Lily z przerażeniem przeciskała się przez tłum na dworcu. Wszyscy ludzie, których widziała, wydawali się jej tacy obcy i niesympatyczni. Spojrzała jeszcze raz na swój bilet i powróciło zmartwienie, o którym bała się wspomnieć mamie, żeby jej jeszcze bardziej nie denerwować. Na tym małym skrawku papieru wyraźnie widniała napis: peron 9 i ¾. A ona widziała przed sobą tylko perony 9 i 10. Poczuła się nadspodziewanie samotna. Ogarnęła ją złość na matkę, że zostawiła ją samą w takiej nieprzyjemnej sytuacji. I co ona ma teraz zrobić?
Nagle zobaczyła dość nietypowy widok: dwie kobiety prowadziły grupkę dzieci z olbrzymią ilością bagaży. Ale najdziwniejsze w całej tej scence nie były kufry i klatki z sowami i kotami, tylko zadziwiająca różnica pomiędzy dzieciakami i starszą kobietą (płomiennorudymi) a młodą kobietą i dziewczynką, wyglądającą na niewiele starszą od Lily. Obie miały długie, srebrzyste włosy i były niewysłowienie piękne. Zatrzymały się nieopodal barierki oddzielającej perony 9 i 10. Rozglądali się przez chwilę wokół siebie a potem młoda piękność chwyciła jeden z wózków bagażowych i pobiegła z nim prosto na barierkę. W momencie, gdy już miała się z nią zderzyć, dziewczyna zniknęła. Lily wstrzymała okrzyk zdziwienia. I patrzyła dalej. Gdy reszty dzieci i obu kobiet już nie było niepewnie popatrzyła na barierkę. Ci ludzie przeszli przez nią i zniknęli, zupełnie jakby byli jakimiś czarodziejami… Właśnie! ONI mogli być czarodziejami. I mogli przechodzić na przykład na peron 9 i ¾! W ułamku sekundy podjęła decyzję. Chwyciła wózek, na którym stała jej torba i biegiem ruszyła na barierkę. Zamknęła oczy. Jeszcze moment i nastąpi zderzenie, jeszcze chwila…
Nie poczuła nic. Otworzyła oczy. Była na staroświecko zdobionym peronie, jakby żywcem wyjętym z początków XX w. Dookoła tłoczyli się ludzie, ubrani podobnie jak na Pokątnej. Dzieciaki ściskały się z rodzicami i wsiadały do pociągu. Lily ruszyła do ostatniego wagonu, pchając przed sobą wózek z dwoma wielgachnymi torbami. Siwiuteńki konduktor jednym machnięciem różdżki umieścił jej bagaż na półce w pustym przedziale.
W momencie, gdy zajęła miejsce tuż przy oknie, drzwi przedziału otworzyły się i stanęła w nich rudowłosa, piegowata dziewczynka.
Mogę się dosiąść? – spytała.
Lily skinęła głową. Nowoprzybyła usiadła dokładnie naprzeciwko niej.
Jestem Jo Weasley – przedstawiła się.
Lily Smith.
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Nagle rozległ się gwizdek. Jo zerwała się ze swojego miejsca, otworzyła okno i wychyliła się z niego.
Babciu! Babciu! – zawołała.
Po chwili tuż koło okna stanęły ruda kobieta i srebrnowłosa piękność, które Lily widziała już wcześniej.
Niczego nie zapomniałaś? – spytała druga z nich.
Nie ciociu, niczego.
Na pewno? – upewniła się starsza.
Na pewno, babciu – potwierdziła dziewczynka.
Tylko nie zapomnij, żeby do mnie pisać, ubieraj się ciepło i nie psoć – przykazała jej babcia.
Na pewno nie będę.
Obiecujesz? – chciała się upewnić kobieta.
Oj, babciu! – jęknęła Jo.
Jakbyś czegoś nie wiedziała, to zwróć się do Michelle – przypomniała jeszcze raz piękność.
Dobrze ciociu – odpowiedź dziewczynki zagłuszył drugi gwizdek.
To trzymaj się kochanie, musimy jeszcze porozmawiać z twoimi kuzynami – uśmiechnęła się na pożegnanie babcia.
Mi też od czasu do czasu napisz co u ciebie – nakazała srebrnowłosa. – Papa.
Pa babciu, na razie ciociu! – Jo pomachała im wesoło i zamknęła okno. – Wreszcie mam je z głowy. – Dodała po chwili z ulgą.
Lily nie wiedziała zbytnio, co odpowiedzieć, więc się tylko uśmiechnęła.
Z której jesteś klasy? – spytała ją towarzyszka.
Pierwszej – odparła.
Naprawdę! To tak jak ja – dziewczyna uśmiechnęła się. – Jak myślisz, do którego domu trafisz? Bo ja bym chciała do Gryffindoru. Cała moja rodzina od dwóch pokoleń była właśnie tam. Wszyscy są z tego bardzo dumni – mówi się, że Gryfoni zostają wielkimi bohaterami. Więc może ja też kiedyś, jak już zostanę aurorem, dorównam tym najsławniejszym…
Zamyśliła się i zamilkła, po chwili jednak spytała:
A co ty chcesz robić w przyszłości? A właściwie, nie powiedziałaś, do którego domu chcesz trafić. Bo jeśli do Slytherinu… - tu zawiesiła głos, czekając na odpowiedź.
Nie wiem, szczerze mówiąc. Ale nie do Slytherinu – upewniła szybko nową znajomą. – Wszystkie trzy pozostałe są fajne…
A w którym domu byli twoi rodzice? – kontynuowała swoją inwigilację Jo.
W żadnym…
Byli z Beauxbatons? Bo chyba nie z Durmstrangu – zaciekawiła się dziewczyna.
Nie – odparła Lily i nim jej nowa koleżanka zdążyła zadać następne pytanie dodała – Nie są czarodziejami.
Naprawdę? Fajnie – westchnęła Jo. – U mnie w rodzinie wszyscy są magiczni. Jak to jest wychować się w świecie bez magii?
Normalnie – rozmowa zaczęła trochę denerwować Lily. Jo chyba wreszcie to zauważyła.
Przepraszam – powiedziała. – Szczerze przepraszam. Ja mam zawsze taki długi jęzor i na dodatek nigdy nie umiem się w niego ugryźć. Wybacz. Cała rodzina już się przyzwyczaiła i po prostu mnie olewają. Zostaniemy przyjaciółkami? Nawet jeśli trafimy do różnych domów?
Lily przez chwilę popatrzyła na Jo. Coś w wyrazie twarzy nowej znajomej podpowiedziało jej, że mówi prawdę. Uśmiechnęła się.
Oczywiście.
Rozległ się trzeci gwizdek i pociąg ruszył. Jo zaczęła opowiadać o swojej rodzinie i o życiu w magicznym świecie, a Lily chłonęła jej słowa jak gąbka.
Wiem, że jestem potworną gadułą. Mickey gdy chce dać mi do zrozumienia, że powinnam się zamknąć, częstuje mnie krajanką Hagrida…
Czym? – zainteresowała się Lily.
Krajanką Hagrida – odparła dziewczyna. – Hagrid jest gajowym w Hogwarcie. Jest zaprzyjaźniony z moimi rodzicami i dziadkami. Czasami przyjeżdża na święta i różne uroczystości rodzinne. Jest nawet chrzestnym mojego młodszego brata, Tima. I robi krajankę z melasy, całkiem smaczną, ale lepiej nadającą się do klejenia niż do jedzenia. Szczególnie dobrze zlepia szczęki. A Mickey to moja kuzynka. Jedyna Weasley, która nie jest ruda. Jest śliczna (ma takie cudne, srebrne włosy) i mądra. Tak naprawdę nazywa się Michelle, ale to takie obce imię, a Mickey brzmi o wiele fajniej, nie sądzisz? Tylko ciocia Fleur i babcia nazywają ją Michelle, reszta mówi tak do niej tylko w ich obecności. Zresztą Mickey twierdzi, że woli być Mickey niż Michelle. No i jest w Gryffindorze – dodała uroczyście. – Ma prześliczną sowę uszatą, imieniem Bella. Jest cała czarna i taka fajna… A ja mam tylko Świnkę…
Morska? – zainteresowała się Lily.
Nie – roześmiała się Jo. – Świnka to imię mojej sowy. Należała do mojego wujka. Dostał ją jak był w Hogwarcie, a jego siostra, ciocia Ginny nazwała ją Świstoświnką. Ale że to za długie, cała rodzina mówi na nią Świnka. Wujek…
Ale nie dane jej było dokończyć przemowy, kiedy do przedziału wszedł rudy chłopak.
Jo, wszędzie cię szukałem. Gramy w durnia, chcesz się przyłączyć? – spytał, a po chwili zwrócił się do Lily – Cześć, jestem Dennis Weasley. A ty?
Lily Smith – odparła.
Czy moja kochana kuzyneczka nie zanudziła cię jeszcze na śmierć?
Dennis! – oburzyła się Jo.
Bądź lepiej cicho Jo, bo Mickey ma jeszcze trochę krajanki Hagrida gdzieś w torbie – odciął się i znowu zwrócił się do Lily – Jesteś nowa?
Tak – odparła.
Chcesz się dołączyć do eksplodującego durnia? – zaproponował.
Do czego? – spytała.
Eksplodujący dureń – wyjaśniła Jo, nim Dennis zdążył otworzyć usta. – Gra w karty, w której talia przeżywa niekontrolowane wybuchy. Całkiem fajna. Zagrasz?
Mogę spróbować – niepewnie odparła Lily.
Super! Chodź, poznasz resztę mojej rodziny – i nim Lily się spostrzegła, Jo wyciągnęła ją z przedziału i zaprowadziła do innego, gdzie siedziało już kilku rudzielców.
To moja nowa koleżanka, Lily Smith – oznajmiła kuzynom Jo i nim minęło pięć minut, Lily była już w najlepszej komitywie z Weasleyami. Tylko imiona chłopców ciągle się jej myliły.
Nie przejmuj się – powiedziała jej srebrnowłosa piękność, o której już słyszała od Jo, czyli Mickey. – Ja do siódmego roku życia ich nie odróżniałam.
Wydawało się, że grają może godzinę, a tymczasem na dworze zrobiło się ciemno. Do drzwi zapukała kobieta z wózkiem pełnym słodyczy, ale Lily nie kupiła nic, bo była już objedzona słodyczami, którym częstowali ją Weasley'owie.
Bierz, nie krępuj się – powiedział Alan, brat – bliźniak Jo, podsuwając jej pod nos kolejną czekoladową żabę. – Tata i wujek Fred mają sklep z różnymi magicznymi psikusami i słodyczami, więc mamy tego wszystkiego po uszy.
I niestety raczej nie przebijemy ich w kawałach – westchnął smutno John, jeden z jego kuzynów. – A szkoda…
Dennis wyjrzał przez okno.
Dojeżdżamy już – powiedział. – Proponuję się przebrać w szaty.
Lily i Jo wróciły do swojego dawnego przedziału, a z nimi poszła Mickey.
Nie będę się przecież przebierać przy chłopcach – wyjaśniła.
Zdążyły się nie tylko założyć czarne, szkolne szaty, ale nawet odbyć małą debatę, czy nie wrócić do reszty, kiedy pociąg stanął. Za radą Mickey zostawiły rzeczy w przedziale i wysiadły. Z pewnością zgubiłyby się w tłumie uczniów, gdyby nie wysoka postać z latarnią w ręku, która zaczęła wołać:
Pirszoroczni! Pirszoroczni do mnie!
