Zapraszam do czytania i proszę o komentarze. im więcej ich będzie tym szybciej ukarze się następny rozdział.
TRON: Dziedzictwo
Rozdział pierwszy: Córka Flynna
Mimo grubej, skórzanej kurtki czułam zimno podziemnego tunelu. Jechałam szybko, coraz szybciej wyprzedzając wszystkie samochody stojące na mojej drodze. Miałam coraz mniej czasu. A czas w tej chwili był wyjątkowo dla mnie ważny. Wyjechałam z tunelu w mrok który otaczał wiadukt. Usłyszałam syrenę policyjnego motocyklu. Uniosłam opiewke kasku i odwróciłam głowę. Gonił mnie. Uśmiechnęłam się. To było wyzwanie. Zamknęłam opiewkę kasku i spojrzałam na wprost. Przede mną jechała duża cysterna, a po prawej był zjazd z wiaduktu. Uśmiechnęłam się po raz kolejny. Miałam plan. Zgasiłam reflektor mojego motocyklu i przyspieszyłam. Wyprzedziłam cysternę z lewej i w ostatniej chwili przeskoczyłam na zjazd. Opony mojego pojazdu uderzyły cicho o asfalt. Poleciało kilka iskier. Policjant minął mnie tak jak oczekiwałam, ale nie miałam czasu na świętowanie sukcesu. Jechałam dalej w kierunku centrum miasta. Po kilku minutach zaczęłam dostrzegać cel mojej podróży. Wieża Enconu. Jeszcze kilka chwil a będę na miejscu.
Zwolniłam niechętnie. Zaparkowałam moje czarne Ducati i zdjęłam kask. Mój długi, ciasny warkocz spłynął mi po plecach jednym płynnym ruchem. Poprawiłam szelkę mojego plecaka i spojrzałam na zegarek.
-Kwadrans do północy.- Powiedziałam do siebie i pobiegłam do tylnego wejścia wieży.
Podwórko było pełne cieni, a jedynym źródłem światła była lampa oświetlająca duże pancerne drzwi. Podeszłam do drzwi i wyciągnęłam z kieszeni kurtki wyjęłam telefon po czym podpięłam go do cyfrowego zamka i włączyłam program do łamania kodów. Dokładnie 25 sekund później grube na pół metra drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Zachichotałam nad głupotą tego zabezpieczenia i pobiegłam dalej. Biegłam pewnie przez korytarze. Znałam drogę. Wiedziałam że jedyną kamerę napotkam dopiero na schodach, że nie napotkam żadnego strażnika. Dotarłam do schodów. Wyciągnęłam z kieszeni wskaźnik laserowy. Wychyliłam się zza ściany i zaświeciłam promieniem w czujnik kamery. Czerwone światełko urządzenia monitorującego zgasło. Miałam 15 sekund do czasu końca restartu. Wbiegłam błyskawicznie po schodach i ruszyłam przez kolejny korytarz. Byłam już blisko. Po kilku minutach biegu dotarłam do serwerowni. Weszłam cicho do środka i zaczęłam krążyć miedzy maszynami aż znalazłam ten serwer o który mi chodziło. Szybko podpięłam do niego telefon i zaczęłam szukać pliku po który tu przybyłam. Nie zajęło mi to dużo czasu. Po minucie transfer pliku do internetu trwał w najlepsze, a na jego miejsce w serwerze wgrywał się mały psikus. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech na myśl o minach zarządu Enconu gdy odkryją że ich nowy, cenny system operacyjny pojawił się w internecie za darmo. Gdy transfer był w 94 procentach zakończony w drzwiach serwerowni stanął strażnik.
-Cholera.- Zaklęłam w myślach i schowałam się za serwerami.- Musiałam uruchomić jakiś system zabezpieczenia.
-Wiem że tu jesteś.- Powiedział strażnik z nutą strachu w głosie.- Nie utrudniaj mi tego.- nieświadomie zaczął zbliżać się w moją stronę.
Właśnie wtedy transfer się zakończył. Zabrałam telefon i zaczęłam cicho przemykać między serwerami niezauważona przez strażnika. Wydostałam się z serwerowni.
-Stój!- Krzyknął strażnik.
Pobiegłam z uśmiechem na twarzy. Przewidziałam że mogę zostać nakryta i doskonale wiedziałam co muszę teraz zrobić. Musiałam dostać się na górę. Nagle mój zegarek zapiszczał informując mnie że za minutę wybije północ, a zarząd właśnie odkrył mojego psikusa. Wiedziałam że to ryzykowne, ale pobiegłam trasą biegnącą koło sali konferencyjnej. Gdy byłam przed wejściem do niej stanęłam na moment i z lubością obserwowałam jak główny programista projektu próbował wyłączyć zapętlone wideo szczekania mojego psa. Niestety nie mogłam napawać się tą chwilą. Strażnicy byli już za mną.
Gdy dotarłam na sam dach wieży zobaczyłam nocną, rozświetloną miliardem świateł panoramę miasta. Widok ten był bolesny, przypominał mi o śnie i nieuchwytnym marzeniu mojego ojca. Otrząsnęłam się szybko i w kilku susach dotarłam do krawędzi dachu.
-Cześć tato, co słychać?- Zapytałam cicho wpatrując się w pustkę. W takich chwilach jak ta czułam jego bliskość.
Wtedy na dach wszedł strażnik.
-Gdzie teraz uciekniesz?- Zapytał zasapany.- Nikt ci nie powiedział że nie wolno kraść?- Zaczął iść w moją stronę.
-Nie można ukraść czegoś co miało być za darmo.- Odpowiedziałam.
-Mam cię.- był jakieś 5 metrów ode mnie.
-Wyluzuj, twój szef nie ma nic przeciwko temu.
-Jasne.- Powiedział ironicznie.
Dzieliły nas już 4 metry.
-Twój szef pracuje dla prezesa, a prezes dla udziałowców. Wiesz kto jest największym udziałowcem?
-Jakaś dziewczyna.
Na te słowa ukłoniłam się lekko. Na twarzy strażnika pojawił się szok.
-To ty, jesteś Samantha Flynn. Ale dlaczego, to firma twojego ojca...
Spojrzałam ze smutkiem na strażnika. Kiedy mój ojciec prowadził tą firmę jej celem było zmienienie oblicza ludzkości. Mój ojciec miał idee lepszego świata, ale po jego zniknięciu wszystko się posypało. Jedynym do czego dążył teraz Encon były pieniądze.
-Już nie.- Powiedziałam robiąc krok do tyłu.
W jednej chwili mężczyzna zrozumiał co chce zrobić.
-Nie skacz!- Krzyknął rozpaczliwie, ale było już za późno.
Lot był cudowny. Pęd powietrza rozwiewał kosmyki włosów którym udało się uciec z warkocza. Na twarzy czułam miękką puchową poduszkę. Chciałam żeby to nigdy się nie skończyło, ale ziemia zbliżała się coraz szybciej i szybciej. Wręcz z małą niechęcią pociągnęłam za linkę wystającą z mojego plecaka. Ułamek sekundy później z plecaka rozwinął się spadochron. Powietrze rozwinęło w pełni czaszę, paski plecaka boleśnie wbiły się w moje ciało na skutek nagłego wyhamowania. Lecz nie czułam bólu, czułam jedynie ekscytacje. Krzyknęłam radośnie. Byłam już blisko ziemi. Już prawie byłam gdy czasza spadochronu zaczepiła się o latarnie. Szarpnęłam się parę razy, ale bez skutku. Kątem oka dostrzegłam strażników wybiegających z wieży, a w oddali widać było światła zbliżających się radiowozów. Niewiele myślą rozpięłam klamry plecaka, ale zamiast spaść na ziemie spadłam na dach taksówki. Zdziwiony hukiem kierowca spojrzał na szklany szyberdach. Dostrzegłam że jest hinduskiego pochodzenia.
-Ty jechać, trzeba płacić. Taksówka nie darmo!- Krzyknął i zaczął jechać zygzakiem by strącić mnie z dachu swojej taksówki.
Jedyną reakcją z mojej strony był śmiech. Nagle drogę taksówce zajechał radiowóz. Kierowca zahamował gwałtownie, a ja poleciałam do przodu przelatując nad maską radiowozu i wylądowałam na nogach. Policjanci zaczęli wychodzić z pojazdu, ale ja już biegłam. Mój motor był już niedaleko. Nagle drugi radiowóz zajechał mi drogę. Instynktownie podskoczyłam i prześlizgnęłam się po masce. Od motocyklu dzieliło mnie już 10 metrów. Wtem otoczył mnie krąg światła. Stanęłam i spojrzałam w górę. Nade mną wisiał helikopter. Uniosłam ręce do góry.
-Wygraliście chłopaki, jestem wasza!- Zawołałam do nadchodzących policjantów.
Dopadli mnie szybko. Skuli i załadowali do radiowozu, a ja nie mogłam przestać chichotać.
-Helikopter! Sprowadzili po mnie helikopter!- Śmiałam się w myślach mimo że wiedziałam że najbliższe 48 godzin spędzę w celi.
Zresztą nie po raz pierwszy.
Tak jak się spodziewałam po niecałych 48 godzinach zostałam wypuszczona. Encon nie mógł się przyznać że udało mi się wrzucić ich najnowszy system operacyjny do internetu. Musieli udawać że to działanie celowe, co było mi na rękę.
Po wyjściu z komisariatu poszłam spokojnie na parking policyjny. Zaraz przy wejściu koło budki strażnika zobaczyłam moje Ducati. Uśmiechnęłam się szeroko i podbiegłam do budki.
-Cześć Carl!- Przywitałam się z mężczyzną siedzącym w środku, po czym pokazałam mu dokumenty.
-Cześć Sam.- Odpowiedział i podła mi kluczyki nawet nie spoglądając na papiery.
Bez zbędnych ceregieli odpaliłam motocykl i ruszyłam do domu.
Pędziłam po raz kolejny przez spowite w noc miasto. Znów byłam wolna. Znów czułam pęd powietrza na mojej skórze. Po kilkunastu minutach dotarłam na most będący jedną z dróg wylotowych miasta. Gdy go pokonałam skręciłam w mało przyjaźnie wyglądający zjazd. Dotarłam do brzegu rzeki nad którym stał mały domek przypominający jakiś rozlatujący się warsztat. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki mały pilocik i nacisnęłam czerwony guzik. W oknach zapaliło się światło, a brama domku zaczęła się otwierać. Wiecha łam do środka i zaparkowałam. Nacisnęłam kolejne guziczki, a brama wjazdowa się zamknęła, a otworzyła się ta po drugiej stronie ukazując widok na rzeka i rozświetlone miasto.
Gdy zsiadłam z motoru natychmiast podbiegł do mnie mój pies Merv. Pogłaskałam go pieszczotliwie za uchem.
-Testerski za mną co?- Zapytałam.
Merv przekręcił tylko pytająco główkę.
-Jasne że tęskniłeś.- Stwierdziłam zdejmując kurtkę i rzucając ją na oparcie jednego z dwóch podniszczonych foteli.
Prawie każda rzecz w moim domu była stara i trochę sfatygowana, co nadawało salonowi łączonemu z kuchnią i garażem dość obskurny wygląd. I choć miałam pieniądze nie chciałam tego zmieniać. To miejsce było dobre takim jakim było.
Podeszłam do małego aneksu kuchennego, ukucnęłam przed lodówką, ostrożnie otworzyłam drzwiczki i sięgnęłam po puszkę piwa gdy poczułam zapach wody kolońskiej. Wzięłam dwie puszki i wyprostowałam się powoli.
-Co robisz w moim mieszkaniu?- zapytałam tak obojętnie jak potrafiłam. Doskonale wiedziałam kto mnie odwiedził.
-Nie odbierałaś telefonów.- Powiedział Alan Bradley.
W odpowiedzi jedynie. spojrzałam na niego krytycznie.
-Co u ciebie?-Zapytał z troską w głosie.
-Doceniałam twoją troskę jak miałam 12 lat, ale teraz możesz odpuścić. Radze sobie.- Uśmiechnęłam się do niego.
Alan pokiwał ironicznie głową i rozejrzał się po moim mieszkaniu.- Właśnie widzę.
-O co ci chodzi, chcesz mi pomóc w odrabianiu lekcji?- Rzuciłam mu puszkę z piwem. Starszy mężczyzna zrobił zaskoczoną minę i ledwo udało mu się złapać puszkę.
Gdy ją złapał uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem na twarzy, a ja w tym czasie zdążyłam wziąć już pierwszy łyk napoju.
-Masz z stąd ładny widok.- Zaczął Alan.
Prychnęłam cicho, odwróciłam się tyłem do mojego chrzestnego, odstawiłam puszkę na szafkę kuchenną i zaczęłam ściągać swoją przepoconą koszulkę. Usłyszałam za sobą głośny świst wypuszczanego powietrza. Wiedziałam że moja obojętność na jego obecność go zirytuje.
-Ponoć wykonałaś ładne salto skacząc z wieży Enconu.- Powiedział gdy sięgnęłam po nową koszulkę leżąc w koszu z czystym praniem.
Nagle poczułam że mężczyzna wpatruje się w rany po paskach spadochronu.
-Twarde lądowanie, co?
-Mogło być gorzej.- Ubrałam koszulkę, wzięłam moje piwo i usiadłam na kanapie.
-Słyszałem też że przekazałaś zabawną wiadomość zarządowi.-Usiadł na fotelu.
-Podobało ci się?-Uśmiechnęłam się i wskazałam ręką psa który właśnie jadł karmę ze swojego dozownika.- To był pomysł Merva.
Alan westchnął ciężko. Doskonale wiedziałam o co mu chodzi.
-Naprawdę chcesz do tego wracać? Czy ja wyglądam na osobę która chce zażądać wielką korporacją?- Zapytałam ironicznie.
-Nie. I szczerze mówiąc firma też tego nie chce.
-Z pewnością.- Wyszczerzyłam zęby.
-Dzięki temu mogą robić co im się żywnie podoba.- Powiedział poważniejąc.
Odstawiłam piwo na stolik i wzięłam z niego jakąś gazetę. Zaczęłam ją przeglądać. Miałam nadzieje że Alan do sobie spokój i odejdzie widząc brak mojego zainteresowania.
-Zastanawiają mnie tylko te dobroczynne datki,- Kontynuował.- okazjonalny dowcip wycięty zarządowi. Wiesz jak unikać rozgłosu.
-Po co tu przyszedłeś?- Zapytałam nie odrywając wzroku od gazety.
-Zostałem wczoraj wezwany.- Odpowiedział.
Uniosłam twarz znad gazety i dostrzegłam w dłoni mężczyzny pagera.
-Nadal używasz pagera?- Zapytałam nie kryjąc wesołości.
Alan uśmiechnął się delikatnie.- Grunt to być na czasie. Twój tata kazał mi z nim spać. Robię
Uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy na samą wzmiankę o ojcu. Rzuciłam gazetę na stolik i spojrzałam na mojego lodowato na mojego chrzestnego.
-Dostałem wezwanie z biura twojego ojca.- Ciągnął dalej.
-No i?-Zapytałam zaciskając pieści ze złości.
-Numer odłączono 20 lat temu.- Spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie.- Kilka tygodni przed zniknięciem przyszedł do mnie do domu, mówił coś o jakimś cudzie, że zmieni oblicze świata. Nie porzucił by tego.- Wstał z fotela i usiadł przymnie.- Ani ciebie.
Poderwałam się z kanapy i podeszłam do bramy otwartej od strony rzeki. Pragnęłam by Alan sobie poszedł. Bym mogła się wykrzyczeć w samotności, by już nie krzywdził mnie wspomnieniem ojca.
-Tylko ty wierzysz że wróci. Albo jest martwy, albo wygrzewa się gdzieś na Kostaryce. Przepraszam, jestem zmęczona. Możemy się spotkać za następnych kilka lat?
Alan podszedł do mnie i podał mi pęk kluczy.
-To klucze do biura. Jeszcze tam nie byłem. Powinnaś tam pójść.
-Mówisz tak jakbym miała go zastać za biurkiem. Hej mała, jak ten czas zleciał.
-To by było coś.- Skomentował, spojrzał na mnie smutno i wyszedł.
Westchnęłam głośno i spojrzałam na klucze w mojej ręce. Nie wiedziałam co zrobić. Mogłam po prostu wrzucić klucze do rzeki i zapomnieć o sprawie, lub pojechać do biura ojca i to sprawdzić.
-Pieprzony Alan.- Powiedziałam cicho i mimowolne zachichotałam.
Stary programista wiedział że wdałam się w ojca i sprawdzę to wezwanie.
Gdy dotarłam do opuszczonego salonu gier w którym znajdowała się biuro mojego ojca czułam się paskudnie. To miejsce przypominało mi tatę. Przypominało mi jego uśmiech, śmiech i to że uwielbiał dzieci. Jego marzenia i aspiracje wręcz wylewały się kiedyś z tego zapuszczonego miejsca.
Podeszłam z duszą na ranieniu do drzwi budynku. Drżącą ręką wyciągnęłam klucze które dał mi Alan. Wybrałam właściwy, włożyłam go do zardzewiałego zamka i przekręciła. Weszłam do środka z obawą i malutką iskierką nadziei że tu będzie. Chciałam go znów zobaczyć, przytulić, powiedzieć mu że go kocham i wybaczam mu to że mnie opuścił i skrzywdził bajkami o Sieci. Chciałam żeby tu był. Podeszłam do włącznika zasilania i przestawiłam wszystkie wajchy. Salon i zakurzone automaty zalśniły barwnymi światłami, a z głośników poleciała głośna muzyka.
-Prawie jak za starych dobrych czasów.- Pomyślałam i zaczęłam iść na górę do biura ojca.
Na miejscu zastałam tylko zakurzone biurko i białe, przykryte folią kanapy. Żadnego śladu taty. Westchnęłam cicho i już chciałam wrócić do automatów gdy coś mnie tknęło.
-Kanapa w biurze taty była brązowa.- Wyszeptałam.
Nagle wspomnienia zaczęły do mnie wracać.
Szłam z tatą przez sale z automatami. Zatrzymaliśmy się przed tym z grą TRON.
-To będzie nasza tajemnica mała.- Powiedział z uśmiechem.
Błyskawicznie zbiegłam po schodach i zaczęłam szukać automatu. Znalazłam go na głównym miejscu pod ścianą. Tato uwielbiał tę grę. Wiedziona instynktem złapałam automat i pociągnęłam do siebie. Urządzenie odsunęło się od ściany ukazując metalowe drzwi.
Serce zaczęło mi walić niczym młot pneumatyczny.
Otworzyłam drzwi i ujrzałam schody prowadzące do piwnicy. Zaczęłam iść.
Po chwili dotarłam do kolejnych drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam starą, rozpadającą się brązowo kanapę pokrytą dużą warstwą kurzu, tablice z notatkami i paroma moim zdjęciami jako dziecko , zakurzone biurko oraz jakieś dziwne urządzenie.
Chciało mi się wyć, płakać i walić głową w mur. To było biuro mojego taty. Dlaczego nikt go nie znalazł? Tu może być jakaś wskazówka co do miejsca jego pobytu.
W moim sercu poraz pierwszy od bardzo dawna zapłonęła nadzieja tak silna że nic niebyła w stanie jej zgasić.
Usiadłam przed biurkiem i starłam kurz z blatu. W jednej sekundzie blat zamigotał i pojawiła się na nim klawiatura oraz monitor.
-Nad czym pracowałeś tato.- Mruknęłam otwierając system.
Na ekranie pojawiła się prośba o login.
-Login to backdoor.-Usłyszałam w głowie głos ojca.
Wpisała. Był poprawny. Na ekranie zaczęły się wyświetlać informacje o kontroli laserowe. Nagle wyświetlił się komunikat.
-Przejście czyste?
Parsknęłam śmiechem i wcisnęłam ok. Nagle wszystko zrobiło się czarne.
Obudziłam się na podłodze. Wstałam niepewnie i rozejrzałam się po biurze. Zniknął kurz i wszystkie meble. Ściany był idealnie czarne i przebiegały przez nie świecące na biało linie.
-To niemożliwe...- Szepnęła i spojrzałam na siebie.
Miałam na sobie czarny, jednoczęściowy czarny kombinezon zakrywający całe moje ciało z wyjątkiem głowy i dłoni. Na rekach, nogach miałam długie świecące na biało układy oraz kilka mniejszych na tułowiu, a mogłam się założyć że na plecach również.
Na myśl o plecach sięgnęłam ręką do moich łopatek. Poczułam dysk tożsamości, a moje serce próbowało wyrwać się z piersi. Nie wierzyłam. To musiał być jakiś chory żart. Wybiegłam z budynku, ale odrazy po wyjściu stanęłam jak wryta. Okolica zmieniła się całkowicie. Wszystko wyglądało jak w moim dawno zapomnianym śnie.
-Ja śnie!- Krzyknęłam i zaczęłam biec przez puste ulice mając nadzieje że za chwile obudzę się z tego chorego koszmaru.
Nagle otoczyło mnie światło. Zatrzymałam się i spojrzałam w górę. Jakiś dziwny latający pojazd w kształcie odwróconego U zawisł nade mną.
-Stój.- Usłyszałam czyiś rozkaz.
Stałam bym i bez rozkazu. Byłam w zbyt dużym szoku.
Płyta chodnikowa na której stałam zaczęła się unosić. Zaczęłam oddychać ciężko. Dwa programy o świecono na pomarańczowo obwodach wciągnęły mnie na podest który zjechał po nogach pojazdu.
-Co zemną robicie?- Zapytałam.
Programy nie odpowiedział, tylko wsadziły nie na platformowe z innymi programami. Wsadzili moje stopy w jakieś korytka, które natychmiast po włożeniu w nie stup się zatrzasnęły. Po chwili pojazd ruszył w tylko sobie znanym kierunku, A ja stałam na tej przeklętej platformie wraz z innymi więźniami i poraz pierwszy od bardzo dawna nie byłam w stanie nic wymyślić.
-To nie jest sen Samantho Alano Flynn. To nigdy nie był sen. To istnieje... - Powiedziałam w myślach.
