Drugiego dnia, gdy tylko zdążył wejść do mojego gabinetu dodał zaraz od wejścia:

- 53 lata miałbym gdybym nie umarł. Ale mnie wywaliło do waszego świata. Ostatnie co pamiętam, to srebrna poświata wokół magicznej kuli, w której siedziała Nagini. I ból zębów wbijanych w ciało. Nie zdążyłem nic zrobić. On… Voldemort rzucił na mnie cruciatus'a. Drętwotę. Nie mogłem się ruszyć, żeby się uleczyć…. zresztą ja zginąłem, umarłem tam. Patrząc w… nieważne.

– W zielone oczy Lilly? "Look…At…me…but…take…off…your …Glasses"? Co?

– Nie. Tak. Nie wiem… a potem zniknęły te oczy. Obudziłem się na śniegu. Śmierdziałem jakbym się rok nie mył. Miałem na sobie jakieś obrzygane ciuchy. Pomyślałem, że trafiłem od razu do piekła. Za wszystko co zrobiłem. Za poniżenia, które zafundowałem Potterowi. Ale myślałem, że chociaż na chwilę zobaczę ją. Powiem, wyjaśnię, że zrobiłem co mogłem, by go chronić przez te kilka lat. Dla niej… Ale obudziłem się w obcym kraju, w śmierdzącym mugolu, który nie dbał o siebie. I jak się okazuje, nie było mnie kilka lat. Jakby minęła wieczność. Nie tego się spodziewałem. Nie kolejnego piekła. Nawet nicość byłaby lepsza.

- Proszę pana… Stachu… ja wiem, że to nie łatwe pogodzić się z losem, ale może warto spróbować jednak zejść na ziemię i spróbować żyć tym, co jest. Nie jest pan głupi. Mógłby pan pójść do szkoły. Czegoś się nauczyć. Wychodzi pan za 2 lata, może to jest czas, żeby zrobić maturę, dostosować się do świata tego tu i teraz.

- Traktuje mnie pani, jakbym się pomylił i poszedł nie tą drogą co trzeba, w moim życiu. A to nie tak. Ja każdego dnia mogę stąd zniknąć.

- Sugeruje pan jakiś konkretny sposób zniknięcia?

– Nie ważyłbym się. To może ograniczyć moje i tak okrojone uprawnienia w tym miejscu… Nie chciałbym być źle zrozumianym. Ja nic nie planuję. Tylko mnie tu po prostu nie ma. Ja umarłem. 13 lat temu. I nie wiem co tu robię.

- Najwyraźniej, dostał pan drugą szansę. Nie-bytu w chwale bohatera, który chronił wybrańca… ale zaczyna pan z czystą kartą. Na nowym terenie. Bez starych przyzwyczajeń. Starych zobowiązań. Fałszywych przyjaciół. I wrogów. Od tej chwili, to od pana zależy, co pan zrobi z tym co dostał. Może pan oczywiście użalać się nad sobą. Przekonywać wszystkich wkoło, że jest pan magiem. Mistrzem eliksirów i super szpiegiem. Ale może pan, równie dobrze, zacząć żyć. Z tym, co pan ma. A ma pan sporo, pomijając fakt wyroku. Ma pan dużo czasu, żeby się uczyć. Ma pan mózg, nie strawiony alkoholem i potencjał. Ja bym na to spojrzała, jak na drugą szansę. Jeśli faktycznie jest pan tym za kogo się podaje, to jest pan najbardziej upartym człowiekiem jaki chodzi po tej ziemi, który poradzi sobie, tylko dlatego, że tak postanowił. Jeśli nie, to jest pan wystarczająco twórczy by pójść w jego ślady.

#

Pomimo moich obaw pan „Mistrzu Eliksirów" okazał się dość "ogarnięty." Czarne długie włosy zwykle związane były na karku recepturką. Po dostarczeniu mu żyletek, okazało się że potrafi się ogolić i wygląda przyzwoicie. Miał niemal czarne oczy patrzące zawsze czujnie na otoczenie. Jego twarz raczej szarawa, wiecznie niezadowolona, byłaby bez wyrazu, gdyby nie jego wielki nos, jak dziób kruka. Oczywiście nadal upierał się, że jest Snape'em, i wysyłał listy do domniemanego kolegi – Lucjusza, nawet w płynnym angielskim.

Może faktycznie ten człowiek, kiedyś skończył jakieś studia, albo nawet robił coś pożytecznego. Ale z niewiadomych medycznie przyczyn, gdzieś po drodze stracił pamięć. I zgubił drogę do domu i wspomnień. Nie dziwię się mu nawet, że w takiej sytuacji wykombinował sobie nowe. Jednak cały czas upierał się przy tych wyczytanych w książce dla dzieci. No cóż, tak długo jak długo przynosił użyteczne informacje do mojej dyżurki, mył akwarium, i chodził do szkoły zaliczając kolejne przedmioty, bez większego nawet wysiłku, a w wolnych chwilach jeszcze pionizował rozbrykanych wariatów i rozwalał ich nielegalne biznesy, które próbowali rozkręcać za moimi plecami, wydawał się bardzo użyteczny.

Oczywiście miałam świadomość, że prawdopodobnie sam zgarnia lwią część z zarobków, które mogły mu wpadać przy okazji pilnowania tych durni, ale miałam przynajmniej pewność, że trzyma krótko za pyski tych co bardziej krnąbrnych. I szczerze mówiąc nie bardzo mnie interesowało czy wywiera na nich cudowny wpływ edukacyjny mistrza mrocznych lochów, czy bawi się po ciemku ich „różdżkami". Był moim nosem w tym burdelu, a ja przymykałam oko na rosnące składowisko książek okultystycznych w jego celi. Które przysyłała mu jakaś zagraniczna organizacja…