AKCJA

Upiłam łyk soku pomidorowego prosto z kartonu i kątem dłoni otarłam usta. Siedziałam w kuchni przy stole okrytym obrusem w czerwono-białe kraty, który sama kupiłam i wyglądałam przez okno. Dochodziła dziewiąta. Pogoda była piękna, słoneczna i gorąca, aż się chciało żyć. Coś jednak kłuło mnie w sercu.

Znowu napiłam się soku. Może to przez ten sen? Śniło mi się moje pierwsze spotkanie z Johnem dokładnie tak, jak sobie je zapamiętałam. Może to była projekcja wspomnień? Nie, ludzki mózg tego nie potrafi.

Usłyszałam trzaśnięcie drzwi w głębi mieszkania; uśmiechnęłam się. Po chwili do kuchni wparadowała Alex w samym ręczniku i od razu wyjęła mi z ręki sok.

- Pomidorowy – ostrzegłam ją.

- Nie szkodzi – mruknęła, upijając spory łyk. Woda kapała z jej włosów na obrus, od razu w niego wsiąkając.

- Jak tam? – zapytałam, kiedy oddała mi karton. Uśmiechnęła się szeroko.

- Pięć razy. Jeszcze śpi. – Też posłałam jej uśmiech. – Powinnaś też wreszcie z kimś się przespać.

Alex podeszła do kredensu i wyjęła torebkę musli. Przyniosła ją na stół i zaczęłyśmy chrupać płatki.

- Dosyć już tego celibatu! – Wycelowała we mnie palcem. – Znajdź sobie jakiegoś Johna Connora i po krzyku!

- Żeby to było takie łatwe...

- Oj, ranyści, nie gadaj! Przeleć Matta. To ciastko.

- Matt jest moim dowódcą. To by popsuło stosunki w oddziale.

- Ale poprawiłoby ilość twoich stosunków.

Wywróciłam oczami. Ile razy przechodziłam już przez tą samą rozmowę?

- Śniło mi się moje pierwsze spotkanie z Johnem – powiedziałam, zmieniając temat.

- Razem z miażdżeniem kolan?

Kiwnęłam głową. Alex dotknęła mojej ręki.

- Chodzi o to, że ten sen był taki realny...

- Projekcja?

- Wtedy nie miałam jeszcze chipa.

- Jeśli chcesz, mogę cię dziś przejrzeć.

Uśmiechnęłam się.

- Może później. Teraz skoczę zrobić jakieś zakupy.

- Kup mi gumki. Ananasowe. A sobie baterie do wibratora.

- To szczoteczka elektryczna!

- Ty nazywasz to tak, ja inaczej, co nie zmienia faktu, że to coś porządnie wibruje. – Wstała. – Jeszcze raz przed śniadaniem... – dodała melodyjnym głosem.

- A musli?

- Przed jego śniadaniem – poprawiła się i wyszła z kuchni.

Skończyłam sok i wyrzuciłam karton. Czasem trudno było mi uwierzyć, że Alex będzie w przyszłości moim dowódcą, twardym jak głaz i nieustraszonym, niemal wypranym z uczuć. Teraz była jednak niegroźną nimfomanką i najlepszą na roku studentką zaawansowanych technik komputerowych. No i moją ukochaną przyjaciółką, przed którą nie miałam żadnych sekretów.

Nigdy nie robiłam zakupów w pobliskim supermarkecie. Za bardzo przypominał mi gruzy, które przeczesywaliśmy w poszukiwaniu jedzenia. Dlatego też brałam auto i jechałam do sąsiedniej dzielnicy, gdzie wszystko, czego potrzebowałam, znajdowałam w jednym malutkim sklepiku.

Zaparkowałam i wzięłam plecak.

- Dzień dobry – przywitałam znajomą sprzedawczynię.

- Dzień dobry. – Uśmiechnęła się.

Sięgnęłam po koszyk, myśląc, co powinnam kupić. Podeszłam do stojaka z prezerwatywami i wzięłam dla Alex dwie paczki. Potem poszłam do stoiska z pieczywem, przy którym stał jakiś mężczyzna. Postanowiłam poczekać, aż odejdzie. Uwielbiałam wybierać chleb i bułki, kochałam ich zapach.

Nieznajomy wyglądał na niezdecydowanego, ale mnie się nie śpieszyło. Jego szerokie plecy przypominały mi Matta. W końcu jednak sięgnął po bochenek ciemnego razowca. Jego rękaw zsunął się w dół, odsłaniając kawałek nieopalonej skóry z kodem kreskowym!

Upuściłam koszyk. Przypadek! Błagam, żeby to był przypadek! Może to najmodniejszy tatuaż sezonu?...

Nagle w mojej kieszeni zadzwonił telefon. Specjalnie ustawiony dzwonek. Błyskawicznie odebrałam, schylając się po koszyk.

- Masz dziesięć minut. Róg St Michael i Słonecznego Bulwaru. – Matt rozłączył się.

Wyprostowałam się; mężczyzna z tatuażem zniknął. Pobiegłam do kasy, wyjmując odznakę.

- Policja, proszę mnie przepuścić! To sprawa bezpieczeństwa państwowego!

Rzuciłam na taśmę paczki gumek. Kasjerka nabiła je na rachunek, dziwnie na mnie patrząc. Wcisnęłam jej dwudziestodolarowy banknot i wybiegłam ze sklepu. Pojechałam do domu i wzięłam swoją torbę z logo S.W.A.T. Zakupy dla Alex zostawiłam na stole.

- Mam akcję! – krzyknęłam, wychodząc.

Przyczepiłam do dachu syrenę, sprawdziłam mapę w głowie i ruszyłam z piskiem opon. Po siedmiu minutach byłam na miejscu. Zostawiłam auto na chodniku i pobiegłam do ciężarówki S.W.A.T. Byli już wszyscy. Matt posłał mi uśmiech; zaczęłam się rozbierać, błyskawicznie pozbywając się dżinsów i koszulki. Mój dowódca przedstawił sytuację: ośmiu terrorystów, około czterdziestu zakładników.

- A gdzie haczyk? – zapytałam, spinając hełm pod szyją.

- Budynkiem rządzi komputer. To znaczy, ich hakerzy, ale nasi ludzie już nad tym pracują. Wchodzimy za pięć minut.

Nagle przed Okiem zobaczyłam zdjęcie kodu mężczyzny ze sklepu. Nawet nie wiedziałam, że mój Mózg podświadomie zajął się jego identyfikacją. Miał już wynik. Musiałam usiąść.

Tatuaż należał do Dereka Reese'a.

- Erica, w porządku? – zapytał mnie Matt; kiwnęłam głową.

- Muszę zadzwonić.

Wyskoczyłam z przyczepy. W głowie wybrałam numer Alex. Nie chciało mi się zdejmować hełmu i używać prawdziwej komórki. Odbierz, błagam!

- Erica?! Boże, chyba nie leżysz w kałuży krwi i chcesz się ze mną pożegnać?

- Nie – przerwałam jej. – Widziałam Dereka.

- Dereka? TEGO Dereka? Tego, który jest oj...

- Tak, Reese'a!

- Uspokój się! Jesteś pewna?

- Ja nie, ale mój cholerny Mózg tak!

- Dobra, słuchaj: za chwilę wchodzisz ratować dobrych ludzi, a złym kopać tyłki, więc uspokój się, jasne?

Rozkazujący ton jej głosu podziałał na mnie mobilizująco jak zawsze.

- Jasne – przytaknęłam.

- Nawet jeśli to był Derek...

- To BYŁ Derek!

- I co z tego? Wiedziałaś, że gdzieś tutaj jest! Poradzisz sobie ze wszystkim. Jesteś w końcu stresoodporna. I kuloodporna.

- Tak jest!

- I wróć szybko, bo ktoś musi wreszcie zakupy zrobić.

Zakończyłam rozmowę i od razu dołączyłam do reszty zespołu.

- Zwarta i gotowa – rzuciłam radośnie.

- Mamy zadanie do wykonania. – Matt uśmiechnął się szeroko. On to dopiero był stresoodporny!

Zeszliśmy do kanałów i znaleźliśmy odpowiedni właz. Czekaliśmy, aż zostanie odcięty prąd.

- Trzydzieści sekund! – Trevor podniósł kratę; błyskawicznie wspięliśmy się na górę.

Światła przygasły, po czym zaświeciły się na nowo.

- Zapasowy generator, merde! – rzucił Jean-Pierre przez zęby.

- Dobrze chociaż, że to my kierujemy komputerami – mruknął TJ.

Matt rozdzielił zadania; jak zwykle to ja miałam pilnować jego seksownego tyłka. Lubiłam to.

Weszliśmy po schodach, przyciskając pistolety do piersi. Przypadliśmy do ściany. Wyjrzałam na korytarz i przeskanowałam go Okiem, szukając źródeł ciepła i materiałów wybuchowych. Nagle dostrzegłam ruch przy suficie. Kamera! Cofnęłam się.

- Kamery są nasze?

- Wyłączone.

- Na pewno nie.

Matt połączył się z resztą oddziału i kazał im zostać na miejscach, po czym skontaktował się z wozem.

- Właśnie wypieprzyli naszych. Mają dobrych hakerów.

- Daj mi pomyśleć. – Znowu wyjrzałam.

Mój Mózg obliczył sekwencję ruchów kamery.

- Kiedy powiem, pobiegniesz do tamtego biura. – Wskazałam kierunek ruchem ręki; Matt kiwnął głową. Już wiele razy ratowałam mu tyłek, więc ufał mi bezgranicznie. - Teraz!

Po chwili dołączyłam do niego. Zrzuciłam hełm i okulary i rozpięłam kołnierz pod szyją, pozbywając się jednocześnie kamizelki kuloodpornej. Usiadłam przy komputerze.

- Co planujesz? Bo ja jestem od tego.

Spojrzałam na niego uważnie. Też zdjął hełm i okulary; przeczesał palcami krótkie, ciemne włosy. Robił tak zawsze, kiedy był zdenerwowany.

Dotknęłam dłonią karku i wyszukałam paznokciem odpowiednie miejsce.

- Teraz nie pora na pytania, Matt.

Podwadziłam klapkę i otworzyłam ją. Chwyciłam palcami koniec kabla i wyciągnęłam go, podłączając się do jednostki centralnej przez USB. Kątem oka dostrzegłam, jak Matt cofnął się. Na jego twarzy malowało się zdumienie i strach.

- Co...

- Nie teraz – przerwałam mu, wchodząc do programu i przebijając się przez pierwszy firewall. – Wszystko ci wyjaśnię później, obiecuję. Zaufaj mi. Jak zawsze.

Błyskawicznie obeszłam wszystkie zabezpieczenia i zhakowałam system.

- Kamery odłączone. Niech ruszają. – Moje palce szybko przebiegły po klawiszach.

Matt wydał rozkazy.

- Drugie piętro nadal nasze?

Odłączyłam kabel, który sam, niczym wąż wsunął się z powrotem na swoje miejsce i wstałam.

- Tak. – Przełknął ślinę. – Jesteś z tych dobrych?

- „Tych dobrych"? – Uniosłam brew.

- Kosmitów. – Uśmiechnął się kącikiem ust.

- Nie jestem kosmitą. Gorzej: przybyłam z przyszłości.

- Z mojej, mam nadzieję.

Posłałam mu uśmiech, zapinając bluzę.

- Idziemy.

- A twoja kamizelka?

- Tylko utrudnia ruchy – przyznałam zgodnie z prawdą.

Po chwili szliśmy cicho po schodach. Matt był znowu skupiony. Ja też byłam i mój Mózg tak samo.

Kiedy tylko mój towarzysz wychylił się zza rogu, chwyciłam go za rękaw i pociągnęłam do tyłu, zanim padły strzały.

- Nie zatrzymujesz kul siłą woli, prawda? – zapytał, sprawdzając swoją broń.

- Niestety nie, ale znam inne sztuczki.

Mój Mózg na bieżąco analizował wszystkie informacje, głównie obrazy i dźwięki.

- Wychyl się jeszcze raz.

Zrozumiał, o co mi chodziło. Schował pistolet i ściągnął hełm. Rzucił go w głąb korytarza. Padły dwa strzały.

- Ma jeden nabój albo w ogóle. Słyszałam, jak zmienił wcześniej magazynek.

- Słyszałaś?... – zapytał powoli.

- Zaufaj mi. Zostań tutaj.

Wyszłam zza rogu.

- Nie mam broni – powiedziałam głośno, unosząc ręce do góry.

Jestem bronią.

Z drzwi wychylił się ubrany na czarno mężczyzna i wziął mnie na muszkę. Zrobiłam krok do przodu.

- Stój.

Jeden czy zero?...

- Strzelaj. – Zrobiłam następny krok.

Mój Mózg już przeliczył wszystkie możliwe trajektorie lotu pocisku.

- Jak sobie chcesz, suko.

Bandyta wycelował w moje czoło i nacisnął spust. Odchyliłam głowę. Poczułam muśnięcie ciepła na policzku, kiedy pocisk minął moją twarz o półtora centymetra.

Teraz już był bezbronny. Podbiegłam błyskawicznie i wyrwałam mu broń, kopniakiem powalając go na ziemię.

- To tyle. – Butem roztrzaskałam pistolet i spojrzałam przez ramię na Matta. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha, szefie.

- Chyba jednak kosmitę.