Fikatonowe. Prompt: zdjęcia tak zmodyfikowane, by przypominały świat po apokalipsie zombie.


Świeżutka patyna


Ciekawe, dumał Corwin, próbując – z sukcesem, oczywiście – zachować zimną krew, kto stworzył ten Cień. Brand, cudem ocalały z otchłani? Cień Branda? Mściwy Upiór Wzorca? Kopie nie tylko jego, ale i Eryka, wchodziłyby w rachubę. Albo może Rinaldo, chłopak się zdawał miły, ale w rodzinie nigdy nie wiadomo, mógł – ach – żywić urazę o ojca. No i zawsze zostawała Dara. Mogła się mścić na nim, nadal, ale mogła też próbować dać prztyczka w nos Merlinowi, ukarać syna za ostatnie wybryki.

Nie należało też wykluczać jakichś pozarodzinnych wrogó, królów pomniejszych Cieni, urażonych dawniej magów. Żyjąc wieki, każdy narobiłby sobie nieprzyjaciół. A Corwin dodatkowo miał ku temu nieprzeciętny talent.

Łuk Tryumfalny zaczął się już rozpadać. Wyglądało na to, że podtrzymuje go głównie gęsty bluszcz, chociaż jaki cud przygnał nasiona bluszczu do centrum Paryża, Corwin nie miał pojęcia. Natura ma swoje sposoby. Natura i ci, którzy kształtują Cienie.

Przez chwilę miał ochotę przejść się na Pola Elizejskie, zobaczyć stolicę Francji w całej jej zrujnowanej krasie. Poszukać tamtej kawiarni, sprawdzić, czy kasztany wciąż kwitną, czy zjadły je szkodniki. Jeśli ten Cień był stworzony specjalnie dla niego, jako nauka, ostrzeżenie czy groźba, to w miejscach ważnych dla Corwina będą jakieś… wskazówki. Podpowiedzi.

Albo jedynie jeszcze straszniejsze przykłady rozkładu, jeśli świat miał być rodzajem psychicznej tortury. Zdecydowanie nietrafionej, bo książęta Amberu uczyli się znosić podobne dowcipy – dla starszych braci to zawsze były tylko dowcipy – niemal w kolebce. Corwin raz natknął się na własne gnijące zwłoki – znaczy, zwłoki własnego Cienia – w sypialni. Eryk twierdził, oczywiście, że chciał go nauczyć odwagi, że co nie zabije, to wzmocni, niech mały nie będzie taką babą…

Teraz te wspomnienia były prawie miłe. Zabawione ciepłą mgiełką nostalgii. Ta postapokaliptyczna Ziemia też, skoro wiedział, że nie jest tą właściwą. Merlin przecież uprzedziłby go, gdyby cokolwiek w jego ulubionym Cieniu szło nie w porządku.

Jeśli to miała być wiadomość, to kluczowa wskazówka powinna znajdować się w ostatnim domu Corwina, w USA. Jak przenieść z Francji do USA w wymarłym świecie – jeśli wyjdzie z tego Cienia, może go zgubić na zawsze – o, to było pytanie. Niektóre statki powinny jeszcze się trzymać, niektóre konserwy takoż, a jeśli nawet nie, to polowanie, w każdych warunkach, nie nastręczało książętom Amberu najmniejszych trudności. Znaczy, znaleźć broń i żywność, i lekarstwa. Potem statek. A potem nawigować, orientując się po gwiazdach, kompasach i innych dawnych urządzeniach, trzymanych na niemal wszystkim, co pływa, „na wszelki wypadek"; dzięki za nie Bogu, bo elektroniczna maszyneria z pewnością dawno padła.

Z kompasem czy bez, z puszkami czy bez – cała masa roboty.

Corwin się roześmiał i zaczął nucić jedną z tych wojskowych piosenek, które ułożył w prawdziwym – prawdziwszym – Cieniu-Ziemi. Głos niósł się pośród zrujnowanych ulic, wsiąkał w odłażącą farbę i gnijący tynk, rozbryzgiwał wokół pokruszonych cegieł, odbijał od popękanego, zmatowiałego kamienia. Zapowiadała się przygoda warta fantastycznej ballady!