betowała wspaniała okularnicaM
:*:*:*
Związek Pottera i Czarnego Pana musiał być głębszy. Przez kolejne tygodnie zauważyłem jak bardzo myliliśmy się w stosunku do dzieciaka, uważając go za Gryfona pełnym sercem. Nie dostrzegałem w nim nic, co dowodziłoby, że kiedykolwiek miał jakiś kodeks moralny.
Szkoła pozostała zamknięta. Tom i Harry – jak obaj się nazywali nawzajem, ogłosili się spadkobiercami Slytherina i świętowali powrót wygnanego na łono zamku. Magia starożytnej budowli zresztą próbowała początkowo z nimi walczyć, ale poddała się jak wszystko i wszyscy.
Nie wiem jak długo Potter był pod wpływem umysłu Czarnego Pana, ale chwilami wydawało mi się, że został tam na zawsze uwięziony. Innym razem zaczynałem sądzić, że już jako jedenastolatek przybył do Hogwartu skalany czarną magią i ukrywał tylko swoje prawdziwe oblicze przed całym światem. Czarny Pan zresztą wyuczył go dobrze. Potter w ciągu sekund potrafił zresztą przybrać dawną maskę posłusznego uczniaka, by zrzucić ją niezwłocznie z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu.
To one były zresztą najgorsze. Błyszczały nieustannie, jakby Potter karmił się czymś, co unosiło się w powietrzu. Jakby chłonął atmosferę strachu, którą sami zaprowadzili.
Nawet Wewnętrzny Krąg trzymał się od niego z dala i powoli inni Śmierciożercy zaczynali zauważać, że mają dwóch Panów. Nie potrafili jednak stwierdzić, który z nich był ważniejszy i to powoli zaczynało mnie bawić.
Potter nie rozmawiał ze mną. A przynajmniej nie robił tego świadomie. Nie zdradzał swoich planów czy powodów, dla których zdradził. Lubiłem myśleć, że jednak to wszystko od samego początku nie było na darmo. Że tak potężny czarodziej jak Dumbledore nie mylił się już w dniu, w którym zdradził mi jak ważny jest chłopiec.
Lubiłem łudzić się, że Potter zmienił się pod wpływem myśli Czarnego Pana, wizji, które ten przysyłał mu przez całe miesiące. Może nawet lata.
Nie wiedziałem czy dostanę kiedykolwiek jednoznaczną odpowiedź, ale przynajmniej nie byłem tym, który czuł się najbardziej oszukany.
Egzekucja Granger i Weasleya odbyła się niedługo potem, gdy uczniowie zostali wyłapani. Spora ilość dzieciaków zginęła w Zakazanym Lesie nieprzygotowana na niebezpieczeństwa, które tam na nich czyhały. Możliwe, że Granger koniec końców żałowała, że byli lepiej obyci z mieszkańcami obrzeży Hogwartu.
Możliwe, że to wtedy straciłem ostatki nadziei, że to jakiś żart lub chory gryfoński plan na pozbycie się Czarnego Pana. Granger została spalona na oczach Weasleya, który krzyczał chyba jeszcze głośniej niż ona. W całym tym szaleństwie też miałem ochotę wrzeszczeć. Ostatnie resztki człowieczeństwa Pottera zawisły zaraz obok stosu, a Weasley dusił się zapachem smażonego mięsa swojej miłości.
Potter stwierdził, że był w tym pewien poetyzm, ale nie dostrzegłem go. Podobnie chyba jak Draco Malfoy, który z trudem powstrzymywał mdłości. Lucjusz stał zaraz obok i nie odzywał się, ale widziałem w jego oczach przerażenie, którego nie spodziewałem się ujrzeć.
Konflikt pomiędzy Draco a Potterem był głośny. Możliwe, że Malfoy wyobrażał sobie w tamtej chwili, co spotka jego syna, skoro przyjaciół drogi Harry potraktował w ten sposób.
Nie wiedziałem za bardzo jak nazwać stan, w którym sam się znajdowałem. Możliwe, że marazm tylko chronił mnie przed tym, aby nie popaść w obłęd. Byłem niemym świadkiem każdej ze śmierci byłych kompanów Pottera i widziałem jak wpatrywali się we mnie z nadzieją, że zmienię ich los. Może gdybym miał różdżkę potrafiłby skrócić ich męki. Byłem ich profesorem przez lata. Potter dawał mi pewność, że dożyję ostatnich moich dni w Hogwarcie i nie pozwoli mnie skrzywdzić. Sam zresztą nigdy nie zastosował na mnie bezpośredniej agresji.
Jego moc nad Mrocznymi Znakami była ogromna. Potrafił nie tylko uniemożliwić jakikolwiek ruch swojej ofierze, ale również sterować jej emocjami, co tylko wpędzało mnie w większe obrzydzenie samym sobą.
Dochodziłem. Dochodziłem, gdy zabawiał się ze mną. I chyba wmawiał sobie, że jeśli obaj mamy orgazm, nie jest to gwałtem. Możliwe, że przeżyłbym fizyczną agresję lepiej niż napaść na moją świadomość. Na mój umysł, który do tej pory był niezdobytą fortecą nawet dla Czarnego Pana.
Potter nie zamieszkał w moich komnatach jak obawiałem się początkowo. Wybrał pokoje Dumbledore'a nazywając je swoją zdobyczą i nieraz przypominał Czarnemu Panu kto tak naprawdę zabił Dyrektora. Upiornym było jak obaj przekomarzali się w wężomowie. Nikt nigdy nie wiedział o czym rozmawiali, ale uśmiechy na obu twarzach pozwalały stwierdzić, że musiały być to swego rodzaju wewnętrzne żarty.
Wewnętrzny Krąg zawsze drżał na samą myśl i nie potrafiłem nie cieszyć się z tego. Potter nie znosił ich. Wszystkich na raz i każdego z osobna. Nigdy żadnego nie zabił, ale czuć było, że szuka tylko jakiejś specjalnej okazji. Lucjusz Malfoy niejednokrotnie oberwał Crucio za swoje zachowanie i nikt tak naprawdę nie rozumiał motywów Pottera. Ze wszystkich bowiem jego ulubienicą zdawała się być Bellatrix Lestrange. Może dlatego, że trawiło ich podobne szaleństwo i kobieta jako jedyna nie zachowywała się ostrożniej w towarzystwie Pottera.
Chłopak wysyczał coś do Nagini w miesiąc później i Lestrange została pożarta przez węża bez żadnego powodu.
Nikt tego nie skomentował, a Potter nie poczekał nawet ,aż kobieta przestanie krzyczeć. Jej różdżkę po prostu przełamał w dłoniach i rzucił resztki w stronę kominka, który powoli się dopalał.
— Potrzeba nam więcej opału – stwierdził w chwilę potem chłopak, a Narcyza była pierwszą, która zaproponowała, że się tym zajmie.
Z nieznanych powodów skrzaty opuściły Hogwart w chwili, gdy magia zamku poddała się nowym Panom. Możliwe, że to była jedna z dróg ewakuacyjnych dla stworzeń służebnych, które zostawił Dumbledore. Jak ratować mieli się oni i uczniowie, nikt nie wiedział.
ooo
Minął prawie rok, zanim zrozumiałem do czego tak naprawdę dążył Potter. Rok, przez który jak się zorientowałem, nie wypowiedziałem żadnego słowa. Początkowo nawet sądziłem, że to rodzaj klątwy, może kary, którą zastosował na mnie Potter, ale jednak myliłem się.
Siedzieliśmy przy kolacji jak zawsze. Voldemort z jednej strony długiego stołu, a Potter po drugiej. Ja u jego prawego boku jako kpina sama w sobie. Każdy i tak wiedział jaką pełniłem w tej chwili rolę, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos.
Potter syczał coś jak zawsze i nikt nie był tak naprawdę pewien czy jest to skierowane do Nagini czy Czarnego Pana. Możliwe, że do obojga. Czarny Pan zresztą uwielbiał włączać ją do rozmowy. Potrafili wydawać z siebie te dźwięki godzinami, nie zwracając uwagi na pozostałych, którzy tak naprawdę nie mieli pojęcia czy wolno ruszyć im się od stołu. Wszyscy zresztą mieli w pamięci co stało się z żoną Rosiera, więc woleli mdleć na krzesłach niż stać się następną ofiarą szaleńców.
Tym razem było jednak inaczej. Potter uśmiechał się tym swoim chłodnym grymasem, który był tylko parodią ciepłego uśmiechu, który kiedyś nosił na twarzy. Dzieciak wstał bez ostrzeżenia i podszedł do Draco Malfoya, który nagle zbladł tak mocno, że stał się prawie przezroczysty. Możliwe, że chciał być niewidzialnym, ale Potter dostrzegał każdego z nich, gdy chciał. A chyba dzisiaj właśnie tak było, bo trzymał dłoń na ramieniu Draco, sycząc sobie spokojnie z Lordem, ale jego wzrok wędrował od Narcyzy do Lucjusza, jakby chciał sprawdzić, które z nich spróbuje coś zrobić jako pierwsze.
Nikt jednak nie drgnął nawet i Potter prychnął, nagle przechodząc na ludzki język.
— Jestem tutaj z wami tylko dlatego, że moja matka poświęciła za mnie życie – odparł nagle chłopak. – Czy to nie wy kpiliście ze mnie jako sieroty? – spytał całkiem retorycznie, chociaż z Potterem nigdy nie mogło być nic pewnego.
Narcyza zacisnęła tylko mocniej usta i chyba zamierzała wstać, ale Potter roześmiał się wdzięcznie.
— Nie, ty nigdy nie powiedziałaś mi złego słowa – ciągnął dalej chłopak. – Prawda, Tom? – spytał Voldemorta, który ciekawie przyglądał się całej scenie. – Jesteś matką. Rozumiesz to. I nie chcesz, żeby twoje dziecko było sierotą. Nie chcesz też, żeby było martwe – dodał odrobinę ostrzej Potter.
Byłem prawie pewien, że czas Draco nadszedł. I tak cudem udało się Malfoyowi przeżyć tak długo. Możliwe, że Lucjusz już w myślach poświęcił syna, bo nie patrzył już na jedynaka, ale jedynie na swoje drżące dłonie.
— Dlatego Draco, posprzątasz – powiedział całkiem bez sensu Potter.
Przez chwilę sądziłem, że młody Malfoy został odesłany do kuchni, ale Potter wysyczał coś do węża i Nagini z zastraszającą prędkością znalazła się na stole, a potem rzuciła się do przodu, odgryzając głowę Voldemorta.
Przez lata obserwowałem jak magia walczy, ale ten spektakl był dla mnie nowy. Coś błysnęło, możliwie, że jęknęło jak metal, którego wytrzymałość została nadwyrężona. Nagini zwinęła się w kłębek i tak pozostała, ewidentnie martwa, gdy tymczasem resztki tego, co zostało z Czarnego Pana, upadły na kamienną podłogę.
Część członków Wewnętrznego Kręgu podniosła się i Potter uśmiechnął się krzywo, gdy ktoś wyciągnął w jego stronę różdżkę. Rosier został rozbrojony brawurowym pokazem magii bezróżdżkowej, a Potter nawet nie drgnął.
— Myślicie, że kto jest waszym nowym Panem? – spytał chłopak ciekawie, spoglądając na nich ciekawie.
Na jego ustach błądził krzywy uśmieszek.
— Wasz dotychczasowy Pan był idiotą – poinformował ich dzieciak. – Zdradził mi skąd jego nieśmiertelność. Mnie – zakpił. – Swojemu największemu wrogowi – zaśmiał się i poczułem, że moje wnętrzności się skręcają. – Obiecałem wam, że go zabiję. Tom już nie jest zagrożeniem. Radujcie się – powiedział tonem tak lodowatym, że poczułem, iż zimno przenika mnie na wskroś.
Rosier próbował usiąść, ale ta sama siła, która odebrała mu różdżkę, podrzuciła go do góry.
— Jak myślicie, kto jest waszym nowym Panem? – powtórzył pytanie Potter.
— Ty, Panie – jęknął Rosier.
Z ust mężczyzny zaczęła spływać strużka krwi, a jego oczy nagle się wybałuszyły. Gdybym nie widział tego wcześniej, założyłbym, że jedzenie było zatrute. Niektóre trucizny działały właśnie w ten sposób, ale przecież nie Potter przyrządzał potrawy. Poza tym wyczułbym, gdyby cokolwiek było nie tak.
Rosier jednak był ściskany ze wszystkich stron przez ogromne ciśnienie i sądząc po pełnej skupienia minie Pottera, to on panował nad tą siłą. Nie obserwował też cierpiącego, umierającego na naszych oczach mężczyzny, ale twarze zebranych. Możliwe, że szukając kolejnej ofiary.
Dłoń Pottera gładziła wciąż ramię Draco i Narcyza obserwowała bardziej ten ruch niż wypluwającego właśnie krew Rosiera. O ile się nie myliłem, już niedługo mieliśmy zobaczyć resztki niestrawionych potraw, które miały zostać wyciśnięte z żołądka ofiary jak wyciska się czasami pestki z wiśni.
— Posprzątasz, Draco – przypomniał Malfoyowi Potter i wrócił na swoje miejsce, z którego machnął dłonią tak, jak się odgania natrętną muchę.
Ciało Rosiera upadło na kamienną posadzkę z głuchym dźwiękiem uświadamiając wszystkim zebranym, że w mężczyźnie nie było już życia.
— Dlaczego? – zapytałem głosem tak zachrypniętym, że z trudem powstrzymałem odruch odkaszlnięcia czymś, co zebrało mi się w gardle.
Potter spojrzał na mnie i uśmiechnął się kpiąco.
Nie wiedziałem nawet o co tak naprawdę chciałem zapytać. O to dlaczego po roku nagle zabił Voldemorta? Dlaczego stał się tak bezdusznym draniem? Dlaczego zabił tych wszystkich ludzi?
W tej chwili żałowałem nawet Rosiera, o którym wiedziałem tak wiele okropnych rzeczy, że pocałunek Dementora czekał go tylko za jedno ze wspomnień. Patrząc jednak na strach wszystkich siedzących przy stole nie potrafiłem odpuścić im ich win, bo jeśli istniało piekło, właśnie znajdowali się na jednym z najniższych pięter.
Potter upewniał się każdego dnia, by o tym pamiętali.
Czym oni zawinili, wiedziałem. Wiedziałem nawet dlaczego dla mnie Potter miał własny poziom udręki, chociaż nigdy jakoś nie przypuszczałbym, że Złoty Chłopiec Dumbledore'a kiedykolwiek zapragnie mnie jako swojej kurwy. Może wiedział, że robiłem w życiu już tak wiele, że tylko to mnie złamie? Może zdawał sobie sprawę, że nie mam bliskich i nawet moje własne życie nie jest mi drogie.
Potter nie odpowiedział mi, ale wbił wzrok w puste miejsce na drugim końcu stołu z pewną satysfakcją, która wcale mnie nie zdziwiła.
— Nagini była horkruksem Toma – wyjaśnił chłopak tymczasem. – Ja też nim jestem. Wiecie, co dzieje się, gdy horkruks próbuje pozbyć się tego, kogo cząstka w nim jest? – spytał retorycznie.
Żadne z nas nie musiało odpowiadać. Nagini leżała martwa, a spektakl z walki magii samej ze sobą był nie do przegapienia. Zrozumiałem też, że cała moc Czarnego Pana znajdowała się w tej chwili w Potterze. Przyciągnięta tam rozpoznaniem sygnatury mocy, tak podobnej. Voldemort nie mógł się jednak odrodzić, bo Potter wciąż żył. I chyba zamierzał utrzymywać się w dobrym zdrowiu jeszcze przez lata.
— Nikt nie zabija moich rodziców bez konsekwencji – dodał jeszcze Potter.
I to też nie było coś, co dało nam jakiekolwiek wyjaśnienie. Przede wszystkim dlatego, że rodziło tylko więcej pytań. Potter przez rok przynajmniej udawał kompana Czarnego Pana. Na pewno dłużej sądząc po zażyłości jaka była między nimi już w dniu, gdy Śmierciożercy weszli do Hogwartu. Jak udało mu się ukryć prawdziwe zamiary, skoro nie potrafił nawet zamknąć swojego umysłu? Pozostaje to dla mnie tajemnicą.
Lucjusz tylko zerknął na mnie, może z nadzieją, że wiem, co teraz powinniśmy zrobić. Prócz Draco to ja Pottera znałem najlepiej. Codziennie stykaliśmy się na szkolnych korytarzach czy salach lekcyjnych, ale w tej chwili wiedziałem tyle samo co oni.
Musieliśmy płynąć z prądem. Uważać na jego zmieniające się jak w kalejdoskopie humory i dostosowywać się do sytuacji, o ile to było możliwe.
Posiłek dobiegł końca i Draco na drżących nogach podszedł do pozbawionego głowy ciała Voldemorta. Trudno było go nazywać teraz Lordem, gdy szata trupa zbryzgana była krwią.
Potter nie powiedział kompletnie nic, ale uśmiechnął się z satysfakcją, wstając. Milczał przez całą drogę do lochów, a także, gdy rozbierał mnie z szat, które jako jedyne chroniły mnie przed otaczającym światem. Zresztą bez różdżki i tak czułem się tak, jakbym był nagi.
Potter nigdy nie całował mnie. Nie w usta. Czasami lubił bawić się moim ciałem. Sprawdzać na jak wiele mu pozwolę zanim będzie musiał użyć mocy wypływającej z Mrocznego Znaku do wymuszenia na mnie uległości.
Nie zawodziłem go nigdy. Zawsze moje granice były dość płynne, ale ich obecność pozostawała niekwestionowana. Szczególnie, gdy chodziło o moje ciało.
Nigdy nie ranił mnie i dzisiaj też nie miał takiego zamiaru. Przyssał się do bladej skóry na moim obojczyku, aby odnowić ślad, który zostawiał za każdym razem. W zasadzie czekałem tylko na dzień, gdy zrobiłby coś permanentnego. Może w bardziej widocznym miejscu. A może po prostu oznaczyłby mnie właśnie tu nad obojczykiem i rozkazał nie nosić koszul, aby znak był doskonale widoczny dla oczu innych.
Kiedy skończył we mnie tak głęboko wbity, że sądziłem, iż zostaniemy tak na zawsze, uśmiechnął się tuż przy moich ustach. Gładził moje włosy, jakbyśmy faktycznie byli kochankami, a to co działo się w zaciszu moich komnat było romantyczne.
— Miałeś rację, że jestem dokładnie takim draniem jak mój ojciec – powiedział nagle Potter, dając mi odpowiedź na każde z pytań, które zadawałem sobie od roku.
Kto cię takim stworzył?
Kiedy to się stało?
Dlaczego?
— Zadowolony? – spytał jeszcze Potter.
