Wtedy
„'Cause I don't wanna lose you now. I'm looking right at the other half of me The vacancy that sat in my heart is a space that now you hold" — Justin Timerlake (Mirrors)
Dzień powoli się kończył. Niebo nad Cardiff pociemniało, a na ulicy widać było coraz mniej osób. To był spokojny dzień, najspokojniejszy od wielu tygodni. Ianto przyjął ten fakt z ogromną ulgą, podobnie jak i reszta zespołu. Czasami – a właściwie bardzo często – Torchwood wysysało z człowieka całą energię i dni takie jak ten były po prostu potrzebne. Zastanawiał się nad spędzeniem nocy z Jackiem, lecz kiedy wychodził, mężczyzny nigdzie nie było widać. Postanowił więc, że jedna noc osobno nie zrobi żadnemu z nich krzywdy i opuścił Centrum samotnie.
Wieczór był cudowny – typowo letni, choć wrzesień powoli chylił się ku końcowi i na horyzoncie widać już było zbliżającą się nieuchronnie jesień. Nie mieszkał daleko od zatoki, więc postanowił zostawić auto na parkingu i cieszyć się ostatnimi dniami, kiedy można sobie pozwolić na spacer bez kurtki (i, zupełnie nietypowo dla Cardiff, na brak parasola).
Pół godziny później otworzył drzwi do swojego niewielkiego, urządzonego minimalistycznie mieszkania i chwilę później opadł na kanapę z myślą o obejrzeniu któregoś z filmów na DVD. Już sięgał po pilota, kiedy jego wzrok przykuła różowawa karteczka przylepiona do ekranu telewizora. Podniósł się na nogi i zdjął ją szybkim ruchem, uśmiechając się lekko do samego siebie.
Wiesz, gdzie mnie szukać. Nie każ mi czekać.
CJH
— Jeśli spadniesz, to nie myśl, że będę czyścił ten płaszcz z krwi — ostrzegł, gdy dostrzegł Jacka tuż przy samej krawędzi dachu. Często się zastanawiał, kiedy jego szef do reszty stracił instynkt samozachowawczy.
Starszy mężczyzna odwrócił się ze swoim popisowym uśmiechem na twarzy i, ku uldze Ianto, ruszył w jego stronę – z daleka od niebezpiecznej krawędzi. Zatrzymał się tuż przed nim, lecz, o dziwo, postanowił nie naruszać jego przestrzeni osobistej.
— Trochę ci to zajęło. Spodziewałem się, że szybciej wyjdziesz z pracy. — Jack teatralnie spojrzał na nadgarstek z zegarkiem, który Ianto kupił mu na ostatnie święta.
— Nie sądzę, żeby mój szef to docenił. Bywa bardzo wymagający...
— Doprawdy? — zapytał, przysuwając się bliżej. Położył dłonie na jego biodrach, głaszcząc je delikatnie kciukami.
To tyle, jeśli chodzi o przestrzeń osobistą. Ianto zawsze wiedział, że dla Jacka jest to pojęcie wręcz abstrakcyjne i chyba nawet nie chciał się zastanawiać, w jaki sposób wychowuje się dzieci w LI wieku, skoro najwyraźniej nikt z tamtego okresu nie potrafi zachować odpowiedniego dystansu od swojego rozmówcy. Co prawda do tej pory poznał tylko dwie osoby z tamtych czasów, lecz ich arogancja i bezpośredniość dawały mu do myślenia.
— Żyjemy w niebezpiecznych czasach — odparł, odganiając od siebie myśli o przeszłości Jacka i pochylił lekko głowę w stronę mężczyzny. — „XXI wiek to czas, kiedy wszystko się zmienia. Musimy być gotowi" — zacytował, niezdarnie naśladując amerykański akcent.
— Hej! Wcale tak nie brzmię! — zaprotestował Jack z oburzeniem.
— Oczywiście, że nie — zgodził się ironicznie i uciszył protesty Kapitana szybkim pocałunkiem.
Oderwali się od siebie i Ianto w końcu rozejrzał się dookoła. Mieszkał w tym budynku od ponad roku, ale nigdy nie widział potrzeby wchodzenia na dach. Teraz jednak wcale się nie dziwił, że Jack wybrał to miejsce. Widok zapierał dech w piersiach, nawet jeśli nie rozpościerała się przed nimi pełna wieżowców panorama Londynu, którą tak dobrze pamiętał z wieży Torchwood Jeden. Cardiff miało w sobie jakiś jedyny w swoim rodzaju urok, który można było wyczuć nawet bez wiedzy, jaką tajemnicę skrywa to miasto. Wcale się nie dziwił, że ten tajemniczy Doktor tak często tu wracał. W tym momencie nawet on sam nie mógł pojąć, dlaczego tak bardzo chciał uciec z tego miasta zaledwie kilka lat temu.
Otrząsnął się ze swoich rozmyślań i spostrzegł, że Jack stanął obok niego. Ich dłonie zwisały luźno, ocierając się o siebie – dzieliły je zaledwie milimetry i Ianto mógł z łatwością poczuć ciepło ręki drugiego mężczyzny.
— Przyprowadził mnie tu pan, żeby mnie upić? — zapytał z uniesioną brwią, zauważając butelkę wina stojącą wraz z dwiema lampkami na rozłożonym obok nich kocu.
Jack skinął poważnie głową, obracając Ianto w swoją stronę. Ręce wróciły na jego biodra.
— A później odebrać ci twoją cnotę — wymruczał mu w odpowiedzi do ucha.
— Już to zrobiłeś, Jack — zauważył sucho.
— Faktycznie.
Twarz mężczyzny irytująco powoli zbliżała się do jego twarzy. Przewrócił oczami i przyciągnął Jack do siebie, wpijając się w jego usta. Jak jeszcze nigdy cieszył się, że udało mu się zbudować coś na kształt życia poza Torchwood. Może nie byli z Jackiem konwencjonalną parą – tak naprawdę nie był pewien, czy w ogóle są parą – ale lubił to, co było między nimi. Zrozumienie, namiętność, wspólny ból. Czasem brakowało między nimi szczerych rozmów, zwłaszcza o uczuciach – Gwen pewnie powiedziałaby, że są typowymi facetami i przewróciła oczami z irytacją. I pewnie miałaby rację, ale Ianto wcale to nie przeszkadzało. Nie potrzebował zapewnień Jacka o miłości, czerwonych róż ani czekoladek rozłożonych na poduszce. Do diabła, nie był przecież kobietą! Zamiast tego wszystkiego wystarczył mu raz na jakiś czas wieczór taki jak ten. Po ciężkim dniu w pracy, sam na sam z Jackiem, by na nowo nabrać pewności, że po śmierci Lisy udało mu się znaleźć nowy cel w życiu; by upewnić się, że świat, który ratuje każdego dnia, jest tego wart.
Odsunął się od Jacka na bezpieczną odległość. Wiedział, że zbyt długie wdychanie tych przeklętych feromonów pozwoliłoby mężczyźnie przekonać go do wszystkiego, a, mimo że o tej godzinie było to mniej niż mało prawdopodobne, Ianto wolał nie zostać nakryty na seksie przez któregoś ze swoich sąsiadów.
Kątem oka zobaczył, że Jack otwiera butelkę z winem i rozlewa je do dwóch lampek. On sam usiadł na kocu i wpatrzył się w niebo, które zmieniło kolor na granatowy. Zdawało się, że pogoda wciąż jest łaskawa i dzięki braku chmur bez problemu można było zobaczyć gwiazdy. Oczywiście nie tak, jak widać byłoby je gdzieś z dala od miasta, lecz widok i tak robił wrażenie. Ianto od dziecka uwielbiał patrzeć w niebo, choć w szkole nigdy nie przejawiał specjalnego zainteresowania fizyką i astronomią. Mimo to, może wcale nie powinno go dziwić, że ostatecznie skończył w Torchwood? Powiedzieć, że z powodu instytutu wiele wycierpiał byłoby niedopowiedzeniem stulecia, a jednak lubił myśleć, że daleko zaszedł odkąd kilka lat temu został zwerbowany i właściwie gdyby mógł, to niczego by nie zmienił.
Jakaś część niego wciąż tęskniła za Lisą, lecz nie był to już ten sam ostry, przejmujący ból na samo wspomnienie jej imienia. Rana powoli zaczęła się zabliźniać i skłamałby, gdyby powiedział, że Jack nie miał w tym sporego udziału. Spojrzał kątem oka na mężczyznę, który zajął miejsce obok niego i z nieobecnym wyrazem twarzy wpatrywał się w niebo. Jego dłoń leżała obok jego dłoni i Ianto z trudem powstrzymał się przed dotknięciem jej. Nie chciał przerywać chwili refleksji Jacka. Było jasna jak słońce, że wciąż tęskni on za gwiazdami i chłopak doceniał, że w chwilach, gdy tęsknota ta stawała się niemal bolesna, Jack pozwalał mu być tam dla niego.
Czasami Ianto wciąż nie mógł uwierzyć, że Kapitan zrezygnował dla nich z tego wszystkiego. Mógł być teraz ze swoim Doktorem, zwiedzać wszechświat i podziwiać jego wspaniałości. Każdego dnia żyć nową przygodą, dokładnie tak jak lubił. Mógł nawet wrócić do LI wieku, do domu. Zamiast tego Jack zdecydował się wrócić na tę ciasną planetę, do swojego małego zespołu – do ludzi, którzy go zdradzili, na Boga! Odrzucił dla nich mężczyznę, na którego czekał ponad sto lat i postanowił zostać, dobrze wiedząc, że pewnego dnia straci ich wszystkich. W końcu czym był ich czas w porównaniu z wiecznością, którą miał Jack?
Zamknął oczy, czując, że jego myśli zmierzają w niebezpiecznym kierunku. Nie chciał o tym myśleć. Nie tej nocy. Chciał, żeby ta jedna noc była idealna – pozbawiona widma nieuchronnej, gwałtownej śmierci, która czekała wszystkich pracowników Torchwood, pozbawiona wszelkich wątpliwości i przykrych wspomnień.
Uniósł powieki i z wahaniem złapał dłoń Jacka. Mężczyzna oderwał oczy od nieba i spojrzał na niego z czymś dziwnym, co jednak nie było ani złością, ani irytacją. Powoli mały uśmiech pojawił się na jego twarzy, lecz nie był to ten sam szeroki i sztuczny grymas, którym rzucał każdego dnia na prawo i lewo. W takich momentach Ianto miał wrażenie, że Jack pozwala mu zajrzeć pod swoją pilnie dopracowaną maskę i zobaczyć ten najbardziej strzeżony fragment samego siebie.
— Cieszę się, że do nas wróciłeś — przyznał po raz pierwszy i zaskoczeniem stwierdził, że nie czuje się zakłopotany tym wyznaniem.
Poczuł, że Jack ściska jego dłoń w odpowiedzi i znów wbija wzrok w oddalone od nich o lata świetlne punty na niebie.
— Ja też, Ianto — odparł cicho. — Ja też.
