Obudził się dość wcześnie rano – tak jak zazwyczaj.

Nie lubił nigdy spać do późna. Uważał, że to strata życia. Wychodził z założenia, że czym mniej będzie spał, tym więcej będzie po prostu żył.

Ubrał się w codzienny strój w Hogwarcie i ruszył w stronę wielkiej Sali na śniadanie. Nie miał za bardzo ochoty rozmawiać z kimkolwiek ze znajomych – cały czas myślał o tym, co sobie postanowił wczoraj.

Zbliżyć się do Pottera… To prawdziwe wyzwanie. Jak to zorganizować? Prawdziwy orzech do zgryzienia.

Głowa już go zaczynała od tego wszystkiego boleć. No bo… Nie mógł nic konkretnego wymyślić. Jak ma to niby zrobić? Do tego potrzebny jest odpowiedni plan! A taki niełatwo ułożyć.

Przed wejściem na salę natknął się na chłopaka który od wczoraj zaprzątał jego myśli wraz z trójką swoich przyjaciół. Patrzyli się na niego złowieszczo. Malfoy jednak nic sobie z tego nie zrobił – postarał się tylko, by zmęczenie znikło z jego twarzy i przywdział maskę.

- Malfoy. – Powiedział okularnik.

- Potter. – Odpowiedział, jak na arystokratę przystało. Uśmiechnął się pod nosem, chociaż do śmiechu mu wcale nie było. Robił to bardziej z przyzwyczajenia i dla zachowania odpowiedniego swojemu statusowi image-u.

- A ty co, fretko? Przybyłeś bez swoich goryli? Mamy nad tobą przewagę. – Tym razem odezwał się wiewiór. Blondyn zaczynał się coraz bardziej tym wszystkim irytować. Tak naprawdę czuł się bardzo zmęczony – trzeba było jeszcze trochę poleżeć w łóżku.

- Oj, aż mi was szkoda. Naprawdę myślicie, że moglibyście mieć przewagę? Więc macie rację. – A co mu tam. Przecież musi zacząć jakoś się zbliżać, a bez minimalnego chociaż uszczerbku na jego honorze się nie obejdzie.

Poskutkowało. Wszystkim szczęka opadła i wpatrywali się w niego w niemałym szoku. Dziwili się pewnie, jak on mógł im przyznać rację… Oh, chyba było warto.

- Touché*! – Zawołał Potter. Nieźle… Pomyślał Malfoy. Uwielbiał francuski, to dobrze, że Cholerny-Chłopiec-Który-Przeżył zna chociaż znikome jego części. Draco miał nadzieję, że więcej. Wtedy być może ta znajomość nie byłaby taka zła.

- Więc Potter… - Zaczął. – Może masz ochotę mnie teraz bronić, co? Będziesz atakował niewinnego? – Zaczął się przedrzeźniać. Nie mógł się powstrzymać.

- Ron, Hermiona, Ginny… Nie zwracajmy na niego uwagi. Chodźcie, bo potem nie zdążymy na lekcje. – Harry postanowił uciec i przemyśleć to wszystko, co tutaj się stało. Była to dla niego naprawdę bardzo niecodzienna sytuacja.

***

Blondyn na zajęciach swojego ojca chrzestnego wyjątkowo się nudził. W poprzednich latach nie miał takiego problemu, lecz w te wakacje dość dobrze się podszkolił. Mistrz Eliksirów często przebywał w Malfoy Manor i przygotowywał przeróżne mikstury ucząc tym samym Draco, jak to się powinno robić. Wszystko by było ładnie, pięknie, gdyby nie to... Że to wszystko, co powinien tutaj poznawać zna już na pamięć. Ileż razy można przerabiać to samo?

Powrócił myślami do Pottera. Tak... Wczorajszy wieczór był interesujący, a szczególnie przydzielanie do domów. nieźle się wygłupili...

Dumbledore jak zwykle przemówił tym swoim starym, ochrypłym głosem.

- Drodzy uczniowie! - Rozległy się oklaski. Gdy już ustały, kontynuował. - Na pewno nie chcecie, bym was zanudzał, więc jak co roku powiem tylko kilka słów wstępu. Zaraz na stołach pojawi się jedzenie, więc będziecie mogli ucztować. Następnie odbędzie się przydzielanie do domów. Same standardy. - Przerwał, naradzając się chwilę z Panią McGonagall. - I jeszcze jedno! W tym roku ponownie organizujemy turniej trójmagiczny! Wiemy, że minęły dopiero dwa lata, a nie pięć, lecz poprzedni przyniósł tak dobre skutki, że postanowiliśmy go wznowić. Od dzisiaj będzie organizowany co dwa lata! A, i Pan Minister Magii zgodził się trochę obniżyć wymagany wiek do szesnastu lat. Dziękuję, teraz możecie już jeść!

Na początku nikt za bardzo nie przejął się jego monologiem. Lecz, kiedy wspomniał o turnieju... Na sali zaczęto szeptać. Wszyscy pamiętali, jak skończyło się to ostatnim razem.

"Profesor Moody, a raczej jego podróbka zaczarowała Magiczny Puchar, który uczestnicy musieli znaleźć w labiryncie w świstoklik. Jak się później okazało, zabrał Harry'ego i Cedrika w jakieś inne miejsce.

Wszystko, co tam się stało było ściśle tajne. Draco wiedział tylko tyle, że jego ojciec się tam znajdował wraz z Czarnym Panem i że pomógł Chłopcu-Który-Przeżył. Lucjusz nie chciał mu uwierzyć, że wie, że jeżeli coś jest tajemnicą, to powinno nią pozostać. Nie wyjawił mu nic.

Gdy wrócili, Harry Potter został okrzyknięty bohaterem. Zresztą… I tak nim był prawie od samych narodzin. Stał się także zwycięzcą turnieju. Jedyny plus tego był taki, że w tym już nie może brać udziału z powodu punktu jedenastego w regulaminie, który głosi, że jeżeli raz ktoś już go wygra już nigdy więcej nie może brać w nim udziału."

Zjedli wszystko konsultując się między sobą i plotkując o tym, kto w tym roku powinien wziąć udział w zawodach. W końcu nastąpiła ceremonia przydziału.

Dzieci były wyczytywane w porządku alfabetycznym. Gdy wymieniono nazwisko małej, blondwłosej dziewczynki o imieniu „Anna Ruclaft" znowu zaczęto plotkować.

Jeden z kolegów Dracona szepnął mu do ucha, że do adoptowana córka profesora Lupina, który uczył tutaj jakiś czas temu. O tak, Malfoy go pamiętał…

Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy przydzielono małą do Slytherinu. A to dziwne…

Reakcja Gryffindoru była niesamowita. Wszyscy zaczęli spoglądać na dom węża w taki sposób, jakby co najmniej rodzinę im wybili. Nikt z na zielono ubranych jednak się tym nie przejął – to było normalnością.

Dziewczynce naprawdę jakość tak dziwnie w oczy się patrzyło. Miało się wrażenie, że coś ukrywa lub wie o czymś, o czym inni nie mają pojęcia.

Po którymś dziecku w końcu Ronald Weastley wstał z zamiarem przesunięcia się i zrobienia miejsca nowym domownikom. Gdy to zrobił… Nastąpił mały wybuch. Chłopak natychmiast cały się pokrył fioletowymi plamkami. Wybiegł z Sali, a za nim jego obstawa.

Cała sala zaczęła chichotać, a najgłośniej oczywiście Ślizgoni. W końcu Draco z cwanym uśmiechem na ustach zapytał:

- Który z was to zrobił?

Bardzo się zdziwił, gdy zarejestrował, że nikt inny jak panna Ruclaft podniosła delikatnie rękę do góry. 'Cóż… Może coś jeszcze z niej będzie' pomyślał.

- Jakżeś to zrobiła, kochana? I dlaczego? – Nie no… Musiała mieć jakieś powody. W końcu wystarczy popatrzeć na tego, kto ją wychowuje. Sam też na pewno umiał by coś takiego zrobić, lecz chciał wiedzieć, jak ta mała to osiągnęła.

- Oj, bardzo prosto. – Jej głosik był skromny i dość cichy. Tak… Cicha woda brzegi rwie. – Wykorzystałam do tego mugolską chemię i czary. Rozcieńczony roztwór nitrogliceryny oraz zioła, a także zaklęcia, za pomocą których uaktywniło się to dopiero wtedy, gdy wstał.

Nieźle… Pomyślał Draco. Zauważył, że dziewczyna nie ujawniła dokładnie tego, czego użyła. Szczególnie z tej magicznej części. Z tego, co przypuszczał, to wiewiór pół nocy będzie musiał z tym walczyć. I dobrze, należało się gnojkowi.

Blondyna z zamyślenia wyrwało głośne chrząknięcie.

- Panie Malfoy. Może podzieli się pan z nami tym, o czym pan tak zawzięcie myśli? – O nie… Snape jest zdenerwowany! Niedobrze! W tym roku Potter już nie uczęszcza na eliksiry, więc nie będzie miał na kogo przenieść złości. A niech to! – Milczy pan? Czyli nie ma pan zamiaru odpowiedzieć na pytanie? W takim razie… Proszę mi powiedzieć wszystko, co pan wie o eliksirze, który zaraz będziemy przerabiać?

- Eliksir rozśmieszający: eliksir, który powoduje śmiech u każdego człowieka. Przygotowuje się go ze skarabeuszy, imbiru i Pancernika.

- Bardzo ładnie… A jak należy je przygotowywać?

- Skarabeusze należy potłuc na jak najmniejsze kawałeczki. Korzeń imbiru posiekać w paseczki, a z pancernika dodajemy tylko żółć. Czy coś jeszcze, panie Profesorze?

- Nie, panie Malfoy. Wszystko poprawne. Pięć punktów dla Slytherinu. – Mówiąc to podszedł do następnych stolików.

Uf… Udało mu się tym razem. Gdyby nie wiedział, o czym mówią, było by dużo gorzej. Odetchnął w myślach z ulgą i znowu powrócił myślami do poprzedniego wydarzenia. Nie trwało to jednak zbyt długo… Trzydzieści sekund później zadzwonił dzwonek i lekcja była skończona.

Teraz czekała go transmutacja i obrona przed czarną magią. Obydwie lekcje są razem z Gryffindorem. Nie cieszył się zbytnio z tego powodu – chyba nie był jeszcze na to wszystko gotowy. Niby wiedział mniej więcej co ma robić, by zaczęli go traktować mniej wrogo i zbliżyć się do Pottera, lecz jakoś nie ma się do tego za bardzo jak zabrać. No kurcze… Potrzebuje jakiegoś punktu kulminacyjnego.

Sam nic tutaj nie zdziała. Musi wydarzyć się coś, co zadecyduje o tym, że zbliży się do Pottera. Ale tylko do niego – do reszty jego przyjaciół nie. Najlepiej by było, gdyby był dla niego ważniejszy, niż oni, ale nie wie, czy to możliwe. Gdyby tak się jednak stało… To byłoby cudownie! Nie musiał by się już niczym więcej przejmować. Tylko kogo można cenić bardziej niż przyjaciół… Chyba nikogo. W takim razie, jedynym sposobem jest… Nie, nie powinien tego robić. Ale w sumie… To prawda. Tylko wtedy, gdy uda mu się ich skłócić może coś tutaj zdziałać.

Ruszył w stronę Sali do transmutacji. McGonagall jak zwykle truła coś nie na temat, prawie zasypiał z nudów. A Czarna Magia? Proszę cię! Na tych lekcjach i tak się nie nauczy więcej niż od śmierciożerców. Po wszystkich lekcjach, których tego dnia miał wyjątkowo mało udał się do biblioteki. Nie dotarł tam jednak.

Gdy już chciał wchodzić po schodach zobaczył dość spory tłum idący w jego stronę. Nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co robi, ruszył wraz z nim. Były tam przeróżne domy, główni ci starsi ludzie. Gdzieś na końcu znalazł Zabiniego.

- Bleise, dokąd to idzie? – Zapytał.

- To ty nic nie wiesz? Przecież wczoraj Dumbledore o tym mówił! Przylatują zaraz Beauxbatons i Drumstrangu. Idziemy ich przywitać.

- Już? Dosyć szybko. – Draco zaczął zastanawiać się, po co ten pośpiech. Czyżby był tego wszystkiego jakiś ukryty powód? Szybko jednak jego myśli przybrały inny tor, gdy wyszli na dziedziniec. To co zobaczył… Naprawdę mu się spodobało.

Karece dziewczyn zamieniły się na kulki z kokardami na górze. Tym razem nie były już przez nic ciągnięte i wyglądały jak… Cukiereczki zapakowane na prezent. Drumstrang natomiast już nie popisał się tak dużą wyobraźnią, ponieważ przybył tym samym statkiem.

Nauczyciele zagonili ich z powrotem do środka i kazali iść do pokoi wspólnych na razie. W miarę, gdy Draco zbliżał się do dormitoriów Slytherinu słyszał coraz głośniejsze wrzaski i kłótnie. Zaniepokoił się trochę, bo… Teraz był prefektem. Powinien pilnować tutaj porządku, to był jego obowiązek. Jeżeli Snape to zobaczy… Będzie na niego wściekły.

- Co tutaj się dzieje? – Zapytał jakiejś nowej swojej podopiecznej, która dołączyła do jego domu wczoraj.

- Dumbledore przysłał tutaj cały Gryffindor. Z powodu goszczenia tylu gości musieli oddać swoje dormitoria Francuzkom, a ich przysłał do nas. Profesor Snape już tam jest i rozdziela wszystkich do nowych pokoi w lochach. – Opowiedziała.

Słysząc do Malfoy szybko pobiegł na miejsce zdarzenia. Co, do cholery oni chcą zrobić! Przecież oni się tutaj nie pomieszczą! I to dlaczego oni? Draco już by Krukonów wolał, ich by mógł sobie przynajmniej odpowiednio ustawić. Gryfoni są na to za uparci! Przecież wszyscy wiedzą, że ich domy się nienawidzą. Czemu chcą to ruszać? Czemu drażnią wilka? Czy naprawdę ta szkoła dla nich tak mało znaczy, by narażać ją na wojnę domową?

Dotarł w końcu do całego zgromadzenia i wypatrzył w nim Profesora. Podszedł do niego. Jejku… Czy on nigdy nie zacznie się inaczej ubierać! Przecież te jego szaty są już chyba tak stare, jak on sam. Gdzie on je kupił, w mugolskim sklepie z kostiumami na bal przebierańców? Będę musiał o tym pogadać z ojcem. Teraz rzeczywiście wygląda tak, jak na niego wołają małolaty z domu węża: Severus-stracherus.

- Witaj Strache... To znaczy Severusie. Przepraszam, jestem zdenerwowany. – Poprawił się. Miał tylko nadzieję, że jego chrzestny nic nie wie o swoim przezwisku.

- Draco, czyżbyś zaczynał się jąkać? – Odpowiedział. Kurcze… Chyba jednak wie. No nic, mówi się trudno. – Cóż, poradziłem już sobie prawie ze wszystkim sam. A, i tobie też kogoś przydzieliłem. Nie możemy pozwolić, byś w takich okolicznościach utrzymał swój osobisty pokój. Przydzieliłem ci pana Weastleya, gdyż żaden inny Ślizgon nie chciał go przygarnąć do swojego pokoju.

- Że co proszę?! – Wydarł się, zapominając a chwilę o manierach. – Severusie, nie rób mi tego. Naprawdę. Jak ty sobie to wyobrażasz? Przecież my się pozabijamy!

- Oh, panie Malfoy… Niech pan pomyśli. To doskonała okazja do przyjaźni! – W głosie czarnowłosego dało się słyszeć kpinę. Chyba nieźle się bawił.

Blondyn nie może pozwolić, by uszło mu to na sucho. Nagle… Wpadł mu do głowy pewien pomysł. Oczywiście! Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślał! To jest to! W końcu wie, jak rozwiązać męczący go cały dzisiejszy dzień problem.

- Profesorze, już bym z Potterem wolał mieszkać! – Wykrzyczał, niby z pretensjami. Zauważył, jak ojciec chrzestny uważnie mu się przygląda, jakby coś podejrzewając, a następnie uśmiechnął się pod nosem. Tak, on już chyba wiedział, co Draco planuje. Nie mógł jednak przy tym mówić przy tylu osobach. Odpowiedział więc:

-Bardzo dobrze, panie Malfoy! Pana szkolny wróg, no no… Brawo, gratuluję odwagi. Dobrze! Więc to z nim pan zamieszka.

- Co? – Chłopak udawał zdziwionego i wstrząśniętego. Wpatrywał się w swojego Chrzestnego swoimi cudnymi, szarymi oczami. Tak! O to mi chodziło! Nie mogę zmarnować tej szansy – muszę to wykorzystać. Potter na pewno nie będzie na tyle silny bez swoich przyjaciół, by nie dać się omamić. Poza tym, jeżeli wszystkie jego rzeczy zostaną przeniesione do moich komnat na pewno znajdę ten pergamin, o którym mówili. Jestem górą! Wiedziałem, że mi się uda. Przecież Malfoyom wszystko wychodzi!

Nie przejmując się już niczym ruszył do swoich komnat. Musi przygotować odpowiednio sypialnie, by zmieścił się tam okularnik.

***

Harry stał ze swoim kufrem obok Hermiony i Rona. Czekali w kolejce, aż przydzielą ich do któregoś pokoju Ślizgonów. Chcieli być razem w jednym pokoju – dzięki temu będą mogli bardziej się do siebie zbliżyć. Dla bruneta to był bardzo dobry plan gdyby nie to, że wydawało mu się, że będzie tam balastem. Już od dawna wie, że Hermiona kocha się w rudzielcu i nawet więcej, on czuje do niej to samo, lecz nie zauważa tego. Potter nie chciał się wtrącać, ale czasami miał ochotę przemówić im w końcu do rozsądku i wszystko wyjaśnić.

Nagle zjawił się przy nim Zabini.

- Potter, Snape cię woła. – Zakomunikował tylko krótko i odszedł czym prędzej jakby bał się, że może się czymś od nich zarazić. Zielonookiego zdziwiło to trochę na początku, lecz wzruszył tylko ramionami, pożegnał się z przyjaciółmi i ruszył w stronę swojego nauczyciela od Eliksirów, bojąc się tak, jakby miał go zjeść.

Zobaczył, jak jego znienawidzony nauczyciel patrzy na niego kątem oka, wydając w tym samym czasie różne polecenia. Nie wiedział dlaczego, ale miał złe przeczucia: miał ochotę gryźć dolną wargę, a to nie znaczyło nic dobrego. Przezwyciężył wewnętrzny głos, mówiący mu, by uciekał jak najdalej i podszedł to tego 'Tłustego dupka', jak go w myślach zawsze nazywał.

- Witam, panie Potter. – Usłyszał jego wibrujący, poniżający i wyśmiewający głos. Harry'ego aż przeszły ciarki – Snape musiał przygotować dla niego coś naprawdę wrednego. – Przydzieliłem już pana.

- Więc gdzie mam iść? – Zapytał, wzdychając lekko, by się zrelaksować i przygotować na następujące nowiny.

- Będzie pan mieszkał w pokoju razem z prefektem. Znajduje się on na najwyższym piętrze lochów, numer 309. – Powiedział po prostu.

Harry zaczął się zastanawiać, kto jest prefektem w Slytherinie. O nie… - Pomyślał ze strachem i spojrzał w te kpiące z niego czarne oczy. Ten widok go tylko upewnił w jego przemyśleniu. Tylko nie Malfoy!

Nie mając większego wyboru, bo wiedział, że i tak nie wykłóci się z tym zgredem ruszył schodami na górę. Cholera, dopiero to wszystko zniósł, a teraz znowu ma to wszystko wnosić? Kurde…

Doszedł pod drzwi z numerem trzysta dziewięć. Znajdowały się jako jedyne na tym piętrze po tej stronie ściany. Oznaczało to… Że pokój ciągnie się przez całą długość tej ściany. Po przeciwnej stronie natomiast znajdowało się około piętnastu drzwi. O matko… To muszą być chyba jakieś ogromne apartamenty! Pomyślał.

Wziął głęboki oddech, by się uspokoić. Nie mógł pozwolić, by zbyt mocno zdziwił się tym, co zobaczy tam w środku. Zdziwiło go, że został sam przydzielony do tego pokoju, gdy pozostałych zawsze wysyłali dwójkami czy trójkami, lecz nie wnikał w to. Dobrze, jeszcze jeden wdech… Nacisnął klamkę.

****

Touche* - Generalnie, słowo touché (pochodzące z języka francuskiego) jest sposobem docenienia dobrego argumentu rozmówcy.
Słowo bywa wykorzystywane w języku codziennym, także oficjalnym. Dla przykładu, jeśli jedna osoba zaprezentuje jakiś argument, a druga odpowie bystrą lub ciętą ripostą, pierwszy rozmówca może powiedzieć "touché", jako sposób docenienia odpowiedzi

Wyrażenie prawdopodobnie wywodzi się z tradycji krwawych pojedynków, gdy bycie dotkniętym ostrzem miecza równe było przegranej.