A/N: Witajcie po krótkiej przerwie. Korzystając z tego, że ten rozdział był już napisany wcześniej postanowiłam, że dodam go już teraz. Mam nadzieję, że nikomu nie będzie przeszkadzał tak krótki odstęp czasu.

Uwaga, tu właśnie kanon przestaje istnieć. Zmieniłam nieco wydarzenia z siódmej części.

Dla wyjaśnienia: w mojej wersji wszystkie Horkruksy zostały zniszczone przez Dumbledore'a a Snape'owi udaje się przeżyć.


Kilka miesięcy wcześniej.

Budzi mnie okropny ból głowy. Gdy otwieram oczy, uświadamiam sobie, że nie wiem gdzie jestem. W pomieszczeniu jest ciemno i trochę chłodno. Rozświetla je jedynie jedna pochodnia zawieszona na ścianie nieopodal łóżka, na którym leżę. Niezgrabnie podnoszę się do pozycji siedzącej. Rozglądam się dookoła i na pobliskim stoliku dostrzegam swoje okulary, które natychmiast zakładam. Próbuje wstać, lecz nogi odmawiają mi posłuszeństwa, jakby od dawna nie były używane. Zbieram się w sobie i po chwili udaję mi się podnieść. Potykając się, docieram do drzwi. Za nimi znajduję pusty korytarz i nagle wiem już gdzie się znajduję. To musi być Hogwart. Stoję przez chwilę, zastanawiając się, w którą stronę iść. W końcu ruszam w stronę pokoju, z którego widzę dochodzące światło. Zanim udaję mi się do niego dotrzeć, zatrzymuje mnie odgłos kroków za moimi plecami. Odwracam się gwałtownie, przypłacając to natychmiast silnymi zawrotami głowy. Zaciskam oczy, czekając, aż podłoga przestanie wirować mi pod stopami. Gdy je otwieram, widzę przed sobą dwie postacie. W półmroku rozpoznaję Rona i Hermionę.

- Harry! Co ty tu robisz? Pani Pomfrey cię zabije! - Wita mnie okrzyk dziewczyny.

- Cześć kumplu. Jak się czujesz? Nieźle nas nastraszyłeś - dodaje Ron.

Przyglądam się im przez chwilę. Oboje wyglądają na bladych i zmęczonych. Ich ubrania pokrywa pył, a włosy Rona są zmierzwione.

- Co wam się stało? - Pytam.

- Chodź Harry. Musisz się położyć. Ledwie trzymasz się na nogach. - Hermiona łapie mnie za łokieć i popycha delikatnie w stronę, z której przyszedłem. Po chwili znów jestem w tajemniczym pokoju. Moi przyjaciele sadzają mnie z powrotem na łóżku, a sami siadają na sąsiednim.

- Opowiadajcie – nalegam. - Co się stało? Jak długo byłem nieprzytomny?

Ku mojej irytacji, wymieniają znaczące spojrzenia, nim wreszcie Ron zaczyna mówić.

- Byłeś w śpiączce przez prawie trzy tygodnie, Harry. Nie mogli cię wybudzić, mimo że twój stan był stabilny.

- Ale co mi się stało?

- Nie pamiętasz? Vol... Voldemort rzucił na ciebie klątwę, zanim zginął. - Tym razem to Hermiona odpowiada. - Straciłeś przytomność tuż po tym i nie budziłeś się mimo, że pani Pomfrey wyleczyła wszystkie obrażenia jakich doznałeś podczas bitwy o Hogwart. Byli tu uzdrowiciele z Munga i próbowali dosłownie wszystkiego. Problem jest taki, że nikt nie wie czym dokładnie była ta klątwa. W końcu stwierdzili, że najlepiej będzie poczekać, aż sam się wybudzisz. Zostawili cię tu na prośbę profesor McGonagall.

- Dlaczego nie jestem w Skrzydle Szpitalnym?

- Podczas bitwy większa część Hogwartu została zniszczona. Najlepiej zachowały się lochy. Pani Pomfrey postanowiła zrobić tu tymczasowe Skrzydło Szpitalne. Na wyższych piętrach trwają prace naprawcze i kręci się mnóstwo ludzi.

- Ja i Hermiona pomagaliśmy naprawiać Hogwart, kiedy ty byłeś nieprzytomny - Ron dodaje dumnie.

To tłumaczyło stan ich ubrań.

- Co z innymi? Kto zginął? Po naszej stronie.

- Remus i Tonks nie żyją, ale to wiesz. Po za tym Lavender Brown, Colin Creevey... nie miał jeszcze siedemnastu lat, więc nie powinno go tam być. Musiał się gdzieś schować, gdy ewakuowano młodszych uczniów... - głos Rona załamuje się delikatnie.

Przez chwilę siedzimy w ciszy. Przypominam sobie drobnego chłopca, który chodził za mną z aparatem fotograficznym. Trudno mi uwierzyć, że ten chłopiec jest martwy.

- Co ze śmierciożercami?- Pytam szybko, by oderwać się od przykrych myśli.

- Niemal wszyscy zostali wyłapani. Większość z nich czeka w Azkabanie na proces.

- Poza Malfoyem - burknął Ron.

- Jak to? - Pytam zdziwiony. Kto jak kto, ale Lucjusz Malfoy nie powinien chodzić na wolności. Czuję jak zalewa mnie fala wściekłości na samą myśl o tym, że ten mężczyzna mógłby znów wywinąć się od więzienia, tak jak po pierwszej wojnie. Czyżby ponownie kupił swoją wolność za galeony? Zanim jednak udaję mi się coś powiedzieć, powstrzymuje mnie głos Rona.

- Fretka zostaje w Hogwarcie. Jest pod nadzorem McGonagall, do czasu swojego procesu. Uznali, że jego wiek jest czynnikiem łagodzącym i dopóki nie zostanie skazany, został zwolniony z aresztu.

Ach, więc chodzi o młodszego Malfoya. Czuję ulgę. Potem przypominam sobie wydarzenia z Malfoy Manor i to, jak Draco odmówił zdradzenia mojej tożsamości. Później napływają inne wspomnienia. Draco opuszczający różdżkę, na wieży astronomicznej po rozmowie z Dumbledore'm. Jego blada, przerażona twarz gdy Voldemort kazał mu torturować innego śmierciożerce. Nie jestem pewien, jakie są moje uczucia względem niego, ale jedno wiem na pewno- nie zasłużył na to by skończyć w Azkabanie.

- Więc Harry, zostajesz w szkole? - Głos Hermiony sprowadza mnie na ziemie i odrywa od rozmyśleń.

- Dyrektor McGonagall powiedziała, że każdy ma prawo powtarzać rok. Ty chcesz zostać Aurorem więc pomyślałam, że...

- Oj przestań, Hermiono. Harry'ego przyjmą nawet bez tego. W końcu zabił lorda-wszystkich-gadów – dumny uśmiech rozkwita na twarzy Rona.

Nie bardzo podoba mi się określenie 'zabił'. Myślę o tym bardziej jak o unicestwieniu, pokonaniu, zwyciężeniu a nie jak o zabiciu. Zabić, zabić, zabić. Uśmiercić, zamordować, zabić. Czy teraz jestem mordercą? - zastanawiam się lecz szybko odsyłam te myśli w niebyt. Nie, nie nie. Ta śmierć była potrzebna i dobra. Przyniosła zbawienie i ulgę dla wielu bezbronnych ludzi, którzy wcześniej żyli w strachu.

Ale czy śmierć może być potrzebna? Dobra? Ale przecież Voldemort nawet nie żył. On bardziej istniał, egzystował. To nie było życie, to był po prostu byt. Więc czy można nazwać to morderstwem? Można zabić coś, co jedynie daje znaki życia, lecz nie żyje naprawdę? - biję się z własnymi myślami.

Po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że przyjaciele patrzą na mnie wyczekująco.

- Ja, no cóż. Nie myślałem o tym jeszcze. – Mówię licząc na to, że ta odpowiedź ich zadowoli. - A wy? Zostajecie?

Hermiona nagle przybiera zakłopotaną minę a Ron smutnieje. Przez chwilę czuję się zupełnie odłączony. Jakby moi przyjaciele mieli przede mną jakieś tajemnice, o których nie chcą mi powiedzieć.

- Nie mogę – mówi Hermiona. - Muszę pojechać odnaleźć moich rodziców i cofnąć zaklęcie pamięci.

- Herm, przecież mówiłem ci, że my z Harrym z chęcią ci pomożemy. Prawda, Harry?

- Rozmawialiśmy o tym, Ron. Chcę to zrobić sama – mówi a jej mina sugeruje, że ten temat jest skończony. - Po za tym, Ronaldzie, chyba do czegoś się zobowiązałeś.

Dziewczyna spogląda na niego karcąco.

- O czym ona mówi? - pytam w końcu nie chcąc dłużej czuć się wykluczony z rozmowy.

- Obiecałem George'owi, że pomogę mu z sklepem. On nie da sobie sam rady po śmierci... - nie kończy zdania.

Wspomnienie o śmierci Freda uderza we mnie boleśnie trafiając prosto w serce. Przez chwilę zapada cisza.

- Ron, powinniśmy już iść. Musimy się wyspać, jutro wyjeżdżamy. – Dziewczyna wstaje ciągnąc za rękę Rona. - Przepraszamy Harry. Jutro przyjdziemy się pożegnać.

W jej oczach dostrzegam szczery żal i smutek i rozumiem, że potrzeba odnalezienia rodziców jest teraz dla niej teraz najważniejsza. Przez chwile na ich twarzach dostrzegam wahanie.

- Wszystko w porządku? - Pyta.

- Tak, jasne. Wszystko jest dobrze – kłamię.

- Jesteś pewny Harry? Mogę wyjechać trochę później a Ron może...

- Jestem pewny Herm - przerywam jej. Uśmiecham się do nich gdy odwracają się w stronę drzwi i wychodzą. - Poradzę sobie – mówię szeptem gdy drzwi się zamykają, z całej siły próbując uwierzyć we własne słowa.

Po ich wyjściu pozwalam myślom odpłynąć. Wracam do momentu ostatecznej bitwy. Pamiętam dokładnie ten strach rozchodzący się po moim ciele, przepływający po moich kościach. Byłbym głupcem gdybym się nie bał spotkania z nim. Był potężny, nie można temu zaprzeczyć lecz były rzeczy ważniejsze od mojego strachu. Nie chciałem by przeze mnie ginęli ludzie. To nie było w porządku.

Zaraz po wizji, z nim zmierzającym do Wrzeszczącej Chaty, nie zastanawiałem się dłużej i pobiegłem na "spotkanie z śmiercią". I faktycznie, gdy teraz o tym myślę to wydaje się to lekkomyślne i głupie. We Wrzeszczącej Chacie od razu dostrzegłem Snape'a. Był ledwo żywy. Resztkami energii i siły utrzymywał się przy życiu. Jak by wisiał już na ostatnim, cienkim włosku, który może pęknąć w każdej chwili. Zwykłe oddychanie sprawiało mu problem. Jego oddech nie był równy. Gdy podszedłem bliżej, dostrzegłem, że drży. Cały był zakrwawiony a jego szata była w opłakanym stanie, była podarta i we krwi. Leżał z wzrokiem utkwionym w jeden punkt. Jakby już się poddał i czekał na śmierć.

Gdy do Voldemorta dotarła wieść o szpiegostwie Snape'a, postanowił go wykończyć. Torturował go a następnie pozostawił aby ten umierał wolno i boleśnie. Nie mogłem zrobić nic innego jak po prostu uklęknąć przy nim. Popatrzył na mnie wzrokiem innym niż zwykle. Nie było to pogardzanie, kpina czy nienawiść. Był tylko smutek w tych czarnych oczach.

- Potter – wyrzucił z siebie. Obserwowałem jak próbuje walczyć o każdy oddech.

- Jestem tu profesorze. Co mogę zrobić? - Zapytałem.

- Nic. Po prostu tu zostań – powiedział tylko. Nie chciał umierać w samotności. Postanowiłem spełnić jego ostatnią prośbę. Jego oddech stawał się coraz cięższy a puls słabszy gdy, ku mojemu zdziwieniu, z głośnym, przeszywającym powietrze jękiem podniósł się lekko i ostatkami sił przetransmutował kamień we fiolkę a nim zdążyłem zorientować się co robi, w małej szklanej buteleczce znajdowało się prawie przezroczyste wspomnienie.

- Weź je – powiedział tylko.

- Profesorze, co... - nie zdążyłem dokończyć bo po chwili jego głowa z hukiem uderzyła w podłogę. Już nawet nie sprawdzałem pulsu, byłem pewny, że wcale go nie było. Mężczyzna był martwy. Jego oczy zamknęły się a usta lekko rozchyliły.

Z wielu miejsc na jego ciele wciąż lała się krew a jego lewa noga była ułożona pod dziwnym kątem. Nie myśląc o tym więcej, po prostu wziąłem go na ręce zauważając, jak lekki był. Prędko zaniosłem go do gabinetu dyrektorskiego a następnie obejrzałem jego wspomnienie. Ostatnią rzecz, jaką po sobie pozostawił.

We wspomnieniu zobaczyłem jego. Był dzieckiem. Leżał na trawię rozmawiając z jakąś śliczną rudowłosą dziewczynką – moją matką. Dziewczynka śmiała się a jej oczy błyszczały radośnie. W następnym wspomnieniu jakie zostało mi pokazane, już starszy Snape w Wielkiej Sali patrzył jak Lily zostaje przydzielona do Gryffindoru a on sam ląduje w Slytherinie.

W następnym nazwał ją 'szlamą' i prędko wspomnienie się zmieniło. Od razu rozpoznałem, że znajduję się w gabinecie dyrektora. Dostrzegłem Dumbledore'a a Snape stojący nieopodal wyglądał na załamanego. Prosił starca o opiekę nad moją matką.

Z kolejnym wspomnieniem, dane mi było ujrzeć piękną łanie. A raczej patronusa, który przybrał taką postać. Łania, taka sama jak ta mojej matki.

- Przez te wszystkie lata?

- Zawsze.

I wspomnienie się skończyło a ja upadłem na kolana. Przez chwilę nie mogłem dojść do siebie po tym, co zobaczyłem w myśloodsiewni. Wyszedłem z gabinetu, gdy wizja Voldemorta zaatakowała mój umysł. Wycofał sługi z zamku dając czas rodzinom na pochowanie zmarłych. Sprowokował mnie, wiedziałem to. Powiedział to wszystko jedynie po to by sprawić, że wyrzuty sumienia uderzą we mnie i na pewno stawię się w zakazanym lesie. To było niepotrzebne. Poszedłbym tam i bez tego.

Szedłem powoli przez Zakazany Las. W pewnej chwili potknąłem się i upadłem na trawę. Siedziałem tak kilka sekund nie mogąc zebrać siły by wstać.

- Harry Potter – usłyszałem nagle lecz nie musiałem unosić głowy by rozpoznać do kogo należy ten gadzi głos. - Klęczy przede mną. Taki piękny widok. - Potwór zaśmiał się a ja poczułem ciarki na plecach. Wstałem ignorując ból w kostce.

- Nigdy ci się nie pokłonie, Tom. - Powiedziałem, mając nadzieje ze mój głos brzmi pewnie.

- Nie używaj tego imienia głupcze! - Krzyknął głosem pełnym jadu. - Crucio.

Straszny ból przeszył moje ciało. Miałem wrażenie jakby każda moja kość pękała, jakby ból rozrywał moje ścięgna, jakby ktoś wyrywał mi kończyny. A potem ból ustał.

- Chyba nie a myślisz, że zabiję cie tu? Nie bądź nie mądry, Harry. - Moje imię w jego ustach zabrzmiało jak największa obelga. - Zadbajmy o jakieś przedstawienie dla twoich fanów.

Rzucił jakieś zaklęcie i po chwili straciłem panowanie nad swoim ciałem. Upadłem na ziemie. Voldemort ruszył do Hogwartu a ja lewitowałem za nim, niezdolny do ruchów.

Po chwili dotarliśmy na miejsce. Zdjął zaklęcie a ja ponownie upadłem na twardą ziemie. Syknąłem z bólu. Uczniowie oraz nauczyciele wyszli z Hogwartu.

- Wstań głupcze,walcz! - Wykrzyknął. Pławił się w swym zwycięstwie.

O chwiejnych, drżących nogach wstałem lecz po chwili upadłem znowu potraktowany cruciatusem.

- Poddajcie się, dołączcie w moje szeregi - mówił do uczniów i nauczycieli. - Dumbledore nie żyje a wasz bohater też wkrótce podzieli jego los.

Nikt się nie odezwał. Słychać było dźwięki aportacji. Śmierciożercy dotarli na miejsce.

- Moi poddani, moi wierni śmierciożercy. Nadszedł dzień na który tak długo czekaliśmy, dzień naszej chwały, naszego zwycięstwa! - Usłyszałem wiwaty i głośny, szaleńczy śmiech Bellatrix Lestrange.

Voldemort odwrócił się w moją stronę.

- Patrzcie jak umiera wasza nadzieja na wolność – wysyczał.

Celuje różdżką w moją stronę a ja uświadamiam sobie, ze nadszedł mój koniec. Nagle kolejne dźwięki aportacji i dostrzegam aurorów. Wykorzystuję chwilowa dezorientacje Voldemorta i wstaje resztkami sił. Unoszę różdżkę i rzucam zakręcie w tym samym czasie co on. Powtarza się sytuacja sprzed kilku lat. Nasze zaklęcia spotykają się, walcząc o dominacje. Jego zielony, morderczy płomień przeciwko mojemu, czerwonemu. Walczę z wszystkich sił.

Nagle przed moimi oczami widzę moich rodziców i Syriusza. Wiem, ze tak naprawdę ich tam nie ma, ale myśli o nich dodają mi siły. Mój płomień przejmuje dominacje i po chwili uświadamiam sobie że wygrałem. Voldemort upada na ziemie z różdżką w ręce, wciąż celując w moją stronę. Wypowiada jakieś słowa ale nie nie jestem w stanie ich dosłyszeć. Po chwili dostrzegłem, jak rozpada się na kawałki, i to co ostatnie ujrzałem nim ciemność zawładnęła moim umysłem.

Odrywam się od rozmyśleń i stwierdzam, że potrzebuję świeżego powietrza. Dostrzegam ubrania leżące na łóżku obok, które od razu na siebie zakładam. Wychodzę i kieruję się w stronę schowka na szkolne miotły. Zabieram jedną, tą, która pierwsza rzuca mi się w oczy i niezauważony wychodzę z zamku.


Mam nadzieję, że błędy nie raziły aż tak bardzo w oczy, i że czytało się przyjemnie. Nie zapomnijcie napisać w komentarzu, co sądzicie o tym rozdziale. Komentarze motywują :)

W następnym rozdziale zajrzymy trochę do głowy Malfoy'a.

Pozdrawiam ;))

Lawliettxox.