Tytuł oryginału: Hero Hunting

Autor: slantedknitting

Zgoda jest. Link w profilu.


Rozdział pierwszy

Pierwsza próba


Ron stał nerwowo na stopniach przed domem Harry'ego. Bez mrugnięcia okiem gapił się na tabliczkę, na której było napisane: „Potter, Ferguson". Jego ręka się trzęsła, kiedy podnosił ją, żeby zapukać.

Nie oddychał, czekając na podchodzące do drzwi kroki, które powinien usłyszeć z domu. Kiedy nic się nie wydarzyło, zapukał ponownie, głośniej i z większą pewnością.

Nadal nic się nie wydarzyło. Cofnął się o krok i spojrzał podejrzanie na okna z przodu, zastanawiając się, czy Harry widział go na stopniach i zdecydował, że nie otworzy drzwi. Jednak zasłony były zaciągnięte i nieruchome. Ron westchnął i znowu się rozejrzał, aż jego oczy spoczęły na małym przycisku obok drzwi.

Zadzwonił dzwonkiem i czekał. Ponownie nie wydobył się żaden dźwięk. Przycisnął ucho do drzwi i nacisnął dzwonek jeszcze raz, ale nie usłyszał brzęczenia. Po jeszcze kilku ostrych dźgnięciach w przycisk zdecydował, że dzwonek jest zepsuty. Zerkając na ulicę za sobą, z powrotem narzucił na siebie pelerynę–niewidkę i westchnął, żeby pozbyć się uczucia rozczarowania i zawodu.

Tylne drzwi, pomyślał, przechodząc dookoła domu. Skręcił za pierwszym rogiem budynku i zobaczył ogrodzenie wystające za domem, znakujące ogród. Mógł słyszeć hałas i głosy. Przyspieszając, kiedy przechodził na tyły budynku, Ron chwycił pelerynę. Jego serce waliło intensywnie i czuł, jakby chciało podskoczyć do jego gardła i wydostać się przez usta.

Doszedł do ogrodzenia i zatrzymał się, zanim przeszedł kilka kroków dalej, żeby ogarnąć spojrzeniem cały ogród. Słuchał uważnie, zwracając uwagę na dziwne dźwięki i głosy. Kilka głębokich głosów wskazujących na dorosłych, przynajmniej dwa piskliwe głosy dzieci i coś, co brzmiało jak płynąca woda.

Przełknąwszy głośno, starając się uspokoić, Ron zamknął oczy i przesunął się do przodu, aż był pewny, że stoi obok ogrodzenia. Obrócił się w stronę dziecięcych krzyków i otworzył oczy.

Trójka dzieci, wszystkie poniżej dziesięciu lat, biegały po ogrodzie w kostiumach kąpielowych. Na trawie rozłożona była długa, niebieska plandeka. Zaczynała się obok ogrodzenia, gdzie stał Ron, a kończyła przy przeciwnej części parkanu, gdzie miała przywiązany materac.

Ron nie myślał, tylko patrzył, jak najstarszy dzieciak biegnie na plandekę, mokra trawa kładzie się pod jego bosymi stopami, a on rzuca się brzuchem na płachtę. Prześlizgnął się przez nią niezgrabnie, wpadając głową na materac po drugiej stronie ogrodu. Śmiejąc się głośno, podskoczył na nogi pobiegł z powrotem, żeby stanąć w kolejne za innymi dziećmi.

Harry stał po jednej stronie plandeki, oglądając ten chaos i szczerząc się, trzymając w ręce wąż ogrodowy. Skierował strumień wody na matę, utrzymując ją śliską i nie powodującą tarcia. Jego włosy były krótkie po bokach, ale trochę dłuższe na ciemieniu i potylicy; Ron pomyślał, że ten lekki irokez nadawał Harry'emu dziwnego, artystycznego wyglądu, który wydawał się na nim bardzo nie na miejscu. Aby dopełnić obrazka, najwyraźniej Harry wyhodował jakiś rodzaj dokładnie przyciętej brody, albo po prostu nie golił się przez jakiś czas, chociaż dla Rona wyglądało to na zaplanowanie działanie. Najbardziej dziwny był brak okularów.

Za Harrym, na małym, wybrukowanym patio, troje dorosłych siedziało na krzesłach dookoła stołu. Oni również wesoło przyglądali się mokrej scenie.

Ronowi zajęło kilka minut w pełni zrozumienie tego, co ogląda. Były dwie pary, a kobiety na tarasie wyglądały na spokrewnione; żona Harry'ego i jego siostra. Mężczyzna byłby w takim razie mężem tej siostry. Obie kobiety miały jasnobrązowe włosy i ładne, radosne, piegowate twarze. Młodsza miała krótko ścięte włosy; układały się nad jej ramionami i musiała ciągle odgarniać za ucho nieposłuszne pasma. Starsza miała włosy długości do łokci, spięte w luźny warkocz. Dzieci mogły należeć do obu par; wszystkie miały jasnobrązowe włosy i były podobne do kobiet. Ron nie mógł znaleźć na ich twarzach podobieństwa ani do Harry'ego, ani do drugiego mężczyzny.

Więc, pomyślał, Harry jest żonaty. Ma dziecko. Możliwe, że dwoje. A to jest spotkanie dla kuzynów, żeby mogli się razem pobawić.

— WUJKU HARRY!

Krzyk sprawił, że Ron podskoczył lekko i szybko upewnił się, że peleryna nadal go zakrywa. Najmłodsze dziecko, chłopiec, pobiegło do Harry'ego i starało się wziąć od niego wąż. Harry zachichotał, puścił wąż i odwrócił się w stronę patio. Chłopiec zachwiał się, opierając całą swoją wagę ciała na Harrym, który przechylił się na bok i oparł ręką o plandekę, poślizgnął się i wylądował na tyłku. Prześlizgnął się komicznie przez całą długość do materaca.

Młodsza z sióstr, którą Ron określił jako żonę Harry'ego, podskoczyła i pobiegła do niego. Harry leżał rozwalony na plecach, krzywiąc się, ale śmiejąc.

— Wszystko w porządku? — zapytała Harry'ego ze szkockim akcentem.

— W porządku — zapewnił ją, powoli schodząc z maty, żeby móc stanąć na trawie. Pomogła mu wstać, a on przytulił ją mocno, przyciskając swoje mokre ciało do jej suchego. Piszcząc, wykręciła się z jego uścisku i pobiegła do bezpiecznego tarasu. Jej siostra się śmiała.

— Wujku Harry! — Tym razem krzyknęła dziewczynka. Ron od razu spojrzał na najstarsze dziecko, a jego serce waliło w piersi, kiedy się zorientował, że to musi być syn Harry'ego. — Prześlizgnij się ze mną!

— I ze mną! — krzyknął młodszy chłopiec.

— Ze mną też! — zgodził się najstarszy.

— Dobrze, dobrze. — Harry zmierzwił każdemu mokre włosy, kiedy przechodził na początek plandeki. Ron wstrzymał oddech, kiedy jego przyjaciel doszedł do ogrodzenia. Nadal był chudy, ale Ron mógł widzieć mięśnie uwypuklone przez mokrą koszulkę. Kiedy Harry ją ściągnął, oczy Rona tańczyły na jego twardych, wyrobionych mięśniach klatki piersiowej i brzucha. Znalazł lekki ślad na jego piersi, gdzie horkruks chciał go udusić. Ron zorientował się, że szuka wszystkich znajomych blizn Harry'ego, a kiedy je odnajdował, w pewien sposób czuł ulgę. Blizna w kształcie błyskawicy na jego czole była teraz cała widoczna, bo nie miał grzywki, żeby ją ukryć. Kiedy Harry się odwrócił, Ron patrzył, jak mięśnie jego pleców i ramion ruszają się, kiedy kładł się na macie.

Trójka dzieci wspięła się radośnie na jego plecy. Najmłodszy chłopiec praktycznie siedział na karku Harry'ego. Dziewczynka siedziała zaraz za nim, a syn Harry'ego usadowił się na lędźwiach swojego ojca.

— Emily! — zawołał Harry. — Popchniesz nas?

Ron patrzył, jak kobieta z krótkimi włosami podeszła do plandeki, jej koszulka i szorty były mokre od uścisku z Harrym. Złapała kostki Harry'ego i popchnęła go, posyłając pędem swojego męża i trójkę dzieciaków w stronę materaca. Harry owinął swoje ręce wokół głowy, pozwalając, by jego przedramiona uderzyły pierwsze w materac. Dzieci zleciały z niego przy uderzeniu, chichocząc dziko i żądając jeszcze jednej jazdy.

Kiedy Harry wstał i zgodził się na to, Ron odwrócił się i poszedł w stronę ulicy. Nie byłby w stanie pokazać się Harry'emu dzisiaj. Mieli towarzystwo, a Ron potrzebował czasu, żeby przetworzyć nowe fakty. Małżeństwo. Syn. Irokez. Broda. Brak okularów. Te wszystkie mięśnie.

Ściągnął pelerynę–niewidkę i szedł ponuro w stronę centrum miasta, myśląc z utęsknieniem o gorącym prysznicu w swoim pokoju hotelowym. Przez całą drogę starał się zablokować mantrę, która stawała się mocniejsza i głośniejsza z tyłu jego głowy: to nie był mój Harry, to nie był mój Harry.