II

JASON

Hazel, Frank i Hedge siedzieli już przy stole w mesie, czekając na nich. Jason omal nie zapytał na przywitanie, czy Percy i Annabeth też przyjdą, ale zaraz ugryzł się w język. Zajął miejsce pomiędzy Hazel a Piper, obok pustego krzesła syna Posejdona. Starał się nie patrzeć w tamtą stronę. Leo spoczął na drugim końcu stołu, a Jason odniósł niejasne wrażenie, że jego najlepszy przyjaciel unika Hazel.

- Hej - przywitał go Frank. Mimo że oboje pochodzili z Obozu Jupiter, Jason nie miał jeszcze sposobności dokładnie go poznać; Frank trafił do Obozu po tym, jak Hera ukradła wspomnienia syna Jupitera i umieściła go w Obozie Herosów na drugim końcu kraju.

- Cześć - odparł Jason.

- Nareszcie - mruknął Hedge. Miał potargane włosy, jak po ciężkiej nocy z maratonem jakiegoś dennego serialu na ABC. - Już zaczynałem się martwić, że nie zaszczycicie nas swoją obecnością.

Jason wymusił słaby uśmiech i splótł dłoń z Piper pod stołem. Leo chyba to zauważył, bo zaczął wsadzać sobie palec do ust, jakby zbierało mu się na wymioty. Jason rzucił mu spojrzenie w stylu: "Och, zamknij się".

- Chyba możemy zaczynać, prawda? - spytała Piper. - Skoro jesteśmy już wszyscy...

- Czekamy jeszcze na Nica - przerwała jej Hazel bezbarwnym tonem. Na wzmiankę o bracie z jej twarzy spełzły wszystkie emocje. I pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu tak się o niego zamartwiała. - A poza tym, to Charon ma zadzwonić.

- Chejron – poprawiła ją odruchowo Piper.

Hazel machnęła ręką. Musiała być naprawdę nie w sosie, skoro nie zaprzątała sobie głowy poprawnymi imionami postaci mitycznych.

Nico wpadł do środka niczym czarne tornado. Jason nie miał pojęcia, skąd syn Hadesa wytrzasnął nową skórzaną kurtkę, dżinsy i glany, ale chyba wszyscy zauważyli jego fioletowy T-shirt z Obozu Jupiter, który nieudolnie próbował zakryć wiatrówką (pewnie Hazel kazała mu włożyć tą koszulkę). Miał podkrążone oczy i potargane włosy, a wokół niego unosiła się nieprzyjemna aura, jakby samą swoją obecnością starał się kogoś sprowokować. Do pasa przypiął swój miecz, jak gdyby nigdy nic.

- Nie wnosimy broni do mesy - wypalił Frank. Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem; można się było spodziewać jakiejś uwagi po Jasonie czy Leonie, ale po Franku? Nawet Hazel popatrzyła na niego niepewnie, jakby ktoś podłożył robota na miejsce jej chłopaka.

Nico uniósł brew.

- Nie użyję jej - oświadczył, po czym opadł na krzesło między Hedgem a Leonem, co nie bardzo spodobało się im obojgu.

Hazel chyba chciała coś powiedzieć, ale wtedy w powietrzu pojawił się obraz - wynurzał się z delikatnej mgiełki, a jednocześnie zlewał z tłem mesy, tak że trudno było skupić wzrok na jego krawędziach. W iryfonie ukazała się twarz Chejrona siedzącego w swoim gabinecie na wózku inwalidzkim. Ściągnął brwi, co nadawało jego zwykle łagodnym rysom surowego akcentu.

- Witajcie, dzieci... i Gleesonie - przywitał się Chejron.

Hedge skłonił głowę. Chejron przeniósł wzrok na Nica.

- Dzień dobry, panie di Angelo.

Jason zacisnął pięści i przemówił, zanim Nico zdołał zabrać głos.

- Chejronie, nie mamy zbyt wiele czasu. Pamiętasz? Limit iryfonu.

- Racja, Jasonie - zgodził się centaur, chrząkając. - Cały Obóz jest już przygotowany. Dzięki Tysonowi i pani O'Leary na bieżąco otrzymujemy informacje o zbliżających się legionistach. Kontrolujemy sytuację.

- Na pewno? - odezwała się Piper. - Możemy się podzielić, część z nas może wrócić do Nowego Jorku i...

- Nie! - zaprotestowali jednocześnie Chejron i Hedge, aż Piper zagryzła wargę. Jason kreślił kciukiem kółka na jej dłoni żeby ją jakoś pocieszyć lub uspokoić, zawsze jej to pomagało.

- Nie, nie, i jeszcze raz nie! - wrzasnął trener.

- Lepiej, żebyście trzymali się razem, tylko wtedy jesteście najsilniejsi. Już i tak straciliście sporo, nie możecie więcej ryzykować – dorzucił Chejron.

- Jest w tym jakieś ziarno prawdy - zauważył Leo po chwili namysłu.

- Nawet spore - potaknął opiekun herosów. - W każdym razie nie zgadzam się na to. No i... - obejrzał się przez ramię, jakby bojąc się, że jakiś szpieg może go usłyszeć. - Wiadomo coś o Percy'm i Annabeth?

Jason nieco się zdziwił, że Chejron o to pyta, ale Piper szybko to wyjaśniła.

- Przekazaliśmy wieści Chejronowi, gdy byłeś nieprzytomny - szepnęła mu do ucha. - Tylko jemu. Reszta Obozu... no, nic jeszcze nie wie. Woleliśmy, wiesz... nie ryzykować ich zaufania, jeśli mogę tak powiedzieć.

Chłopak wiedział, o co jej chodziło - w Obozie Herosów słyszał nazwisko Percy'ego co najmniej kilkanaście razy dziennie, więc kiedy spotkali się w Obozie Jupiter odniósł wrażenie, że już całkiem sporo o nim wie. Dla większości greckich półbogów Percy stał się wzorem do naśladowania; pięć zakończonych sukcesem misji, walka z władcą tytanów (w dodatku udana)... wszyscy darzyli go zaufaniem. Gdyby okazało się, że Percy, najpotężniejszy nowożytny heros, mógł nie przeżyć misji, inni pewnie pomyśleliby sobie: "O bogowie, skoro Percy Jackson, zabójca Kronosa, nie podołał temu wyzwaniu, to jak ja mam to zrobić?". Jason przez jakiś czas był pretorem i dobrze znał niepokój w ludzkich sercach, narastającą panikę, kiedy człowiek, w którego wierzyli całym sobą, okazywał się tak samo kruchy i... no, ludzki, jak oni. Ludzie musieli mieć kogoś, w kogo mogliby wierzyć, inaczej by zwariowali.

Hazel pokręciła głową.

- Nie mieliśmy żadnych wieści, odkąd ich... straciliśmy - przełknęła ślinę z trudem. - Od trzech dni.

Trzy dni? Naprawdę minęło już tyle czasu, odkąd wylecieli z Rzymu? Jasonowi trudno było w to uwierzyć, ale się nie odezwał.

- Ja również nic nie wyczułem - wtrącił Nico, czym wywołał ogólne poruszenie w mesie. Siedem par oczu zwróciło się na niego w oczekiwaniu. Jasona uderzyło, jak wycieńczony był syn Hadesa. Przez skórę nawet z odległości dwóch metrów dopatrzył się prześwitujących żył, a w oczach czaiła się jakaś iskierka szaleństwa, jakby tylko czekająca, żeby ją rozpalić. - Mogę was tylko zapewnić, że żyją. Gdy spadali, tak jakby... utworzyłem coś w rodzaju... hm, łącza empatycznego z nimi. Nie tak silnego, jak to, które łączy Percy'ego z tym satyrem, Groverem, ale... no, nie chcę się wdawać w szczegóły, ale żyją. Akurat w tej kwestii możecie mi zaufać.

"Naprawdę?", pomyślał sceptycznie Jason, ale zachował to dla siebie. Hazel zmarszczyła brwi.

- Łącze empatyczne? Nico, ty...

- Powiedziałem, to co wiem, okej? Chejron wie, czym jest łącze, prawda?

Centaur nie wyglądał na przekonanego, ale potwierdził:

- Owszem, panie di Angelo, wiem.

Nico oparł się na krześle ze skrzyżowanymi ramionami. Odwrócił głowę jak urażony królewicz i Jason zrozumiał, że już nic z niego nie wyciągną. Chejron wziął głęboki oddech.

- Dobrze. Chciałem się z wami skontaktować jeszcze z jednego powodu. - Zawołał czyjeś imię przez ramię i po chwili w iryfonie zamigotały dwie nowe sylwetki, obie żeńskie.

Jason rozpoznał Clarisse la Rue, córkę Aresa oraz Rachel Elizabeth Dare, wyrocznię delficką. Twarzy Clarisse w zasadzie nie dało się pomylić z żadną inną - miała i męskie i żeńskie rysy (o ile to w ogóle możliwe), włosy niedbale spięte w kucyk i przewiązane czerwoną bandaną oraz potężną posturę, której pozazdrościłby jej nie jeden chłopak. Z kolei Rachel wyglądała, jakby zjadała za dużo kapusty i w dodatku popiła ją mocnym piwem. Rude loki przyklejały się do jej spoconego czoła, źrenice nie potrafiły się skupić na żadnym konkretnym punkcie, tańczyły rozbiegane po przestrzeni. Dziewczyna co jakiś czas zataczała się, więc Clarisse dzielnie przerzuciła jej rękę przez swój kark i podtrzymywała. Jason jakoś nie przypominał sobie, żeby były dobrymi kumpelkami.

- Rachel! - Piper wydawała się wstrząśnięta. Rachel dość często bywała w Obozie Herosów (miała swoje lokum w jaskini, ale to już zupełnie inna historia) no i przyjaźniła się z Annabeth, więc Piper również często przebywała w jej towarzystwie i zdążyły znaleźć wspólny język. Wyrocznia spojrzała na nią i przez ułamek sekundy wyglądało na to, iż ją rozpoznaje.

- Piper - wydukała. - Piper, coś się stało z Annabeth. Coś strasznego, ja to widziałam. I z Percy'm też, Piper, muszę ich zobaczyć. Stało się coś strasznego.

- Rachel, spokojnie. - Piper użyła czaromowy, co najwidoczniej poskutkowało przez iryfon, ale też sprawiło, że wszyscy pozostali w mesie zaczęli się rozluźniać. Jason starał się zachować trzeźwość umysłu, aby wesprzeć swoją dziewczynę w razie potrzeby. - Już dobrze. Z nimi wszystko w porządku, naprawdę, ale nie możesz ich teraz zobaczyć.

- Muszę! - krzyknęła Rachel jak obłąkane zwierzę, wyrywając się Clarisse z rąk. Na szczęście córka Aresa miała mocny uścisk.

- Nie możesz - odparła Piper. - Oni... zaliczyli dość twardy upadek i są teraz w izbie chorych. Ale wyjdą z tego, mamy dużo ambrozji. Wszystko z nimi dobrze, uwierz mi.

- Rachel? - odezwał się Nico, wyrywając wszystkich z transu. Patrzył na dziewczynę w iryfonie niepewnie, jakby za moment mogła zniknąć (co było zresztą prawdopodobne, biorąc pod uwagę iryfonowy limit połączeń).

- Nico. - Rudowłosa natychmiast przestała się szarpać i wbiła w niego zaskoczony wzrok, jakby nie potrafiła uwierzyć, że on naprawdę tam jest.

Po obu stronach linii zapadła grobowa cisza. Rachel i Nico wpatrywali się w siebie, jakby porozumiewali się bez słów, a Jason nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś mu umyka. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że ta dwójka się zna.

Clarisse chrząknęła znacząco.

- Rachel, powiedz im co zobaczyłaś - powiedziała nagląco, po czym zwróciła się do Chejrona. - Ile jeszcze mamy czasu?

- Pół minuty - odrzekł centaur zmienionym głosem, jednak Jason nie rozpoznał targających nim emocji.

- Półbogowie najmocniejsi zamknąć mają wrota, pomocą służy ogień i córa złota - wyrecytowała wyrocznia, a jej tęczówki zapłonęły malachitem. - Dotykiem śmierci potęga przebudzona, polami kar spłynie herosów krew upragniona.

Jasonowi serce podeszło do gardła.

- Kolejna przepowiednia? - zapytał w zasadzie retorycznie.

- Damski Oktawian? - wymamrotał Frank, być może chcąc zabrzmieć zabawnie, ale... no cóż, w tej sytuacji nikt jakoś nie miał nastroju do żartów.

- Konsultowaliście to już z Ellą? - zabrała głos Hazel.

Clarisse skrzywiła się, gdy Rachel pociągnęła ją ku podłodze. Córka Aresa nie dała się jednak i od razu wyprostowała, zaciskając palce na ramieniu dziewczyny jeszcze mocniej.

- Ona i Rachel, jak widzisz, miały mały... hm, wypadek przy pracy.

- Wypadek? - powtórzyli jednocześnie Jason, Hazel i Piper.

- Nie zamykaj, Jasonie Grace! - wydarła się niespodziewanie Rachel. Twarz jej pozieleniała. - Nie zamykaj drzwi! To ich zniszczy. Nie słuchaj. To wyrocznia mówi moimi ustami, nie słuchaj jej, nie zamykaj drzwi! Nie ulegaj pokusom, Hazel Levesque! To się dla ciebie źle skończy. Rozwiązanie jest tuż pod twoim nosem, Franku Zhang, znajdź je, kieruj się głosem w sobie! Nico, pamiętaj o obietnicy! Nie wolno ci jej złamać!

- Uspokój się! - Rachel wyrwała się Clarisse i zaszarżowała na iryfon, jakby chciała przedostać się przez niego do środka mesy. Zamachnęła się rękoma i obraz rozpłynął się w mgłę.

Przez jakąś minutę, która Jasonowi dłużyła się w nieskończoność, nikt nie odważył się wymówić ani słowa. O co jej chodziło z tym "nie zamykaj drzwi"? Jakich drzwi? Jason przez jedną straszną chwilę sądził, że zna odpowiedź, ale... nie, to nie mogła być prawda. Dlaczego miałby nie zamykać Wrót Śmierci po uwolnieniu Percy'ego i Annabeth? Czy nie o to właśnie chodziło w tej misji - o ich zamknięcie? No i co miały znaczyć te słowa skierowane do reszty: Hazel, Franka i Nica? No i jeszcze ten fragment: „to wyrocznia mówi moimi ustami, nie słuchaj jej". Albo Rachel chorowała na poważne rozdwojenie jaźni, albo coś ją opętało. Nawet nie chodziło tu już o wyrocznię delficką, którą dziewczyna sama zgodziła się przyjąć. Jason odniósł wrażenie, że jeśli coś naprawdę siedzi w Rachel Elizabeth Dare, to jest to dużo starsze i potężniejsze, niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Hazel chyba też nie dawało to spokoju, bo jako pierwsza przerwała ciszę:

- Frank, o co chodziło Rachel? Jakim głosem masz się kierować? Jakie rozwiązanie?

- Mógłbym cię zapytać o to samo; o to jakim pokusom masz nie ulegać - odburknął, po czym podniósł się z takim impetem, że krzesło uderzyło z hukiem o podłogę. Hazel wzdrygnęła się i przełknęła głośno ślinę, zaciskając mocno pięści. Frank zaklął pod nosem, czego prawdopodobnie nigdy nie robił i niezgrabnie postawił krzesło do pionu. Potem wymamrotał coś w rodzaju: - Muszę już iść.

Wybiegł ze stołówki, ciężko stawiając każdy krok. Hazel wyglądała, jakby jej chłopak właśnie walnął ją patelnią w głowę. Wpatrywała się szeroko otwartymi, bursztynowymi oczami w pustą przestrzeń za synem Marsa, aż w końcu wyrwało jej się zduszone:

- Frank, czekaj!

Rzuciła wymowne spojrzenie ku Nicowi i wypadła z mesy, zatrzaskując za sobą drzwi tak głośno, że pomieszczeniem wstrząsnęło, a statek zakołysał się.

- Chyba będę jej musiał przeczytać "Zasady BHP na okręcie wodno-powietrznym" - stwierdził Leo, ale właściwie nikt go nie słuchał.

Nico wstał, zasunął za sobą krzesło i również wyszedł, niemal wtapiając się w cienie na ścianach.

- Ja też już pójdę - oznajmił jedynie.

Znów zostali tylko oni: Jason, Piper, Leo i Hedge, jak za dawnych czasów, podczas ich pierwszej misji w zimie. Jason miał czasem wrażenie, że wydarzyło się to w zupełnie innym życiu... chociaż właściwie inne życie prowadził zanim wyruszył na poszukiwania Hery, zanim obudził się w autobusie razem z resztą Szkoły Dziczy, zanim zdobył nową rodzinę. Nie potrafił sobie wyobrazić życia bez Piper i Leona, może nawet Hedga, który zazwyczaj (jeśli nie był zajęty oglądaniem telewizji i lataniem po pokoju z kijem bejsbolowym krzycząc: "giń!" [nie pytajcie, po co]) służył mu pomocą. Naturalnie, czasem tęsknił za byciem pretorem, piątą kohortą, rzymskimi przyjaciółmi - Reyną, Dakotą, Gwen i pozostałymi - ale z drugiej strony czasami wręcz zapominał, że przed przybyciem do Obozu Herosów był zupełnie inną osobą.

Piper ostrożnie położyła mu głowę na ramieniu, jakby się bała, że jego bark to pole minowe.

- Ty sobie nie pójdziesz, prawda? - spytała.

Jason zaśmiał się. Ostatnio zachowywała się wobec niego tak nieśmiało, że czuł się niemal wzruszony.

- Uuuch - jęknął Leo. - Ludzie, znajdźcie sobie pokój.

- Nie! Absolutnie, nie wyrażam zgody! - zaprotestował machinalnie Hedge. Po aferze z Percy'm i Annabeth ten temat stał się dla niego absolutną bombą atomową.

- Spokojnie, trenerze, nie mamy takiego zamiaru - uspokoiła go Piper, mierząc Leona rozbawionym wzrokiem.

Jason cieszył się, że nie próbują go zasypywać pytaniami odnośnie słów Rachel. Objął Piper mocniej i starał się uśmiechać, słuchać żartów Leona, po prostu cieszyć się tą krótką chwilą z najlepszymi przyjaciółmi, zapomnieć o tym, jak niebezpieczna już wkrótce miała się stać ich misja. Ale obserwując zmieniające się na ścianach mesy obrazy z Obozu Herosów - Wielki Dom, pola truskawek, stajnie pegazów - wciąż przypominał sobie wypalone ziemie i stertę gruzów, po których stąpał w swoim śnie. Pamiętał też o karteczce, którą do rąk przywiał mu wiatr.

Nagle poczuł jakiś ciężar w kieszeni. Niezwykle lekki, prawie niezauważalny.

Chłopak niemal niepostrzeżenie sięgnął do spodni. Opuszkami palców natrafił na jeszcze ciepły zwitek papieru. Był absolutnie pewny, że to ten sam, który pojawił się w jego wizji.