznać na pierwszy rzut oka i wiem muszą przejść przez swoją rozprawę, inaczej nigdy nic do nich nie dotrze. Snape ich rozpoznał jeszcze zanim ja zdołałem. Zrobił dla swojego wychowanka najlepszą rzecz, jaką opiekun mógł zrobić w takiej sytuacji. – Zamilkł. – Czy znalazł pan kogoś lepszego na jego miejsce?

– Nie – powiedział Harry.

Scrimgeour przytaknął.

– W takim razie, póki Snape sam z siebie nie zrezygnuje z opieki nad panem – co jest równie możliwe jak to, że moje włosy nagle zrobią się fioletowe w zielone kropki – to pozostanie pan pod jego opieką, zwłaszcza w chwili, w której pańscy rodzice znajdują się w więzieniu.

– Ale gdyby pan ich wypuścił...

Scrimgeour zerwał się na równe nogi i pochylił nad biurkiem tak gwałtownie, że Harry ucichł.

– Oni znęcali się nad dzieckiem – warknął na niego Scrimgeour. Jego oczy wyglądały, jakby należały do starego lwa, który przyglądał się właśnie swojej zdobyczy, mimo że Harry zdawał sobie sprawę, że minister raczej nie uzna go za swoją zdobycz. Nie, to spojrzenie jest zarezerwowane dla ludzi, którzy nie są w stanie sami się obronić, pomyślał Harry i poczuł kolejny napływ rozzłoszczonego niepokoju względem swoich rodziców i Dumbledore'a. – Miałem już do czynienia z przypadkami dręczenia, Potter. Nie ma w nich nic śmiesznego. Nic a nic. Rozumiesz mnie? Do aurora należy aresztowanie dręczycieli i uratowanie przed nimi ich ofiar.

– Ja – powiedział Harry – nie jestem niczyją ofiarą.

Oczy Scrimgeoura przymrużyły się jeszcze bardziej. Poruszając się powoli, ostrożnie, jakby jego kulawa noga zaczynała go boleć, usiadł z powrotem. Kiedy znowu się odezwał, jego głos był oschły.

– To również widziałem, Potter. Dzieci zaprzeczające, jakoby cokolwiek, co im się przytrafiło, miało coś wspólnego ze znęcaniem się, twierdzące, że sobie na to zasłużyły.

– Ale jakie to ma znaczenie, czy ja sobie na to zasłużyłem, czy nie? – Harry potrząsnął głową. W głowie mu brzęczało, w uszach wyła mu burza. – Nigdy nie powiedziałem, że sobie na to zasłużyłem. Powiedziałem tylko, że nie jestem ofiarą. Nie jestem bezsilny. Byłbym w stanie się im postawić, gdyby mnie kiedykolwiek uderzyli. Czy do pana nie dociera, że ja się starałem im pomóc? – Jego głos nabrał błagalnego tonu, co go przeraziło, ale miał wrażenie, że to może być jedyna szansa na przekonanie do siebie Scrimgeoura, skoro ten nie miał zamiaru słuchać głosu rozsądku. – Udało mi się przekonać pana, żeby zaczął pan współpracować z magicznymi stworzeniami, zamiast przeciw nim. Zdołałem przekonać niektórych z moich sojuszników, że mają większe szanse przetrwania tej wojny, walcząc po mojej stronie, a nie Voldemorta, i zgodzili się ze mną nawet ci, którzy kiedyś Voldemortowi służyli. Byłbym w stanie przekonać moich rodziców i Dumbledore'a, że to, co zrobili, było złe, a wtedy zająłbym się tym wszystkim bez rozgłosu.

– Co nie zmienia faktu, że to wciąż są ludzie, którzy się znęcali nad dzieckiem, Potter – powiedział Scrimgeour. – To nie zmienia faktu, że to po prostu kolejny sposób na oświadczenie, że sobie na to zasłużyłeś, w nadziei, że ci, którzy popełnili zbrodnię zostaną z niej zwolnieni, a ty sam zostaniesz potępiony.

– Wybaczyłem im to wszystko – powiedział Harry. Czuł, że zaczyna ogarniać go panika, ale stłumił ją w sobie. Musiał istnieć jakiś sposób na obrócenie tego na dobrą stronę. Snape powiedział, że smok już wyleciał, ale przecież ten smok wciąż siedział w ministerstwie. Musiał istnieć jakiś sposób na złapanie go i oswojenie. – Nie potępiam się za cokolwiek poza słabością i niezdecydowaniem. Proszę. Niech ich pan wypuści.

Scrimgeour pokręcił powoli głową, nie jakby zaprzeczał, ale bardziej, jakby wyrażał tym niemy podziw.

– Wygląda na to, że Snape miał więcej racji, niż to sobie wyobrażałem – powiedział. – Powiedział, że będziesz próbował przekonać wszystkich do swojej racji nawet w chwili, w której będziesz miał tuż przed nosem dowody świadczące przeciwko temu. – Wyraz jego twarzy złagodniał. – Potter, ogromnie cię podziwiam, że udało ci się przeżyć w takich warunkach. Masz w sobie niezwykłe pokłady siły. Ale czas najwyższy, żebyś się zmierzył ze swoją przeszłością, a to będzie wymagało od ciebie jeszcze więcej siły. Dasz sobie z tym radę? – Pochylił się do przodu, przyglądając mu się intensywnie.

– Większe znaczenie ma, czy oni mają dość sił, żeby sobie z tym poradzić. – Harry poprawił się w fotelu tak gwałtownie, że Fawkes stracił równowagę i zamiast tego usiadł na oparciu jego fotela, owijając ciepłe skrzydło wokół jego karku. Harry przysiadł na impulsie załamania się. Kontrola, kontrola, muszę się opanować. – Czy pan tego nie pojmuje, ministrze? Ja się martwię o nich, nie o siebie.

– Pojmuję – powiedział Scrimgeour. – Nawet lepiej, niż ci się wydaje, Harry.

Harry przełknął, kolejno, pragnienia do zaatakowania czegoś, do wrzeszczenia i do płaczu. Skoro to rozumie, to czemu ignoruje prawdę? Będzie ciężko, ale przecież przeżyję wszystko, czym nie spróbowaliby we mnie cisnąć. Mogę przeżyć to, że mnie zobaczą, bo przecież ludzie prędzej czy później się znudzą i zaczną zwracać uwagę na coś innego. Ale Connor, Lily, James i Dumbledore... czemu nikt się o nich nie martwi? Connorowi może się wydawać, że jakoś to przeżyje, ale nie wie przecież jak to naprawdę będzie wyglądało, nie tak jak ja. A pozostali! Czy naprawdę tylko mnie obchodzi, co się z nimi stanie?

Powoli nabierał przerażającego, przerażającego przeczucia, że naprawdę był w tym wszystkim sam.

– Chcę się zobaczyć z moimi rodzicami – powiedział. – Proszę. – Wiedział, że rozmowa z Dumbledore'em nie miałaby sensu. Bezruchrząszcz sprawi, że ten nie będzie w stanie mu odpowiadać, a ministerstwo nie jest jeszcze gotowe na zdjęcie z niego tego ograniczenia.

Scrimgeour zagapił się na niego.

– Obiecuję, że ich nie skrzywdzę – powiedział Harry w agonii zniecierpliwienia. – Przysięgnę to na cokolwiek będzie pan sobie życzył.

– Nie martwię się o to, czy to ty ich skrzywdzisz – powiedział Scrimgeour, głosem pełnym znaczenia.

Boję się, że to oni skrzywdzą ciebie. Harry bez problemu był w stanie to sobie przetłumaczyć. Nabrał przez to ochoty do wściekania się, wrzeszczenia i plucia. Merlinie, czemu nikt nie dostrzegał, że to jego rodzice byli tutaj ofiarami? To oni nie będą w stanie się bronić przed oskarżeniami, które zniszczą ich życia. Burza ognia Snape'a spali ich żywcem. Dumbledore przynajmniej miał swoją magię, w dodatku chroniła go jego stara reputacja. Ale stare dokonania Jamesa jako aurora nie będą już miały tak wielkiego znaczenia. A Lily...

Jego matka nie miała swojej magii.

Jeśli dowiedzą się, czemu ją straciła, to tylko wykorzystają to jako kolejny dowód względem tego, że jednak nie byłem w stanie znieść ich znęcania się. Szlag by to trafił!

Potrząsnął jednak głową i z wysiłkiem się opanował, żeby po prostu pomyśleć

– W takim razie przynajmniej z moim ojcem, proszę pana – powiedział. – Jego zarzuty się różnią od pozostałych, prawda? Po prostu zaniedbanie, zamiast aktywnego dręczenia?

Scrimgeour zamilkł na moment, jakby nie chciał przyznać mu racji.

– Owszem, są – powiedział wreszcie. – Ale on i tak był tego częścią.

Harry wyrzucił z siebie oddech ze świstem.

– Byliśmy już bardzo bliscy zawarcia nowych więzi. Pewnie uważa teraz, że to wszystko to tylko atak Snape'a na niego, w ramach ich starej rywalizacji. Pewnie nie rozumie, co się dzieje. Proszę, proszę pana. Chcę z nim porozmawiać. Chcę mu wszystko wyjaśnić. Może mi pan na to pozwolić?

Scrimgeour wstał.

– Wygląda na to, że nie spoczniesz, póki nie udzielę ci na to zgody – powiedział. – I lepiej, żeby to miał być mężczyzna, który cię spłodził, niż kobieta, która cię urodziła. Będę ci towarzyszył podczas tej rozmowy.

Harry kiwnął głową. Wolałby się wybrać tam sam, ale wyraz twarzy Scrimgeoura podpowiedział mu, że ta prośba nie miałaby sensu.

Popełniasz błąd, naciskał w jego głowie Regulus.

Harry nie spróbował na to nawet odpowiedzieć. Wyglądało na to, że pod tym względem mieli z Regulusem diametralnie inne podejście. Regulus nawet szepnął, kiedy Harry rozmawiał ze Snape'em, że Snape dobrze zrobił.


Cela, w której trzymali Jamesa, była przeciętnym pokojem, nawet niespecjalnie pustym. W kącie stało łóżka, obok niego było biurko, chwiejny regał z książkami i drzwi, które, jak Harry podejrzewał, prowadziły pewnie do toalety. Oczywiście, brakowało w nim jakiejkolwiek formy rozrywki, więc Harry wiedział, że jego aktywny, oczytany ojciec pewnie odchodził już w nim od zmysłów, ale jeśli przyrównać to do niektórych cel, jakie mogliby dostać w Azkabanie, to i tak był luksus.

Kiedy weszli do środka, James już był na nogach; wyglądało na to, że poderwał się, jak tylko usłyszał opadające osłony i przekręcenie klucza w zamku, i patrzył się z napięciem na drzwi. Jego twarz była blada jak ściana.

– Witaj, tato – powiedział Harry, głosem przyduszonym od emocji, po czym zrobił krok do przodu. Dłoń Scrimgeoura opadła mu na ramię, przytrzymując go w miejscu, a Fawkes zawisł przed nim w powietrzu, chwilowo przesłaniając mu kompletnie Jamesa.

W żaden sposób to jednak nie ochroniło Harry'ego przed usłyszeniem jego słów.

– Jak możesz się tak do mnie zwracać po tym, co zrobiłeś? – wypalił. – Powiedziałeś, że chcesz wrócić do domu, że kochałeś swoją matkę na tyle, że byłeś gotów zaoferować jej drugą szansę, a potem odstawiasz coś takiego? Jak mogłeś to zrobić ludziom, którym twierdzisz, że kochasz?

Głos Scrimgeoura niósł w sobie ton przesiąknięty uprzejmą pogardą, kiedy mu odpowiadał.

– Jestem zaskoczony, że może pan pytać o coś takiego. Czy wie pan w ogóle, czym jest miłość? Bo to wygląda inaczej od tego, co pan sobą przedstawia.

Fawkes pochylił głowę, lądując znowu na ramieniu Harry'ego, dzięki czemu ten zobaczył, że James robi krok do przodu. Scrimgeour momentalnie wycelował w niego różdżką, a Fawkes wydał z siebie ćwierknięcie, które pozostawiło w umyśle Harry'ego wizję płomieni.

– Znajdowałem się pod przymuszeniem Dumbledore'a, kiedy pisałem ten list, tato – powiedział Harry, starając się zachować spokój. Merlin jeden wiedział, że przecież zasługiwał na ten ochrzan od Jamesa, ale jego słowa popychały go coraz mocniej w kierunku załamania psychicznego, na który w tym momencie po prostu nie mógł sobie pozwolić. – Naprawdę chciałem wtedy wrócić do domu, ale to trwało tylko do momentu, w którym wyrwałem się spod przymuszenia. A nie wiedziałem, jak powiedzieć ci prawdę bez ujawniania jej przy okazji Dumbledore'owi.

James pokręcił szybko głową.

– Ale czemu w takim razie nas aresztowano? Tego kompletnie nie rozumiem.

Warknięcie Scrimgeoura było niczym grom zapowiadający burzę z piorunami.

– Ponieważ to, co zrobiliście, było złe – powiedział. – Miłość jest nieznanym wam konceptem. Co z pojęciem sprawiedliwości?

Harry wzdrygnął się. Błędem było pozwolenie mu na odeskortowanie mnie tutaj.

– Zrobiono to bez mojej wiedzy – powiedział, pragnąc, żeby jego ojciec mu uwierzył. – Nigdy bym się nie zdecydował na coś takiego. To była wyłącznie decyzja Snape'a.

– A ty nic nie zrobiłeś, żeby go powstrzymać?

– Nawet o tym wszystkim nie wiedziałem aż do mniej więcej godziny temu! – Harry opanował się, widząc wyraz twarzy Jamesa. Spokojnie, tylko spokojnie. To przecież nie jego wina, pamiętasz? W dodatku jest zdenerwowany. – Obiecuję ci, tato, zrobię wszystko, żeby was stąd uwolnić. Udowodnię im, że to, co zrobiliście, nie było takie złe, że...

– To już nie wystarczy, Harry. – James odwrócił się, kryjąc twarz w dłoniach. – Nawet, gdyby wypuścili nas już teraz, ta zmaza uwiesi się na nas i już zawsze będzie nam towarzyszyć. Nikt mnie już teraz nie zatrudni. Wszyscy będą uważać twoją matkę za jakąś wariatkę, a Dumbledore. – Wyrzucił z siebie ostry śmiech. – Nadchodzi wojna, Harry. Albus mi o tym napisał. Jak niby mamy w niej walczyć, skoro przywódca Światła siedzi w więzieniu za znęcanie się nad dziećmi? To jakiś koszmar. To wszystko to po prostu jakiś koszmar. Nasze życia zostały kompletnie zniszczone.

Harry pochylił głowę. Wiedziałem, że tak to się skończy. Cholera, czemu pozwoliłem, żeby powiedzieli Snape'owi o tym przymuszeniu? Jestem pewien, że to właśnie popchnęło go do zrobienia tego akurat teraz.

– Do tego nasze życie rodzinne, wasze dzieciństwo, wszystko nagle znajdzie się na pierwszych stronach gazet – mówił dalej James, a każda część tego zdania zdawała się być wyrywana z jego gardła, jakby była tam przyczepiona hakiem. – Jak ci się wydaje, jak to się odbije na twoim bracie, Harry? Czemu w ogóle powiedziałeś komukolwiek o tym, co się wydarzyło w Dolinie Godryka? Jesteśmy teraz po uszy w gównie i to wszystko twoja wina...

Silencio.

Głos Jamesa się urwał. Scrimgeour opuścił różdżkę i obrócił Harry'ego w swoją stronę. Harry mu na to pozwolił. Prawie tego nie czuł. Wszystko w nim drżało i powoli cierpło z szoku.

– Nic z tego, co powiedział, nie było prawdą – powiedział spokojnie Scrimgeour. – Nawet w najmniejszym stopniu. Chodź ze mną, Harry. – Podniósł głowę i Harry nie był w stanie zobaczyć, jaki miał wyraz twarzy, kiedy zwracał się do Jamesa, ponieważ nie był w stanie się powstrzymać przed gapieniem się przed siebie. – Jedyne zarzuty, jakie wniesiono przeciw panu, dotyczą zaniedbania – powiedział Scrimgeour. – Wyłącznie tego. Będę musiał się jednak dokładniej przyjrzeć dowodom, jakie dostarczył nam profesor Snape. Po wysłuchaniu tej niewielkiej przemowy zaczynam powątpiewać, że zaniedbanie było pańskim jedynym przewinieniem.

Odwrócił i wyprowadził Harry'ego z pokoju, nawet na chwilę nie puszczając jego ramienia. Harry zadrżał i poszedł za nim.

Prawda uderzyła go razem ze słowami Jamesa, a może właśnie przez nie, niczym kamienny blok spadający mu prosto na głowę.

Nie ma już powrotu. Ich imiona zostały już oczernione. Smok wyleciał. Burza ognia płonie.

Jedyne, co mi pozostało, to przypilnować, żeby to wszystko odbyło się tak spokojnie jak to będzie możliwe.

Do tego potrzebuję bezpiecznego miejsca, w którym będę mógł się nad tym wszystkim zastanowić i przemyśleć swoją strategię. Hogwart mi już w tym nie pomoże.

Harry dostał napadu i zaczął się trząść. Scrimgeour nie skomentował tego w żaden sposób, ale przekazał go jakiemuś aurorowi, którego Harry nie znał, z cichymi instrukcjami owinięcia go w ciepły koc i wmuszenia w niego tabliczki czekolady przed powrotem do Hogwartu.


Harry nie pamiętał właściwie, jak się znalazł z powrotem w skrzydle szpitalnym; ogarniający go szok był na to zbyt wielki. Wiedział jednak, że Draco wciąż na niego czekał, razem z drugą postacią, która przy bliższym przyjrzeniu się, okazała się być Narcyzą.

Harry kiwnął do niej, po czym spojrzał na Dracona, który wyprostował się gwałtownie na widok jego twarzy.

– Postanowiłem wyjechać na wakacje do rezydencji Malfoyów – powiedział Harry. – Czy wciąż będę tam mile widziany?

Draco momentalnie podbiegł do niego, objął go mocno ramionami i zaczął mu coś szeptać do ucha. Harry spojrzał na Narcyzę, która kiwnęła głową.

Harry zamknął oczy i złapał się mocno Dracona. Wydawało mu się, że nie będzie w tym momencie w stanie znieść współczucia, które widział w oczach Narcyzy. Wiedziała, ale nie sądził, żeby naciskała go o to równie mocno, jak Snape by to zrobił, a rezydencja była cicha i na tyle odizolowana od reszty świata, że będzie mógł tam się w spokoju zastanowić.

No i Draco tam będzie.

Nie powstrzymam już tej burzy ognia, ale być może zdołam ukoić niektóre jej wiatry.