Guest: No właśnie ci powiem, że to wcale nie jest takie niespotykane :) Owszem, polskich autorów fanfiction jest na tej stronie dość mało (szczególnie porównując naszą liczbę z liczbą anglojęzycznych autorów, a i tak z tego co mi wiadomo, niektórzy polscy autorzy również publikują swoje opowiadania w języku angielskim), ale powoli pojawia się tu coraz więcej opowiań w naszym rodzimym języku. Ja sama siedzę w tym "biznesie" od jakichś bagatela ośmiu lat, z czego na tej stronie jestem aktywna od ostatnich pięciu.

Za komentarz dziękuję :) Bądź co bądź przydałaby cię także ocena, jak na razie tu wszystko w tym opowiadaniu idzie, ale miło widzieć, że przykułam nim czyjąkolwiek uwagę. Przy okazji gorąco zachęcam też innych polskich autorów fanfiction do publikowania jak największej ilości swoich prac na tej stronie. Im więcej nas tu będzie, tym lepiej :)


Rozdział drugi: Wrogowie z przeszłości


Lachlan był pewien, że w ciągu dwóch dni zdoła uporządkować wszystkie pomniejsze niedokończone sprawy i przygotować swoją siedzibę na przybycie „śmiertelnej narzeczonej".

Mocno się jednak przeliczył.

W dzień przyjazdu dziewczyny wiele rzeczy nadal było niezrobionych. Lachlan, starając się nie okazać po sobie zbytniego zestresowania, przydzielił Lauren, Dysona oraz Hale'a do dokończenia za niego owych „porządków". Sam, razem z Bo, Trickiem i Kenzi, czekał z rosnącą niecierpliwością na przybycie Starszyzny oraz dziewczyny.

- Naprawdę mogli wytrzasnąć jakąś brzydulę? – spytała się Kenzi dramatycznym półszeptem, gdy Lachlan zwrócił uwagę na to, że członkowie Starszyzny nie słyną pośród innych nimf z „dobrego gustu".

- To stare pryki. – odparł Lachlan, prychając cicho. – Z pewnością kandydatka, którą wybrali, to jakaś zahukana miłośniczka książek po trzydziestce, która nie przeżyje tutaj nawet dziesięciu lat, bo do tego czasu padnie mi tu na zawał. Nasze małżeństwo będzie wyglądało tak, że ja będę się próbował odezwać, podjąć jakąś przyjacielską konwersację, a ona będzie momentalnie piszczała ze strachu, i uciekała do swojej sypialni.

- Optymista z ciebie, nie ma co. – mruknęła Kenzi, biorąc duży łyk swojej kawy.

- To nie mogłeś nawet jej wybrać? – padło pytanie ze strony Bo. Lachlan pokręcił głową, ku zdumieniu sukuba. – Przecież jesteś Ashem. Masz chyba jakiś wpływ na ich działania.

- Mam… ale nie na to. – odpowiedział Lachlan, zakładając jedną nogę na drugą. – Do tego, powiedzmy sobie szczerze, nie jestem zbytnio lubiany. Tyczy się to także Starszyzny. Z pewnością naopowiadali co ciekawszym kandydatkom różne kłamstwa na mój temat, licząc na to, że wybierze mnie tylko ta najbardziej zdesperowana.

- Skąd oni w ogóle wytrzasnęli te kandydatki? – dociekała Bo. – Mają jakiś spis ludności, czy co?

- Zapewne wybrali je spośród rodzin śmiertelnych, które mają mniejsze lub większe pojęcie o świecie nimf. – Bo zerknęła na niego z zaciekawieniem. – Niektóre rodziny ludzkie utrzymują się z tego, że ukrywają prawdę o nas. Moja przyszła partnerka, jeśli się nie mylę, pochodzi z jednej z takich rodzin.

- Czy to coś zmienia? – padło następne pytanie.

- To są rodziny, które świadomie wybrały służenie nimfom. – odpowiedział jej za Lachlana Trick. – Jeśli to faktycznie okaże się córka jednej z takich rodzin, to bardzo możliwe, że będzie miała istną manię na punkcie świata nadprzyrodzonego. No i będzie chciała, aby Lachlan przemienił ją w nieśmiertelną. – Bo uniosła wysoko brwi, słysząc to.

- To nadprzyrodzeni coś takiego potrafią?

- Tylko niektórzy. – odparł Lachlan, zerkając z niecierpliwością na drzwi. Starszyzna już dawno temu powinna się tu zjawić. Dlaczego tak długo to trwało? – Głównie wampiry i niektórzy zmiennokształtni, czasami też jadowite gatunki, takie jak mój. Ale przypadki przemiany człowieka w nadprzyrodzonego to niezwykła rzadkość. – ledwie Lachlan skończył mówić, drzwi od gabinetu się otworzyły, i do środka wpadli Dyson i Hale.

- Idą. – wykrztusił Hale, łapiąc się za klatkę piersiową. Po ich ciężkich oddechach Lachlan, Bo, Kenzi i Trick szybko wywnioskowali, że ci dwaj musieli tu biec jak nakręceni, byleby tylko zdążyć przed Starszyzną. – Będą tu za góra dwie minuty. Może pięć, jeśli jedno z tych starych próchen zaniemoże. – Lachlan, słysząc to, podniósł się powoli ze swojego fotela. Bo dostrzegła w jego oczach dziwną mieszankę ciekawości i strachu.

- I jak ona wygląda? – spytała się Kenzi, zeskakując z podwyższenia, i podbiegając do Hale'a. – Ładna, czy raczej nie bardzo?

- Tak coś czuję, że ją polubisz. – Kenzi zmarszczyła nieznacznie brwi, słysząc to.

- Skąd możesz to wiedzieć? – Hale uśmiechnął się szeroko po tym pytaniu, mimo iż wciąż się hiperwentylował.

- Uwierz mi, mała… polubisz ją. Gwarantuję ci to. – w chwilę później rozległy się jakieś hałasy w korytarzu przed gabinetem.

Lachlan zszedł dwa stopnie w dół, przygotowując się do przyjęcia gości. Bo i Trick ewakuowali się na bok, i stanęli obok Dysona, Kenzi i Hale'a.

Nadeszła chwila prawdy, pomyślał Lachlan, schodząc jeszcze o jeden stopień w dół, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się po raz kolejny. Zaraz miał poznać swoją przyszłą małżonkę na następnych co najmniej kilka lat.

Najpierw do środka weszło dwóch strażników Starszyzny. Potem próg gabinetu przekroczył lider Starszyzny, który, widząc Lachlana, ukłonił mu się nieznacznie. Lachlan odwzajemnił ukłon, mimo iż w głowie miał kompletny mętlik.

Ta nieświadomość go dobijała. Dlaczego nie mógł sam wybrać sobie partnerki? Dlaczego musiały to zrobić stare, zgrzybiałe pryki ze Starszyzny, które o pięknie i urodzie wiedzą pewnie tyle, co ameba o fizyce kwantowej?

Teraz przez próg przeszli kolejni dwaj członkowie Starszyzny. Korowód zamykali kolejni dwaj członkowie i trzej strażnicy. A przed nimi, pomiędzy ową czwórką członków Starszyzny, szła osoba, której Lachlan wyczekiwał najbardziej ze wszystkich.

Gdzieś z boku rozległ się cichy, przeciągły gwizd Kenzi, gdy ta dostrzegła wreszcie wybrankę Lachlana.

- Miałeś rację, Hale… wygląda na taką, z którą chciałabym się zakumulować. Przypomnij mi, żebym po tym spotkaniu spytała się jej, gdzie kupiła te buty. Są czadowe! – podekscytowany szept Kenzi nie odciągnął uwagi Lachlana od dziewczyny. Przyglądając jej się dokładnie, Lachlan uśmiechnął się nieznacznie, zadowolony.

Tak… z taką partnerką mógł wytrzymać następnych kilka, do nawet kilkunastu lat.

Była to młoda, szczupła i dość wysoka dziewczyna – gdy Lachlan zszedł w końcu na dół, i zrównał się z nowoprzybyłymi poziomem zauważył, że była ona nawet nieco od niego wyższa – ale to było wynikiem jej czarnych botków na wysokim, dziesięciocentymetrowym obcasie. Była w nich wzrostu jednego z męskich przedstawicieli Starszyzny. Na tym etapie Lachlan ucieszył się ze swoich butów na trzycentymetrowej podeszwie.

Dziewczyna była ubrana cała na czarno, tak jak Bo. Miała na sobie długie, czarne spodnie materiałowe oraz czarną bluzkę na cienkich ramiączkach. Na lewym nadgarstku nosiła srebrną bransoletę, a na prawej dłoni, na środkowym palcu, miała podłużny pierścionek w tym samym kolorze. W uszach miała okrągłe kolczyki, również srebrne. We wszystkich tych trzech rzeczach znajdowały się mniejsze lub większe kryształki.

Dziewczyna stanęła w miejscu, pomiędzy przedstawicielami Starszyzny. Jej długie do połowy pleców proste, jasne blond włosy opadały jej luźno wokół twarzy. Była dość blada, ale Lachlan uznał, że taka jest już uroda dziewczyny – jej karnacja, kolor włosów, rysy twarzy, a także ciemnoniebieskie oczy, utkwione w tej chwili w jego osobie, wyraźnie wskazywały na to, że dziewczyna na przodków w Europie Północnej lub Wschodniej.

Nie wyglądała jednak na zadowoloną. Gdy trafiła swoim spojrzeniem na osobę Lachlana, jej oczy zwęziły się nieco, a mina, jaką przybrała, powiedziała Lachlanowi, że ta młoda dziewczyna z pewnością nie jest zahukaną, nieśmiałą dziewczynką, na jaką po cichu liczył. Z dwojga złego wolał małomówną, ale uległą śmiertelniczkę od takiej, która będzie mu ciągle pyskowała i się z nim przedrzeźniała. I tak już bez tego miał ogrom problemów.

- To ona. – powiedział jeden z członków Starszyzny, wskazując na blondynkę. Bo prychnęła cicho, wyraźnie rozbawiona.

- To chyba oczywiste. – powiedziała Bo. Blondwłosa dziewczyna odwróciła wzrok od Lachlana, i zerknęła z zaciekawieniem na Bo.

Członkowie Starszyzny obrzucili Bo krytycznym spojrzeniem, ale nie skomentowali jej uwagi.

- Dziękuję wam. – powiedział Lachlan, robiąc kilka kroków w stronę swoich gości. – Obiecuję, że będzie tu bezpieczna, i otrzyma tu najlepsze wygody, jakich tylko zapragnie. – Lachlan już wyciągał rękę ku dziewczynie, aby przejąć ją od Starszyzny, ale przerwał mu to jeden ze strażników, odgradzając dziewczynę od Lachlana własnym ciałem.

Lachlan wyglądał teraz na co najmniej zaskoczonego. Podobnie wyglądali Bo, Trick, Dyson, Hale i Kenzi. Żadne z nich nie wiedziało, o co chodzi.

- Nim nie przejmiesz dziewczyny… mamy dla ciebie kilka uwag na jej temat. – zaczął starszy mężczyzna, przewodniczący komitetu, który przyprowadził wybrankę Lachlana. – Po pierwsze, nie należy ona do żadnej z rodzin śmiertelnych uświadomionych o naszym istnieniu. To adoptowana córka członka klanu światła, dość bogatego i wpływowego zresztą. Pragnął on, abym przekazał ci, że jeśli dziewczynie choć włos z głowy spadnie, gdy będzie tu przebywać, zemści się on na tobie srogo. – Lachlan milczał przez chwilę, żując dolną wargę. W końcu jednak się odezwał.

- Zrozumiano. – powiedział Ash, zerkając przez chwilę na dziewczynę. Wciąż wyglądała na naburmuszoną. – Coś jeszcze?

- Będzie miała pełne prawo na odwiedziny swojej rodziny, przyjaciół, czy kogo sobie zażyczy. Masz ją traktować z szacunkiem, mimo iż jest człowiekiem. – tu członek Starszyzny przerwał. Lachlan zrozumiał jego intencje natychmiast; mężczyzna uważał ten ostatni podpunkt za co najmniej głupi. Nie uważał on ludzi za równych nimfom, i dziwił się, że przybrany ojciec dziewczyny wymógł ten punkt w umowie. – Będzie też mogła wychodzić stąd, kiedy tylko zechce. Nie będzie tu trzymana jak więzień.

- Zgoda. – odpowiedział Lachlan, tym razem nieco szybciej. Chciał mieć to już z głowy. – Czy powinienem wiedzieć coś jeszcze? – ponownie zerknął na blondynkę. Wciąż się nie uśmiechała. Lachlan doszedł do wniosku, że może jest ona córką członka jednego z tych klanów światła, którzy nie darzą go sympatią. – Jak w ogóle ma na imię?

- Irisi. – tym razem to dziewczyna postanowiła się odezwać. Miała ładny, dziewczęcy głos. Lachlan wyczuł w nim jednak chłód. To upewniło go co do tego, że dziewczyna nie przepada za nim. – Zanim te stare grzyby przypieczętują z tobą umowę, chcę ustalić jedną rzecz. – Lachlan uniósł brwi, uśmiechając się nieznacznie.

- Och, tak? – Lachlan zrobił krok w stronę dziewczyny. Strażnik znów chciał ją osłonić, ale sama Irisi odepchnęła chroniącego ją nadprzyrodzonego na bok, lekko poirytowana całym tym „cyrkiem". – A co takiego chcesz ustalić?

- Chcę cię tylko przestrzec przed jednym. – dziewczyna zrobiła dwa kroki wprzód, i spojrzała się prosto w oczy Lachlana. – Nie zamierzam ci zaufać. W ogóle.

- A to dlaczego? – teraz to Irisi uśmiechnęła się ironicznie. Zniżyła na chwilę wzrok, aby po chwili znów przenieść go na Lachlana.

- Wybacz, ale… jakoś nie przypominam sobie, aby w ciągu tych kilku ostatnich tysiącleci rasa ludzka kiedykolwiek współpracowała z rasą Nāga. O ile dobrze pamiętam… to wy jesteście tymi, którzy próbowali nas zniewolić. I zabić.