Tym razem Kira. Będzie jeszcze o Hisagim (tekst, przyznam, mniej udany) i ponownie o Momo, co zamknie cały cykl swego rodzaju klamrą. Bardziej skupiam się na uczuciach, więc fabuła będzie słabo rozbudowana. W koncu to nie tasiemiec, w którym mogłabym sobie powymyślać milion wątków xDD.
I dziękuję za opinię.
II. Iluzje
Kira czuł się winny. Właściwie na początku wydawało mu się to całkiem miłą odmianą po dniach pełnych obojętności, otępienia i dziwnej niemocy, kiedy to nie był w stanie skupić się na niczym i mógł tylko wpatrywać się bezmyślnie w okno, podczas gdy stosy dokumentów na biurku powiększały się w zastraszającym tempie. Jednak już po kilku dniach również to uczucie stało się męczące — zupełnie, jakby coś wierciło mu w brzuchu dziurę, nie pozwalając odpocząć, nie pozwalając pójść do baru, upić się razem z Renjim i nie myśleć o niczym.
Kira czuł się winny, bo nie zrobił nic, by pomóc Hinamori-kun. Zamknął się tylko we własnej, niewprawnie zbudowanej klatce, która miała oddzielić go od świata zewnętrznego. Zachowywał się jak cholerna ofiara losu i nadal był tą cholerną ofiarą losu, którą z beznadziejnego stanu wyciągał Renji, zabierając to na obiad, to na sake, to znów na trening.
Hinamori-kun nie miała wokół siebie nikogo takiego — nawet jego unikała, chowała się w swoim ciasnym, dusznym pokoiku i godzinami czytała list od Aizena. Izuru, w przeddzień jej zdrady, widział, jak to robiła i nieco się przeraził, zobaczywszy wyraz jej twarzy — spokojny, ale bijący jakąś ukrytą radością i szczęściem. Miał wtedy ją odwiedzić, już-już zamierzał zapukać, ale ten widok go powstrzymał, bo zdał sobie sprawę, że to już nie ta Momo, którą znał. Bał się tego, czym się stała, bał się tego oddania i niezachwianej pewności w jej oczach, kiedy mówiła o Aizenie i nie chciała przyjąć do wiadomości oczywistej prawdy.
Wtedy Kira odszedł. Stchórzył.
A kilka dni temu dowiedział się, że Hinamori-kun oszołomiła strażników bramy i uciekła do Hueco Mundo, kiedy tylko dowiedziała się, że kręci się tam Sousuke. Myśl, że był tak blisko, by dowiedzieć się o jej zamiarach lub nawet powstrzymać Hinamori była nieznośna. Ale przynajmniej lepsza niż myślenie o swoim kapitanie. Byłym kapitanie, poprawiał się natychmiast, zdrajcy.
Kira z głębokim westchnieniem przekroczył próg gabinetu, który teraz należał tylko i wyłącznie do niego i wydawał się zdecydowanie za duży dla jednej osoby. Proste drewniane biurko było całkowicie puste — znikły stamtąd wszystkie pędzelki, dokumenty, kartki papieru czy zabawne figurki origami, które kapitan robił z nudów, kiedy na kogoś czekał. Wszystkie najważniejsze rzeczy mieściły się teraz starannie poukładane w szafkach czy przepełnionym, znacznie mniejszym od kapitańskiego, starym biurku Kiry. Izuru dotąd nie miał odwagi zająć miejsca, które niegdyś zajmował jego zwierzchnik — czuł, że mimo czasu nadal są tam odciski palców Ichimaru, że wygodny fotel jest rozgrzany, zupełnie jakby jeszcze przed chwilą ktoś tam siedział albo że gdzieś pod biurkiem zauważy liska z origami. Kira wciąż bał się temu przeciwstawić. Aż sam się sobie dziwił, że jest takim tchórzem, jednak to było ponad jego siły.
„To tylko krzesło" — powtarzał sobie, ale to nie pomagało.
Gdzieś tam, w powietrzu, istniała jakaś niewidzialna bariera, która oddzielała biurko kapitańskie od stanowiska jego zastępcy. W tej pierwszej przestrzeni pełno było Ichimaru Gina, pełno było jego obecności i echa tego charakterystycznego, wiecznie rozbawionego głosu wypowiadającego rozkazy.
Więc Kira siadał przy swoim nieco zagraconym stole, z gorącą herbatą w dłoni i górą papierów przed sobą, która niemal całkowicie zasłaniała kapitańskie biurko, i wypełniał dokumenty, udając, że nie widzi pustego miejsca naprzeciw.
Tak mijały kolejne dni, kiedy to często robił dobrą minę do złej gry, kiedy co dzień w drodze do pracy, widząc zamknięte okno mieszkania Hinamori-kun, czuł ukłucie poczucia winy i kiedy zaczął pozwalać Renjiemu się odwiedzać i wyciągać do baru na butelkę sake. Prawie nic wtedy nie pił, tylko patrzył jak Ikkaku z Abaraiem upijają się i na chwiejnych nogach wracają do domów. Kiedy niedługo po powrocie, zmęczony całym dniem, kładł się spać, myśli atakowały go ze zdwojoną siłą, a wszystkie wspomnienia skutecznie odpędzały sen. Kira tuż przed zaśnięciem miał czasem dziwne wrażenie, że widzi wysoki, smukły cień, zbliżający się do jego łóżka. Zawsze, gdy miał już sięgnąć po Wabisuke, cień oddalał się, a on zdawał sobie sprawę, że jest sam w ciemnym pomieszczeniu.
— No chodź, Kira-kun, wszyscy musimy iść — nalegała Matsumoto, ciągnąc go za rękę. — Nie możesz całego dnia przesiadywać w tym dusznym gabinecie. Jak ty możesz tu w ogóle pracować? — Rangiku podeszła do jednego z okien, przekraczając dobrze znaną Kirze strefę — tę strefę! — z taką łatwością, jakby w ogóle nie istniała.
Izuru sięgnął po zimny kubek z wystygłą herbatą i wypił resztę pozostałego płynu. Napój był gorzki i shinigami lekko się skrzywił — znowu zapomniał dodać cukru. Może dlatego, że cukiernica stała za biurkiem kapitańskim, a Kira zauważył dzisiaj, że jego jest całkowicie pusta.
— Rangiku-san, widzisz, że mam dosyć sporo pracy — odezwał się zmęczonym głosem. — Wiesz, obowiązki kapitana...
Ale Matsumoto tylko pokręciła głową i siłą wyciągnęła Izuru zza biurka, a następnie, wciąż ciągnąc go za ramię, poprowadziła do drzwi gabinetu.
— Zrób sobie wolne — zaproponowała. — Dobrze ci zrobi. Już zbyt długo siedzisz w tym zatęchłym gabinecie — dodała zdecydowanym tonem. — Zobaczysz, będzie świetnie! Ha, Namówiłam nawet kapitana, żeby przyszedł, chociaż bardzo się upierał! — powróciła do swojego zwykłego, nieco trajkoczącego tonu gaduły. — Może razem z Kusajisi namówimy go do spróbowania moich nowych ciasteczek! Myślisz, że się zgodzi?
Ciasteczka Matsumoto niewiele Kirę obchodziły, ale uśmiechnął się blado w odpowiedzi. Rangiku miała rację — ciągła praca i niemal bezsenne noce mu nie służyły: zbladł, a jego oczy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej podkrążone i matowe. Właściwie jedynym, co przykuwało go do biurka, było poczucie obowiązku i to, że nie musiał wtedy myśleć o kapitanie Ichimaru. Zazdrościł Matsumoto radości życia, tego, że potrafiła żyć normalnie mimo że zdrada Gina uderzyła również w nią. Czasami dochodził do wniosku, że postawa vice-kapitan Dziesiątego Składu jest maską, pozwalającą jej uwolnić się od Ichimaru, jednak szybko sam temu zaprzeczał; nie wierzył w to, jednak wiedział, że Matsumoto, prawdopodobnie w samotności wciąż myślała o Ginie. Zapewne nie mniej niż on sam.
Z westchnieniem dał się zaprowadzić do baru, gdzie szykowała się impreza. Wszyscy wydawali się czekać tylko na nich i kiedy Rangiku, wciąż silnie trzymając go za ramię, mimo że już się nie opierał, weszła do knajpy, wydali zgodnie radosny okrzyk. Kira popatrzył uważnie na Matsumoto, która już sięgała po sake i namawiała swojego wyraźnie niezadowolonego kapitana do spróbowania lukrowanych, różowych ciasteczek.
— Matsumoto! — warknął na to Hitsugaya. — Nie wygłupiaj się!
— Ale kapitanie!
Uśmiechnął się i podszedł do Renjiego, który powitał go klepnięciem w plecy i wskazał miejsce obok siebie. Kątem oka wyłowił pochmurnego Shuuheia, siedzącego niedaleko i z zamyśleniem wpatrującego się w swoją sake. On nie udawał.
Zebranie kapitańskie właściwie niewiele różniło się od innych — dyskusja krążyła wokół tylko jednego tematu — Aizena. Kira, przebywający tu jako reprezentant Trzeciego Składu, cieszył się w duchu, że nazwisko jego dawnego zwierzchnika nie przewija się tutaj tak często, jak Sousuke. Za każdym razem, kiedy je słyszał, czuł dziwny skurcz żołądka i falę złości pomieszanej z żalem. Właściwie, gdyby go ktoś zapytał, trudno byłoby mu zdefiniować relację, jaka panowała pomiędzy nim, a kapitanem. Jedyne co przychodził mu do głowy, kiedy rozmyślał o tym przed snem, był wytresowany, przywiązany do swego pana pies. Taki był. Wierny zwierzak gotów bronić właściciela, ale trzymany na dystans, na zewnątrz, w budzie, skąd mógł dostrzec tylko dobrą stronę pana i tylko to, co ten chciał mu pokazać. Nigdy nie wszedł do domu, do środka, nie ogrzał ciała przy kominku i nie kładł się w nogach łóżka. Nie, on tylko siedział w budzie, nieświadomy wszystkich ciekawych i niebezpiecznych miejsc, których jeszcze nie widział, dzięki czemu mógł sobie je wyobrażać do woli. I było mu z tym dobrze dopóki pan niespodziewanie nie wpuścił go do domu.
— Patrole donoszą, że grupy adjucasów kręcą się w pobliżu dzielnic, niedaleko Seireitei — mówiła właśnie Soi Fong. — Poza tym nie odnaleźliśmy żadnych śladów obecności Aizena.
— Chcą tam zwabić część oddziałów — powiedział swoim charakterystycznym, leniwym głosem Kyouraku Shunsui.
— Wygląda na to, że Aizen ponownie zamierza zabawić się czyimś życiem — odparł na to z nieukrywaną złością zazwyczaj łagodny kapitan Ukitake. — Mimo to nie możemy pozwolić, by ucierpieli ludzie z tamtejszych wiosek.
Przez chwilę wszyscy milczeli. Kirze było w zasadzie wszystko jedno — kilka adjucasów tu, czy tam nie robiło mu różnicy. Chociaż czuł dziwną chęć, by podjąć się zlikwidowania tych bestii i mieć szansę spotkania kapitana Ichimaru. To była jakaś dziwna, przekorna myśl, nieśmiała, jednak wytrwale krążąca mu po głowie.
— Nie możemy osłabiać Seireitei — odezwał się Yammamoto. — Wyślemy tam tylko vice-kapitanów. Poradzą sobie z adjucasami.
— Mimo to proszę o pozwolenie na tą wyprawę, kapitanie — odezwał się od razu Hitsugaya.
Kira popatrzył uważnie na młodego shinigami — wiedział, że zapewne ma on nadzieję na spotkanie Aizena i możliwość zemsty za Hinamori. Zemsty, którą chciał wyegzekwować już dawno, ale za każdym razem mu się to nie udawało — najpierw z powodu zamieszania w Seireitei, a teraz — brakiem pozwolenia ze strony Yammamoto.
Odpowiedź była aż nadto oczywista.
— Odmawiam — odparł sędziwy shinigami, na co młody kapitan zareagował tylko zmarszczeniem brwi. — Kapitan nie jest tam potrzebny. To tylko grupa słabych adjucasów, kapitanie Hitsugaya.
Toushirou zmarszczył tylko brwi, spuszczając nieco głowę.
— Zrozumiałem — odparł, starając się ukryć gniew i niezadowolenie.
— W takim razie proponuję wyznaczyć odpowiednich vice-kapitanów.
Izuru stał w milczeniu pośród wyższych od siebie rangą shinigamich, czując się nagle nieco nieswojo. Może mu się wydawało, a może naprawdę wyczuwał we wzroku Głównodowodzącego Kapitana i ponurym spojrzeniu Hitsugayi jakieś oczekiwanie? Nacisk, coś, co mówiło mu: „To twój obowiązek. Powinieneś to zrobić.". Przez chwilę Kira miał ochotę głośno zaprzeczyć i ponownie uciec, ale po chwili zdał sobie sprawę z prawdziwości tych słów. To był jego obowiązek — jeżeli jego kapitan okazał się zdrajcą, to on, Kira Izuru, musiał być pierwszym, który mu się przeciwstawi. Jeżeli istniała jakakolwiek, choćby najmniejsza szansa, że...
— Proszę o pozwolenie — odezwał się niespodziewanie stojący w kącie Hisagi, ściągając na siebie zaskoczone i pełne smutku spojrzenie kapitana Ukitake.
— Ja również proszę o pozwolenie na wyprawę — powiedział na głos Kira — Razem z vice-kapitanem Hisagim.
Przez chwilę wszyscy zgromadzeni milczeli, jakby lekko zaskoczeni takim obrotem zdarzeń, a zwłaszcza zachowaniem Izuru. Czuł na sobie ich pytające, czasem współczujące spojrzenia, jednak starał się nie zwracać na nie uwagi, z napięciem oczekując odpowiedzi od Yammamoto.
— Udzielam zgody — odparł w końcu starzec, dla wzmocnienia swych słów uderzając drewnianą laską o kamienną podłogę komnaty. — Zebranie uznaję za zakończone.
Kiedy wychodzili Kira poczuł, jak ktoś łagodnie łapie go za ramię i odciąga na bok. Po chwili stanął twarzą w twarz z lekko zaniepokojonym kapitanem Dywizji Trzynastej. Włosy Ukitake delikatnie, mleczną kaskadą spływały na ramiona i twarz, sprawiając mylne wrażenie, że kapitan nie jest aż tak blady, że jego rysy nie są tak ostre, a twarz — wychudzona. Izuru wiedział, że mężczyzna niedawno przeszedł kolejny atak choroby. Jakby na potwierdzenie tych myśli Jyuushirou zakaszlał, ukrywając na chwilę usta za rękawem płaszcza.
— Jesteś pewien, że sobie poradzisz, Kira-kun? — zapytał Ukitake, patrząc na młodszego shinigami uważnie. — Aizen chce się wami bawić. To tylko prowokacja, nie ma sensu...
— Wiem — przerwał mu nieco niegrzecznie Kira. — Ale chcę. Sądzę, że... jestem gotów. — Odwrócił wzrok, patrząc na żywo gestykulujących, rozmawiających na temat zebrania kapitanów.
Przez chwilę myślał, że Jyuushirou będzie nalegał, namawiał go do zmiany decyzji i zrezygnowania z wyprawy, jednak ten nie odpowiedział nic. Milczał tylko, po czym uśmiechnął się lekko.
— W takim razie powodzenia, Kira-kun.
Odkąd Kira przystąpił do Trzeciej Dywizji nie było w niej dla niego bardziej rozpoznawalnej osoby od kapitana Ichimaru — otoczony dziwną aurą, tak podobną do jego głosu: przesyconą lekkim żartem z ledwie wyczuwalną złowróżbną nutą, przyciągał uwagę wszystkich. Gdyby ktoś z dziesięć lat temu zapytałby Izuru, kogo najlepiej pamięta z okresu, kiedy dopiero przybył do Trzeciego Składu, to ten bez wahania odpowiedziałby, że Gina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo Kira natrafiał na Ichimaru praktycznie wszędzie i bardzo szybko stał się on ściśle określoną, niezmienną częścią jego egzystencji. Był to element swoistej tresury — Izuru nie mógł żyć bez swego kapitana, tak jak udomowiony kot nie mógł żyć na dworze, kiedy zaznał domowych luksusów. Kiedy w życiu Kiry zabrakło tego niezbędnego elementu, jego świat nagle zszarzał, stał się wyblakły, pusty i nie do zniesienia. I Gin doskonale o tym wiedział.
Izuru mknął wzdłuż dzielnic Rukongai tuż obok Shuuheia, trzymając dłoń na głowni Wabisuke. W każdej chwili był gotowy dobyć miecza i zaatakować ewentualnego napastnika. Jednak wieczór wydawał się całkiem spokojny, jak szybko pomyślał Kira — za spokojny, taki, jak wtedy, kiedy zniknęła Hinamori-kun, kiedy zginął jego ojciec. W każdą taką noc musiało wydarzyć się coś, co burzyło wszelki spokój i dopadało niczego nieświadomego człowieka z zaskoczenia. Tym razem jednak i on, i Hisagi byli gotowi. Nawet na najgorsze.
Kira zatrzymał się nagle, wyczuwając niedaleko słabe aury grupki adjucasów, które kręciły się nieopodal najbliższej Dzielnicy. Shuuhei pokiwał głową w odpowiedzi, wyraźnie gotowy do ataku. Przez chwilę Izuru zastanawiał się, czy on naprawdę tego chce — czy jest gotowy, by zemścić się na Kaname, spotkać go i z nim walczyć. Bo on, Kira, z każdą sekundą czuł, jak cała pewność ulatuje, rozpływa się w nicości, jakby coś wysysało z niego siłę, która popychała go wcześniej do podjęcia się zlikwidowania adjucasów. A raczej do spotkania Ichimaru i stawienia mu czoła. Bo tego właśnie oczekiwał.
Hisagi wydawał się zupełnie inny — dumny, pewny siebie, gotowy do walki i zdający sobie sprawę z konsekwencji, jakie może wywołać wyjście zza bezpiecznych, ale pełnych wspomnień murów Seireitei. Nie ukrywał się w swoim świecie, jak Kira, ani nie udawał, że wszystko jest w porządku, jak Matsumoto. Pogodził się z tym.
Izuru odwrócił wzrok od profilu towarzysza i zacisnął dłoń mocniej na głowni Wabisuke. Obaj sięgnęli po swoje zanpakutoh i pomknęli naprzód.
Las był ciemny i jakby idealny do walki z hollowami — wystarczająco oddalony od wioski, by nie zranić jej mieszkańców oraz pełen kryjówek, z których mogli dokładnie określić liczbę i siłę adjucasów. Jednak ciemność i nieznajomość terenu bardzo łatwo mogły obrócić się przeciwko shinigami i ci bardzo dobrze zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Niemal bezszelestnie przeskakiwali po gałęziach kolejnych drzew, czujnie rozglądając się wokół i ukrywając swoje duchowe aury.
Wpadli pomiędzy hollowy, które nie wydawały się zaskoczone ich przybyciem, co wywołało u Kiry lekki niepokój mimo że od początku zdawał sobie sprawę z tego, na co się zgodził, prosząc Yammamoto o pozwolenie na tę wyprawę. Wiedział, że adjucasy miały pewną szansę wyczuć ich reiatsu nieco wcześniej, jednak słowa kapitana Ukitake wciąż nie dawały mu spokoju.
„To gra, to gra Aizena" — krzyczał jego umysł, wrzeszczał, by stąd uciekał, bo zaraz zobaczy coś, czego z całą pewnością zobaczyć nie chce. Kira stał jednak na swojej pozycji i atakował, nie aktywując jeszcze shikai. Podświadomie czuł, że lepiej, by jeszcze tego nie robił, bo... bo później mogło pojawić się coś... a raczej ktoś znacznie niebezpieczniejszy. Ktoś, kogo uparcie nie chciał nazywać po imieniu, choć doskonale wiedział, o kogo chodzi.
Kątem oka widział jak Hisagi siecze hollowy przy pomocy swego zanpakutoh, zręcznie unikając kierowanych w jego stronę ciosów i stopniowo odsuwając się od Kiry. A może to raczej on oddalał się od Shuuheia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Towarzysz chyba to zauważył, bo dał mu znak, który wyraźnie mówił: „Nie oddalaj się, musimy trzymać się razem."
„Wiem" — pomyślał Kira, szybkim atakiem kidou raniąc najbliższego hollowa i stopniowo zbliżając się do walczącego Hisagiego, który wydawał się coraz bardziej od niego odsuwać, oddzielony z minuty na minutę większymi zastępami potworów.
„Skąd ich tu tyle? — pomyślał Kira. —Nauczyły się ukrywać swoje reiatsu? Niemożliwe."
Wyglądało na to, że bestie zepchnęły ich głębiej w las, w kierunku swojego tymczasowego leża. Zaklął pod nosem.
Nagle odskoczył błyskawicznie, czując za sobą charakterystyczną aurę Cero. Ledwie zdążył — w miejscu, gdzie przed chwilą stał, ziała teraz wypalona w ziemi dziura, wokół której chwiały się smętnie kępki nadpalonej trawy. Kira skoczył do góry, mocniej chwytając rękojeść Wabisuke i już miał przeciąć adjucasa na pół, gdy poczuł, jak coś wbija mu się boleśnie w prawe ramię. Jeden z kolców hollowa przebił jego rękę...
Nie. To nie był kolec hollowa. To było ostrze nienaturalnie wydłużonego miecza, który tak dobrze znał. Po chwili Izuru poczuł, że miecz wysuwa się z jego ramienia, a on sam upada na ziemię. Wylądował w miarę miękko i odwrócił się, doskonale wiedząc, co za chwile zobaczy.
— Chyba się nie spóźniłem? — spytał odziany w biel Ichimaru z nieodłącznym uśmiechem na ustach. — O mały włos. Uważaj, chyba nie chcesz umrzeć, prawda, Izuru?
„Odsuń się, Izuru. Chyba nie chcesz zginąć?" — przypomniały mu się słowa, które usłyszał z ust swojego kapitana nieco ponad miesiąc temu, tuż przed walką Gina z wściekłym Hitsugayą Toushirou.
Przez chwilę Kira, wyraźnie oszołomiony, wpatrywał się w Ichimaru, który na tle ciemnych w nocy drzew gęstego, wypełnionego teraz odległymi rykami hollowów lasu, wyglądał jak białą zjawa, mara, która za chwilę rozpłynie się w powietrzu. Ale on nigdzie nie zniknął — stał tam, opierając dłoń na szorstkiej korze i uśmiechając się tym swoim typowym, lekko ironicznym uśmiechem.
— Miło mi cię znowu wiedzieć, Izuru. Szkoda tylko, że nie przyprowadziłeś ze sobą Rangiku — zwrócił się do oszołomionego Kiry. — Jak tam w Seireitei? Kto mnie zastąpił? Z tego, co widzę, nie ty, prawda, Izuru?
W milczeniu pokręcił głową. Właściwie nie chciał tego robić, jednak jego ciało poruszało się jakby wbrew woli. Nie, to nie była żadna sprawka Aizena, a raczej nabranych przez lata nawyków, tresury, której od lat poddawał do Ichimaru, a która okazałą się zadziwiająco skuteczna.
— Skąd... skąd wiedziałeś, że przyjdę? — zapytał.
Ten tylko roześmiał się na te słowa i przeskoczył przez ciało najbliższego adjucasa, po czym rozglądnął się wokół. Potwory posłusznie zniknęły na chwilę w lesie, choć Kira słyszał w oddali odgłosy walki — Hisagi miał zapewne kłopoty; Izuru chciał mu pomóc, jednak obecność Ichimaru skutecznie trzymała go na miejscu, nie pozwalając zrobić choćby kroku.
— Yare-yare, widzę, że mieliście tu sporo roboty — powiedział, po czym dodał, patrząc prosto na Kirę, który poczuł, że nieruchomieje pod tym spojrzeniem. — To było dosyć oczywiste. Aizen-sama pozwolił mi na małe spotkanie. — Zamilkł, rozglądając się teatralnie wokoło. — Cóż, spodziewałem się tutaj jeszcze Kapitana Dziesiątego Składu, Hitsugayi Toushirou, ale trudno. Szkoda, przybyłem tu specjalnie dla niego.
Vice-kapitan Trzeciej Dywizji stał jak skamieniały z Wabisuke w dłoni. Wiedział, że musi wyglądać jak idiota, wpatrując się w swojego byłego kapitana, jak w widmo, ale to nadal... to nadal był dla niego jak sen. Przez tyle dni wydawało mu się, że go widzi, że on jest w pobliżu, a teraz, kiedy on naprawdę tu był, wszystko to zdawało się kolejnym snem.
„Weź się w garść. To twój obowiązek, Izuru" — odezwał się cichy głos w jego głowie. Po raz kolejny przypomniał sobie wyraz twarzy Yammamoto i spojrzenie Hitsugayi. To było jakby bodźcem, który przeważył i niejako zmusił go do działania. Jakiegokolwiek.
— Spójrz w górę, Wabisuke — syknął, znikając szybkim shyunpo.
Miecz wydłużył się, a jego koniec — wygiął, tworząc coś w rodzaju litery „L". Kira błyskawicznie znalazł się przy Ginie, który bez problemu uniknął ciosu, a raczej czegoś, co miało być ciosem. W ostatniej chwili, bowiem, ręka Izuru, jakby ciągnięta, związana jakimś dziwnym sznurem, zwolniła i zatrzymała się kilka centymetrów przed szyją Gina, na co ten uśmiechnął się drwiąco. Wyraz jego twarzy wyraźnie mówił: „Dobrze cię wytresowałem, prawda, Izuru?"
Kira przez chwilę się wahał, po czym zaatakował po raz kolejny, kierując Wabisuke prosto w pierś Gina. Ten zmarszczył brwi wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sytuacji. Kira wiedział, że już nie zatrzyma swojego miecza, że tym razem nie podda się tresurze, choć jakaś część jego umysłu namawiała do posłuszeństwa.
Tak, jak się spodziewał, usłyszał cichy szczęk metalu — na drodze ostrza Kiry pojawił się Shinsou, skutecznie blokując dostęp do piersi Ichimaru, który po chwili, w ułamku sekundy, znalazł się za młodszym shinigamim i przyłożył mu miecz do gardła.
— Nie radzę ci próbować tego ponownie. Nie chcesz chyba umrzeć, Izuru. — Usłyszał zimny głos. To nie było pytanie, a raczej stwierdzenie faktu. — To nie Seireitei, tu nie obowiązują mnie zasady, tu nie jesteś moim vice-kapitanem, Izuru. — Imię Kiry w ustach Gina brzmiało raz ładnie i dźwięcznie, innym razem — jak coś godnego pogardy.
Głos mężczyzny idealnie łączył te dwie cechy, wzbudzając w młodszym shinigami to złość, to żal, które mieszały się ze sobą i sprawiały, że ten po prostu się wahał.
— Skoro nie ma tu Hitsugayi Toushirou... — powiedział wyraźnie zawiedzionym tonem Gin
— Co zrobiliście z Hinamori-kun?! — zapytał Kira; drżał lekko, czując na swojej szyi zimny dotyk Shinsou.
Gin uśmiechnął się tylko na te słowa, po czym odwrócił się i ponownie wszedł między drzewa. Kira nie był w stanie nawet się ruszyć. Zabawne, po tym, jak się pojawił, po tym, jak podświadomie oczekiwał, że przyjdzie, nie chciał nawet go zatrzymać. Czuł, jakby jakaś ciężka, przykrywająca go całego zasłona opadła nagle, pozwalając mu ponownie oddychać, a nawet zachłysnąć się powietrzem.
— Pozdrów ode mnie Rangiku i powiedz, że żałuję, że ze mną nie poszła. — Uśmiech Ichimaru zajaśniał w ciemności jak zdradliwe, zwodzące światło, które prowadzi zagubionego wędrowca prosto na bagna. — Do zobaczenia, Izuru — powiedział jeszcze, odwracając się.
I znikł. Tak po prostu, równie szybko jak się pojawił, jakby był jakimś widmem, senną marą. Czyżby był tylko kolejną sztuczką Aizena? Zaraz, zaraz... a reiatsu? Jego reiatsu? Czy to było tylko widmo, czy Gin je po prostu tłumił?
Uderzony tą myślą Kira, milczał. Nie mógł uwierzyć, że to była zwykła sztuczka — przecież czuł, czuł tą charakterystyczną aurę, która zawsze towarzyszyła Ginowi. Zawsze. Nawet wtedy, gdy nie było go w pobliżu, ona zawsze wisiała nad miejscem, w których przebywał, jak ostrze gilotyny, które tylko czekało, by spaść prosto na Kirę. To chyba tego Izuru zawsze podświadomie się bał.
Potrząsnął głową skonfundowany. Nie potrafił już nawet stwierdzić, czy poprzednie sceny nie były tylko i wyłącznie jego wymysłem, jego chorym snem, zwykłym majakiem, który był niczym innym, jak wytworzoną przez jego umysł fikcją. Więc tego chciał Aizen? Zabawić się jego uczuciami, dać mu to, co chciał — Gina — i udowodnić mu, że nadal nie potrafi mu się przeciwstawić? A potem zmusić go do stawienia czoła adjucasom i walczenia o własne życie?
Przez chwilę zbierał siły, które opuściły go na chwilę, kiedy tylko zobaczył Ichimaru. Wstał, chwycił swój zanpakutoh i pomknął na pomoc Hisagiemu, który zapewne ledwie sam radził sobie z hollowami. Mimo że czuł się osłabiony, zupełnie jakby Gin wyssał z niego część reiatsu, całą swoją uwagę skupił na aurze duchowej towarzysza, ledwie wyczuwalnej z powodu dużej odległości, niknącej gdzieś w oddali.
Nagle zatrzymał się, zauważając, że ramię, to ramię, które jeszcze niedawno przebiło chłodne ostrze Shinsou, jest całkowicie zdrowe. Nie było na nim nawet lekkiego zadraśnięcia.
A więc iluzja.
Właśnie ten moment wybrały adjucasy, by ponownie zaatakować.
