Rozdział 2

Minister magii, Albus Dumbledore pospiesznie przemierzał korytarze Hogwartu. Choć od trzynastu lat tu nie pracował, był tak przywiązany do szkoły, że właściwie nigdy jej całkowicie nie opuścił. Brał udział we wszystkich sierpniowych naradach poprzedzających nowy rok szkolny, był zawsze na uczcie powitalnej, ważniejszych meczach Quidditcha, a nawet przychodził tu bez okazji.

To była jego szkoła.

Mimo wszystko.

Nie oznaczało to bynajmniej, że nie ufał obecnemu dyrektorowi. Severus Snape był najlepszym kandydatem na to stanowisko, człowiekiem całkowicie oddanym swoim obowiązkom, którego lojalności i poczucia odpowiedzialności za innych, Albus był pewien. Praca tutaj w pewnym stopniu pozwalała Snape'owi zapomnieć o dawnych wydarzeniach, była szansą na prowadzenie przynajmniej w miarę normalnego życia.

Albus doskonale pamiętał dzień, w którym przekazał swoje obowiązki przyjacielowi. Było to następnego dnia po pogrzebie Harry'ego Potter'a, kiedy społeczeństwo magiczne przyszło do Albusa z petycją, w której prosili go o objęcie funkcji Ministra Magii. Uważali, że po tym, co zaszło jest jedynym człowiekiem, który będzie w stanie zapewnić im choć namiastkę bezpieczeństwa i pokierować ministerstwem zdominowanym przez zwolenników Czarnego Pana.

Dla załamanego i zdruzgotanego Severusa, który uważał że nie ma po co żyć, kierowanie szkołą było najlepszą propozycją, jaką mógł dostać. Albus czasem z przerażeniem patrzył, jak jego młodszy kolega rzucił się w wir pracy, byle nie mieć czasu na myślenie i nie rozpamiętywać minionych porażek.

Przez trzynaście lat, które minęły od śmierci chłopca, Severus nie pozbierał się całkowicie. Stał się odludkiem, samotnikiem, który mógł godzinami wpatrywać się z zdjęcia dziecka, które powiesił w swoim gabinecie. Oczywiście o ich pokrewieństwie wiedział tylko Albus, chodziło tu o bezpieczeństwo nowego dyrektora, jak również o świat magiczny. Dla nich, bohaterem był Harry Potter, nie Harry Snape. Nikt nie mógł przewidzieć, jak zareagowaliby ludzie na tą wiadomość, więc na wszelki wypadek woleli jej nie rozgłaszać.

Poza tym, od śmierci Harry'ego, Severus stał się najbliższym przyjacielem Syriusza Black'a. Strata chłopca była bolesna dla nich obu, wspólny ból ich połączył. Żaden też nie próbował założyć rodziny, tak jak Remus Lupin, który rok po tamtych wydarzeniach ożenił się z Dorą Tonks, a ich jedyny syn Henry miał iść w tym roku do Hogwartu. Dla Syriusza, Lily i James byli rodziną, a Harry przybranym synem; Severus po śmierci brata, a później bratanka stracił wszystkich, których kiedykolwiek kochał. Syriusz nie wiedział, że chłopiec, nie był synem jego najlepszego przyjaciela, a Severus nie chciał go wyprowadzać z błogiej nieświadomości.

Ponure rozmyślania przerwało mu pojawienie się ducha Gryffindoru, Prawie Bezgłowego Nicka, który właśnie patrolował korytarze. Było to dawne zarządzenie Severusa, który w ten sposób starał się jeszcze bardziej większych bezpieczeństwo uczniów.

- Witam Ministrze – powiedział duch bacznie mu się przyglądając – Coś się stało? Wygląda pan na smutnego albo zamyślonego, nie wiem.

- Zawsze byłeś spostrzegawczy Nicolasie – Albus uśmiechnął się lekko – Rozpoczynamy kolejny rok szkolny. Minęło już tyle lat od kiedy straciliśmy Harry'ego – westchnął cicho. Nadal nie umiał tego przeboleć, obwiniał się o to, że zaniedbał opiekę nad chłopcem, że zawiódł właśnie wtedy, kiedy Harry pokonał tyle przeciwności, kiedy mógł żyć. A on, Albus Dumbledore, nie potrafił go dopilnować.

Stracili chłopca. Przez niego.

- Nic nie możesz na to poradzić Albusie. Nie możesz się zamartwiać, on by tego nie chciał – odparł duch, po czym odfrunął w sobie tylko znanym kierunku.

- Łatwo ci mówić Nicolasie, łatwo ci mówić – szepnął Albus bardziej do niebie niż do ducha.

Znalazł się właśnie pod kamienną chimerą. Rzeźba rozsunęła się, jak zwykle bez konieczności podawania hasła, wpuszczając go do gabinetu dyrektora.

***

Supernowoczesny samolot powoli przygotowywał się do startu. Kilkudziesięcioosobowa załoga, w skład której wchodzili oprócz pilotów, stewardess i obsługi, również agenci ochrony, analitycy, informatycy, żołnierze i cały sztab doradców, starała się przygotować wszystko na tajną konferencję, która miała się odbyć poprzez najnowsze i najbezpieczniejsze łącza satelitarne pomiędzy dwoma najważniejszymi pasażerami samolotu, Prezydentem i Szefami Sztabów znajdującymi się z Pentagonie i kilkoma dowódcami NATO.

Z konferencji celowo zostali wyłączeni przywódcy europejscy, gdyż wśród nich znajdowali się członkowie Syndykatu próbującego od lat przejąć panowanie nad światem, należało więc ograniczyć możliwość zdrady do minimum. Państewka afrykańskie również nie nadawały się na partnerów w rozmowach, bo na ich terenie znajdowały się główne bazy wojskowe Syndykatu, natomiast Bliski Wschód był główną siedzibą jego przywódców.

Członkowie grupy, która miała podjąć strategiczne decyzje dotycząca przyszłości świata, zostali bardzo starannie dobrani, było ich niewielu, dlatego też ewentualny przeciek zostałby od razu wykryty. Nie można było pozwolić sobie na błędy.

Gra toczyła się o zbyt dużą stawkę.

Dwaj młodzi mężczyźni powoli usiedli na skórzanych fotelach przygotowując się do startu. Cały sztab ludzi pracował na to, żeby to właśnie oni wzięli udział w konferencji. Jeden z nich, Michael Stevenson, był Sekretarzem Obrony posiadającym niemal nieograniczone kompetencje i posiadającym pełne zaufanie Prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak również szefem NATO decydującym o wszystkich posunięciach Sojuszu; drugi, Daryl Jones, był szefem CIA, również dysponującym nieograniczonymi kompetencjami i funduszami. Michael miał pełną zgodę prezydenta na realizacje wszystkich swoich pomysłów, Daryl zaś był jego prawą ręką i kierował Agencją Wywiadu tak, żeby możliwie najbardziej ułatwić przyjacielowi zadanie.

Znali się od lat, lecz z początku nie lubili się. Dopiero kiedy poszli do wojska i obaj znaleźli się na froncie, a ich życie zależało od tego, czy będą współpracować i ufać sobie, wszystko się zmieniło, a z wrogów stali się przyjaciółmi gotowymi oddać za siebie życie i rozumiejącymi się bez słów. Od tego czasu byli nierozłączni, ich żony – obie silne kobiety, gdyż takie muszą być żony polityków – przyjaźniły się, dzieci wychowywały praktycznie razem, a prezydent i jego żona przygarnęli Daryla i jego rodzinę, jak swoje własne dzieci.

Niektórzy znajomi w żartach nazywali ich Rodziną Panującą i z całą pewnością mieli w tym sporo racji.

- Proszę zapiąć pasy, za minutę startujemy – rozległ się głos pilota.

Obaj mężczyźni w milczeniu wykonali polecenie. Michael spoglądał przez okno, gdzie na sygnał startowy czekały trzy myśliwce, które miały ich eskortować przez całą drogę. Pamiętał jak z początku nie umiał przyzwyczaić się do tych nadzwyczajnych środków ostrożności i ciągłej ochrony. Dopiero po długich rozmowach z prezydentem, Pierwszą Damą i własną żoną, uległ i zgodził się na wszystko. Cóż. To byli jedyni ludzie, którym całkowicie ulegał, i którzy mogli go zmusić praktycznie do wszystkiego. Byli przecież jego najbliższą rodziną.

Powoli ruszyli na pas startowy przy akompaniamencie ogłuszającego buczenia silników. Samolot był niewykrywalny dla radarów i niemal bezgłośny, ale dopiero w powietrzu. Na ziemi należało udawać, że się nie słyszy wycia maszyny.

Pasażerowie zostali wciśnięci w fotel i po chwili samolot wystartował.

- Włączam zabezpieczenia antyradarowe.

- Rozpoczynam przygotowania do przejścia w cichy stan pracy silnika.

- Kontakt z myśliwcami pełny.

- Urządzenia systemowe sprawne.

Rozległo się jeszcze kilka temu podobnych meldunków, po czym pilot dał znać, że wszystko w porządku. Wszyscy doradcy przeszli do specjalnie wydzielonego pomieszczenia, w którym miała się dobyć wewnętrzna narada poprzedzająca konferencję satelitarną.

- Wszystko w porządku, można odpiąć pasy, narada może się rozpocząć o każdej porze na pana rozkaz – w drzwiach pokazała się głowa Mike'a Newella, asystenta Stevensona. Dwaj mężczyźni odpięli pasy.

- Dobrze, narada za pięć minut. – Michael zastanawiał się jeszcze przez chwilę. – Znajdź mi brytyjskie raporty finansowe o dostawach dla armii z ostatnich pięciu lat – dodał.

- Tak jest. – Asystent skinął głową i wyszedł.

Współpracował ze Stevenson'em właśnie dlatego, że nie istniało dla niego pojęcie „niemożliwe". Dla niego wymagało to po prostu nieco więcej czasu. Jego efektywność była tak duża, bo miał cały zespół ludzi na rozkazy i kiedy trzeba było nawet szpiegów. Michael'a to jednak nie obchodziło. Rozkazy były wypełniane w terminie i bardzo skutecznie. To wszystko czego wymagał.

Chwilowo zostali sami.

- Denerwujesz się? – zagadnął Daryl przeciągając się na fotelu.

- Nie… - odparł zdziwiony – Nie takie rzeczy się robiło. – Po czym zachichotał na samą myśl.

- Ty masz wieczne problemy z zachowaniem powagi, nawet w najtrudniejszych sytuacjach – fuknął szef CIA z wyrzutem.

- Wiem, ale to jest swego rodzaju… chyba broń, wiesz. Żeby nie brać tego wszystkiego na poważnie. Inaczej bym zwariował z nerwów, ciągłego napięcia… - Nie dokończył, nie musiał.

Daryl doskonale go rozumiał. Sam miał barwne życie. Wiedział jednak, że przyjaciel przeżył zdecydowanie więcej i niejednokrotnie był bliski śmierci. Potrafił w najtrudniejszych momentach zachować spokój, cynicznie zwracać się do przeciwników i za wszelką cenę ratować przyjaciół. Michael znał wartość życia, a każdy rozkaz którym wysyłał kogoś na front i nie był spokojny o wynik starcia, przeżywał bardzo mocno.

Chcąc rozładować nieco atmosferę, Daryl zagadnął z innej strony.

- A w ogóle jak tam Emma? Powinny już być na dworcu, nie? - spytał.

- Tak, mam nadzieję, że nie było problemów – westchnął cicho.

- Wiedzą jak się dostać na peron?

- Nie, jak niby im miałem powiedzieć?

Daryl nabrał głośno powietrza, po czym przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela.

- Nie powiedziałeś im? Kazałeś im jechać do Anglii, a nie powiedziałeś że nie dostaną się na peron od tak po prostu? Żartujesz sobie, prawda? – spytał w nagłą nadzieją w głosie.

Michael odwrócił się do niego gwałtownie i spojrzał z rozpaczą.

- A jak miałem to zrobić? Iść z nimi na peron i wyjaśniać skąd wiem jak się na niego dostać? Potem iść do dyrektora i stwierdzić, że muszę z nim poważnie porozmawiać? A może wyjaśnić swojej córce, że to wcale nie jest takie dziwne, że jest czarownicą?!

- Nnie… - szepnął Daryl zdziwiony tym wybuchem przyjaciela, ale Michael nie dał mu dojść do głosu.

- Nie mogę tego zrobić, nie mogę. Dawno temu podjąłem decyzję… Ba! Obaj ją podjęliśmy! Teraz musimy się trzymać tamtych ustaleń, za późno już. Poza tym nasze rodziny są bezpieczne, dopóki nie znają prawdy. Wiesz o tym, bo przecież twoje dzieci też nie wiedzą, że niedługo dostaną list i będą reagować dokładnie tak samo jak Emma.

Patrzyli na siebie przez chwilę bez słowa, po czym Daryl wolno skinął głową. Zrozumiał. Nie mieli innego wyjścia, wybrali takie, a nie inne życie i teraz muszą trzymać się planu ze wszystkimi jego konsekwencjami.

- Mam nadzieję, że ktoś znajdzie Emmę i Emily i wytłumaczy im wszystko – powiedział do przyjaciela, który tylko pokiwał smętnie głową.

- Właściwie, nie dopuszczam innego rozwiązania – mruknął Michael po chwili.

- Ale mimo wszystko, czeka cię ciężka rozmowa jak już wrócisz do domu – dodał Daryl z figlarnym błyskiem w oku, po czym zachichotał.