Rozdział 1
Alesya
Opuszczając szkołę zatrzymałam się na chwilę w progu, aby wziąć głęboki wdech i sprawdzić, jak pachnie wolność, zanim się do niej przyzwyczaję. Nie wiem, czy oczekiwałam jakiegokolwiek odstępstwa od normy, ale niewykluczone, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej żaden rok tak bardzo mnie nie wyczerpał.
Suche, gorące powietrze podrażniło wnętrze mojego nosa. Widok przede mną rozmywał się lekko przez żar, unoszący się z nagrzanych, brukowanych ulic. Ludzie - uciekając od agresywnych, spadających kaskadami z bezchmurnego nieba promieni słonecznych, przed których wpływem nie mógł uchronić nawet najsilniejszy krem z filtrem - w większości pochowali się w cieniu uroczych knajpek po obu stronach drogi. Popijając mrożoną kawę i zajadając lody obserwowali innych przechodniów, którym różne sprawy nie pozwalały na skorzystanie z podobnego luksusu.
Lato nie oszczędzało w tym roku Włoch, choć nie spędziłam w tym kraju wystarczająco wiele czasu, żeby określić, czy to anomalia, czy tak było zawsze. W każdym razie, mimo iż po wyjściu z klimatyzowanego budynku temperatura zdawała się tym bardziej dokuczliwa, nie zamierzałam pozwolić, by zepsuła mi humor.
Koniec, przynajmniej na kilka najbliższych miesięcy. Koniec lekcji, koniec nauczycieli i koniec uczniów, w których towarzystwie zmuszana byłam spędzać dziennie bite siedem godzin. Gdyby nie fakt, że lubiłam się uczyć i zależało mi na wykształceniu, już dawno opuściłabym to przeklęte miejsce. Nie byłam w nim zbyt lubiana. I vice versa.
Nie, nie należałam do ludzi, którzy opuszczeni i niezrozumiani rozpaczają nad własną samotnością. Byłam za nią wdzięczna. Gdyby było inaczej, gdyby inni uczniowie próbowali mnie wciągnąć do towarzystwa, zyskałabym tylko wyrzuty sumienia musząc im odmawiać. A tak miałam tylko jedną, niezbyt bliską znajomą - koleżankę z ławki, która na stołówce wypełniała swoją niekończącą się paplaniną panującą wokół mnie ciszę. Żadnych więcej ludzi wtykających nosy w moje życie. A przede wszystkim żadnych spojrzeń, które musiałabym znosić.
To te spojrzenia były najgorsze, albo raczej moja na nie reakcja. Ilekroć czyjś wzrok padał na mnie, od razu pojawiało się dziwne uczucie, że jestem obserwowana, a nawet osaczana. Sam fakt, że odczuwałam je tak intensywnie - jakby ktoś szturchnął mnie albo zawołał głośno moje imię - irytował mnie i przerażał. Dokładnie tak, jak w tej właśnie chwili.
Wzdrygnęłam się i obróciłam na pięcie. Zlokalizowanie 'obserwatora' nie było trudne. Luciano wraz ze swoją nieodłączną świtą złożoną z trójki jego kumpli, Carlo, Oscara i Cesare, siedział na krawężniku, a jego brązowe tęczówki ukryte w cieniu czarnej grzywki śledziły uważnie każdy mój ruch. Gdy nasze oczy się spotkały, uniósł nieznacznie butelkę z zimnym piwem, jakby w toaście, po czym upił łyk.
Twoje zdrowie, piękna…
Wzdrygnęłam się znów, po czym - posławszy mu wpierw nienawistne spojrzenie - odeszłam, cały czas czując jak odprowadza mnie wzrokiem. Jego oczy wwiercały się w moje plecy, paliły skórę i drażniły nerwy. Przyśpieszyłam. Czymkolwiek to było - przeczuciem, instynktem, zdolnością paranormalną - nienawidziłam tego.
Byłam taka odkąd tylko pamiętałam, tyle że kiedyś to nie było takie dokuczliwe. Kiedy moja mama i siostra jeszcze żyły… Wszystko było wtedy łatwiejsze. Nawet mój dziwny odruch przybierał inną formę. Oczywiście wyczuwałam wszystkie kierowane na mnie spojrzenia, a nawet lokalizowałam źródło z jeszcze większą łatwością, niż teraz, ale nie czułam potrzeby, by się przed nimi chować. Nie wywoływały u mnie strachu. A kiedy spoglądał na mnie ktoś bliski wypełniało mnie przyjemne ciepło. To było dobre i przyjemne.
A potem to się stało. Nieszczelna instalacja, wybuch gazu… Nie było mnie wtedy w domu. Do tej pory się z tym nie pogodziłam. Po pogrzebie musiałam zamieszkać z ojcem, który opuścił nas dawno temu. Wywiózł mnie z domu w Ameryce do Włoch. Nienawidziłam go. I z wzajemnością, czego dowiódł na milion sposobów. Mordowałam się z nim kilka miesięcy, aż nie wytrzymałam i tydzień temu uciekłam z domu. Wiedziałam, że nie będzie za mną tęsknił, więc wątpiłam też, by zawracał sobie głowę szukaniem mnie. Zabrałam z domu swoje oszczędności, a także ubrania, książki, pamiętnik i kilka drobiazgów, które uratowały się z pożaru. Wszystko co miałam - a nie było tego dużo - upchnęłam w plecaku. Złapałam okazję i opuściłam miasto. I oto byłam tutaj.
Najszybciej jak potrafiłam przemierzyłam zatłoczony główny plac Volterry, minęłam wieżę zegarową i zagłębiłam się w sieć zaułków. Dotarłszy do właściwego, wrzuciłam plecak przez wybite okno opuszczonej piwnicy, którą upatrzyłam sobie na schronienie. Miałam zamiar się tutaj przespać, przeczekać dzień. Żyłam jak nietoperz. Za dnia chowałam się i zasypiałam. Kiedy ludzie znikali i nikt już nie mógł mi się przyglądać, wychodziłam i włóczyłam się po mieście. Wśliznęłam się do środka i zeskoczyłam na podłogę. Rozejrzałam się krótko, po czym wzięłam plecak, wdrapałam się na coś, co kiedyś chyba było stołem, ułożyłam się na kocu i pozwoliłam, by porwała mnie fala rozmyślań.
Kiedy się obudziłam, było już całkiem ciemno i cicho. Wśród strzelających stawów, zastygłych od zbyt długiego leżenia nieruchomo na twardej powierzchni, usiadłam i zerknęłam na zegarek, który dawno temu dostałam od przyjaciółki. Podświetlana na niebiesko tarcza ogłaszała godzinę drugą trzynaście.
Przeciągnęłam się, nawet nie starając się stłumić ziewnięcia. Chwytając po drodze latarkę, długopis i pamiętnik, podeszłam pod okno i z wprawą wyskoczyłam na zewnątrz. Rozejrzałam się. Tak jak myślałam, było całkiem pusto. Z westchnieniem zadowolenia odchyliłam głowę, delektując się delikatnym, chłodnym powiewem.
Dla mnie nie istniało nic piękniejszego od tego miejsca nocą. Było takie spokojne. Niezwykłe. Gwiazdy tworzyły na bezchmurnym niebie tysiące wzorów. Księżyc - cichy strażnik, nieustępliwy i jasny - oblewał srebrzystym światłem zamkowe wieże. Właśnie zamek zachwycał mnie najbardziej. Miał w sobie coś magicznego, mrocznego, jakby skrywał w swoich murach sekret. Valery - moja jedyna znajoma ze szkoły - śmiała się ze mnie, gdy podzieliłam się z nią tym spostrzeżeniem. Nie miałam jej tego za złe. W końcu czyż to nie był iście wariacki pomysł? Twierdziła, że raz widziała wchodzących tam ludzi i że jest tam zwykły hotel, w którym od czasu do czasu zatrzymują się wycieczki.
Usiadłam na bruku i włączyłam latarkę, opierając pamiętnik na podkurczonych kolanach. Z Valery mogłam porozmawiać o wielu rzeczach, ale nie była mi aż tak bliska, bym się jej zwierzała. Nie powierzyłabym jej sekretu. Przelewałam więc nadmiar uczuć na papier. Rozwiązanie dalekie od ideału. W takich chwilach brakowało mi czyjegoś towarzystwa, bliskości. Kogoś, komu mogłabym zaufać.
Potrząsnęłam głową, odpędzając od siebie tę myśl i zaczęłam pisać, trzymając latarkę w drugiej ręce. To wtedy to poczułam. Nagły dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Chłód skręcił mój żołądek. Pierwsze przyszło zaskoczenie. Potem strach. Zerwałam się na równe nogi.
Spojrzenie.
Zerknęłam szybko na wylot zaułka, na zupełnie wyludniony plac. Potem w drugą stronę, w ciemność w głębi uliczki. Nikogo tam nie było. A przynajmniej ja nikogo nie widziałam. Ale przecież to czułam. Ktoś mnie obserwował. Po tylu latach bycia dręczoną przez to przeczucie wiedziałam, że nie mogło mi się wydawać. Jeśli coś tu było zawodne, to mój wzrok.
Zamknęłam oczy i zdałam się na instynkt. Nieco na lewo. I wyżej. Starając się panować nad oddechem zadarłam głowę, po czym uniosłam powieki i spojrzałam w niebo. Nie, nie w niebo. Naprzeciwko mnie, na tle ciemności odcinał się wyraźnie strzelisty kształt - jedna z zamkowych wież.
- Co u diabła? - wyrwało mi się.
Był środek nocy, a wieża znajdowała się kilkaset metrów ode mnie. Ja nie mogłam nawet dostrzec z tej odległości, czy w kamiennej konstrukcji są jakieś okna albo większe szczeliny, więc jak ktokolwiek miałby zobaczyć drobną dziewczynę skuloną w cieniu pod ścianą w zaułku? Z ludzkiego punktu wiedzenia po prostu niewykonalne. Niemożliwe. A przecież to musiał być człowiek. Zwierzęcych spojrzeń nie wyczuwałam.
A może mój dar ewoluował o tę nową umiejętność? Może faktycznie gapił się na mnie jakiś ptak?
A może wreszcie oszalałam i spojrzenie było tylko złudzeniem?
Cóż, było czy nie, czułam je. Ktoś intensywnie się we mnie wpatrywał. Mimo iż niewiele mogłam w tym świetle dostrzec skupiłam wzrok na źródle spojrzenia. Po pewnym czasie urwało się na moment, by po chwili znów się pojawić i to ze zdwojoną siłą. Trwało to ledwo parę sekund, po czym wróciło do poprzedniego stanu.
Nagły odgłos uderzenia zaskoczył mnie tak bardzo, że aż podskoczyłam, a z moich ust wyrwał się krótki jęk. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to latarka wyślizgnęła się z moich drżących palców i potoczyła się po bruku. Moje serce w szaleńczym tempie tłukło się o żebra. Chciałam jak najszybciej się stamtąd oddalić. Ale nie mogłam. Nie mogłam poruszyć żadnym mięśniem. Nie mogłam oderwać wzroku od wieży.
Aro
Siedząc na swoim tronie rozglądałem się po sali, na niczym nie zatrzymując wzroku dłużej niż kilka sekund. Po mojej prawej stronie siedział Marek. Opuszkami palców dotykałem jego dłoni i po raz pierwszy w życiu mogłem powiedzieć, że jestem równie jak on znudzony i zniechęcony. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego. Raczej nie należałem do osób często pogrążających się w melancholii.
Cofnąłem rękę. Z własnym uczuciem ledwo sobie radziłem, a podwójnie - to był koszmar. Kątem oka dostrzegając ów nagły ruch, Kajusz zerknął na mnie i uniósł brwi. Nie odpowiedziałem na jego nieme pytanie. Mój brat równie mocno nie znosił stagnacji, więc pewnie mógłby mnie zrozumieć, ale znałem aż zbyt dobrze jego sposoby radzenia sobie ze znudzeniem. Jeżeli w pobliżu nie znalazł się nikt, kogo mógł zabić lub się poznęcać, korzystał z daru Corin. O ile jednak nie cofałem się przed zabijaniem, o tyle nie sprawiało mi przyjemności. Sadystyczne zapędy zostawiałem Kajuszowi. Ja potrzebowałem po prostu jakiegoś w miarę ciekawego zajęcia.
Wstałem i wskoczyłem na wysoko usytuowane okno. Wpatrzyłem się w księżyc. Minęły już cztery lata od naszej wizyty w Forks. Podejrzewałem, że Carlisle i jego rodzina już się stamtąd wyprowadzili. Byłem ciekaw dokąd, ale postanowiłem nie pytać o to Demetriego. Odtworzyłem sobie w pamięci moje ostatnie spotkanie z Cullenami i natychmiast poczułem, jak mój nastrój nieznacznie się poprawia. To było coś niesamowitego! Pierwszy raz od wieków natrafiliśmy na godnych przeciwników, będących nawet w stanie nas pokonać. Tyle silnych, utalentowanych wampirów - Benjamin, Zafrina, Kate… Bella.
Oj tak, ona miała niezwykły i - jak na nowo narodzoną - wyjątkowo rozwinięty dar. Cóż za moc! Rozmarzyłem się na chwilę. Isabella byłaby cudownym nabytkiem dla naszej straży. Oczywiście nie było tam istoty bardziej niezwykłej od cudownej Renesmee. Jednak porzuciłem już nadzieję na to, że którekolwiek z Cullenów kiedyś dołączy do Volturi.
Kajusz bardzo chciał zemścić się na nich za tamtą historię, ale nie pozwoliłem mu na to z dwóch powodów.
Po pierwsze ze względu na nasza nadszarpniętą reputację. Było to przede wszystkim moje zmartwienie. Na Marku nie mogłem w tej kwestii polegać. Natomiast, w przeciwieństwie do Kajusza, dopóki tylko istniała taka możliwość, wolałem opierać nasze rządy na zaufaniu i respekcie, nie na zastraszeniu. Od tamtego zdarzenia wśród nieśmiertelnych krążyły różne pogłoski. Miano na nasz temat różne opinie i jeśli chcieliśmy ochronić nasz wizerunek, nie mogliśmy ryzykować ataku na tę rodzinę - ani na żadnego z pomagających im wówczas wampirów - bez niepodważalnego dowodu na popełnienie poważnego przestępstwa. A wiedziałem, że Cullenowie nigdy nam takowego nie dostarczą.
Drugim powodem - chociaż o tym Kajuszowi nie wspominałem - było to, że ja naprawdę lubiłem Carlisle'a. Żałowałem, że nie ma on do mnie już za grosz zaufania, a nasza przyjaźń została mocno nadwyrężona. Oczywiście zasłużyłem na to w stu procentach. Świadomość tego nie poprawiała mi nastroju. Mimo wszystko miałem nadzieję, że kiedyś nasze stosunki uda się naprawić. Lubiłem rozmawiać z tym mężczyzną, pomimo jego czasem dziwnych poglądów. Lubiłem jego towarzystwo. Ale czy się jeszcze kiedyś spotkamy? Czy uda nam się zupełnie spokojnie usiąść i porozmawiać jak za dawnych, dobrych czasów?
Zbyt późno zdałem sobie sprawę, że rozmyślanie na ten temat wcale nie wpływa dobrze na moje samopoczucie. W końcu doszedłem do wniosku, że najpewniej po prostu brakuje mi Sulpicii. Ostatnio nie poświęcałem zbyt wiele czasu mojej najdroższej małżonce. Być może to dobry moment, by to naprawić.
Już miałem zeskoczyć na dół i udać się do swojej komnaty, gdy coś przykuło moją uwagę. Na bruku w ciemnej uliczce siedziała spokojnie młoda dziewczyna. Mogła mieć z siedemnaście, może osiemnaście lat. W jednej ręce trzymała latarkę, w drugiej długopis i coś notowała. Zdziwiło mnie nieznacznie jej zachowanie - Śmiertelniczka, samotna, o tej porze w ciemnym zaułku? Większość ludzi bała się i unikała takich sytuacji - ale prawdziwego zaskoczenia doznałem dopiero, gdy wzdrygnęła się gwałtownie, wstała i zaczęła rozglądać dookoła. Po chwili podniosła wzrok i spojrzała dokładnie w miejsce, w którym się znajdowałem. Zmarszczyłem brwi. Nie było wątpliwości, że była człowiekiem, a żaden człowiek nie byłby w stanie dostrzec mnie z tak daleka i to w dodatku w ciemnościach. Jednak ona z całą pewnością wpatrywała się we mnie. Tylko jakim cudem?
Widziałem, jak jej ramiona unoszą się i opadają coraz szybciej, a jej dłonie drżą. Słyszałem gwałtowne uderzenia jej serca, niczym łopot skrzydeł spłoszonego ptaka, usiłującego wyrwać się z klatki jej żeber. Była przerażona. Dlaczego? Czy… ona coś wiedziała? Sprawdziłem w pamięci listę ludzi świadomych bytności wampirów w Volterze, ale tej twarzy nie kojarzyłem. A jak inaczej wytłumaczyć jej lęk?
- Kajuszu, pozwól na chwilę - powiedziałem cicho, świadom, że brat doskonale mnie słyszy. Sekundę później wampir kucał obok mnie na parapecie, spoglądając pytającym wzrokiem. Zerknąłem na niego krótko, po czym wskazałem ręką stojącą na ulicy dziewczynę, która w chwili, gdy spojrzał na nią Kajusz, zaczerpnęła gwałtownie powietrza i wstrzymała oddech.
- Śmiertelniczka - mruknął mój brat kompletnie bez zainteresowania.
- Czy to możliwe, żeby nas widziała? Czy odległość nie jest zbyt duża?
- Oczywiście, że jest. O co chodzi, Aro?
Z trudem powstrzymałem westchnienie irytacji. Że też musiał w ogóle pytać! Zupełnie, jakby nie zauważył, iż patrzyła mi prosto w oczy. Z drugiej strony, to przecież cały on. Czemu założyłem, że poświęci choć odrobinę uwagi jakiemukolwiek człowiekowi, którego krwią nie zamierzał się pożywić? Jeśli już coś go zaniepokoiło, to tylko ewentualne motywy stojące za zadanym przeze mnie pytaniem.
Machnąłem ręką, jakbym chciał się opędzić od natrętnej muchy, a Kajusz zeskoczył na podłogę i wyszedł. Jeśli w jakikolwiek sposób uraziłem go tak bezpardonową odprawą, nie okazał tego. Po paru minutach również Marek opuścił salę. Ja zostałem, nieprzerwanie obserwując młode dziewczę. Melancholia zniknęła bezpowrotnie, zastąpione przez uczucie znajome i znacznie przyjemniejsze, niczym stary przyjaciel, który nigdy mnie nie opuszczał.
Ciekawość…
