Rozdział dedykuję Mangha, która pierwsza skomentowała moje wypociny. Dziękuję! Zachęciłaś mnie do pisania.
Śmiertelna
"Przyjaciele mogą sobie pomagać. Prawdziwy przyjaciel jednak to ktoś, przy kim możesz być całkowicie wolnym, być sobą i czuć. Albo nie czuć nic. Akceptuje to wszystko cokolwiek odczuwasz w danej chwil. Na tym właśnie polega prawdziwa miłość - pozwolić komuś być tym, kim naprawdę jest." - Jim Morrison
Piosenka: Florence + The Machine - Never Let Me Go
Nadal nie rozumiałam swojego snu. Mimo, że minął już miesiąc, wciąż rozpamiętywałam to, co zobaczyłam. Jedyną rzeczą, którą udało mi się pojąć była miłość.
Pewnie brzmi to nieco cliché, lecz tak właśnie było. Po tych wszystkich latach życia (o ile można liczyć te, w których byłam przemieniona w sosnę) w końcu zrozumiałam to uczucie. Poznałam je i zaakceptowałam. Chociaż nie było łatwo.
Luke mnie pocałował, powiedział, że kocha, ale przecież nie możemy być razem. Ja jest Łowczynią, a on nie żyje. Nawet gdyby nie obowiązywało mnie przyrzeczenie złożone pani Artemidzie, to nie moglibyśmy być razem. Nie żyliśmy w świecie American Horror Story, gdzie umarlak spotkał się z żywą dziewczyną. (No co? Nocne Łowczynie też oglądają Netflix!)
Mimo, że ciężko mi było to zaakceptować, musiałam pogodzić się ze smutną rzeczywistością.
- On nigdy nie wróci - szepnęłam, a po policzku potoczyła się samotna łza.
Wiedziałam, że płacz nic nie da, ale chciałam wyrzucić te wszystkie smutne myśli z głowy. Za długo rozpamiętywałam stare lata. Teraz musiałam o wszystkim zapomnieć i pozbyć się przeszłości.
Zamknęłam powieki, a wyobraźnia podsunęła mi naszą ostatnią wspólną chwilę. Tę, kiedy jeszcze wszystko było w porządku. Zanim oboje dokonaliśmy wyborów, które zmieniły i ustanowiły nasze życia. Wtedy, gdy istniała "nasza rodzina"' gdy istnieliśmy my.
Pamiętam to bardzo dokładnie. Tego dnia walczyliśmy z potworami dość długo. Po skończonej bitwie oraz kilku godzinach tułaczki po lasach, Luke zadecydował, że przenocujemy na małej polance, a następnego dnia wyruszymy.
- Nie ma sensu dalej iść. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, więc rozbijemy tu obóz. Wy się prześpijcie, a ja przejmę wartę. - oświadczył.
Jak na swój wiek był bardzo dojrzały i odpowiedzialny. Urodzony przywódca. Razem tworzyliśmy zgrany zespół; świetnie się dogadywaliśmy. Pomimo trudnej sytuacji on zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, a w trudnych chwilach był przy mnie. Zawsze taki miły i opiekuńczy. Bardzo go lubiłam, ale patrząc z perspektywy czasu, można powiedzieć, że już wtedy byłam w nim zakochana po uszy.
Tak samo jak on we mnie.
Tej nocy sen bardzo długo nie nadchodził. Wierciłam się, przekręcałam z boku na bok, zakrywałam się kocem, by po chwili znów go z siebie zrzucić. Po kilku nieudanych próbach, zdecydowałam się wstać. Dalsze zamęczanie się było bezcelowe. Widocznie bogowie znali mój los i postanowili się nade mną ulitować, dając mi tę ostatnią szansę, ostatnią noc.
Nie mając innego pomysłu, odeszłam do chłopaka, siedzącego pod drzewem. Jego bystre, niebieskie oczy wypatrywały wśród mroku jakiegokolwiek ruchu. Rękę miał położoną na niewielkim sztylecie. Jego twarz była skupiona i czujna. Gdy się do niego przybliżyłam pojawił się na niej uśmiech. Usiadłam niepewnie obok blondyna, nic nie mówiąc.
Po kilku minutach, Luke się odezwał:
- To już jutro.
- Wiem - odparłam i spojrzałam na niego. - Boję się.
Chociaż wyznanie strachu powinno przynieść ulgę, ja poczułam niechęć i rozdrażnienie. Chyba przyznanie się do własnych słabości tak działa na zbyt ambitne Heroski.
Na szczęście Luke nie widział tego w ten sposób. Trącił mnie ramieniem i nachylił do mnie.
- Nie ma czego - uśmiechnął się, po czym zrobił coś niesamowitego - wziął mnie za rękę. Uniosłam wzrok i napotkałam jego poważne spojrzenie. Świadomie przeczuwałam, że jego następne słowa są dla niego bardzo ważne, jak i trudne.
- Thalia, obiecaj mi coś. Nie opuszczaj mnie, dobrze? Gdyby coś ci się stało, nie wybaczyłbym sobie tego. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i najbliższą mi osobą. Wystarczy, że nie mam matki. Nie chcę stracić i ciebie.
- Luke, posłuchaj - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. W głowie miałam mętlik, a usta odmawiały posłuszeństwa. W końcu pozbierałam się w sobie i przemówiłam: - Rozumiem, że się o mnie martwisz, ale nie masz czym. Pamiętaj, że ja zawsze będę z tobą. Jeżeli nie ciałem, to tutaj - wskazałam na serce i uśmiechnęłam się zachęcająco.
- Obiecujesz? - zapytał z nadzieją w głosie i spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami.
- Obiecuję - szepnęłam i przytuliłam się do niego.
W tym momencie chciałam, żeby ta noc się nigdy nie skończyła.
