Beta: Leeni ;*
Rozdział 2
Tej nocy nie zmrużył więcej oka. Dłuższą chwilę siedział jak spetryfikowany, wpatrując się w drzwi prowadzące na korytarz, za którymi zniknęli Malfoy i Snape. Po jego głowie błąkała się tylko jedna myśl: O co tu, do cholery, chodzi?
Był zszokowany widokiem tej dwójki zaraz po przebudzeniu. Jeszcze większym szokiem były ich słowa oraz to, do czego próbowali go namówić… i co mu wmówić. To jednak i tak nic w porównaniu z tym, co stało się na samym końcu – słysząc ostateczną odmowę, mężczyźni po prostu pożegnali się i… wyszli. Ot tak, jak gdyby nigdy nic.
To było do nich zupełnie niepodobne. Nie byli osobami, które tak łatwo odpuszczały, szczególnie gdy ryzykowały tak wiele. Gdyby zostali nakryci, musieliby tłumaczyć się z tego, co robili w środku nocy w skrzydle szpitalnym, tym bardziej że jednego z nich nawet nie powinno być w szkole, czemu ogłuszyli kilka osób oraz dlaczego jeden z nich zabrał różdżkę Potterowi. Na ich niekorzyść działały słowa chłopaka, według których był świadkiem powrotu Czarnego Pana, a Lucjusz Malfoy – ten sam, który stał przy łóżku młodego czarodzieja, trzymając jego różdżkę – był jednym z tych, którzy do niego powrócili.
Nawet jeśli w te słowa praktycznie nikt nie wierzył.
Więc jaki był ich cel? Naprawdę sądzili, że Potter mógłby się zgodzić? Nie był na tyle głupi, by uwierzyć w ich słowa, ot tak porzucić wszystko, w co wierzył i podążać za nimi jak wierny piesek… Wierny piesek Dumbledore'a, skojarzyły mu się słowa Snape'a. Wierny pies. Czy to źle, że komuś ufa? Każdemu potrzebna jest przecież osoba, której może zaufać, a jemu już najbardziej.
Poza tym nie był przecież bezgranicznie wierny. Miał w końcu własną wolę, własny umysł. Sam mógł zadecydować, co było dobre, a co złe. Jeśli uznałby, że dyrektor każe mu zrobić coś wbrew jego przekonaniom, postawiłby się. Bez wątpienia. To oczywiste, że nie zrobiłby nic, czego nie chciał.
Chociaż… Czy na pewno?
Nie chciał brać udziału w Turnieju Trójmagicznym. Owszem, nieraz fantazjował o tym razem z Ronem, jednak nigdy nie było to na poważnie. Ot, zwykłe wyobrażenia. Wiedział bowiem, że zarówno jego wiedza jak i umiejętności, były zbyt ubogie. Nie miałby szans wśród takich przeciwników, jakimi byli Wiktor, Fleur czy Cedrick. Jednak wziął udział. Dlaczego? Ponieważ wierzył, że nie ma żadnej innej możliwości. Powiedział tak sam Dumbledore, gdy tylko znaleźli się w salce, w której zebrać się mieli reprezentanci szkół. Było to zaledwie kilka minut po szokującym wyborze czwartego uczestnika Turnieju przez Czarę Ognia. Każdy był zbyt przejęty tym, co się działo, więc nie był w stanie nic wymyślić. Jednak dyrektor był inteligentnym człowiekiem. Umiał znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Po ochłonięciu na pewno udałoby mu się znaleźć jakiś sposób na wyciągniecie Harry'ego z tego wszystkiego. Czemu więc tego nie zrobił?
Nie chciał być kimś nadzwyczajnym. Chciał być zwykłym chłopakiem w tym… niezwykłym świecie. Żadnego bohatera. Żadnego Wybrańca. Żadnego Chłopca, Który Przeżył. Po prostu Harry. Tylko Harry. Jednak Dumbledore oznajmił mu, że to na jego barkach leży ponowne pokonanie Voldemorta, gdy ten się odrodzi. Nigdy nie pozwolił mu na zwyczajność. Zawsze traktował go z większą pobłażliwością niż innych, przymykał oczy na jego wybryki, a Potter na to wszystko pozwalał. W sumie już nawet nastawił się na to, że kiedyś, w dalekiej – a może nawet i nie tak bardzo dalekiej – przyszłości będzie musiał stawić czoła czarnoksiężnikowi, którego boi się cały czarodziejski świat.
Albo to, że nie mógł przeżyć roku szkolnego tak jak reszta jego kolegów. Martwiąc się tylko sprawdzianami, lekcjami, egzaminami. Co roku musiał się w coś wplątać i zaangażować się w to całym sobą, nieważne, jak bardzo chciał czegoś takiego uniknąć. I jak bardzo pragnął normalności. Kamień filozoficzny na pierwszym roku, komnata tajemnic na drugim, ucieczka więźnia z Azkabanu – który i tak ostatecznie okazał się niewinnie oskarżonym jego ojcem chrzestnym – na trzecim czy Turniej Trójmagiczny na czwartym.
Nie chciał wracać do Dursleyów w każde wakacje, jednak musiał robić to dla „swojego dobra". Te dwa miesiące były dla niego najgorszymi chwilami w całym roku. Czy Hogwart, w którym od czterech lat spędzał praktycznie cały swój czas, był mniej bezpiecznym miejscem? Lub nawet Nora, gdzie było tylu wyszkolonych czarodziei i nawet dwóch pracowników ministerstwa. Co dobrego przynosił mu pobyt u wujostwa? Nie licząc oczywiście bariery, która…
Pragnąłem krwi tego, który wydarł mi władzę i potęgę trzynaście lat temu, bo ta przedziwna moc ochronna, w którą wyposażyła go jego matka, popłynęłaby wówczas i w moich żyłach…
Dopiero wtedy skojarzył sobie fakty. Voldemort użył jego krwi, by zyskać większą moc. Posiadł też magię ochronną, za którą matka chłopaka oddała życie, by uratować go właśnie przed tym czarnoksiężnikiem. Płynęła w nim krew Potterów i Evansów – ta sama, na której bazuje bariera otaczająca dom Dursleyów, mająca na celu chronić Harry'ego w czasie wakacji.
Voldemort mógł teraz przekroczyć ją bez żadnych przeszkód.
Dopiero to otrzeźwiło Pottera na tyle, by odwrócił spojrzenie od drzwi. Jego pierwszą myślą było: muszę porozmawiać z Dumbledore'em, jednak zapomniał o tym w chwili, gdy wzrok padł na panią Weasley i Hermionę ciągle pogrążone w śnie.
W pierwszym momencie nie wiedział, co robić – biec po pomoc czy samemu spróbować je ocucić. Ostatecznie postawił na to drugie, nie będąc pewnym, ile czasu zajmie mu sprowadzenie kogoś.
— Pani Weasley! Hermiona! — Delikatnie potrząsał obie za ramiona.
Bez skutku.
— Cholera! — przeklął, zeskakując z łóżka i podbiegając do nich. Omal się nie przewrócił, potykając o wciąż leżącego na podłodze Rona. Musiał coś zrobić, nie mógł ich tak tutaj zostawić. — Hermi! POMOCY! — krzyknął, mając nadzieję, że ktoś jest w pobliżu. Ktoś, kto będzie w stanie pomóc. — Niech ktoś tu przyjdzie! — Dalej krzyczał, nieprzerwanie próbując dobudzić przyjaciółkę.
Wtem drzwi od gabinetu pani Pomfrey otworzyły się i wybiegła z niego pielęgniarka. Miała na sobie wyłącznie koszulę nocną, nie zdążyła nawet nałożyć kapci czy też narzucić na siebie szlafroka. W dłoni trzymała wyciągniętą różdżkę, celując nią w nieokreślony obiekt, sama rozglądając się dookoła w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Zauważywszy jedynie swojego ulubionegopacjenta, skupionego na przyjaciółce, podbiegła do nich.
— Panie Potter, co się stało? — spytała, pochylając się nad uczennicą, nie dostrzegając jednak niczego niepokojącego. Obrzuciła więc nastolatka karcącym spojrzeniem i kontynuowała: — Powinien pan leżeć w łóżku i spać, biorąc przykład ze swoich przyjaciół. Wczoraj był ciężki dzień i wszyscy potrzebują chwili odpoczynku, a pan, panie Potter, przede wszystkim.
Gryfon nie zaprzestał jednak prób dobudzenia Hermiony.
— Ale oni… to… — Nie wiedział, jak miał wytłumaczyć to, co się dzieje. Nie wiedział nawet, co się tak dokładnie działo. Jedyne, czego był pewien, to to, że nie był to naturalny sen i miała z tym coś wspólnego dwójka śmierciożerców.
— Co się dzieje? Co to za hałasy? — usłyszał z boku znajomy głos. Odwrócił się w tamtą stronę by zobaczyć panią Weasley prostującą się na krześle i rozglądającą nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu. — Harry, kochaneczku! — wykrzyknęła, zauważając chłopaka. — Już wstałeś? Migiem mi do łóżka, nie powinieneś wychodzić! Witaj, Poppy — przywitała się, napotykając spojrzenie pielęgniarki. — Och, nie powinnam zasypiać, powinnam wysłać te dzieciaki do łóżek! Ronaldzie Weasley, przestań się wygłupiać i raz dwa wstawaj z tej podłogi!
Harry patrzył niedowierzająco na scenę rozgrywającą się tuż przed nim – panią Weasley próbującą dobudzić dwójkę Gryfonów, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie miało tam miejsca. Jakby rzeczywiście przysnęli, czuwając nad nim całą noc, a ich sen był w pełni naturalny.
Mechanicznie dał się poprowadzić przez pielęgniarkę z powrotem do łóżka, przykryć kołdrą i wypił podane przez nią eliksiry. Jakoś trudno mu było uwierzyć w to, że nic złego się nie dzieje, a jego przyjaciele budzą się powoli, wyspani jak nigdy.
— Harry! — Hermiona rzuciła mu się w ramiona, tuląc mocno. — Jak się czujesz?
Co miał odpowiedzieć? Dobrze? Wprost idealnie, biorąc pod uwagę wydarzenia poprzedniego dnia i ostatniej nocy? Po przyczynieniu się do powrotu największego czarnoksiężnika ostatnich lat, śmierci przyjaciela i tak owocnejrozmowie z dwoma śmierciożercami po prostu nie mógł czuć się lepiej. Jednak w tej chwili to nie jego samopoczucie było dla niego ważne.
— A ty? — spytał. — Jak ty się czujesz? Czemu spałaś tutaj, a nie wróciłaś do dormitorium?
— Sama nie wiem… — Wzruszyła ramionami. — Chyba wczorajsze wydarzenia i mnie wykończyły, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Ale czuję się za to tak dobrze… Chyba właśnie tego potrzebowałam. — Uśmiechnęła się pokrzepiająco, jakby chcąc zwrócić myśli chłopaka na przyjemniejsze tory.
Uwaga Harry'ego skupiła się na siedzącym teraz na podłodze rudzielcu. I tutaj musiał się upewnić, że wszystko jest prawidłowo, jednak nie potrzebne były pytania – narzekanie Gryfona nie różniło się niczym od tego, co słyszał codziennie rano w sypialni chłopców. Może pomijając to, że tym razem doszło do tego narzekanie na twardą podłogę. Przynajmniej jedna osoba, która na coś się uskarża.
— Panie Potter, mógłby pan wyjaśnić, co miały znaczyć te ranne krzyki? — spytała pani Pomfrey. Harry był świadomy, że to pytanie musiało nadejść, skoro oficjalnie nie działo się nic nadzwyczajnego – pomijając wielki powrót Lorda Voldemorta mający miejsce z dwanaście godzin wcześniej.
— Ja… — Starał się szybko wymyślić jakieś przekonujące i wiarygodne usprawiedliwienie. — Miałem koszmar — powiedział w końcu. — Chciałem tylko upewnić się, że wszystko jest dobrze. — Łgał wystarczająco dobrze, by wszyscy mu uwierzyli. Pani Weasley nawet uwięziła go w swych objęciach, zapewniając, że wszystko będzie dobrze i mocząc jego kołdrę swoimi łzami.
Harry nie był jednak pewien, czy rzeczywiście będzie, nie chciał jednak bardziej denerwować kobiety. Ta była wystarczająco przejęta ostatnimi wydarzeniami i martwiła się o niego tak jak o własnego syna. A on kochał ją zbyt mocno, by dodawać jej jeszcze zmartwień.
— Będzie — odpowiedział. — Ale czy… mogę porozmawiać z dyrektorem? — spytał, chcąc uwolnić się od tych wszystkich zmartwionych i litościwych spojrzeń. — To pilne.
— Tak, tak, zaraz go sprowadzę. — Molly wyprostowała się i obrzuciła resztę Gryfonów ostrym spojrzeniem. — A wy macie iść do dormitorium, przebrać się, umyć i na śniadanie. I tak nie powinniście zostawać tu na noc, teraz macie zająć się nauką, Harry'ego odwiedzicie po zajęciach.
— Ale mamo… — zaczął Ron, lecz umilkł, spojrzawszy na swoją rodzicielkę. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy się zamknąć i bez słowa wykonywać jej polecenia. Hermiona nawet nie zamierzała protestować, jedynie pożegnała się z przyjacielem i wyszła ze Skrzydła Szpitalnego, ciągnąc za sobą Rona. Zaraz za nimi podążyła pani Weasley, uprzednio ostatni raz uściskawszy Harry'ego i obiecawszy, że wszystko się ułoży.
Potter ledwo się powstrzymał, by nie odetchnąć z ulgą, będąc pod czujnym wzrokiem pielęgniarki.
— Przepraszam, że panią obudziłem — powiedział tylko, nie wiedząc, co jeszcze mógłby dodać. Pewnie kobieta uważała go za wariata, co wcale mu nie pomagało. Mógł się założyć, że w tej chwili cały czarodziejski świat ma go za takiego, przeczytawszy w Proroku wersję Ministerstwa odnoście wydarzeń mających miejsce w czasie trzeciego zadania Turnieju. Albo będzie go za takiego miała, gdy już dostanie gazetę – w końcu nie wiedział nawet, która jest godzina.
— Nie szkodzi — odpowiedziała w końcu, odwracając się i wracając do siebie. — Tylko nie strasz mnie tak więcej. Następnym razem dostaniesz podwójną dawkę eliksiru słodkich snów.
Dopiero wtedy Harry mógł spokojnie odetchnąć, mając chwilę dla siebie i nie martwiąc się o swoich przyjaciół – przynajmniej nie w taki sposób jak jeszcze chwilę temu.
Musiał przekazać dyrektorowi to, czego domyślił się na temat bariery ochronnej otaczającej dom Dursleyów i znaleźć sposób, by poinformować go o tym, co miało miejsce w nocy. W sumie nie wiedział nawet, czy jakikolwiek sposóbbędzie w ogóle potrzebny. W końcu jak niby Lucjusz i Snape mogliby powstrzymać go przed opowiedzeniem tego wszystkiego?
Przekonać miał się już za chwilę, ponieważ drzwi Skrzydła Szpitalnego ponownie się otworzyły, a do środka weszło dwóch mężczyzn. Harry nie wiedział, czy cieszyć się z widoku Dumbledore'a, czy też już na powitanie starać się ostrzec starca przed Snape'em, który właśnie mu towarzyszył.
— Harry, jak to dobrze, że już się obudziłeś! — wyraził swą radość dyrektor. Chłopak miał wrażenie, że tylko jakaś siła wyższa powstrzymuje mężczyznę przed objęciem go tak samo, jak uczyniła to wcześniej pani Weasley. Siła wyższa, a może i sprawowana przez niego funkcja. Ciepłe ogniki wesoło igrały za to w oczach starca. I jak niby ten mężczyzna mógłby być zły? Niemożliwe, by to wszystko było jedynie grą.Nawet nie musiał siebie przekonywać co do prawdziwości swoich poglądów.
Gryfon nic nie odpowiedział, skupiając swoją uwagę na mistrzu eliksirów. O dziwo ten wyglądał tak, jakby rozmowa sprzed niecałej godziny nie miała miejsca. Na jego twarzy nie było żadnych oznak nieprzespanej nocy, choć Harry był pewien, że mężczyzna nie miał nawet kiedy zmrużyć oka. Przynajmniej przypominał teraz dawnego siebie: w swojej zwykłej szacie, w której codziennie straszył na korytarzach, tłustych, niemytych pewnie miesiącami włosach, spoglądając na Pottera tak, jakby był najohydniejszym robakiem, z którym jedyne, co można zrobić, to rozdeptać, ponieważ byłby bezużyteczny nawet jako składnik eliksirów. Zarówno jego wizerunek, jak i postawa na pewno nie zachęcały Gryfona do przyłączenia się do niego – tylko w przypadku, gdyby rozważał jego propozycję, czego, oczywiście, nie robił. I nie zamierzał.
Znowu był sobą, grając wiernego towarzysza – i człowieka – Dumbledore'a, któremu dyrektor ufał jak nikomu innemu, nie wiedząc, że to zaufanie może ostatecznie okazać się dla niego zgubne. A Harry musiał coś z tym zrobić, w końcu nie mógł na to pozwolić.
— Dyrektorze! — zaczął chłopak, ignorując mistrza eliksirów. — Czy mogę porozmawiać z panem na osobności?
Musiał go ostrzec przed zdradą, nie mógł też pozwolić na to, by Snape uzyskał więcej informacji. Jeśli mógł komuś ufać, to tylko dyrektorowi. Nie zamierzał o wszystkim rozmawiać przy tym… zdrajcy.
— Ależ jesteśmy sami. — Dumbledore nie krył zdziwienia. Rozejrzał się wokół, upewniając się, że w skrzydle szpitalnym była tylko ich trójka. Trójka. Jego spojrzenie padło na Severusa, po czym ponownie przeniósł je na Harry'ego. — O wszystkim możesz mówić przy profesorze Snapie, nie masz się czego obawiać.
— Ale…
Nie wiedział, jak ma przekazać bez wzbudzania zbytnich podejrzeń zarówno u jednego, jak i drugiego mężczyzny, że naprawdępowinni porozmawiać sami. Nie był pewny, jak zareaguje Snape, gdy dowie się, że Potter opowiedział dyrektorowi wszystko, co miało miejsce w nocy, chociaż prawdopodobnie i tak domyślał się, że chłopak właśnie o tym chciał rozmawiać. Już teraz obrzucał nastolatka uważnym, lekko rozbawionym spojrzeniem, jakby tylko na to czekał.
— Harry, zapewniam cię, że możesz zaufać Severusowi — wtrącił dyrektor, zanim chłopak zdążył coś wymyślić. Jego ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Żebyś tylko wiedział…, pomyślał Potter, ledwo powstrzymując się, by nie powiedzieć tych słów na głos. Skoro jednak sami tego chcieli…
— Nie powinien pan… — zaczął, lecz nagle uznał, że sprawa dwulicowości Snape'a nie jest taka ważna zarówno w obliczu innych wydarzeń, jak i wniosków, które wysnuł chwilę wcześniej. — Nie sądzę, by powrót do Dursleyów na wakacje był dobrym pomysłem.
Te słowa zdziwiły nie tylko Dumbledore'a – już drugi raz w ciągu kilku minut – ale i samego mistrza eliksirów.
— Czemu? – spytał starszy z mężczyzn. — Już kilka razy rozmawialiśmy na ten temat. Dom twojego wujostwa chroni potężna bariera ochronna. Teraz, po powrocie Voldemorta, będziesz tam bezpieczniejszy niż w jakimkolwiek innym miejscu.
— Ale ta bariera opiera się na krwi, prawda? — upewnił się.
— Oczywiście. Najsilniejsze bariery opierają się na magii krwi.
— Wiec skoro Voldemort do odrodzenia się użył mojej krwi, to czy bariera nie stanowi teraz dla niego żadnej przeszkody?
Potter miał wrażenie, że kolejny raz zszokował obu mężczyzn. Tylko że tym razem większym szokiem nie były wysnute przez niego wnioski, ale to, że wysnuł je właśnie on. Gdyby sytuacja nie była tak poważna i nie rozmawiał akurat z tymiosobami, nie ukrywałby swojego zirytowania. Był świadomy tego, że może nie dorównywał inteligencją Hermionie, ale nie był chyba aż tak głupi… prawda?
Wzrok Snape'a był najlepszym dowodem na to, że niektórzy sądzą inaczej.
— Harry — zaczął Dumbledore, podchodząc do niego i przysiadając delikatnie na jego łóżku. — Nie myśl, że nie wziąłem tej możliwości pod uwagę, jednak ciągle uważam, że to właśnie tam będziesz najbezpieczniejszy w czasie wakacji. Jeśli chcesz, dla upewnienia się pojadę tam w ciągu kilku najbliższych dni, by osobiście wszystko jeszcze raz sprawdzić. Bariera krwi nie jest taka łatwa do przełamania, jak ci się wydaje. Niby dlaczego uważana jest za najskuteczniejszą ochronę? — Potter nie był pewny, czy do łatwego przełamaniazalicza się śmierć, bycie w niebycie, nieżycie w bycie czy jak tam można nazwać egzystencję Voldemorta, i odrodzenie się w dziwnym rytuale z krwi osoby, którą chroni owa bariera. — Gdyby rzeczywiście tylko tyle wystarczyło, by się przez nią przedrzeć, dobrze wiesz, że nie zostawiłbym cię tam. Twoje bezpieczeństwo jest dla nas priorytetem. Zresztą… Chroni cię nie tylko bariera. Cały czas mam oko na dom twojego wujostwa od czasu, kiedy umieściłem tam ciebie trzynaście lat temu. Gdyby stało się coś podejrzanego, od razu zjawiłbym się na miejscu. Musisz mi zaufać, Harry.
Potter ufał mu – chciał ufać, tak jak zawsze, nawet jeśli miał pewne wątpliwości. W końcu czyż Hogwart nie był bezpiecznym miejscem? Albo Nora. Wystarczyło jednak spojrzenie na mistrza eliksirów, jego ironiczny uśmieszek, jakby mówiący i co, Potter, naprawdę mu ufasz? Wierzysz w jego bajeczki?, by zwrócił się do swojego mentora i odpowiedział mu z pełnym przekonaniem, na jakie było go w tamtej chwili stać:
— Wierzę panu — powiedział, ledwo powstrzymując się, by nie skierować tych słów do Snape'a. A niech ten Stary Nietoperz wie, że nie wierzę w jego słowa i mimo wszystko jestem – i będę – po Jasnej Stronie! Zerknął jednak na niego, by sprawdzić reakcję na tak jawną deklarację swojego poparcia dla Dumbledore'a. Zdziwił się, widząc teraz czystą kpinę na jego twarzy. Mężczyzna nie wydawał się zły czy zawiedziony, lecz rozbawiony rzekomą głupotą chłopaka. Trwało to jednak zaledwie chwilę, ponieważ kpina została praktycznie od razu zastąpiona tak dobrze znaną Harry'emu ironiczną miną. Szpieg doskonały, przemknęło mu przez myśl. Nie pozwoli, by Dumbledore nabrał wobec niego podejrzeń.
To przypomniało mu coś, o czym musiał poinformować starca, nawet przy Snapie.
— Nie może pan… — zaczął, lecz znowu zaciął się, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać.
— Czego nie mogę, Harry? — spytał dyrektor.
Po dłuższej chwili ciszy, w czasie której czekał na odpowiedź, nie uzyskawszy jej, powiedział:
— Jakkolwiek naprawdę chciałbym zostać, niestety, obowiązki mnie wzywają. Sam na pewno rozumiesz, że z powodu ostatnich wydarzeń… — Urwał, ale po chwili podjął: — Obawiam się, że jeśli nie chcesz porozmawiać o naprawdę naglących sprawach, muszę cię teraz opuścić. Jednak na pewno porozmawiamy jeszcze przed twoim powrotem do wujostwa, to mogę ci obiecać.
Harry skinął tylko głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Dumbledore uśmiechnął się, chcąc dodać chłopakowi otuchy, po czym odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Nawet nie zauważył, że Snape dołączył do niego ułamek sekundy później, zdążywszy rzucić nastolatkowi kolejne kpiące spojrzenie. Mężczyźni pogrążyli się w cichej rozmowie, zmierzając w kierunku wyjścia, jednak Potter nie był w stanie dosłyszeć, o czym mówili. Nim się spostrzegł, został zupełnie sam.
Znowu.
Cholera, miał chęć przekląć w głos. Ostatecznie nie powiedział swojemu mentorowi o dwulicowości Snape'a, nie mógł jednakże być taki pewien tego, iż była to rzeczywiście jego wina. Naprawdę chciał to zrobić, ale za pierwszym razem w jakiś sposób uznał, że jest to nie ważne w porównaniu do informacji, jaka pierwotnie chciał mu przekazać – nawet jeśli jasne jest to, że ważniejsze jest życie i bezpieczeństwo jedynej osoby mogącej poprowadzić Jasną Stronę do zwycięstwa, niż życie jego samego. Za drugim razem zabrakło mu słów. Przecież wiedział, że była to ważna sprawa! I jak można nie umieć powiedzieć czegoś w stylu Snape działa tak naprawdę na trzy fronty i starał się mnie przekonać, bym dołączył do niego, działając tym samym przeciw panu? Może właśnie to mężczyźni mieli na myśli, mówiąc, że nie będzie mógł nikomu powiedzieć o tej rozmowie?
Mimo wszystko mogło to być rzeczywiście zaledwie niefortunne zdarzenie, musiał więc po prostu znowu porozmawiać z dyrektorem. Chciał poruszyć z nim temat nie tylko bariery, ale i innych rzeczy, jak choćby przygotowania do wojny, plany Dumbledore'a odnośnie poczynań Jasnej Strony – choć może i dobrze, że tego tematu nie zaczął, w końcu był z nimi Snape; nawet jeśli Potter był pewny, że mężczyzna wie o planach starca lepiej niż ktokolwiek. Nie chciał, by dyrektor wyszedł tak szybko, jakby chciał uniknąć pytań nastolatka. Przynajmniej na razie.
Ma przecież dużo pracy, skarcił siebie w myślach. Miał rację. W takich chwilach nie może tracić czasu na dyskusje z dzieciakiem.
Girl-with-dragontattoo, również nie wyobrażam sobie takiego związku, dlatego wątek slashowy nie pojawi się za szybko. Przynajmniej konkretnie slashowy. : ) Na wszystko przyjdzie odpowiedni czas. ; )
