44
#01
Kiedy mini-Minato obudził się ze snu, zamrugał i rozejrzał się, wyraźnie zdezorientowany, żeby w końcu zatrzymać spojrzenie na Ryoshim, który siedział nieopodal, bazgrząc coś na zwoju. I tak zamarł, jedynie co jakiś czas mrugając, a jego wielkie, jasnoniebieskie oczy miały trudny do zidentyfikowania wyraz.
- No co? - burknął w końcu mężczyzna, czując ukłucie irytacji. Nie mógł się skoncentrować, a dane, które wypisał na papierze nadal nie łączyły się w jakikolwiek logiczny sposób.
Od dawna rozgryzał w ten sposób problemy. Najpierw wypisywał wszystko, co wiedział w chaotyczny sposób, na całej przestrzeni, jaką oferował zwój, a potem usiłował znaleźć zależności między nimi, cechy wspólne, a w końcu, spośród pajęczyny kresek, wygryzmolonych niestarannie znaków i symboli zrozumiałych tylko dla niego, pojawiała się odpowiedź na pytanie, niczym motyl, który wpadł w pajęczą pułapkę.
Teraz jednak rzecz nie działała, zbyt wiele było niewiadomych, żeby mógł rozstawić porządnie wyglądającą sieć, żeby mógł wszystko ułożyć na swój sposób.
- Nie śniłeś mi się - odpowiedział z pełną powagą chłopiec, całkowicie ignorując irytację, jaka wprost promieniała z mężczyzny.
- Huh? - tym razem Ryoshi odwrócił wzrok od swojego zajęcia i spojrzał na dzieciaka, nie rozumiejąc, do czego dąży ta rozmowa.
- Myślałem, że jak się obudzę... to będę z powrotem - wyjaśnił z pewną nieśmiałością chłopiec.
- Życie tak nie działa - mruknął mężczyzna ponurym tonem. Nie miał najmniejszego pojęcia ile razy pogrążał się w głupich marzeniach o tym, żeby cofnąć się w czasie. Nie na długo jedynie na krótką chwilę, wystarczającą jedynie na to, żeby porządnie i z rozmachem kopnąć swoje przeszłe ja w tyłek.
- To chyba dobrze? - wymamrotał chłopiec, wypełzając z posłania, po czym podchodząc w jego stronę.
- Wszytko zależy od snu - wzruszył ramionami. - Czasami rzeczywistość jest lepsza, czasami gorsza.
- To trudne - mruknął blondyn, marszcząc lekko brwi w namyśle.
- Nieszczególnie - padła odpowiedź.
- Dokąd poszedł pan z ręcznikiem na głowie? - Naruto zamrugał, rozglądając się po otoczeniu z ciekawością.
Ryoshi również zamrugał, przez chwilę nie mając pojęcia, o kogo może dzieciakowi chodzić. Potem jednak jego umysł zdołał połączyć jedno z drugim.
- Poszedł na spacer i to nie jest ręcznik - westchnął. Chociaż z perspektywy obcych zwyczaje i ubrania Sunagakure mogły się wydawać dziwne. Zawsze tak było, aż do pierwszych poważniejszych oparzeń słonecznych, kiedy to inteligentniejsi przybysze zaczynali naśladować tubylców, a ci głupsi lądowali w szpitalu.
- Na spacer w nocy? - chłopiec zamyślił się.
- A dlaczego nie?
Spacer to było dobre określenie, a Jonin powinien być już w drodze powrotnej.
W przeciwieństwie do ich grupy, mógł poruszać się ze swoją pełną prędkością.
Naturalnie nie dołączy do nich od razu, najprawdopodobniej wybierze inną trasę, żeby dostać się do Suny. Wzbudzanie podejrzeń, w przypadku jakiegokolwiek pościgu, który jakimś cudem nie zostanie dostrzeżony w porę stanowiło zły, zły pomysł, z czego Baki doskonale zdawał sobie sprawę. Do chwili, gdy jego stopa nie stanie w biurze przywódcy, Jonin będzie udawał zbiegłego ninja, tak na wszelki wypadek, dla dobra wyższej sprawy.
- Nie wiem - przyznał szczerze Naruto. - Ale w nocy nie ma niczego interesującego.
- Wszystko zależy, czego szukasz - uśmiechnął się krzywo Ryoshi. - Chociaż przypuszczam, że w tej chwili najlepszym wyborem byłoby śniadanie.
Oczy dzieciaka rozświetliły się na myśl o jedzeniu. Rzucił się na zaoferowany posiłek, jakby nie jadł od wieków. Z perspektywy pięciolatka noc z całą pewnością malowała się jako naprawdę długi czas. Poza tym, biorąc pod uwagę fakt, że ciężko było stwierdzić, co dnia poprzedniego żarł (i czy w ogóle to zrobił) oprócz tego, co zostało mu zaoferowane przez Kage… łapczywość można mu było wybaczyć. Tym razem.
Szczególnie że, pomimo bardzo niechlujnego jedzenia, nic nie lądowało dookoła, co samo w sobie stanowiło mały cud.
Ryoshi przyłapał się na tym, że po prostu się gapi, podziwiając pojemność mini-Minato i prędkość, z jaką znikało w nim jedzenie.
- Niedługo ruszymy w drogę, nie ma sensu zostawać zbyt długo pośrodku niczego – stwierdził w końcu mężczyzna.
- Nie poczekamy na pana z nie-ręcznikiem? - zamrugał ze zdumieniem Naruto przełykając ostatni kęs kulki ryżowej.
- Jak do tej pory trafiał do domu bez pomocy - Ryoshi mechanicznym ruchem starł ziarnko ryżu, które zabłąkało się na dziecięcej twarzy. - Więc zrobi to i tym razem.
- Nie będzie mu przykro? - chłopiec nadal był nieprzekonany.
Kage przechylił głowę, przyglądając mu się krytycznie. Zaniedbany szczeniak, który o sobie od innych usłyszał jedynie najgorsze, nadal martwił się o ludzi i przejmował ich losem. Każdy normalny na jego miejscu pałałby raczej płomienną nienawiścią i dyszał żądzą zemsty. Nawet w imponującym wieku lat pięciu.
Głupota i idealizm najwyraźniej stanowiły schorzenie genetyczne, doszedł do wniosku Ryoshi.
Z drugiej strony, gdyby jego własny szczeniak przynajmniej odrobinę przejmował się czymkolwiek poza końcówką własnego nosa, życie byłoby o wiele prostsze i zdecydowanie piękniejsze.
Dzieciak nie wydawał się szczególnie przerażony tym, że oddalał się od miejsca, które do tej pory było jego domem i z niesamowitą fascynacją chłonął nowe otoczenie wszystkimi zmysłami, komentując radośnie nowe dźwięki, widoki i zapachy.
- Nie wiedziałem, że w jednym miejscu może być aż tyle piasku - skomentował wytrzeszczając oczy, kiedy dotarli wreszcie do miejsca, z którego można było dostrzec to, jak pustynia powoli pożerała krajobraz, a zieleń przerzedzała się, odsłaniając nagą, suchą jak pieprz ziemię.
- To w końcu pustynia - mruknął Ryoshi, z filozoficznym spokojem drapując na dzieciaku szalik, tak, żeby osłaniał mu głowę i kark. Mini-Minato z udarem słonecznym stanowił zły pomysł, szczególnie że Kazekage aż za dobrze wiedział, czego się spodziewać, jeżeli smarkacz przypomina swojego ojca w czymkolwiek innym poza wyglądem. Ryoshi już raz miał okazję to przeżyć i wolał uniknąć powtórki z rozrywki.
Gdyby nie to, że Namikaze okazał się niewyobrażalnie wręcz zrzędliwy, wspomnienie zaliczałoby się do bardziej niż przyjemnych. Miał gładką, złocistą skórę, zaróżowioną od słońca, wspaniale zbudowane plecy, których mięśnie można było łatwo wyczuć pod palcami, gdy wcierało się w nie krem z aloesu…
Ryoshi zamrugał. Nie miał czasu na wspominanie takich rzeczy. Co więcej nie miał też powodów ku temu; liczne zmartwienia związane z trójką dzieci (szczególnie tym ostatnim), zarządzaniem Suną i sprzeczaniem się z Radą i Daimyo skutecznie odpędzały jego uwagę od takich rzeczy. Ktoś kiedyś zażartował, że posiadanie odpowiedniej ilości dzieci automatycznie kastrowało. Do pewnego momentu w to nie wierzył, potem tylko wzruszał ramionami.
W tej chwili w grę wchodziła również kwestia tego, że Minato był martwy, a fantazjowanie o plecach trupa zakrawało na pewną formę nekrofilii. Ewentualnie to, że tuż przy Ryoshim znajdował się Naruto, który swojego ojca koszmarnie przypominał. W tym momencie jakiekolwiek fantazje były bardziej niż niewłaściwe.
Kiedy dotarli do Suny było później, niż myślał.
Podróż pomiędzy wioskami normalnemu shinobi zajęłaby około trzech dni, jeżeli poruszałby się z pełną prędkością, cztery albo pięć, jeżeli zdecydował się na bardziej spacerowy krok.
Jednak ze względu na podróżowanie z dzieckiem – bardzo energicznym i mającym tendencje do skręcania tam, gdzie nie powinno, kiedy tylko stawiało się je na kilka minut na ziemi – wędrówka zajęła ponad tydzień. I była zdumiewająco wykańczająca.
Z drugiej strony, Ryoshi uznał, że nieszczególnie mu to przeszkadzało. Dłuższa podróż oznaczała więcej czasu na zaplanowanie każdego kolejnego posunięcia. Nie można nie docenić takiej możliwości, szczególnie, że sytuacja mogłaby rozwinąć się nieciekawie, jeżeli coś się zawali. A prawdopodobieństwo, że coś się popsuje było dosyć wysokie. Zaiwanił syna Czwartego Hokage. Mało tego, gdyby szczeniak był tylko synem Minato, to jego problemy nie stanowiłyby tak przerażającej perspektywy. Sytuacja jednak wyglądała jak wyglądała, a cofnąć czasu się nie dało.
Poza tym… w trakcie podróży Ryoshi znajdował się z dala od roboty papierkowej, odbywając coś, co przypominało miły spacer. Korzystał więc z chwili względnego spokoju, jaką zaoferował mu los. Kage nieczęsto mają okazję na odpoczynek.
W końcu jednak stanęli u wrót Suny i sielanka się skończyła.
Zostawił dzieciaka pod opieką ANBU, który miał pecha napatoczyć się w okolicy, a sam z ciężkim sercem skierował kroki do gabinetu, przywitać się ze stertą zaległej roboty.
Dokumentów było tylko odrobinę mniej niż się spodziewał, za to łypnięcie, jakie posłał mu członek Rady, który dostrzegł jego powrót mówiło samo za się.
Ryoshi skrzywił się z niesmakiem i zaczął przedzierać się przez stertę dokumentów. Szybko jednak przerwał z rezygnacją, zastanawiając się, za jakie grzechy koniecznie musi złożyć swój podpis w absolutnie każdym miejscu, głupiego pliku papierów, traktującego o czymś tak bzdurnym, że z trudem ogarniał sytuację umysłem.
Ze wstrętem odrzucił papiery, które zsunęły się z blatu stołu i z głuchym uderzeniem upadły na podłogę, spoczywając u stóp jednego z dwóch foteli, jakie znajdowały się w gabinecie i wzbiły w górę nieco kurzu. Niezależnie od tego, jak często by nie sprzątano, w Sunie piasek i pył zawsze znajdowały sposób na przedostanie się do środka, sprawiając, że wszystkie kolory wydawały się zetlałe.
Dlatego Kazekage preferował meble w neutralnych kolorach, a stosy papierzysk służyły za pretekst, żeby nie przecierać kilka razy dziennie blatu biurka.
Prawdę mówiąc jedyne miejsce, w którym starał się zachować względny porządek (i przegrywał z kretesem, miażdżony za każdym razem przewagą liczebną przeciwnika) było małym pomieszczeniem bezpośrednio przylegającym do jego gabinetu, w którym gromadził zwoje z zapisanymi technikami powstałymi w Sunagakure i jeszcze przed nim. W tym całkiem wdzięczny stosik jutsu jego własnej produkcji, prostych, szybkich i zabójczych, pozbawionych zbędnych fajerwerków.
Ryoshi przyciągnął do siebie kolejną stertę dokumentów z ciężkim westchnieniem. Raporty z misji były jedynie odrobinę ciekawsze od tego, co miał w rękach chwilę temu. Przynajmniej zdający je shinobi stanowili osoby konkretne i oszczędne w słowach.
Całe szczęście, wybawienie nadeszło stosunkowo szybko.
- Misja wykonana - zameldował Baki, pojawiając się za nim. - Odniosłem pełen sukces.
- Oh? - Ryoshi mimowolnie uniósł lekko brwi.
Był absolutnie przekonany, że w najlepszym wypadku (na który liczył, mimo że nie należał do ludzi, którzy przywiązywali szczególnie dużą wagę do nadziei), jego podwładny skończy z twarzą zakrytą maską.
- Tożsamość Naruto została potwierdzona zgodnie z twoim życzeniem - Baki podniósł się. - Ale wolałbym wiedzieć, co planujesz.
- To nie jest oczywiste? - Ryoshi odwrócił się i spacerowym krokiem podszedł w stronę fotela. Drugi wskazał gestem.
- Podziwiam twoją dobroć serca - mruknął shinobi, a Kazekage nie mógł się uśmiechnąć na tę ilość ironii w głosie mężczyzny - ale zaadoptowanie akurat tego dziecka będzie bardziej niż problematyczne.
- Niby dlaczego? - Ryoshi przeciągnął się i rozsiadł wygodnie, zakładając nogę na nogę.
- Kiedy tylko Konoha się dowie...
- Nie będą w stanie wyciągnąć ręki w stronę Jinchuriki - uciął Kazekage.
Baki uniósł sceptycznie brew.
- Sytuacja im na to nie pozwoli - Ryoshi pozwolił sobie na pełen zadowolenia uśmiech. - Sięgnięcie po syna innego Kage to otwarte dążenie do konfliktu zbrojnego, na który Hokage nie może sobie pozwolić. Kilka lat temu odnieśli kolosalne straty w starciu z Kyuubi, a chyba sam widziałeś, że i sytuację wewnętrzną mają w tej chwili... intrygującą.
- Delikatnie ujęte - burknął Baki. - Ale napięte nerwy trzeba jakoś rozładować, zanim nieszczęście zdarzy się wewnątrz. Wojna to całkiem wygodne rozwiązanie, szczególnie jeżeli chodzi o pozbycie się... niewygodnych osób.
- Owszem - zgodził się Kazekage. - Ale nie w tym przypadku. Iwagakure nadal nie dąży ich sympatią, a pokój jest przynajmniej chwiejny. Gdy tylko Konoha wda się w konflikt z nami, Oonoki wykorzysta sytuację i również uderzy. Podejrzewam, że Kiri też się wtrącą, jeżeli tylko plotki o polityce ich Kage są prawdziwe.
- Sądzisz, że są? - zapytał Baki, marszcząc brwi.
- Wszystko na to wskazuje - westchnął Ryoshi. - Konoha to jedno wielkie zgromadzenie kekkai genkai, więc jeżeli Yagura będzie miał pretekst, żeby się wtrącić, to to zrobi i wybije wszystkich do nogi, jak leci.
- Więc Hokage tego nie zrobi - odetchnął Baki. - Najprawdopodobniej sfałszuje jego śmierć, lub coś w tym stylu, co da nam kilka lat na złapanie oddechu. Ale kiedy w końcu się wyda...
- Pomartwimy się o to, kiedy aktualna sytuacja się rozjaśni - wzruszył ramionami Kazekage. - chociaż miło wiedzieć, że Hokage dobrowolnie oddał nam swojego Jinchuriki.
- Dobrowolnie? - Baki otworzył szeroko oczy.
- Chyba nie wydaje ci się, że gdyby na to nie pozwolił, to zdołałbyś przeparadować w obie strony niezauważony - zaśmiał się złośliwie Ryoshi. - Hiruzen jest stary i robi się sentymentalny.
- Tak, bo wcale nie zrobiłeś tego samego - prychnął Baki, zakładając ręce na piersi. - Zanim jeszcze wiedziałeś, że dzieciak ma bonusy, zdecydowałeś, że zabierzesz go ze sobą.
- To nie sentymenty - burknął Ryoshi. - Mam zaciągnięty dług...
- Martwi nie prowadzą rozliczeń - prychnął Jonin. - Z czego zdajesz sobie sprawę równie dobrze jak ja.
Kazekage nie odpowiedział na to stwierdzenie, a Baki mimowolnie zastanowił się, jak to wszystko się ułoży, szczególnie dla pewnego małego dzieciaka, który nie miał najmniejszego pojęcia, w co się wpakował, ufnie wyciągając ręce w ich stronę.
Naruto po raz kolejny rozglądał się z podziwem po okolicy, pożerając wzrokiem otoczenie, które tak bardzo różniło się od wszystkiego, co do tej pory znał.
Wszystko było w barwie żółtej, trochę wypłowiałej, ale Naruto doszedł do wniosku, że to z nadmiaru słońca. Kiedy zostawiało się coś kolorowego w lato w pełnym słońcu, to kolor uciekał i już nie był tak intensywny. Zupełnie jak po wielu, wielu praniach.
Czego jak czego, ale słońca tutaj mieli pod dostatkiem. Cały czas było ciepło niczym w środku lata i wydawało się nigdy nie padać.
Naruto uznał to za bardzo dobrą rzecz, bo deszczu nie lubił. Robiło się wtedy zimno i nie można było spędzić zbyt długiego czasu na dworze, chyba że chciało się potem szczękać zębami przez dłuższy czas. Inne dzieciaki często łapały po tym przeziębienia, ale on wydawał się odporny.
To bardzo dobrze, bo wątpił, żeby ktoś się szczególnie przejął, gdyby się pochorował.
Wszędzie było też bardzo dużo piasku, który w błyskawicznym tempie dostawał się praktycznie wszędzie. Do butów, we włosy, zgrzytał między zębami. W pewnej chwili nawet poczuł ziarenka w miejscu, o którym się nie mówi i uznał, że to pewnie dlatego miły koleś, który go zabrał do tego ciepłego miejsca ma cały czas taką zirytowaną minę. Każdy by miał.
Suna była przestronnym miejscem o gigantycznym murze, osłoniętym dodatkowo przez olbrzymie skały, które rozpościerały się ponad budynkami, sprawiając, że zawsze jakaś część miasta znajdowała się w cieniu.
Za to ludzi było mniej, zdecydowanie mniej niż w miejscu, z którego został zabrany. Tam panował tłok i było głośno... poza tymi chwilami, kiedy ludzie milkli na jego widok, odwracali się plecami, albo zaczynali mówić niemiłe rzeczy.
Tutaj dorośli nie mówili wiele, ale nie tylko do niego. Do siebie nawzajem też się mało odzywali, ale to pewnie przez to, że nie lubili mieć piasku w ustach.
Wiedziony pierwotnym instynktem, jaki miało każde dziecko, po krótkiej wędrówce między budynkami, odnalazł plac zabaw.
Grupka dzieci grała w piłkę, czyniąc zdumiewająco dużo hałasu, a ich głosy niosły się echem pomiędzy budynkami. Właśnie chciał do nich podbiec i dołączyć do zabawy, kiedy jego uwagę zwrócił jakiś zgrzyt. Odwrócił się w tamtą stronę.
Na huśtawce, której zawiasy wymagały naoliwienia, siedział samotny chłopiec, przyciskający do siebie pluszowego misia tak bardzo, że łapki odstawały, bujając się powoli.
Miał włosy w śmiesznym kolorze i musiał się czymś ubrudzić, bo powieki miał tak ciemne, że wydawały się czarne.
Wyglądał też na bardzo, bardzo nieszczęśliwego.
Naruto przełknął ślinę, pożerając chłopca wzrokiem.
Miał wrażenie, jakby patrzył w lustro. Nie umiał tego wytłumaczyć, w końcu wyglądali zupełnie inaczej, ale nadal czuł, jakby patrzył na siebie samego.
To było strasznie, strasznie zimne uczucie, pod tym palącym słońcem.
Przestąpił kilka kroków, kierując się w stronę huśtawki.
- Hej ty! - krzyknął jeden z chłopców grających w piłkę. Przystanął i miał dziwny wyraz twarzy. - Nie podchodź do niego!
- Niby czemu? - burknął Naruto, robiąc bojową minę.
- Bo umrzesz! - padła odpowiedź. - To Gaara!
- No i co z tego? - przekrzywił głowę, nadal nie rozumiejąc, jaki związek ma jedno z drugim.
- To potwór! - krzyknął chłopak, po czym nerwowo zerknął na Gaarę.
Naruto spojrzał również. Rudy miał minę jeszcze bardziej nieszczęśliwą niż poprzednio i patrzył na ziemię pod swoimi stopami zamiast na dzieci, tak jak poprzednio.
- Jesteś głupi - oznajmił głośno Naruto, po czym ponownie ruszył w stronę huśtawek, z zaciętym wyrazem twarzy.
Dzieciaki, z głupim chłopakiem na czele, zniknęli nagle, tylko ich głowy wyzierały zza rogów, gdzie poznajdowali sobie wygodne kryjówki, umożliwiające jednoczesną obserwację.
Chłopiec na huśtawce również na niego patrzył, szeroko otwartymi oczyma. Misia ściskał oburącz, kurczowo, jakby to była jedyna rzecz, która trzymała go na tym świecie. Przełknął głośno ślinę, kiedy Naruto był o kilka kroków od niego i wydawało się nawet, że drżał lekko.
Naruto zmarszczył brwi. Dlaczego chłopiec o włosach w śmiesznym kolorze bał się akurat jego? To nie było sprawiedliwe! Nie powinien, mieli zbyt podobne spojrzenia, mieli rozumieć się tak bardzo... nawet ten miły koleś ze skrzywioną miną powiedział, że są podobni!
- Ty jesteś Gaara - powiedział Naruto, patrząc na niego stanowczo.
Skinął głową w odpowiedzi, chowając jednocześnie dolną cześć twarzy za pluszakiem.
- Jestem Naruto - przywołał na twarz promienny uśmiech. - Chcesz się ze mną bawić?
- Ja? - zapytał po krótkiej chwili Gaara bardzo, bardzo cichym głosem.
- A widzisz tu kogoś innego? - Naruto zatoczył łuk używając do tego obu rąk. - Wszystkie głupki pouciekały!
- Naprawdę? - zapytał rudy. - Inni nie chcą się ze mną bawić, bo jestem potworem.
- Nie jesteś - prychnął w odpowiedzi i dla poparcia swoich słów tupnął nogą. - Mnie też to często mówili i wiesz, gdzie to mam?!
- Tobie też...? - Gaara zamrugał. Na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie.
- Mhm! - potwierdził skinieniem głowy. - Nie ma co się przejmować, ludzie po prostu podurnieli. To co, chcesz się bawić?
Gaara uciekł wzrokiem i zarumienił się. Zerknął nieśmiało w stronę blondyna, ale zaraz znowu spojrzał gdzie indziej.
- Nie wiem, czy umiem...
- Bzdury! - roześmiał się Naruto. - Każdy umie!
Ewentualnie może się nauczyć, co szybko udowodnili w praktyce.
Gaara szybko podłapywał zasady, chociaż dłuższą chwilę zajmowało mu przywyknięcie do każdej nowej rozgrywki, jakby przez cały czas nie był pewien, czy aby na pewno robi wszystko w porządku. Zupełnie jakby się bał, że jeżeli nie będzie wystarczająco dobry, to nowy przyjaciel nie będzie chciał kontynuować zabawy.
Cała reszta dzieciaków nadal czaiła się w kątach i obserwowała dwójkę chłopców z wyrazem chorej fascynacji na twarzach.
Wieczór przyszedł dla nich jak zbawienie, kiedy mogli uciec do domów, bez obaw, że rówieśnicy potem wyśmieją ich tchórzostwo.
- Aj - stwierdził w pewnym momencie Naruto, z pretensją patrząc na własną rękę. Miał zaczerwienioną skórę, która piekła, mimo że nie pamiętał, aby dotykał czegoś gorącego.
- Słońce ci zrobiło kuku - stwierdził z mądrą miną Gaara, po przyjrzeniu się uważnie Naruto.
- O? - zamrugał zdziwiony. - Jak słońce może zrobić kuku?
- Normalnie. Jak za długo na nim jesteś i nie masz na sobie balsamu, to robisz się czerwony i piekący.
- Ty też nie masz balsamu! - rzucił oskarżycielsko Naruto.
- Ja nie muszę, piasek mnie chroni.
- Zazdroszczę - jęknął blondyn. - Ale da się z tym coś zrobić, prawda? piecze i jest niefajne i ała!
- Yashamaru pewnie wie, co zrobić! - oznajmił Gaara. - Chodź, zaprowadzę cię!
Naruto wzruszył ramionami i pobiegł za nowym przyjacielem, mając nadzieję, że istotnie, znajdzie się jakaś pomoc, bo czerwona skóra była mało fajna, a miał wrażenie, że nie miał jej jedynie na rękach. Kark i uszy też go piekły, a włosy wcale nie poprawiały w sytuacji, łaskocząc podrażnioną skórę.
Yashamaru przeżył swego rodzaju szok, kiedy po całym dniu poszukiwań nowy nabytek Ryoshiego znalazł się i to w towarzystwie Gaary. Po całodziennej zabawie w pełnym słońcu, jak udało mu się wywnioskować z dziecięcych zeznań.
I z oparzeń słonecznych na blondynie. Cud, że chłopczyk nie dostał udaru albo czegoś podobnego.
Z ciężkim westchnieniem zajął się opatrywaniem ciężkich obrażeń bojowych nowinki, karmieniem, pojeniem i utrzymaniem dzieciaków we względnym spokoju.
Naruto był zdumiewający. Zaczerwieniona skóra po zetknięciu z kremem z aloesu wydawała się zdrowieć w mgnieniu oka, nie przejawiał też najmniejszych oznak odwodnienia, które powinny wystąpić po tak nagłej zmianie klimatu. Większość obcych ninja po zbyt intensywnym pierwszym dniu w Sunie lądowała prosto w troskliwych ramionach szpitalnych sióstr, tymczasem ten mały smyk wydawał się odporny jakby od urodzenia mieszkał na pustyni.
- Powinieneś mówić dorosłym, dokąd idziesz, zanim tam pójdziesz - Yashamaru skarcił lekko blondyna, który zmarszczył w odpowiedzi nos.
- Nikogo do tej pory to nie obchodziło.
- Teraz obchodzi - medyk oparł ręce na biodrach i zmierzył chłopaka wzrokiem. - Jestem pewien, że wszyscy się martwili! Bardzo nieładnie się zachowałeś!
Naruto uciekł wzrokiem, ale nadal miał naburmuszoną minę, jakby słowa mężczyzny wpadały jednym uchem, a wypadały drugim, nie zahaczając po drodze o szare komórki.
- Naruto, posłuchaj mnie uważnie - Yashamaru przykucnął przy chłopcu. - Kazekage naprawdę się zdenerwował, kiedy okazało się, że zniknąłeś gdy tylko spuścił cię z oka. Denerwowanie ludzi, którzy są dla ciebie mili sprawia, że przestają.
Blondyn zamrugał, a na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego namysłu.
- Ten miły koleś z wykrzywioną buzią to Kazekage? - zapytał w końcu. - Ale jest młody... i nie ma czapki!
Yashamaru pomimo prób zachowania poważnego wyrazu twarzy parsknął śmiechem.
- Nie powinieneś gniewać taty - wymamrotał Gaara. - Kiedy jest zły, to jest straszny!
- Kazekage jest twoim tatą? - jęknął Naruto. - Ale Suuper! Tylko... co znaczy, że robi się straszny?
- No... - zamyślił się Gaara. - Stoi nad tobą i patrzy i... i... wygląda groźnie i w ogóle.
- I to wszystko? - zdziwił się blondyn. - Ale on przez cały czas tak groźnie patrzy na ludzi. Wiesz, kiedyś jakaś pani mi powiedziała, że jak się za długo wykrzywiasz, to ci taka paskudna mina zostanie na stałe. Może twój tata się na to naciął?
Yashamaru, popłakując ze śmiechu, napisał krótką informację do Ryoshiego, żeby pochwalić się znalezieniem zguby i obserwował dalsze interakcje między chłopcami.
To było zachwycające, jak bardzo Gaara potrafił być dzieckiem, jeżeli tylko dano mu taką możliwość. Z rozjaśnioną twarzą, zarumieniony od śmiechu i radosnymi błyskami w oczach zdecydowanie nie przypominał ponurej małej chmurki gradowej, którą do tej pory się opiekował.
W dodatku przez cały dzień nie pojawiły się jakiekolwiek informacje na temat zniszczenia czegokolwiek. Nie było też kończyn zmiażdżonych przez piasek, ludzi uduszonych przez piasek, ani nawet oskrobanego piaskiem budynku.
Ściągniecie tutaj tego słodkiego blondynka musiało być jakimś przebłyskiem geniuszu ze strony Ryoshiego. Pierwszego od kilkunastu lat.
Ostatnim było chyba podjęcie współpracy z drużyną z Konohy podczas egzaminów na Chunina.
Miały miejsce pomiędzy jedną wojną a drugą i odbywały się w Iwagakure. Sytuacja polityczna była bardzo napięta i wspólne egzaminy stanowiły ostatnią próbę załagodzenia sytuacji, przynajmniej oficjalnie. W praktyce okazało się, że zjednoczone zespoły z Iwy urządziły polowanie na drużyny ze wszystkich innych wiosek ninja.
Ich oba zespoły były złożone z Geninów świeżo po zostaniu wyjściu z Akademii, więc znaleźli się w zabójczej sytuacji. Gdyby nie to, że na siebie wpadli i wspólnymi siłami nie wydostali się z pola egzaminacyjnego, zginęli by marną śmiercią, w zapomnieniu.
Zabawne, bo Konohę i Sunę łączyła jedynie długa historia konfliktów, a Ryoshi i Minato przy każdej możliwej okazji demonstrowali, jak wielką nienawiść wobec siebie żywili.
Naturalnie było inaczej, ale Namikaze prawdopodobnie uznał grę we wrogów za zabawną, a Ryoshi był jak zwykle zbyt uparty, żeby przerwać. Upór stanowił pierwszą cechę, jaka przychodziła człowiekowi na myśl, gdy mówiło się o Czwartym Kazekage. Najpierw wiedział lepiej od całego wszechświata, a potem żył z konsekwencjami i skrzywioną miną, bo za nic w świecie nie przyznałby się do błędu.
- Um, Yashamaru - z zamyślenia wyrwał go głos Naruto.
- Słucham? - zapytał z uśmiechem.
- Ty jesteś facet, czy babka...? - zapytało dziecko z wyrazem zaintrygowania na twarzy.
Tym razem to Gaara chichotał.
