2. Duch, nie duch?
Luneth wychynął z lasu i ujrzał pierwsze zabudowania Kazus, luźno rozrzucone po obu stronach drogi. Im bliżej centralnej części, tym domy stały w coraz ciaśniejszym szyku, jeden przy drugim. Luneth bywał tu wielokrotnie, droga z rodzinnego Ur nie była daleka. Sam lubił ją sobie jeszcze skracać przez las, podczas gdy prawie wszyscy jego krajanie skrzętnie omijali puszczę i wędrowali jej skrajem. Miał nadzieję, że biegnąc skrótem, nadrobił czas, o który wyprzedzał go Arc, zapewne idąc do Kazus standardową trasą. I rzeczywiście, już za pierwszym zakrętem zobaczył znajomą postać. Arc stał na poboczu i obserwował miasteczko. Niepewnie przestępował z nogi na nogę, zapewne zastanawiając się, czy iść dalej, czy zawrócić. Twarz Lunetha rozjaśniła się z radości na jego widok. Podszedł i położył mu dłoń na ramieniu, nie spodziewając się gwałtownej reakcji, która nastąpiła.
- Achh! - zaskoczony szatyn aż się zachłysnął.
Upadł na kolana, skulił się i objął głowę rękami, czekając na nieuchronny cios.
- P-proszę, n-nie rób mi krzywdy...
- To ja, Luneth! - "napastnik" pospiesznie uspokajał przerażonego kumpla. - Nie bój się, Arkie.
Usłyszawszy serdeczny głos przyjaciela, ciemnowłosy chłopiec wstał i odetchnął z ulgą.
- W ogóle nie słyszałem, jak nadchodzisz. Myślałem, że to któryś z tych... duchów mnie zaskoczył - wyznał, okropnie speszony.
- Co tu robisz? Czemu uciekłeś z Ur? - Luneth rozłożył ręce pytającym gestem.
- Bo widzisz... Ja chciałem... chciałem udowodnić, że nie jestem tchórzem. Dotarłem tutaj sam, bez niczyjej pomocy. Ale dalej... - Arc spuścił wzrok. - ...po prostu nie mogłem...
- Już dobrze - Luneth przesunął dłoń po jego włosach pocieszającym gestem. - Nie martw się tym. Odprowadzę cię z powrotem do Ur, dobra?
- Luneth, pozwól mi iść z tobą - poprosił żarliwie Arc.
Srebrnowłosy chłopak rozważał zaskakującą prośbę. Milczał chwilę, nie wiedząc, jak postąpić. Czuł, że powinien odeskortować przyjaciela do domu, upewnić się, że jest bezpieczny i dopiero wtedy kontynuować podróż.
- Na pewno tego chcesz? Wiem, że od dawna chciałem cię wyciągnąć w teren, ale to nie tym razem. Mam do zrobienia coś ważnego i niebezpiecznego. Wybieram się teraz do Kazus, ale na nim się nie skończy. Nie wiem, dokąd będę musiał się powlec ani kiedy wrócę do domu. To nie będzie piknik na łące. Będą potwory, trzeba będzie walczyć. A ciebie nigdy nie ciągnęło na żadne wyprawy - położył dłonie na ramionach przyjaciela i spojrzał mu głęboko w oczy. - Więc zastanów się dobrze, czy chcesz się w to pakować. Jesteś całkowicie pewien, że chcesz iść ze mną?
- Tak, jestem pewien - Arc był przekonany, że podjął właściwą decyzję. - To zabierzesz mnie ze sobą? Proszę cię, Lun... Proszę...
- Jasne, kumplu! - Luneth wyściskał go z radością. - Jak mówiłem, zawsze chciałem pokazać ci tyle miejsc. A kto wie, może obejrzymy razem jakieś nowe? No to w drogę!
- W drogę - Arc ruszył za nieustraszonym przyjacielem w kierunku nawiedzonego miasteczka.
Kazus było jak wymarłe, ani śladu żywej duszy. Sklepy były pozamykane, miały zasunięte okiennice, a drzwi pozatrzaskiwane. Jedynymi ruchomymi obiektami były z rzadka przelatujące z wiatrem śmieci albo obluzowany szyld, kiwający się nad wejściem.
- Chodźmy do gospody, może tam się czegoś dowiemy - zaproponował zafrasowany Luneth.
W środku natknęli się na dziwnie wyglądającą postać. Jej czy też jego sylwetka była zamglona i półprzejrzysta. Wyglądała jak cień albo pasma mgły uformowane w niewyraźny, falujący kształt. Zaciekawiony Luneth podszedł bliżej, a Arc przysunął się do niego, niepewnie popatrując na zjawę. Z trudem powstrzymał chęć złapania przyjaciela za rękę. Przecież przyszedł tu, żeby sobie coś udowodnić. Nie może wiecznie korzystać ze wsparcia Lunetha. Zebrał się w sobie i spojrzał z determinacją na "ducha".
- Cześć i czołem! Jestem Cid z Canaan - powitał ich wesoło duch. - Cid Haze.
Widać niedomaganie w kwestii wizualnej nie kolidowało z darem wymowy.
- Powiedziałem "Canaan", a w tej dziurze to siedzę od czasu, gdy mój statek utknął koło Doliny Nelv - wyjaśnił Cid. - Nie idzie się stamtąd wydostać, bo jakaś wielka skała blokuje przejście - ciągnął, nie dając chłopcom dojść do głosu. - Chyba rymnęła po tym trzęsieniu ziemi. Na domiar złego, miałem cholernego pecha i jak widzicie, oberwałem klątwą, razem z lokalsami. Ni w tą, ni w drugą. To się nazywa wdepnąć w gówno! - wybuchnął rubasznym śmiechem.
Arc słuchał go uważnie, zapomniawszy o początkowej obawie. Kiedy usłyszał o klątwie, nachylił się do kolegi i wyszeptał mu do ucha z przejęciem:
- Luneth, powinniśmy im pomóc. Zróbmy coś.
Cid zauważył szansę na wykaraskanie się z nieciekawej sytuacji.
- A co wy na to, jakbym wam pożyczył mój latający statek, co? - spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego nastolatka. - Słyszałem, że klątwę można zdjąć mithrilowym pierścieniem. Niestety, psia mać, tutejszy kowal Takka, który mógłby wykuć taki pierścień, sam jest duchem - podrapał się z zakłopotaniem po przezroczystej głowie. - Więc nic nie zrobi. Jego córka, która uczy się na kowala, znikła gdzieś, no i tym sposobem jesteśmy udupieni na cacy. To jak, chłopaki? Pomoglibyście nam?
Arc spojrzał na przyjaciela, czekając na jego decyzję. Luneth kiwnął głową na zgodę.
- Dobra. Zobaczymy, co da się zrobić.
- Świetnie - ucieszył się Cid. - Statek jest na pustyni, na zachód od Kazus. Traficie tam?
- Spoko, psze pana - Luneth machnął lekceważąco dłonią. - Nie ma takiego miejsca, do którego bym nie trafił.
- A więc jeszcze raz dzięki i powodzenia. Oby wam się udało, chłopaki - pożegnał ich duch. - Liczę na was.
Na zewnątrz paru tubylców snuło się bez życia tu i tam. Luneth próbował zagadnąć jednego z nich, ale ten nie był zbyt pomocny. W ogóle nie słuchał, co się do niego mówi. Nieustannie biadolił, że w tej postaci nie jest w stanie nic zrobić. Nawet utopić się nie może, bo jest nieśmiertelny.
"To ci problem", pomyślał kąśliwie Luneth.
- Arc, chodźmy do kowala. Może on nam coś powie o klątwie albo o pierścieniu.
Wizyta okazała się rozczarowująca. Zniecierpliwiony Takka nie wniósł niczego nowego, poza narzekaniem i lamentami nad zaginięciem córki. Chłopcy zostawili go samego, ale Luneth nie poddawał się tak łatwo. Znalazł jakiegoś rozmowniejszego "ducha", wyciągnął z niego trochę informacji, potem odrobinę z drugiego i wreszcie sytuacja zaczęła się klarować.
- Czyli trzęsienie ziemi zwaliło skałę na Nelv i uwolniło demona, tego jakiegoś Dżinna. Wyleciał z jaskini i puścił na Kazus klątwę.
- Tu jest rejon występowania złóż mithrilu, a klątwę zdejmuje właśnie ten metal. Dlatego pewnie Dżinn przeklął miasto.
- Cwaniak, pozbył się zagrożenia.
- Albo zemścił się za to, że mieszkańcy wygnali go do Zapieczętowanej Jaskini.
- Wygląda na to, że musimy go odwiedzić. I ciekawi mnie, co z tą kowalową córką. Facet w gospodzie mówił, że miała dość harówy w kuźni i zwiała. Powinniśmy jej poszukać. Sami przecież nie wykujemy pierścienia.
- To dokąd teraz?
- Najpierw znajdźmy statek, a potem pomyślimy co dalej. Idziemy, Arkie. Nic tu już po nas.
Arc poczuł się swobodniej dopiero po opuszczeniu Kazus. Widok jego nieszczęsnych mieszkańców jednocześnie zasmucał go i niepokoił. Z całego serca pragnął im pomóc, ale nie był pewny, czy się na to zdobędzie. Zerknął na swego serdecznego druha, który szedł obok i przeczesywał wzrokiem przydrożne krzewy w poszukiwaniu zagrożenia. Od razu poczuł się pewniej i bezpieczniej. Odwaga Lunetha dodawała mu otuchy. Sam być może nie poważyłby się na dalszą podróż, w końcu to był pierwszy raz, gdy wypuścił się tak daleko. Ale wędrówka u boku bitnego przyjaciela - to całkiem co innego.
- No co tam? Nie nudzisz się? Chciałbyś wreszcie spotkać jakiegoś potwora, co? - Luneth zauważył, że Arc mu się przygląda, więc wesoło puścił do niego oko.
- N-nie wiem... nigdy nie widziałem żadnego ...na żywo - zająknął się Arc, świadom, iż jedyny kontakt, który do tej pory miał z potworem, to... Lunethowy prezent w postaci suszonych uszu goblina. Ale to się chyba nie liczy?
- To niedługo będziesz miał okazję. Tylko patrzeć, jak coś wyskoczy z krzaków. Sęk w tym, żeby ten żywy potwór przestał taki być - zaśmiał się młody pogromca bestii.
Gdy przebyli małą dolinkę i zbliżyli się do wylotu groty w skalistym zboczu, usłyszeli skrzeki. Po plecach Arca przebiegły ciarki.
- L-Luneth, słyszałeś? Co t-to było?
- To tylko goblin. A raczej dwa, jak sądzę. Gobliny to cieniasy, ale na wszelki wypadek stań za mną, żeby cię nie drapnęły. Zaraz wylezą, już je czuć. Strasznie śmierdzą.
Arc też poczuł okropny fetor, a po chwili ujrzał istoty, które były jego źródłem. Dokładnie takie, jak na obrazku w książce - tyle, że okropniejsze, cuchnące, no i niepokojąco żywe. Pierwszy, który wylazł z pieczary, zaskrzeczał głośno, wołając towarzysza. Małe, smoliście czarne oczka błysnęły złowrogo, gdy potwór ruszył w kierunku chłopców. Luneth wyciągnął miecz i zasłonił sobą bezbronnego kumpla.
- Cofnij się, Arc - nakazał mu krótko, cały czas obserwując zbliżającego się goblina. - Za tą skałę.
Szatyn posłuchał bez wahania. Serce biło mu mocno i choć widok szkaradnej istoty napełniał go lękiem, nie potrafił odwrócić wzroku. Przycisnął się do szorstkiej skały i nerwowo zacisnął dłonie na wystającym kamieniu. Choć Luneth zaszlachtował już wiele takich monstrów, Arc czuł niepokój. Przyjaciel bardzo szybko rozwiał jego obawy. Zanim goblin zdołał zaatakować, Luneth błyskawicznym ruchem obciął mu głowę. Arc zacisnął powieki, nie mogąc znieść tak szokującego widoku, ale szybko wziął się w garść i otwarł oczy. Akurat w porę, by zobaczyć, jak Luneth przyszpila drugie straszydło do drzewa. Gdy wyszarpnął miecz z goblina i wziąwszy zgrabny, szeroki zamach, także i tego pozbawił łba, Arc poczuł mdłości. Czuł się fatalnie, jakby zawiódł Lunetha. Sam go prosił, żeby zabrał go ze sobą, a teraz co? Pierwsza walka z potworami, a on nie potrafi zapanować nad własnym żołądkiem.
- Nic ci nie jest? - zaniepokojony Luneth spojrzał na kumpla, który opierał się o białą, wapienną skałę i miał właśnie taki kolor twarzy.
- N-nie, nic - zapewnił słabo Arc.
Chwiejnie zbliżył się do miejsca potyczki. Widok Lunetha, obojętnie strząsającego z miecza krwawo-szare strzępy i wycierającego ostrze w goblinowe łachmany nie tylko nie pomógł mu w opanowaniu się, ale zadziałał dokładnie na odwrót. Arc zawrócił do skały i pochylił się przy niej, czując, jak ciałem wstrząsają mu torsje.
- O rany, Luneth, tak mi głupio - zdołał opanować się na tyle, by ze wstydem wykrztusić kilka słów. - Przepraszam, ale nie mogłem wytrzymać, jak zobaczyłem ten obcięty łeb i resztę.
- Nie przejmuj się. To normalne, że na początku ma się chęć sheftać. Ja sam też tak miałem.
- Na pewno tylko mnie tak pocieszasz - załamany Arc nie śmiał spojrzeć mu w oczy.
- Serio gadam. Żebyś widział, jak mnie wzięło! Kiedy zarżnąłem swojego pierwszego goblina, rzygałem dalej niż widziałem - zarechotał Luneth. - Z czasem przyzwyczaisz się jak ja.
- Sam nie wiem - wątpił Arc, znacznie jednak podniesiony na duchu jego wyznaniami. Nie czuł się już takim nieudacznikiem. - Jesteś dzielny i dla ciebie taki potwór to nic wielkiego. Ale dla mnie-
- Przekonasz się, że mam rację. Jesteś odważniejszy, niż ci się zdaje. Tylko musisz w siebie uwierzyć. Głowa do góry, Arc - Luneth żartobliwie ujął go za podbródek. - Nie martw się tym niepotrzebnie. Nic na siłę.
- Dobrze, Lun...
- A to... to tylko potwory - szturchnął butem leżące truchło. - One nie są jak normalne żywe istoty, jak zwierzęta czy coś. To groźne szkodniki, które trza tępić. Plugastwo. Wiem, że te flaki nie wyglądają zbyt miło, no ale co ci poradzę. A teraz zabierajmy się stąd, zanim przylezą kolejne śmierdziuchy. Chyba że chcesz sobie pooglądać więcej flaków?
- Nie, nie chcę - Arc błyskawicznie był gotów do dalszej drogi, byle tylko Luneth nie zmienił zdania.
- To się zwijamy. Dziś już nie dojdziemy na pustynię, jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Za godzinę zajdzie słońce i będziemy musieli zatrzymać się na nocleg. Nigdy nie spałeś na dworze, co nie?
- Nie, nie spałem.
- To będziesz miał okazję się przekonać, jak to jest. Wyleciałeś z Ur jak do pożaru - zażartował Luneth - i nie wziąłeś ze sobą niczego, więc będzie nam musiało wystarczyć to, co ja mam. Ale damy sobie radę.
Zgodnie z zapowiedzią, gdy słońce zaczęło znikać za horyzontem, Luneth zarządził postój.
- Tu nam będzie wygodnie - uznał, rozglądając się po zacisznej kotlince.
Niedaleko przepływał strumyk, a słabo zalesione zbocza zapewniały względne bezpieczeństwo. Żaden potwór nie mógł podkraść się niezauważony ani ukryć w gąszczach.
- Chodźmy nazbierać drewna na ognisko. Będzie nam potrzeba dość dużo, bo na całą noc. Idziesz ze mną - zarządził Luneth. - Na razie nie masz broni, ale może coś znajdziemy po drodze. Niestety, nie mam kasy na nic - przyznał z zakłopotaniem. - Ale w Kazus i tak nic nie dało się shandlować od tych duchów. Więc dopóki się w coś nie uzbroisz, masz się ode mnie absolutnie nigdzie nie oddalać i nie włazić w żadne podejrzane miejsca. Chcę cały czas mieć cię w zasięgu wzroku. Jak się pojawi potwór, to trzymaj się od niego z daleka. Stój za mną albo coś. I nie właź do wody, jeśli to jakieś większe jezioro. Uważaj, jak przechodzisz przez gęste krzaki, żeby nic cię nie zaskoczyło. Jak usłyszysz albo zobaczysz coś niepokojącego, to nie leć tego sprawdzać, tylko mi o tym powiedz. I masz mi natychmiast mówić, jeśli źle się poczujesz albo będziesz zmęczony. Rozumiesz wszystko? - zakończył długą litanię zakazów i nakazów.
- Tak. Mam się trzymać blisko ciebie i nie robić niczego głupiego - powtórzył karnie ciemnowłosy chłopiec.
Ani w głowie mu nie postało, by na własną rękę sprawdzać, co podejrzanie zaszeleściło po prawej czy lewej stronie ścieżki.
- Zgadza się. Tak naprawdę to będzie fajnie. Tylko trzeba uważać, co się robi, żeby nic dupy nie wygryzło. A teraz zasuwamy wreszcie po te patyki. Wiesz, które zbierać?
- Domyślam się, że suche, z liściastych drzew. Bukowe, dębowe, brzozowe...?
- Ano. Takie są najlepsze, bo się dobrze palą i nie strzelają iskrami. Nie sądziłem, że będziesz wiedział.
- Czytałem kiedyś o rodzajach drewna opałowego - przyznał Arc, podnosząc uschniętą gałąź. - Pamiętam jeszcze tabelkę z wartościami kalorycznymi poszczególnych gatunków. Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć, które najlepiej-
- Nie, nie trzeba! Wierzę ci na słowo - Luneth przeraził się perspektywą wykładu o drewnie opałowym. - To na pewno bardzo ciekawe, ale może innym razem.
- Dobrze - niezrażony szatyn wrócił do zbierania drew.
Określenie "las" było w tym wypadku nieadekwatne. Nawet zagajnik był słowem na wyrost. Karłowate drzewa rosły w rzadkich, oddalonych od siebie kępach - wyraźny wpływ pobliskiej pustyni. Wspomniane przez Arca gatunki drzew nie rosły w tym przedsionku piaszczystego pustkowia. Coś palnego jednak się znalazło, więc nazbierawszy po solidnej wiązce gałęzi, chłopcy wrócili nad strumień.
- A zapalić ognisko umiesz? Była gdzieś pod tą tabelką instrukcja, jak się to robi? - podśmiewał się przyjaźnie Luneth.
- Nie było - zamyślił się Arc. - Ale to chyba nic trudnego?
Rozweselony Luneth zlitował się nad nim już po dwóch bezowocnych próbach i pokazał mu, jak ułożyć i zapalić stos gałęzi. Prosta czynność okazała się jedną z tych, których nie można nauczyć się z książek.
Arc rozglądał się z obawą dookoła. Nadszedł wieczór i zapadły ciemności. Ale nie takie, jak w miasteczku. Tam zawsze były jakieś, choćby słabe czy odległe źródła światła. Blask lampy lub świeczki, otwarte na oścież drzwi do oświetlonej świątyni, latarnie... To wszystko odbijało się w szybach, gładkich powierzchniach i dawało poświatę, którą emanowało miasteczko jak każde większe ludzkie skupisko. Tutaj, w kompletnej głuszy było prawie smoliście czarno. Las rysujący się na tle nieba zdawał się być litą, nieprzeniknioną ścianą, groźną i straszną. Gdyby nie skromny blask ogniska, Arc nie widziałby nawet dłoni trzymanej przed własnymi oczami. Nigdy nie bał się ciemności bardziej niż rówieśnicy, ale teraz doświadczył atawistycznego lęku. Tutejsza ciemność była nieoswojona i wypełniona nieznanymi odgłosami - szuraniem, skrzeczeniem, szelestem. Miał wrażenie, że coś się w niego wpatruje i za chwilę wypadnie z mroku i wbije mu kły w kark.
- Coś nie tak? - spostrzegawczy Luneth zauważył jego niepokój.
- Nie, wszystko d-dobrze, tylko... tu jest tak jakoś ciemno... - wyszeptał Arc.
- A, rzeczywiście. W Ur jest inaczej. Zapomniałem, że nie jesteś przyzwyczajony do takich ciemności. Ale poza miastem prawie zawsze tak jest. Chyba, że świeci księżyc, no ale to nie dziś.
- Słyszałeś? - Arc drgnął nerwowo, usłyszawszy w oddali jakieś wycie. - Co to?
- Wilk. Nie ma się czym przejmować. Nie podejdzie do ognia.
- A są... są tu po-potwory...?
- No są, włóczą się gobliny i różne latające świństwa. Tyle że raczej w dzień. Ale nic się nie bój. Jakby jakieś plugastwa się przyplątały, to je zatłukę. Nie pozwolę, żeby coś ci zrobiły - zapewnił chwacko Luneth. - Ze mną jesteś bezpieczny.
- Dzięki - Arc uśmiechnął się z wdzięcznością i na wszelki wypadek usiadł bliżej niego.
Harde słowa przyjaciela miały magiczną moc. Ciemność zszarzała, a niepokojące odgłosy stały się tym, czym w istocie były - szelestem liści i skrzypieniem konarów. Wizja potworów czających się w krzakach rozwiała się szybciej niż poranna mgła.
Luneth zabrał się do przetrząsania plecaka w poszukiwaniu czegoś nadającego się na kolację. Wyciągnął jedzenie i wręczył Arcowi, a sam zajął się drugą porcją. Po skończonym posiłku chłopcy wpatrywali się w milczeniu w trzaskający wesoło ogień. Arc nigdy wcześniej nie spędzał czasu w ten sposób. Doszedł do wniosku, że zaczyna mu się podobać ta wyprawa.
- Jak myślisz, znajdziemy ten statek? - zagadnął.
- Pewnie. Myślę, że koło południa powinniśmy być na miejscu. Kurde, latający statek, no... Zarąbiście będzie się nim przelecieć!
- I musimy znaleźć pierścień z mithrilu, żeby pomóc ludziom w Kazus - przypomniał z ożywieniem szatyn.
- Jasne, nie zapomniałem, po co to robimy - roześmiał się Luneth. - Arkie, to jesteś cały ty! Pomóc każdemu, kogo spotkasz. Jesteś taki dobry i życzliwy, że kiedyś dorobisz się własnego pomnika w Ur.
- Nie wygłupiaj się - Arc zarumienił się i popchnął niedopalony patyk do ognia. - Wiesz, wtedy nad jeziorem, kiedy mnie uratowałeś przed tymi...
- ...tchórzliwymi, śmierdzącymi, niech im najbrzydszy goblin po tej stronie gór wetknie w dupę kawał żelastwa, pokurczami, psia ich w mordę kopana i widłami szturchana mać - podpowiedział gładko Luneth.
- Yyy... n-no tak - zająknął się Arc, podziwiając tak wielopiętrową inwektywę. - Więc, no, bardzo ci za to dziękuję. Wcześniej nie miałem okazji i okropnie mi głupio, że tak uciekłem bez słowa.
- Niepotrzebnie. Przecież nie zrobiłem tego dla podziękowań - oświadczył wesoło Luneth. - Nie musisz mi nigdy za nic dziękować. Jesteś moim najlepszym kumplem.
- Ty moim też - uśmiechnął się Arc.
- Kurde, w końcu nie opowiedziałem ci, co mi się przytrafiło! Ale ze mnie idiota. Powinieneś wiedzieć, w co się ze mną pakujesz. Jeszcze możesz wrócić do Ur, jeśli się rozmyślisz - Luneth poczuł się paskudnie, że dopiero teraz o tym wspomina.
- Na pewno się nie rozmyślę. Pójdę z tobą wszędzie - zapewnił prostodusznie Arc.
- Dzięki - wzruszony Luneth poklepał go po ramieniu. - No to posłuchaj. Ale nie wiem, czy uwierzysz, jak ci opowiem, bo to strasznie poryte. Wracałem z wycieczki po lesie i prawie już doszłem do tej ścieżki, co skręca do Ur. Tej koło dzikiej gruszy, co w nią trzy lata temu piorun trafił. Szłem tak właściwie na pamięć, nie patrzałem pod nogi, bo i po co. I wtenczas wpadłem do jakiejś dziury, której wcale nie powinno tam być. Może to trzęsienie ziemi ją wyrąbało, no bo skąd by się wzięła. Więc zleciałem na samiutki dół, do jakiejś jaskini-
- Och, Luneth! Nic ci się nie stało? - zawołał z troską zmartwiony przyjaciel.
- Nic, tylko sobie obiłem plecy i trochę się poharatałem - zbagatelizował Luneth. - Ale słuchaj dalej. Łaziłem po tej pieczarze i szukałem wyjścia, bo wyspinać się z powrotem nie mogłem. I jak tak łaziłem, to trafiłem do jakiegoś kamiennego pomieszczenia. Rzeźby tam stały, wszystko było chyba bardzo stare, nigdy czegoś takiego nie widziałem. I jak sobie tak patrzałem, to nagle wyleciał na mnie jakiś popierniczony i wkurzony żółw. Wielki jak diabli! Ale nie że wielki jak na żółwia. To był jakiś zafajdany potwór wielkości stodoły! Z kłami na dodatek.
- Żółw z kłami? - wzdrygnął się Arc.
- Pewnie nie wiedział, że żółwie nie powinny ich mieć - stwierdził z humorem młody gawędziarz. - Wiesz, załatwiłem pełno goblinów i innego tałatajstwa, ale wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że ten skubaniec mnie zabije - przyznał smętnie.
- Luneth... - szepnął z nieopisaną grozą Arc.
Jeśli jego waleczny przyjaciel twierdził, że coś o mało nie pozbawiło go życia, to znaczy, że musiało być śmiertelnie niebezpieczne. Zadrżał na myśl, że coś mogło mu się stać. Luneth zerknął na wstrząśniętego kumpla i pożałował, że niepotrzebnie go wystraszył. Wrócił więc do opowiadania, starannie ukrywając niepokój i przybierając lekki, żartobliwy ton.
- Ale luz, ja tam nie wymiękam z takiego powodu - oznajmił bojowo. - Duży czy nie, żółwik dostał ostre wciry, a potem wiesz, co się stało? Zniknął, ot tak - pstryknął palcami. - Dziwne, ale tak było. I teraz będzie najlepsze, Arkie. Usłyszałem głos.
- Głos...?
- Tak, wiem jak to brzmi - zachichotał Luneth. - Na dodatek okazało się, że wiesz, kto do mnie gadał? Kryształ! Wielki, niebieski, latający kryształ. I powiedział, że jestem ...wybrańcem!
Z powagą pouczył zasłuchanego przyjaciela:
- Teraz jest ten moment, kiedy powinieneś zawołać: "Rany, utknąłem na jakimś wygwizdowie, sam na sam z wariatem! Udusi mnie i zje na surowo!"
- Nie jesteś wariatem - uśmiechnął się Arc. - I na pewno mnie nie udusisz.
- Jak możesz być taki pewny? Przecież to, co ci nagadałem, brzmi, jakbym się najarał zielem albo sfiksował. Wariaci robią różne nieprzyjemne rzeczy.
- Dobrze cię znam, Luneth - odparł z prostotą Arc, zerkając na niego i powstrzymując śmiech. - I wiem, kiedy coś zmyślasz.
- Tak? - speszony chłopak podrapał się po głowie.
Czy podkolorowywanie opowiadań zalicza się do zmyśleń?
- Więc wiem, że mówisz prawdę. I wiem, że nigdy byś mnie nie skrzywdził - dodał Arc już zupełnie poważnie. - Ufam ci całkowicie.
- Ha, miło mi to słyszeć. W każdym razie ja wierzyłem sobie mniej niż ty mnie. Z początku myślałem, że mi zdrowo odwaliło. Wiesz, to brzmiało jak bajka. Ale Topapa potwierdził, że to wszystko mi się nie przywidziało, i że - tylko się nie śmiej - zostałem wybrany, niby przez ten Kryształ, żeby ocalić świat przed ciemnością i przywrócić mu równowagę. Bo coś się dokumentnie pokopało. Niezły odpał, co nie? - zaśmiał się nerwowo, nie mając pewności, czy przyjaciel nie zmieni zdania w kwestii jego zdrowia psychicznego.
- Wcale mnie to wszystko nie dziwi - oświadczył ze spokojem Arc.
- Nie? - zbaraniał Luneth.
- Jasne, że nie. Kto inny lepiej nadawałby się do takiego ważnego zadania, jeśli nie ty? Jesteś odważny, silny i wspaniale walczysz. To naturalne, że Kryształ wybrał właśnie ciebie - wyjaśnił szatyn, jakby to była największa oczywistość pod słońcem. - Zawsze wiedziałem, że kiedyś zostaniesz wielkim bohaterem.
Srebrnowłosemu nastolatkowi zabrakło na moment słów. Lojalność Arca i jego niezłomna wiara w niego chwyciły go silnie za serce. Odchrząknął, żeby ukryć wzruszenie i wyjawił mu ostatnią rewelację:
- Dzięki za uznanie, ale musisz jeszcze o czymś wiedzieć. Oprócz mnie są też jacyś inni wybrańcy. Mam ich znaleźć i przyprowadzić do Kryształu, do tej jaskini.
- Inni? - zamyślił się Arc. - Ale gdzie ich szukać? Kto to może być? Nie masz żadnych wskazówek?
- Nie. Ale wiesz co? Tak sobie myślę, że ty jesteś drugim.
- Drugim co? - nie zrozumiał chłopak.
- Drugim kryształowym wybrańcem.
- Co takiego?! Proszę, nie nabijaj się ze mnie - zaczerwienił się.
- Ja się wcale nie nabijam. Nie umiem tego wyjaśnić, ale czuję, że chodzi o ciebie.
- Akurat. Przecież ja się do niczego nie nadaję.
- Co ty pierniczysz?! Nie zamierzam spokojnie słuchać, jak ktoś wygaduje paskudne rzeczy o moim kumplu Arcu. A więc zastanów się dobrze, koleś, zanim coś takiego o nim powiesz, jeśli nie chcesz oberwać! - Luneth pogroził palcem zdumionemu przyjacielowi.
Chłopcy popatrzyli na siebie. Jak na komendę wybuchnęli śmiechem i długo nie mogli przestać.
- Dawno się tak nie ubawiłem - prychnął Luneth, łapiąc oddech. - Ale mówiłem serio. Sam się przekonasz, gdy wrócimy do groty z Kryształem.
Potencjalny wybraniec zrobił sceptyczną minę, ale nie oponował więcej. Nie lubił spierać się z przyjacielem.
Luneth sięgnął do plecaka, wyciągnął książkę i podał Arcowi.
- Och, a już myślałem, że przepadła! Zostawiłem ją nad jeziorem, kiedy oni... - uszczęśliwiony szatyn chwycił do rąk ulubiony tomik. - Dziękuję!
- Proszę bardzo. Ale nie będziesz już dziś czytał, zaraz idziemy spać.
- Tylko kilka stron...
- Jutro musimy wcześnie wstać. Trzeba się wyspać.
- To chociaż jedna strona... proooszę...
- Nie, Arkie. Zacznie się od jednej strony, a skończy na ślęczeniu dwie godziny. Już ja cię dobrze znam. Kto niby czytał po nocach książki pod kołdrą? Nie pamiętasz, jak kilka razy Nina prawie cię na tym przyłapała?
- N-no tak, ale...
Arc nie mógł temu zaprzeczyć. Rzeczywiście bywał tak pochłonięty lekturą, że nie umiał jej przerwać nawet wtedy, kiedy powinien dawno spać. Gdyby nie czujny kumpel, który zawsze w porę zdołał szturchnąć go łokciem, wpadłby w kłopoty i musiałby wysłuchiwać utyskiwań Niny.
- Żadnego "ale". Żadnego czytania przed snem. Koniec dyskusji. Czy to jasne?
- Tak, Luneth - Arc obrzucił książkę tęsknym spojrzeniem, ale nie śmiał łamać zakazu i posłusznie schował ją do torby.
Luneth umościł z jodłowych gałęzi wygodne legowisko przy ogniu i nakrył je kocem. Arc na próbę usiadł na nim i z zaskoczeniem stwierdził, że jest bardzo wygodne, sprężynujące jak materac.
- Kładź się przy ścianie - srebrnowłosy chłopak wskazał mu miejsce. Skała nagrzała się już przyjemnie od ogniska i oddawała zgromadzone ciepło. - Ja będę leżał od zewnętrznej, bo w nocy trzeba kilka razy dołożyć do ognia.
- To się nie wyśpisz - zatroskał się Arc. - Może ja też bęęędę doookładał - ziewnął, czując, że oczy same mu się zamykają. Chyba z czytania i tak by nic nie wyszło.
- Nie martw się o mnie. Radziłem sobie, gdy byłem sam. Jestem przyzwyczajony i robię to prawie przez sen - Luneth położył się obok i starannie okrył siebie i kumpla drugim kocem. - Mamy tylko jedno okrycie, więc połóż się bliżej mnie, żeby ci nie wiało po plecach.
Arc natychmiast posłuchał i przytulił się do niego ufnie. Ledwo zdążył to zrobić, usnął jak kamień. Luneth prychnął wesoło. Przez jakiś czas leżał, wsłuchując się w regularny oddech Arca i rozmyślając o czekających ich przygodach. Potem i on usnął, obudziwszy się faktycznie tylko po to, by wrzucić kilka szczap do ogniska.
Arc poczuł podmuch wiatru na policzku. To go zastanowiło. Czyżby nie zamknął okna na noc? Otwarł oczy i dopiero wtedy przypomniał sobie, gdzie jest. Że nie leży w swoim łóżku w Ur, tylko na wiązce gałęzi w jakiejś dziczy. Obok swojego przyjaciela. Zaczynało świtać, choć do kotlinki, gdzie się znajdowali, promienie słońca jeszcze nie dotarły. Wszystko było pogrążone w szarym, mdłym świetle, zacierającym kontury. Arc spojrzał na towarzysza. Luneth już nie spał, leżał i obserwował go. Jego niezwykłe oczy nawet w tym półmroku jaśniały leciutko niczym u wilka. Arca zawsze to bardzo fascynowało.
- Hej, Arkie! Jak przeżyłeś pierwszą noc poza domem? - zażartował Luneth, szczerząc się radośnie i psując całe to drapieżne wrażenie.
- Bardzo dobrze mi się spało - szatyn stłumił ziewnięcie. - Ani razu się nie obudziłem.
- Nie zmarzłeś? - zatroskał się Luneth.
- Nie, było mi ciepło. Nawet nie sądziłem, że tak przyjemnie się śpi na dworze.
- No to fajnie. Teraz coś zakąsimy i zbieramy się. Musimy dzisiaj dotrzeć do statku.
Tak jak ocenił Luneth, zobaczyli charakterystyczny kształt okrętu zanim słońce osiągnęło najwyższy punkt na niebie. Statek wyglądał tutaj dziwnie abstrakcyjnie i obco - na morzu byłby bardziej na swoim miejscu. Dopiero z bliska można było się przekonać, iż z pewnością nie wymaga wody, aby móc się poruszać. Ogromne słupy z przytwierdzonymi doń śmigłami sugerowały jego powietrzny rodowód. Zafascynowani chłopcy obeszli go dookoła.
- Duże toto - Luneth z uznaniem przesunął dłonią po deskach kadłuba. - Ciekawe, jaką prędkość wyciąga?
- Tu jest wejście, chodź! - Arc odnalazł drzwi.
Chłopcy weszli po schodkach do niewielkiej kabiny. Na środku pokładu tkwił gruby maszt, do którego umocowane było śmigło. W kabinie był też niewielki podest z kołem sterowym. Stała tam dziewczyna o rudych włosach. Była odwrócona tyłem, więc nie zauważyła nadejścia "gości". Luneth i Arc wymienili się pytającymi spojrzeniami i podeszli do niej. Nieznajoma odwróciła się i dopiero wtedy zorientowała się, że ma towarzystwo.
- Ykk! - wzdrygnęła się nerwowo. - Kim jesteście?! I co tu robicie?
- Mógłbym spytać o to samo - jasnowłosy nastolatek zmierzył ją badawczym spojrzeniem. - O ile wiem, to statek Cida, a on nam go pożyczył. A tyś co za jedna?
- Mam na imię Refia.
- Wporzo. Ja jestem Luneth, a to Arc. Tośmy się zapoznali. A teraz gadaj, czego tu szukasz?
- Razem z ojcem wykuliśmy części do tego statku... - zaczęła.
To chyba dawało jej prawo wślizgnięcia się na statek?
- Aaa! To ty jesteś córką kowala z Kazus? - zrozumiał Luneth. - Zarąbiście. Ale żeśmy trafili! Słuchaj, musisz nam pomóc. Trzeba wykuć pierścień z mithrilu.
- Właśnie. Potrzebujemy go, żeby zdjąć klątwę z Kazus.
- Co tam się stało? - zaniepokoiła się dziewczyna.
Gdy stamtąd odchodziła, wszystko było w najlepszym porządku.
- Jakaś klątwa czy coś. Wszyscy snują się jak zdechlaki i wyglądają bardzo niewyraźnie - Luneth wysilił się na marny dowcip.
- Dlatego potrzebujemy pierścienia. Pomożesz nam w tym? - zapytał z nadzieją Arc.
Refia spuściła głowę i szepnęła markotnie:
- Nie umiem...
- Co?! - wykrzyknął z niedowierzaniem Luneth.
- Nie umiem - powtórzyła głośniej, podnosząc głowę i spoglądając na niego z rezygnacją.
- Laska, w ptaka sobie lecisz? - zirytował się. - Przecież uczyłaś się na kowala?
- Niby tak, ale ogólnie nie interesowało mnie to zanadto, więc uciekałam od obowiązków, kiedy tylko się dało. No, nie umiem wykuwać mithrilowych pierścieni i już! - dokończyła ponuro.
- Bez kitu! - podsumował zdołowany Luneth. - Spotykamy kowala, który nie umie kuć. Co za wtopa! Cid będzie szczęśliwy jak cholera, kiedy o tym usłyszy!
Zmartwiony Arc podzielał jego marny nastrój. A tak obiecująco się zaczęło...
- Spokojnie - pocieszyła ich dziewczyna, czując się trochę głupio. - Wiem, gdzie możemy znaleźć taki pierścień.
- No, gdzie? - rzucił rozdrażniony Luneth. - W dupie smoka?
- Nie - rozzłościła się. - Mój ojciec wykuł mithrilowy pierścień dla króla Sasune. Możemy tam spróbować...
- Genialne. Zrobimy królowi wjazd na chatę i spytamy, czy możemy skitrać jego biżuterię - ironizował Luneth.
- Masz lepszy pomysł?!
Chłopak wzruszył ramionami.
- Wygląda na to, że nie mamy wielkiego wyboru - niechętnie przystał na jej propozycję.
- A mogłabym lecieć z wami? Nie umiem wykuwać pierścieni, no przyznaję, porażka. Ale chcę pomóc ojcu i ludziom w Kazus.
- Luneth, zabierzmy Refię z nami, co?
- Dobra - zgodził się jasnowłosy chłopak. - Skoro olewactwo uratowało jej tyłek, to może i nam panienka Obibok przyniesie szczęście - oświadczył złośliwie.
- Ej! Myślisz, że jesteś taki dowcipny? - wykrzyknęła wściekle, ujmując się pod boki.
- Zluzuj, kotku - parsknął Luneth.
Podszedł do koła sterowego i uważnie obejrzał mechanizm startowy. Pociągnął za dźwignię, potem wypróbował drugi drążek.
- Kotku? Kotku?! - zapieniła się dziewczyna.
Z trudem opanowała mordercze instynkty. Arc podszedł do burty i wyjrzał z ciekawością na zewnątrz.
- Hej, bo wypadniesz - ostrzegł zaniepokojony przyjaciel, łapiąc go za ramię i odciągając w tył. - Uważaj na siebie i nie wychylaj się za bardzo.
- Dobrze - zdyscyplinowany Arc odsunął się w bezpieczne miejsce.
- Załoga! Na stanowiska! - ryknął rozemocjonowany Luneth. Włączył silnik statku i ujął koło sterowe. - Ruszamy!
Refia przewróciła oczami. Co za bałwan.
