Rozdział 2

Emocjonalna niestabilność

Opróżniwszy butelkę do połowy zaczęli mówić o Sherlocku. Oczywiście. O czym innym mogliby gadać? O czym w ogóle rozmawiają ludzie, nie znający Holmesa? John nie miał pojęcia. Nie pamiętał, co zaprzątało jego myśli, nim zapoznał się z Sherlockiem. Pewnie jakieś bzdury.

Johnowi wydawało się, że trudno będzie przywyknąć do tego salta, jakie wykonało ich życie, ale o dziwo wszystko ułożyło się szybko i prawie bezboleśnie. Nad kuchennym stołem, zawalonym eksperymentami, teraz pochylała się nie jedna a dwie kędzierzawe głowy. Ataki straszliwej nudy na razie nie owocowały strzelaniem do ścian (przynajmniej nie w obecności Johna). No i oczywiście były śledztwa. John nie sądził, by Greg kiedyś zmienił swój gniew w miłość, ale najwyraźniej coś go zmusiło do ustępstw – stosy nierozwiązanych spraw, albo jeden bardzo konkretny człowiek z Rządu.

W pierwszym tygodniu po powrocie Holmesa na Baker Street ciągnęły prawdziwe pielgrzymki. Sherlock nie zamierzał powiadamiać ludzi o swoim zmartwychwstaniu. Uznał, że będzie „właściwiej" jeśli wszystko wyjaśni się naturalną drogą. Inaczej mówiąc, chciał wszystko puścić na żywioł. Jednak John przeraził się, wyobrażając sobie, jak zareaguje Mycroft, kiedy przypadkiem spotka ożywionego brata. Zmusił Sherlocka do skontaktowania się ze wszystkimi ważnymi w jego życiu osobami i zaproszenia ich na rozmowę.

- Wszystko im wyjaśnisz, po prostu, bez zwyczajowego wbijania szpilek, postarasz się być uprzejmy i łagodny – nakazał.

Sherlock, symulujący z początku pokorę, zgodził się. Zdaje się, że wykorzystał opcję masowego wysyłania smsów, żeby zawiadomić wszystkich o swoim powrocie. John wolałby złagodzić ten cios, ale nie wyobrażał sobie, jak można byłoby to zrobić, więc ostatecznie postanowił się nie wtrącać i pozwolił Sherlockowi załatwić sprawę we własnym zakresie.

Możliwe, że to nie był najlepszy pomysł.

Naturalnie, jako pierwsza dowiedziała się o wszystkim pani Hudson. Oszołomiona, rozpłakała się i złapała Sherlocka za szyję, próbując ni to go objąć, ni to udusić. John doskonale rozumiał jej uczucia. Zabrał Hamisha na spacer, by tych dwoje mogło spokojnie porozmawiać.

Następnego dnia zjawił się Mycroft. Można było tylko się domyślać, ile go kosztowało odczekanie doby, by się choć trochę uspokoić. I choć rzeczywiście wyglądał na spokojnego, takiego odcienia skóry John jeszcze nie widział – w każdym razie nie u osoby żywej. Poważnie się zaniepokoił o zdrowie starszego Holmesa. Może i John nie był geniuszem dedukcji, ale był lekarzem z dość długim stażem i natychmiast rozpoznał w Mycrofcie „sercowca". Na szczęście starszy Holmes nie dostał zawału, a rozmowa miedzy braćmi była niedługa. John zatrzymał Hamisha w kuchni, by odrabiał lekcje, a Holmesowie konferowali w sypialni, za zamkniętymi drzwiami. Żaden z nich nie podnosił głosu, tak więc taktowny John niepotrzebnie tak starannie hałasował naczyniami.

Z sypialni Mycroft wyszedł sam. John odprowadził go do wyjścia. Holmes, jak się wydawało, utracił równowagę i w żaden sposób nie mógł jej odzyskać. John nawet odruchowo chciał go podtrzymać pod łokieć, lecz się nie ośmielił. Mycroft stanął w progu i zwrócił się do niego spokojnym tonem:

- Nasza umowa pozostaje w mocy? Mogę nadal spędzać czas z Hamishem?

- Ależ oczywiście! Oczywiście – wymamrotał John ze zdumieniem. Skąd takie pytanie? Mycroft wiecznie jakby oczekiwał nowego nieszczęścia. – Jeśli chcesz, nawet dzisiaj...

Mycroft pokręcił głową, siląc się na uśmiech.

- Nie. Dziś lepiej pobędę sam.

John uważał, że Mycroft akurat nie powinien być teraz sam, ale nie spierał się z tym. Popatrzył jak Holmes starszy schodzi po schodach, zaciskając mocno palce na rączce parasola, a potem napisał wiadomość do Grega. Ci dwaj znają się dłużej, może Mycroft przyjmie pomoc od Lestrade'a?

Potem John zajrzał do sypialni, do Sherlocka. Ten leżał na łóżku, zwinięty w kłębek. Jego oczy lśniły w mroku.

- Nie włączaj – powiedział ostro, kiedy John wyciągnął rękę do lampy na stoliku.

- Z tobą wszystko w porządku? – spytał John ze współczuciem, a Sherlock głośno westchnął i westchnienie to wyraźnie znaczyło: „Nie zadawaj głupich pytań". – Pójdziemy do kuchni? Zaparzyłem herbatę, Hamish opowie co tam u niego w szkole...

- Nie – odparł Sherlock, przekręcił się na brzuch i wcisnął twarz w poduszkę.

- Dobrze. Mam z tobą posiedzieć?

- Nie – zabrzmiało głucho z głębi poduszki.

Cały następny dzień Sherlock przesiedział w pokoju, nawet nie dokuczając Johnowi smsami i nie domagając się herbaty (albo gazety, albo morderstwa z rozczłonkowaniem ciała) co było złym znakiem. Jednak bliżej weekendu doszedł do siebie, więc nadszedł czas, by odwiedzić Grega.

Im bliżej Scotland Yardu, tym bardziej Sherlock zwalniał kroku. W końcu John musiał ciągnąć go za sobą za rękaw płaszcza, jak opierającego się dzieciaka.

Trzeba było widzieć minę Lestrade'a! Zresztą, patrząc na Sherlocka, można było się spodziewać, że zaraz zwymiotuje. Cała jego pewność siebie, euforia pierwszych dni ulotniła się po rozmowie z bratem. Teraz jawnie oczekiwał najgorszego. Kiedy szli korytarzem do gabinetu inspektora, wielu pracowników Yardu porzuciło swoje zajęcia, żeby pogapić się na bohatera z pierwszych stron gazet, „fałszywego detektywa", tego, którego starszy sierżant Donovan zwała z nostalgicznym smutkiem nie inaczej jak „świrem".

Greg kilka sekund patrzył na Sherlocka, a potem odruchowo sięgnął do kabury. John tak samo odruchowo zrobił krok, zasłaniając Sherlocka własnym ciałem. Wymienili z Lestrade'em długie, znaczące spojrzenia. Greg powoli skinął głową i założył ręce za plecy. Jednak później, kiedy John osłabił czujność, zdzielił detektywa w nos. Sherlock zaś mściwie zachlapał krwią parkiet, ważne dokumenty i koszulę inspektora – z wrodzoną swobodą i gracją. Najbardziej Sherlock obraził się na zadowolony uśmiech Johna i komentarz: „Ktoś w końcu powinien to zrobić!".

Do Molly Sherlock poszedł sam i wrócił z kostnicy w doskonałym nastroju. John nie wątpił, że tam Sherlock nie usłyszał jednego złego słowa. A wspaniały humor można było wyjaśnić kompletem czyichś zębów trzonowych – pierwszym z serii „czarujących" podarków Molly.

Zresztą ani usprawiedliwień, ani łez, których tak obawiał się John, nie było. Na swoją obronę Molly powiedziała tylko:

- Sherlock prosił mnie o pomoc. Prosił, żebym zrobiła wszystko dokładnie tak, jak powie. Nie mogłam go zawieść.

Oznajmiła to zaskakująco stanowczym tonem i popatrzyła Johnowi w oczy. Poraziło go, ile bezwarunkowej miłości, ile niezachwianej wiary taiło w sobie to spojrzenie. Czego by ta wytrwała dziewczyna nie przeżyła z powodu Sherlocka, w jej sercu nie było ani urazy, ani wątpliwości, tylko oddanie. I John nie mógł jej za to winić. Nie on.

- Jak sobie radzicie? – zapytała Molly, wróciwszy z nową paczką ciastek. Czekoladowe serduszka, kwiatki, zwierzątka... John wyszukał między nimi miniaturowy „uśmieszek".

- Normalnie. Normalnie sobie radzimy – powiedział i ze zdziwieniem pojął, że to prawda.

Pierwszej nocy obaj z Sherlockiem musieli spać razem. Dawna sypialnia detektywa już od dawna należała do Hamisha, a sumienie Johnowi nie pozwalało zesłać przyjaciela na kanapę. Leżeli na twardym łóżku tak blisko, że dotykali się ramionami. John przysłuchiwał się oddechowi Sherlocka, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w ciemność. Sherlock leżał na plecach, zwyciężony przez sen, osnuty nim jak kokonem. Spał jak człowiek, który bardzo długo się błąkał, aż nareszcie znalazł schronienie. Natomiast John nie mógł zasnąć. Pierwszy szok minął i zwaliła się na niego świadomość, że nic już nie będzie takie jak przedtem. Zaatakował go cały rój najrozmaitszych pytań, myśli i lęków. Jak ułożą się sprawy między Hamishem, a Sherlockiem? Czy Sherlock będzie umiał okiełznać swoje socjopatyczne nawyki i zdoła mieszkać w jednym lokalu z dzieckiem? Jakie będzie ich życie? I najważniejsze: jak się zachowywać po tym przeklętym wyznaniu?

Sherlock chyba sam nie rozumiał, jak wszystko skomplikował swoją szczerością. Jak zawsze nie dbał ani o konsekwencje, ani o uczucia innych ludzi. Zwyczajnie postawił przed faktem dokonanym, wykonał swój ruch i teraz kolej Johna zareagować na to całe: „Czuję do ciebie miłość".

Ale John nie miał pojęcia jak powinien zareagować. Nie był gejem. O ile prostsze byłoby jego życie, gdyby pociągali go mężczyźni! Nie musiałby w kółko tego powtarzać, wiedząc, że nikt mu i tak nie wierzy. Mógłby stworzyć z Sherlockiem stabilną homoseksualną rodzinę... Ludzie tak robią, adoptują dzieci, są szczęśliwi. O, choćby u przyjaciółki pani Hudson wynajmuje mieszkanie wspaniała para...

John zachichotał histerycznie, zatykając sobie usta dłonią. Sherlock wymruczał coś przez sen, przewrócił się na bok i przerzucił ciężką rękę w poprzek jego piersi. Serce Johna załomotało boleśnie. Objął palcami chudy nadgarstek, by wyczuć regularny puls. Kochał Sherlocka tak mocno, że sklonował go, byle tylko nie stracić na zawsze. Tylko co to miało wspólnego z seksem, francuskimi pocałunkami i resztą romantycznych bzdur? Dlaczego nie mogliby zwyczajnie żyć obok siebie, uśmiechać się co rano nad filiżanką kawy, ratować sobie nawzajem życie? Czy to nie wystarczy?

John postanowił, że nie będzie niczego robić i niczego nie będzie mówił. Uda, że żadnego wyznania nie było i cała ta niezręczna sytuacja jakoś się rozejdzie po kościach. Jakoś. Z czasem.

Następnego dnia John pożyczył od Harry pieniądze i kupił rozkładany fotel. I od tej pory spał w salonie.

- O co się pokłóciliście? – John ze zdziwieniem zauważył, że Molly zdążyła nie wiadomo kiedy przebrać się w piżamę. Siedzieli na dywanie. Butelka między nimi była prawie pusta, a przecież Molly dopijała dopiero trzecią szklaneczkę. Pokój rozjaśniał tylko miękki blask ekranu telewizora i John nagle poczuł, że zasypia. „Jeszcze pół godzinki i jadę do domu" – nakazał sobie surowo. Nie powinien zostawiać samych tych dwóch osiołków; pewnie nawet się nie domyślili, żeby zajrzeć do lodówki, gdzie stoi wczorajsze risotto i warzywa.

- John! Hej, John! – Molly zaśmiała się, pomachawszy mu ręką przed nosem.

- Przepraszam. Co mówiłaś?

- Pytałam, co dziś między wami zaszło. O co się pokłóciliście?

- Och... To przecież Sherlock. Sama wiesz. On jest po prostu... nieznośny.

Molly patrzyła tak, jakby nie rozumiała. A może naprawdę nie rozumiała. John raptem poczuł się bardzo samotny. Gdyby to wszystko działo się parę lat temu, jego telefon by właśnie piszczał nieustannie atakowany smsami. Ale nie. Nic. „Nie jesteś mi tutaj potrzebny". No i dobrze! John nalał sobie nową porcję whisky.

Okropnie się bał, że Sherlock wciągnie Hamisha w śledztwa. W te wszystkie pogonie po dachach, strzelaniny i porwania... Johna aż bolało w piersi na samą myśl o tym, więc wezwał Sherlocka na poważną rozmowę.

- Jest nas teraz trójka – powiedział wojowniczo. Sherlock uniósł brwi.

- Zauważyłem.

- Nie możemy zachowywać się tak jak wcześniej. Zrywać się w środku nocy, lecieć gdzieś do opuszczonej fabryki, ryzykować życiem... Teraz mamy syna. – Sherlock tylko kiwnął głową, jakby ta myśl ani odrobinę go nie szokowała, więc John kontynuował: - Obaj jesteśmy za niego odpowiedzialni. Nie pozwolę, żeby mu się cokolwiek stało!

Sherlock znów przytaknął. Nie zamierzał się spierać, więc John ciągnął już spokojniej:

- Po pierwsze, obiecaj mi, że nigdy nie weźmiesz Hamisha na miejsce przestępstwa, i nigdy nie będziesz go wykorzystywał w śledztwach – ani jako pomocnika, ani jako przynętę.

- Za kogo ty mnie uważasz?! – obraził się detektyw, ale John był nieugięty.

- Obiecaj!

- Obiecuję, obiecuję. Daję słowo Holmesa.

- Tak już lepiej. A teraz obiecaj, że nie będziesz ryzykować bardziej, niż to konieczne, nie będziesz się uganiał za mordercami w pojedynkę, nie będziesz drażnić maniaków, nurkować w basenie z krokodylami i tak dalej.

Sherlock już otworzył usta, by zaprotestować, kiedy John powiedział cicho:

- Jesteś nam potrzebny, Sherlock. Mnie i Hamishowi. Jeśli znowu znikniesz, ja już nie dam rady. Po prostu nie dam rady.

I Sherlock znów był zmuszony przysięgać na honor Holmesa.

Prawie tak samo mocno, jak wciągnięcia Hamisha w śledztwa, John bał się odstawienia na boczny tor. Praca zabierała mu sporo czasu, a wolne wieczory chciał poświęcać synowi, a nie przestępcom. A zarazem wszystko w nim tęskniło za szybkością, ryzykiem, polowaniem... Za życiem, którym Sherlock wypełniał go po czubek głowy. I jakimś cudem to się udawało pogodzić. Nie zawsze, naturalnie, ale czasami, kiedy Hamisha gościł u siebie Mycroft albo Molly – obaj z Sherlockiem mogli się puścić tropem. Detektyw odtworzył swoją stronę w sieci. Teraz jego nazwisko było związane ze skandalem, już prawie zapomnianym ale jednak swego czasu głośnym, dochodziło do tego tajemnicze powstanie z martwych, co budziło w ludziach ciekawość. Przez salon na Baker Street przewijał się korowód klientów. Sherlock otwarcie rozkoszował się pracą. Jego umysł stał się jakby ostrzejszy, zmysł obserwacji jeszcze bardziej przenikliwy, a szybkość jego logicznych wywodów była wręcz porażająca. Bywało, że Sherlock wymieniał nazwisko przestępcy, zanim jeszcze klient zdążył się dobrze przywitać. John uważał, że to po prostu wstrząsająco wspaniałe.

Pewnego razu nastąpiła naprawdę ciężka sytuacja. Seryjny morderca, cztery ofiary i list z groźbą, że tej nocy umrze piąta. List został dostarczony do Yardu około północy, a pół godziny później pod domem na Baker Street zatrzymał się samochód z błyskającym sygnalizatorem. Niebieskie alarmowe światło wdzierało się przez okna do salonu, w którym John i Sherlock zastygli naprzeciw siebie. Hamish przylgnął nosem do szyby, patrząc na spieszącego do drzwi policjanta.

Sherlock nie ruszał się z miejsca, tylko patrzył na Johna i ten nagle zrozumiał: jeśli powie „nie", Sherlock nigdzie nie pójdzie i pozwoli zginąć piątej ofierze psychopaty. I nigdy mu tego nie wypomni. Sherlock czekał na decyzję Johna, a ten ją podjął. Rzucił zbawcze:

- Pani Hudson!

Zakotłowali się w pokoju. Pistolet, szalik, płaszcz, gdzie mój telefon, John? Ładuje się, nie widzisz? Szybciej, Lestrade już czeka, szybciej, szybciej, co za noc, za cudowna noc! Nad głową Hamisha wymienili się spojrzeniami i absolutnie jednakowymi uśmiechami.

- No dalej, John, pomóż mi! – John otworzył oczy i poczuł, że ktoś ciągnie go za rękę. Molly próbowała ułożyć go na kanapie, a John w żaden sposób nie mógł przestać się szczerzyć w uśmiechu.

- Mmmm, dzięęęęki, Molly, jesteś taka fajna...

- Tak, jestem fajna, a ty pijany. – Molly westchnęła i okryła Johna pledem. – Nie będę ci zdejmować skarpetek, dobrze?

- Dobrze – zgodził się John miłosiernie, zamykając oczy i zapadając w mocny, głęboki sen.

xxx

Drzwi się zatrzasnęły. Hamish westchnął, zwijając się w kłębuszek na fotelu. To był fotel Johna, ale skąd Sherlock miałby to wiedzieć? Co on w ogóle rozumie? „Za wolno chodzisz". Hamish chciał tylko pomóc. I pomoże. Sherlock przekona się, że jest z niego pożytek.

Jaki jest pożytek z Sherlocka, Hamish na razie jeszcze nie zdecydował. Jedno mógł powiedzieć na pewno: od czasu pojawienia Sherlocka ani razu się nie nudził. Czy to nie superowo fajnie mieć w domu prawdziwego ożywionego trupa? To prawie jak zombi. A nawet jeszcze fajniej. Bo zombi nie mają pistoletów (rozrywają ludzi gołymi rękami) i genialnego mózgu (oni jedzą cudze mózgi, co znaczy, że mają w organizmie poważny deficyt szarych komórek) i jeszcze oczywiście zombi nie bywają homoseksualistami. To by było zbyt nieprawdopodobne. A Sherlock i John zapewne nie mieliby nic przeciwko wymianie płynów ustrojowych. Hamish teoretycznie znał znaczenie tego wyrażenia, ale przed oczami uparcie stawał mu John w piżamie, trzymający szklankę z jakimś płynem, i Sherlock w szlafroku z taką samą szklanką. Przeplatali się rękami i pili „bruderszaft" a potem rozchodzili w przeciwne strony.

Hamish rozejrzał się po pustym salonie. Nuda. Poszukać, gdzie Sherlock chowa swój pistolet i spróbować strzelać w buźkę na ścianie? Dokończyć za Sherlocka eksperyment w kuchni? Kwas i środek wybuchowy. Nuda. Zejść na dno przeklętej studni? Hmmm, następnym razem. Nuda. Nuda. Gdzie jest John?

O, właśnie! Hamish podskoczył na fotelu. Znajdzie Johna. Szybciej niż Sherlock. Sherlock normalnie osłupieje! I weźmie Hamisha na swojego Głównego Pomocnika. A potem obaj załatwią sprawę studni.

Hamish zajaśniał w uśmiechu. To był oślepiający, przecudowny uśmiech, który stopiłby każde serce i szkoda, że nikt go nie widział. Najwyżej Mycroft za pomocą swojego Oka.

xxx

Wszystko poszło nie tak. Nie tak, niepoprawnie, błędnie. Noc okazała się istnym koszmarem; Sherlock zamierzał ustalić trasę Johna, lecz do Scotland Yardu nie dojechał. W metrze naprzeciwko niego siedział aferzysta giełdowy. Jego nadgarstki, oprawka okularów, jego dyplomatka - wszystko było zbyt ewidentne i zbyt ponętne. Co taki człowiek robił w metrze? To było wyzwanie, zbyt duży uśmiech losu, by go przepuścić. Sherlock zajął się tym i do północy już miał dowody finansowych machinacji, które doprowadziły do bankructwa dwie kompanie partnerskie. Nuda. Nawet nie zadał sobie trudu, by zawiadomić o tym Lestrade'a: ludzie okradają się każdego dnia, próbować przeszkodzić temu – to jak dmuchać pod wiatr. Cóż za okropne poetyckie porównanie? Wpływ Johna, nie inaczej.

Kiedy Sherlock wspomniał o Johnie, było już za późno. Wzdrygnął się. Raptem zauważył, że cały czas pada deszcz, a on nie ma parasola. Wrócił do mieszkania – tylko po to, by natychmiast stamtąd wyskoczyć i rzucić się na poszukiwanie Hamisha.

Ten mały idiota uznał, że nocny spacerek to świetny pomysł. Owszem, doskonały, najlepszy na liście „Jak doprowadzić Sherlocka Holmesa do szału". Oczywiście, nie była to żadna katastrofa. Sherlock w jego wieku sam nierzadko uciekał z domu. Ale Sherlock to nienajlepszy wzór życiowy, prawda? Wątpił, by John chciał wychować drugiego socjopatę i narkomana.

John.

To było chyba najgorsze w całej tej głupiej sytuacji. John się dowie, John będzie wściekły, John mu nigdy nie wybaczy. Powiedział to całkowicie wyraźnie: Hamish powinien być bezpieczny. Podstawowa reguła. Na liście Reguł Johna ta stała na pierwszym miejscu i migała drażniącym czerwonym światłem.

Sherlock nie wątpił, że prędko znajdzie Hamisha. Naturalnie wiedział, co ten dzieciak sobie wymyślił: wybrał się na poszukiwanie Johna, którego telefon nadal głosił beznamiętnie: „Abonent czasowo niedostępny".

(Źle, błędnie. John jest niedostępny nieustannie, nawet jeśli się wydaje, że jest odwrotnie. John odsunął się, kiedy Sherlock raz spróbował go wziąć za rękę i to był całkowicie jasny sygnał permanentnej niedostępności). Sherlock stworzył w myśli potrójną strukturę. Pierwsza warstwa: dokąd mógł pójść Hamish. Druga warstwa: dokąd mógł pójść John. Trzecia warstwa: dokąd mógł iść John w mniemaniu Hamisha. Matrycę tras Sherlock nałożył na wyobrażoną mapę Londynu, a potem ruszył szybkim krokiem po mokrych nocnych ulicach. Deszcz nadal padał, co było skrajnie fatalne: przeziębienie Hamisha posłuży jako poszlaka, nawet jeśli uda się skryć ten incydent przed Johnem.

Uda się? Trzeba nacisnąć Hamisha, zmusić do milczenia, przecież to jego wina. Miał zostać w domu. Sherlock kazał mu zostać w domu! On zrobił wszystko jak należy, skąd miał wiedzieć, że Hamish... Bzdura. Oczywiście, że wiedział. Powinien wiedzieć. Domyślił by się, gdyby nie był tak zbrodniczo niespostrzegawczy.

Wiadomo, czyja to wina. Johna! Dlaczego wyłączył telefon? Przepadł gdzieś na noc? Gdyby nie jego dziwne zachowanie, Sherlock nigdy by się nie dopuścił takiego głupiego błędu.

Zagmatwane ulice były ciemne i złowrogie, obok przejeżdżały samochody, oblewając Sherlocka bryzgami z głębokich kałuż. Przemarzł i czuł się niestabilny emocjonalnie. Wewnątrz niego wszystko drżało; tak jak to bywało w dzieciństwie, kiedy zrobił coś bardzo złego i spodziewał się kary. Najgorszą karą dla niego będzie, jeżeli John powie: „Jestem rozczarowany". Ojciec tak powiedział pewnego razu, tylko jeden raz, lecz to wystarczyło.

John nie powinien się dowiedzieć. I nie dowie się, o ile tylko nie wrócił i nie zastał pustego mieszkania. W każdym innym wypadku sekret da się zachować. Na szczęście Hamish nie jest skarżypytą. Wiarygodna informacja, sprawdzona drogą doświadczalną.

Kilka dni temu Sherlock czyścił w kuchni probówki, a chłopak gadał o jakiejś głupiej drużynie „Łowców Duchów" i że Sherlock będzie tam zastępcą dowódcy – czyli Hamisha, naturalnie.

- Duchów nie ma, wiesz chyba o tym? – uściślił Sherlock na wszelki wypadek, zdegustowany lukami w wykształceniu swojej młodej kopii. Hamish tylko przewrócił oczami: to mogło oznaczać zarówno zgodę, jak i zlekceważenie faktu. Sherlock poczuł rozdrażnienie, że nie może zinterpretować tej miny i też przewrócił oczami.

- Oczywiście będziemy musieli pracować w lesie, wchodzić do zrujnowanych domów i nawet bywać na cmentarzach, ale ja będę wam z Johnem wypłacać dodatek za szkodliwe warunki pracy.

- Stokrotne dzięki, mam dość cmentarzy – odparł Sherlock z roztargnieniem. – Chociaż... jeśli się rozkopie grób, można uzyskać dużo ważnych informacji. Był taki znany uczony, Leonardo da Vinci. Uważano go za czarownika tylko dlatego, że używał do badań zwłok! To było w średniowieczu, ale nawet teraz ludzkość niezbyt się rozwinęła w tej kwestii. Za rozkopanie grobu grozi grzywna i to niemała. – Sherlock wiedział o czym mówi. Starannie wytarł probówki i włożył je do chlebaka. A propos chleba, można by zrobić kanapki. John marudził, że Sherlock w ogóle nie pomaga w domu. Łatwiej rzucić kawałek sera na chleb, niż wysłuchiwać utyskiwania.

- Wydaje mi się, że martwi ludzie nie są za bardzo interesujący. Po prostu leżą. Żywe trupy to co innego. Albo zjawy, albo zwierzołaki...

- Powtarzam ci, że duchów nie ma. Tak samo jak wilkołaków. A już na pewno nie napotkałem żadnego ożywionego trupa. – Sherlock był urażony do głębi. „Martwi ludzie nie są interesujący"? Serio?! Czy w ogóle w tym dziecku jest jakieś jego DNA?! – Nawet sobie nie wyobrażasz, jakich wstrząsających odkryć można dokonać, zwyczajnie badając komórki skóry pobrane spod paznokci! – Sherlock wyciągnął z lodówki ser i uschniętą rękę. – Nawiasem mówiąc, to całkiem ciekawy egzemplarz. Dość stara, niewątpliwie zmumifikowana...

- To czarodziejska ręka! – przerwał Hamish, z niepokojem obserwujący jak Sherlock bada suchą dłoń. – Ona spełnia życzenia.

- Naprawdę? – spytał Sherlock drwiąco. Czuł się dotknięty. Czy naprawdę jego sobowtór musiał być taki głupi? – I co, są na to jakieś naukowe dowody?

- No bo... – Hamish patrzył spode łba, marszcząc brwi. Ta obrażona mina sprawiała, że wyglądał jeszcze zabawniej. Sherlock uśmiechnął się przekornie, a Hamish bardziej spochmurniał. – To moja ręka. Oddaj.

- W istocie jest to ręka jakiegoś nieboraka, który zmarł co najmniej pięćdziesiąt lat temu.

- Ta ręka należy do mnie – oznajmił Hamish dobitnie, zeskakując z krzesła. – Zdobyłem ją drogą uczciwej wymiany i domagam się natychmiastowego zwrotu na miejsce.

„Jeszcze chwila i wezwie swojego adwokata" – pomyślał Sherlock.

- Nie zepsuję jej, tylko trochę obejrzę. Będziesz mógł się dalej nią bawić.

- To moja ręka! – wrzasnął Hamish i próbował złapać nieszczęsną kończynę, lecz Sherlock natychmiast podniósł ją wyżej, by chłopiec jej nie dosięgnął. – Jest moja! Nie masz prawa jej brać! Mam jeszcze cztery życzenia!

Śmiesznie sapał i kręcił się dokoła Sherlocka, próbując odzyskać swoją własność. Sherlock raptem poczuł się jak starszy brat, drażniący młodszego. Dawno temu Mycroft też stosował identyczną sztuczkę, więc Sherlock musiał rosnąć w przyspieszonym tempie, żeby unikać takich poniżających sytuacji. Ale nawet teraz Mycroft był od niego wyższy o parę cali i to było denerwujące. Jeszcze bardziej denerwujące było to, że Sherlock w żaden sposób nie mógł się opędzić od myśli o Mycrofcie, jakby teraz kiedy myślenie o bracie było zabronione, jego mózg złośliwie podsuwał wspomnienia i asocjacje.

„Mózg nie może być złośliwy, to jedynie zbiór komórek nerwowych i synaps" – upomniał się Sherlock surowo, kolejny raz lekko opuszczając rękę, żeby podrażnić wściekłego Hamisha.

- Co się tu dzieje? – Do kuchni wszedł John.

- Nic – odparł Sherlock szybko, włożył rękę do lodówki i zamknął drzwiczki. – Kanapki robimy.

John przeszył go wzrokiem, od tego spojrzenia zrobiło się nieprzyjemnie. Potem odwrócił się do syna.

- Hamish...?

- Nic – mruknął chłopak. - Kanapki robimy.

I usiedli do posiłku.

Prawdopodobna marszruta dobiegła kresu i Sherlock postanowił spenetrować sąsiednie ulice. Naturalnie jego wnioski były prawidłowe, ale Hamisha coś lub ktoś mógł skłonić do zmiany trasy. Mało to podejrzanych indywiduów czai się w nocnych cieniach? Kto jak kto, ale Sherlock dobrze to wiedział. Skręcił w bramę, zastanawiając się, czy nie zacząć głośno wołać Hamisha. Włączyć do sprawy Lestrade'a? Wówczas John już na pewno się dowie. A jeśli Hamishowi stało się coś złego? Może jeszcze nie jest za późno go ratować?

Ostatecznie może błagać na kolanach, żeby inspektor niczego nie mówił Johnowi. Na pewno to zrobi na nim niemałe wrażenie.

Sherlock wyciągnął z kieszeni komórkę, a wówczas ekranik zabłysnął niebieskim światłem.

„Jedna nowa wiadomość. Nadawca: MH".

„Otworzyć".

Wróć do domu".

Sherlock z ulgą zamknął oczy. Ileż razy wcześniej, jeszcze w poprzednim życiu, otrzymywał identyczne wiadomości od brata? Ten wzywał go do domu, kiedy Sherlock mieszkał w obrzydliwych wynajmowanych lokalach, a Mycroft wracał z kolejnej zagranicznej podróży i obsypywał matkę drogimi prezentami. Przysyłał to błaganie, kiedy Sherlock miotał się na przepoconej pościeli w klinice rehabilitacyjnej, a jego telefon był zamknięty na trzy spusty w górnej szufladzie biurka lekarza prowadzącego. Tradycyjny sms na Boże Narodzenie, z wyjątkiem tego roku, kiedy pojawił się John i wynajęte mieszkanie stało się prawdziwym domem. Nawet Mycroft to rozumiał i nie dokuczał Sherlockowi swoimi głupimi tradycjami.

Przysłał dokładnie taką samą wiadomość półtora roku wcześniej. Sherlock nie mógł zrozumieć, co skłoniło Mycrofta do takiego sentymentalnego, irracjonalnego postępku. Nie mógł wówczas odpowiedzieć i nie odpowiedział.

A teraz po raz pierwszy Sherlock zamierzał zrobić to, o co prosił jego starszy brat.

Złapał taksówkę. Kierowca całą drogę mierzył go ponurym wzrokiem poprzez wsteczne lusterko. Przyczyna: mokre siedzenie – przyczyna: mokry płaszcz – przyczyna: niekończąca się ulewa.

Sherlock bezgłośnie wbiegł po schodach. Pani Hudson pewnie już spała, tym lepiej. W salonie lampa z niebieskim abażurem roztaczała mdłe światło. Sherlock znalazł ją na progu domu kilka dni temu. Bezdomni przynosili różne rzeczy, podarunki... Sygnały: „My też zawsze wierzyliśmy w Sherlocka Holmesa". To było pochlebne, choć prezenty były w większości nudne. Tylko raz ktoś przyniósł skalp, ale pani Hudson znalazła go pierwsza, doznała szoku i Sherlock nie miał już możliwości, by przemycić go do swojego pokoju (byłego pokoju Johna).

Mycroft siedział na kanapie. Hamish spał, złożywszy głowę na jego kolanach. Miał na sobie piżamę, a Mycroft zdjął marynarkę (idylla). Na stoliku stały dwa kubki. Brązowe obwódki: pili kakao. Poić dzieciaka kakao, kiedy jest wystraszony albo rozstrojony – co za banał.

Sherlock sam by nie odmówił kubka gorącego, gęstego kakao.

- Gdzie go znalazłeś? – Sherlock chciał się upewnić, że od samego początku dobrze wytyczył kierunek poszukiwań. Ale Mycroft jedynie popatrzył na niego ze zmęczeniem i położył palec na wargach. Sherlock przewrócił oczami. – Nigdy jeszcze nie udało ci się zamknąć mi ust, a wciąż podejmujesz próby! – oświadczył pełnym głosem. Hamish zamruczał sennie. Mycroft wziął go na ręce i ciężko podniósł się z kanapy. Sherlock musiał się odsunąć, by go przepuścić. – Nie zapomnij go otulić kołderką! – rzucił opryskliwie.

Rozejrzał się po pokoju. John nie wrócił. Ulga – i uraza.

Samotność.

„Przełącz się!" – rozkazał Sherlock sam sobie i natychmiast wypełnił polecenie. Skupił się na Mycrofcie. Znów wtrącił się w nie swoje sprawy! Oczywiście nadal obserwuje go przez te swoje kamerki, paranoik! Sherlock podszedł do krzesła, na którym wisiała droga szara marynarka. Zajrzał do kieszeni i wyciągnął z niej paczkę papierosów. Sądząc z marki, Mycroft podprowadził je inspektorowi. Czy okradzenie złodzieja liczy się jako kradzież? Moralne paradoksy, drugi rok na uniwersytecie, filozofia i socjologia. Najbardziej druzgocąco zawalony egzamin w życiu Sherlocka. Nie żeby go do tej pory martwiło.

Wyjął papierosa, włożył do ust. Miękki filtr ugina się pod naciskiem warg, jeśli wciągnąć powietrze poprzez papierosa, nawet niezapalonego, na języku czuje się wyraźny posmak nikotyny. Wydaje się, że już to wystarczy, by w mózgu wzrósł poziom endorfin i dopaminy – ciało pamięta. Jakże łatwo jest oszukać mózg, nawet najgenialniejszy!

Oczywiście nie będzie palił. John wyczuje zapach dymu i będzie nowy powód do niezadowolenia.

„Gratulacje, panie Holmes, oficjalnie zostałeś pantoflarzem" – pomyślał Sherlock z gorzkim uśmieszkiem. A potem spochmurniał. Nie, błąd: John nie nosi pantofli. Sztybleciarz?

Mycroft wrócił do salonu.

- Nie masz nic przeciwko? – odezwał się Sherlock, nie wypuszczając papierosa z ust. Brat przemknął po nim spojrzeniem, nie mówiąc ani słowa, jakby rzeczywiście było mu obojętne czy Sherlock pali czy nie. Podszedł bliżej. (Sherlock wstrzymał oddech, oczekując... czegoś. Czegoś ważnego i strasznego.) Wziął swoją marynarkę. (Miękka szara tkanina zgniotła się w ręku Sherlocka.) Bez pośpiechu się ubrał i poszedł ku drzwiom.

- Mycroft. – Sherlock odezwał się, nim zdążył się powstrzymać. Papieros upadł na dywan. Mycroft zamarł, a potem się odwrócił. Sherlock wsunął rękę do kieszeni (powoli: palce źle się zginają - przyczyna: zimno – prawdopodobna przyczyna: emocjonalna niestabilność), wyjął telefon i pomachał nim. – Przecież wróciłem. Wróciłem, tak jak prosiłeś.

Przez kilka sekund Mycroft patrzył na Sherlocka. Potem wzruszył ramionami, odwrócił się i odszedł. Sherlock widział przez okno, jak przekraczał pustą ulicę, kierując się w stronę zaparkowanego przy krawężniku czarnego samochodu. Mycroft nie otwierał parasola, chociaż nadal padało. Oparł się o mokre auto, jakby był ranny lub śmiertelnie zmęczony (przyczyna: emocjonalna niestabilność?). Jednak już po chwili wsiadł do samochodu, który szybko odjechał.