Universum i postacie Harry'ego Pottera należy oczywiście do J. K. Rowling


Wpatrując się w sufit, doszła do wniosku, że może dlatego nie może płakać. Bo jaki był sens rozpaczać, skoro nie miał jej kto pocieszyć? I kiedy nawet samej siebie nie umiała pocieszyć?
Cassandra Clare – Miasto szkła


Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miał siły ani ochoty, by żyć. By udawać, że jakoś daje sobie radę. Nie miał siły, by podnosić się z łóżka, tylko po to, by ubrać na twarz maskę obojętnej uległości. A przecież właśnie tego od niego oczekiwano. Jednak nie miał już na to siły. Był pewien, że kilka słów za dużo, jakiś gest mogą spowodować, że straci nad sobą panowanie.

Jego wujostwo nie umożliwiało mu przeżywania straty w spokojnej, przyjaznej temu atmosferze. Ciągłe komentarze na temat Syriusza, jego rodziców i szkoły doprowadzały go do szału, ale nie było nic co, mógłby zrobić. Sprawiało to, że nie mógł zapomnieć, nie mógł wyrzucić z głowy tych myśli. Nie miał zbyt wiele do roboty, szczególnie że jego rodzina poza kąśliwymi uwagami całkowicie go ignorowała.

Obawiał się tego dnia. Wszystkie poprzednie były złe, gorsze zrazu na raz. Było tylko coraz ciężej. Dlaczego ten dzień miałby być inny? Jeszcze rok temu byłby tym uradowany. Jednak teraz z chęcią zająłby się domowymi obowiązkami byle tylko na chwilę oderwać myśli od wspomnień. Byle nie musieć o tym myśleć.

Zastanawiał się, czy może robią to specjalnie. Może uznali, że to będzie dobry sposób na torturowanie go? Całkiem prawdopodobne.

Harry westchnął cicho i podniósł się z łóżka by zabrać rzeczy, w które mógłby się ubrać. Spojrzał na zegarek i skrzywił się widząc, że była dopiero szósta rano. A to była sobota, więc jego rodzina będzie spać jeszcze co najmniej dwie lub trzy godziny. Jednak wczesna godzina miała swoje plusy. Mógłby pójść pod prysznic i jest szansa, że jego krewni nie będą mu w tym przeszkadzać.

I tak rozpoczął się jego dzień. Kolejny z takich samych, nudnych dni.

Prysznic, śniadanie, sprzątanie po śniadaniu, wyjście na spacer przed obiadem, obiad, sprzątanie po obiedzie, kolejny spacer lub czytanie, kolacja, sprzątanie po kolacji i zamknięcie się w swoim pokoju. Tak właśnie wyglądała większość jego dni. I jak tu się dziwić temu, że był znudzony? I jak mu się dziwić, że coraz trudniej mu było nad sobą panować?

Po śniadaniu niestety nie mógł wyjść na spacer, gdyż zaczęło padać. Jakby w końcu pogoda wraz z nim zaczęła opłakiwać śmierć jedynej osoby, która bezwarunkowo się o niego troszczyła. Na swoje nieszczęście musiał zostać w domu, więc na większość dnia schował się w swoim pokoju. Nuda i strach przed zatopieniem się w smutku sprawiła, że zaczął przeglądać podręczniki szkole z zeszłych lat. A to samo w sobie mówi wszystko. Jakby nie patrzeć zielonooki nie był Hermioną. Jednak nie wiedział co innego miałby zrobić. Nie miał przy sobie zbyt dużo innych, ciekawszych książek.

Ucząc się ze starych książek uświadomił sobie jak niewiele wie. Jak ogromne braki w wiedzy miał. Nigdy wcześniej nie słuchał swojej przyjaciółki, gdy próbowała namówić ich na naukę, ale powoli do niego docierało, że miała rację. Może powinien zwracać większą uwagę na swoją edukację. W końcu, po szkole będzie chciał znaleźć ciekawą pracę. Nie, żeby pracy potrzebował.

To nie tak, że Harry od razu zaczął się zmieniać w Hermionę. Jednak uznał, że w przyszłości będzie starał się trochę bardziej, będzie zwracał większą uwagę na zadania domowe i to, co mówią nauczyciele. Nauka zwykle przychodziła mu dość łatwo, zaklęcia, uroki i klątwy opanowywał w miarę szybko. Największym jego problemem była teoria. Zwykle to było po prostu dla niego zbyt nudne, by mógł skupiać na tym całą swoją uwagę.

Wszelkim wyjątkiem od tego były Eliksiry. Tego chyba nigdy nie zdoła dobrze opanować ani w teorii, ani w praktyce. Jednak to wszystko wina Snape'a. Nietoperz nie umiał dobrze uczyć, a z jego nienawiścią skupioną na sobie Harry nie miał wcale łatwiej.

Wieczorem z pokoju wywabił go zapach obiadu. Zszedł na dół, by ujrzeć krewnych kończących posiłek. Wuj Vernon i Dudley rzucili mu zirytowane spojrzenia, jakby byli wściekli, że zielonooki w ogóle istnieje, ale nastolatek robił wszystko by je ignorować. Był głodny, a nie warto się maltretować… nimi.

-Nałóż sobie i posprzątaj potem po kolacji.-powiedziała do niego z chłodnym spokojem ciotka. Nie przeszkadzało mu to. Już dawno przywykł do tego, że nie żywi do niego żadnych cieplejszych uczuć. Kiedyś w podstawówce narysował dla niej laurkę z okazji Dnia Matki. Było na niej dużo kwiatów i napis „Wszystkiego najlepszego Ciociu Petunio!". Gdy chłopiec wręczył jej rysunek, kobieta zacisnęła mocno wargi, powiedziała chłodne podziękowanie, a następnego dnia rano podarek był już w koszu.

Chyba wtedy był moment, kiedy uświadomił sobie, że ta kobieta nigdy go nie pokocha.

-Oczywiście, ciociu.-odpowiedział jej po chwili i szybko nałożył sobie jedzenie, z którym usiadł do stołu. Jego rodzina szybko opuściła po tym kuchnię. Harry tylko westchnął cicho i zaczął jeść swoją pieczeń z ziemniakami.

Pomyślał sobie, że już w następnym roku nie będzie musiał z nimi wytrzymać całych wakacji, że jeśli przetrwa ten rok to będzie już dorosłym czarodziejem, który nie będzie od nikogo innego zależny. Ta myśl była dziwnie pokrzepiająca.

Może, gdy skończy Hogwart będzie mógł uciec od tej cholernej wojny. Lub chociaż powstrzymać innych przed umieraniem za niego. Nie chciał już nikogo więcej narażać na niebezpieczeństwo. Stracił zbyt wiele osób i nie chciał stracić kolejnych, których kocha, na których mu zależy.

Nie będzie więcej Syriuszów. Nie będzie więcej poświęceń za niego. Nie pozwoli na to.

Zerknął za okno i westchnął cicho. Niedługo miał zapaść zmrok. A gdy on tylko znowu znajdzie się w swoim pokoju, otulony aksamitnym płaszczem nocy, będzie mógł zagłębić się w swoim smutku po raz kolejny. Noc właśnie tak na niego działała, była jedynym momentem, gdy pozwalał sobie na przeżywanie tych wszystkich destrukcyjnych emocji.

W końcu otrząsnął się ze swoich myśli i nalał sobie szklankę wody przed rozpoczęciem sprzątania. Nie miał dużo pracy. Wraz ze zmywaniem wszystko zamie mu najwyżej kilkanaście minut, a potem będzie mógł powoli zakończyć ten dzień. Wiedział, że po nim przyjdzie kolejny, tak samo nudny i trudny. Zastanawiał się, kiedy będzie mógł odwiedzić Norę. Tam na pewno panowała weselsza atmosfera.

Chociaż wśród Wesley'ów wszyscy mogą męczyć go za bardzo i ciągle przypominać co się stało. Nikt nie będzie miał złych zamiarów oczywiście, ale próbując się upewnić, że nic mu nie jest będą tylko przypominać o minionych wydarzeniach. A on wolałby zapomnieć. Chociaż nie wierzył, że jest to możliwe.

W trakcie zmywania poczuł wokół coś dziwnego. Uczucie było takie jakby ktoś nagle odciął mu dopływ powietrza i uderzył go mocno w brzuch. Poczuł od tego mdłości. Jednak uczucie minęło, pozostawiając po sobie tylko zmartwienie i przeczucie, że co było nie tak.

Na wszelki wypadek sprawdził, czy ma w kieszeni różdżkę. Na szczęście ją miał. I tak nie mógł jej używać, ale wiedząc, że ma ją przy sobie czuł się pewniej.

Oczywiście mógł być paranoikiem. W końcu to tylko dziwne coś… Mogło mu się zrobić słabo, po prostu. Nie byłoby to nic dziwnego. W końcu jednak zdecydował, że to jest jego paranoja. Bo cóż innego? A może to próbował sobie wmówić.

I wtedy usłyszał huk.

Dźwięk dochodził z przedpokoju, więc szybko wyjrzał z kuchni i przeraził się tym, co zobaczył. Drzwi od impetu uderzenia zmieniły się w drzazgi, a framuga została wyrwana ze swojego miejsca. W ogromnej dziurze w ścianie zobaczył białe maski śmierciożerców i ich czarne szaty. Przeklął pod nosem i chwycił za różdżkę. Z salonu wyjrzał wściekły wuj i zbladł, gdy zobaczył swojego siostrzeńca i śmierciożercę celujących w siebie.

-Uciekajcie!- wrzasnął Harry i wyczarował niewerbalnie tarczę powstrzymując kilka zaklęć wysłanych w stronę siebie i wuja. Na szczęście otyły mężczyzna posłuchał tym razem.

Śmierciożerców było trzech. Dalej utrzymując tarczę wycofał do kuchni. Zobaczył przez okno, że jego krewni już uciekali z domu boczną ścieżką prowadzącą przez ogród. Miał nadzieję, że uda im się uciec. Nie chciał być powodem ich śmierci. Postacie w pelerynach podążyły za nim.

I wtedy posypały się klątwy. Nie wiedział ile wysłał w ich stronę drętwot, expeliarmusów, ile zaklęć tnących i wszystkiego, co tylko mógł sobie przypomnieć. Starał się unikać zaklęć lecących w jego stronę, ale nie zawsze było to możliwe. Oni zaś odbijali wszystkie jego ataki.

-Czarny Pan chce cię martwego Potter! Nie utrudniaj nam tego. - powiedział najwyższy ze śmierciożerców. Harry nie rozpoznawał jego głosu. Ale czy to ma znaczenie? Gdy tylko ta myśl pojawiła się w jego umyśle poczuł jak coś rozcina mu ramię, ale nie dał po sobie poznać, że go to zabolało.

-Incarcerous!- wycelował w śmierciożercę stojącego najbardziej po lewej, a tego oplotły wyczarowane liny i nie mógł się ruszyć. W tym czasie Harry rzucił się, by schować się za rogiem.

-No dalej Potter. W końcu jesteś Gryfonem. Trochę odwagi.- zaśmiał się trzeci.

Ale nie jest głupi. Jeśli podda się od razu nie ma żadnych szans. Jednak jeśli to przeciągnie, to może i będzie ciężko poraniony, ale jest prawdopodobieństwo, że w jakiś sposób o ataku dowie się zakon i profesor Dumbledore. To by zaś oznaczało, że ma szansę na przeżycie.

Jednak szybko targnęły nim wątpliwości. Czy na pewno chce, żeby ktoś go ratował? Czy chce narażać innych na niebezpieczeństwo?

Odrzucił od siebie tę myśl. Musi przetrwać jak najdłużej. Chociażby dla swoich krewnych. By dać im szansę na ucieczkę. To czy na to zasługiwali po tych wszystkich latach to inna sprawa.

Wyskoczył zza ściany za którą się ukrywał w momencie, gdy jeden z atakujących ją wysadził. Harry poczuł odłamki uderzające o jego ciało. Gdyby nie ruszył się z miejsca obrażenia byłby ogromne.

Kolejny raz posypały się klątwy, kilka z nich w niego uderzyło wywołując ból i krwawienie z wielu części ciała. Ale nie poddawał się i próbował odpowiadać, ale jego szkolny zakres zaklęć był ubogi w porównaniu do nich. Miał też mniej doświadczenia. Czuł, że przegra tak czy inaczej.
Zaś wieczne chowanie się za tarczą też nie wystarczało. To było wykańczające magicznie cały czas podtrzymywać tarczę, a wielu zaklęć i tak nie mogła zatrzymać.

-Daj się zaprowadzić przed oblicze Czarnego Pana, Potter.-spokojny głos przebił się przez dźwięk rzucanych klątw. Był to ten sam, który odezwał się na samym początku. Jednak zielonooki nie miał zamiaru się poddawać ani z nimi dyskutować. Żałował tylko, że nie może się stąd aportować.

Starał się coś wymyślić. Dyskretnie patrzył co mógłby zrobić, by ich powstrzymać. I wtedy wpadł na pomysł. Nie wierzył, żeby to się udało, ale była szansa.

-Bombarda!-wycelował zaklęcie w sufit nad atakującymi mając nadzieję, że to chociaż na chwilę ich powstrzyma. Spadł na nich sufit i meble, ale to ich nie powstrzymało. Jednak dało mu chwilę czasu, by pobiec do swojego pokoju. Będąc na schodach usłyszał, że śmierciożercy już się otrząsnęli i ruszyli za nim.

Wpadł do swojego pokoju i wyciągnął miotłę. Szybkim zaklęciem spakował wszystkie swoje rzeczy, zmniejszył kufer i schował go do kieszeni. Słyszał ich na schodach, przeklinali go głośno. Dobrze im tak. Z chęcią będzie dla nich wrzodem na tyłku. Wysadził okno w swoim pokoju i wskoczył na miotłę. Gdy tylko odbił się od podłogi wyleciał przez okno. Był już w powietrzu, gdy zerknął za siebie.

W tym momencie uderzyły w niego trzy klątwy, a chłopiec stracił przytomność. Zanim wraz z miotłą uderzył w ziemię po prostu zniknął.


Jest takie słowo, które nie ma angielskiego odpowiednika. Pochodzi z języka portugalskiego. Saudade. Wiesz, co oznacza? To jakby... to słowo nie ma dokładnej definicji. Opisuje raczej uczucie... obezwładniającego smutku. Uczucie, które pojawia się, kiedy człowiek zda sobie sprawę z tego, że utracił coś na zawsze i że nigdy już tego nie odzyska
Alexandra Bracken-Mroczne umysły


James wiedział od samego początku, że to nie jest dobry pomysł. W zasadzie to był fatalny pomysł i zastanawiał się, dlaczego próbuje się dodatkowo torturować. To było wiadome, że to doprowadzi go znowu do tego stanu wiecznego smutku. Nie wiedział co go tu przywiodło tego wieczoru. Pewne przeczucie, że powinien tu przyjść.

Powiedział swoim przyjaciołom, że wróci niedługo, że wybiera się tylko na spacer. Był pewien, że gdyby wiedzieli gdzie postanowił się wybrać próbowaliby go zatrzymać lub przynajmniej iść z nim. Jednak James czuł, że powinien przyjść tu sam.

Wcześniej James nie odwiedzał grobów swojej rodziny sam. Nigdy sam. Zawsze z Remusem i Syriuszem. Nie potrafił się do tego zebrać, a wiadome było, że mógłby się załamać. Cholera, był tego pewien na sto procent. Więc dlaczego do licha postanowił tu przyleźć?

Spojrzał na bramę cmentarza w Dolinie Godryka i poczuł ból chwytający go za serce. Poczucie straty uderzyło w niego z ogromną siłą. To nie było właściwe przychodzić tutaj w tym wieku, do tych osób. W końcu był jeszcze młodym człowiekiem. Miał dopiero trzydzieści sześć lat, a w świecie czarodziejów nie było dziwnym żyć przez nawet i dwieście. Powinien mieć całe życie przed sobą. Powinien mieć masę dzieci, którymi mógłby się zajmować i je rozpieszczać. Powinien mieć obok siebie rodzinę, którą mógłby kochać.

Gdyby nie ta przeklęta przepowiednia! Gdyby nie ta przeklęta wojna!

Jednak przed Jamesem nie było zbyt wiele planów. Nie sądził, że mógłby poślubić inną kobietę i mieć z nią dzieci. Nikt nie mógł zastąpić jego słodkiej Lily. Tak samo, jak nikt nie mógł zastąpić Harry'ego. Po ich stracie nie sądził, że może wpuścić do swojego serca kogoś jeszcze. Możliwe, że nigdy nie będzie umieć.

Przypuszczał, że pozostanie w Hogwarcie, ucząc. Kiedyś by nie pomyślał o czymś takim. Jednak czasy się zmieniły, a James nie wiedział co innego miałby ze sobą zrobić. A nic nierobienie nie było opcją, to by tylko doprowadziło go do szaleństwa. Obecna sytuacja przynajmniej pomagała mu jakoś funkcjonować.

Przeszedł ścieżką pomiędzy płytami nagrobnymi. Powoli zbliżał się do swojego celu. Nie chciał zobaczyć tego znajomego widoku. Za każdym razem modlił się w duchu o to, by to był tylko zły sen. Jeśli to był sen, to nigdy się z niego nie obudził. Pragnął się obudzić. Potrzebował się obudzić.

Jednak to by nigdy nie nastąpiło. Jego rzeczywistość tak wyglądała.

W końcu stanął przed swoim celem i spojrzał na dwie jasne płyty nagrobne. Widoczne na nich imiona sprawiły, że oczy zaszły mu łzami, ale nie pozwolił im spłynąć po swojej twarzy. Nie będzie płakał, nie po raz kolejny. Wydawało się mu, że łzy skończyły się mu dawno temu. Jego serce jednak udowadniało mu, że wcale nie.

Jednym ruchem różdżki wyczarował dwie róże, jedną białą i jedną czerwoną. Czerwoną położył na grobie swojej żony a białą na grobie synka. Zauważył, że trzęsą mu się ręce.

Tęsknił za nimi. Tęsknił za rodziną, ciepłem wesołego i spokojnego domu. Tęsknił za przytulaniem Lily i Harry'ego. Tęsknił za ich śmiechem roznoszącym się po domu. Tęsknił za ich głosami pełnymi życia i wesołości. Tęsknił za beztroską i nadzieją, którą oni mu dawali.

Stał w miejscu przez kilka minut. Jego oczy wpatrywały się w dwa zadbane groby, ale on ich nie widział. Przed oczami miał zupełnie inny obraz. Obraz swojej rodziny. Swoich ukochanych. Minęło piętnaście lat, a on nadal mógł wyobrazić sobie ich twarze jakby widzieli się wczoraj. Dalej pamiętał. I nigdy nie będzie chciał tego zapomnieć.

Nie, żeby był w stanie.

Otrząsnął się z zamyślenia i uśmiechnął się smutno.

-Przepraszam.-wyszeptał cicho, ale cisza, w której się znajdował sprawiła, że mógłby to być krzyk.- Nie zdołałem was ochronić. Tak bardzo przepraszam, że was zawiodłem. Oddałbym wszystko, by tylko móc to naprawić.-Jego głos był cichy i przepełniony szczerością, troską, tęsknotą oraz bólem.

James rzeczywiście miał to na myśli. Byłby w stanie zrobić wszystko, byle tylko móc być tutaj razem z nimi. Gdyby istniał jakiś sposób, zaryzykowałby. Gdyby tylko móc ich odzyskać.

Po chwili westchnął głęboko i spuścił głowę wbijając wzrok w ziemię. Wiedział, że powinien wracać do przyjaciół, do domu. Czuł jednak ścisk w klatce piersiowej na samą myśl o tym, by się odwrócić i tak po prostu odejść. Nie wiedział czemu. Zwykle chciał uciec stąd jak najszybciej się da. Zwykle strata przytłaczała go za bardzo.

Dziś jednak nie umiał się zmusić, by odejść.

W końcu zebrał w sobie całą swoją determinację i odwrócił się od grobów. Przeszedł kilka kroków w stronę głównej ścieżki, gdy nagle usłyszał jakby coś… lub ktoś upadł. Rozejrzał się od razu unosząc różdżkę, będąc gotowym do ataku w każdym momencie.

To, co zobaczył było przerażające, ale nie niebezpieczne. Był to chłopiec, cały we krwi, a jego ubrania były potargane. Podszedł do niego i kucnął przy nim, jednak cały czas zachowywał ostrożność. W końcu nie miał pojęcia kto to jest. Nastolatek nie mógł mieć więcej niż piętnaście, maksymalnie szesnaście lat. Był drobny i blady. James sięgnął po lewe ramię chłopca i sprawdził je dokładnie. Nie było na nim Mrocznego Znaku.

Mężczyzna sprawdził puls chłopcu i odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że chłopiec żyje. Gdy przyglądał się mu przez chwilę dostrzegł też, że oddycha.

Chłopiec miał ciemne włosy, ale nie dało się określić ich koloru w lekkiej ciemności cmentarza. Na jego twarzy jednak można było dostrzec ból i niepokój. Na jego nosie widać było okrągłe okulary. Starszy okularnik zastanawiał się jak chłopiec ich nie zgubił w czasie tego, co musiał przeżyć. Obok niego leżała Błyskawica, czyżby chłopiec spadł? James nie miał pojęcia.

Powinien zabrać go do jakiegoś bezpiecznego miejsca, by ktoś mógł go uzdrowić. Hogwart? Święty Mung? A może kwatera główna? Nie miał pojęcia, chłopiec najprawdopodobniej został zaatakowany przez śmierciożerców. W tym czasie było to prawdopodobne. Gdzie są jego rodzice? Opiekunowie? Te pytania zadawał sobie James, gdy rzucał na niego zaklęcia ograniczające utratę krwi i kilka diagnostycznych.

Chłopiec został trafiony kilkoma okropnymi klątwami, jednak nie było to tak straszne, by od razu zabierać go do szpitala lub do Poppy. Razem z Remusem i Syriuszem powinni sobie poradzić ze stanem zdrowia chłopca. I nie narażą go na problemy z ministerstwem.

Ściągnął chłopcu okulary i schował je do kieszeni. Miotłę zmniejszył i zrobił to samo. Podniósł chłopca do pozycji siedzącej, oparł jego plecy o swoją klatkę piersiową i aportował się przed drzwi Grimmauld Place. Otworzył drzwi machnięciem różdżki. Zaraz po tym podniósł chłopca i wszedł z nim ostrożnie do środka, a gazowe lampy rozświetliły przedsionek.

-Remi! Syriusz! Chodźcie tu zaraz! Potrzebuję pomocy!-wrzasnął na cały dom nie przejmując się, że obudzi portret matki Syriusza, Walburgię Black. Chłopiec potrzebował pomocy. A on sam miał zbyt małą wiedzę, by sobie poradzić z jego obrażeniami.

Od razu usłyszał kroki na schodach, jego przyjaciele widocznie się śpieszyli. Wszedł z chłopcem do salonu i ułożył go na kanapie, gdzie najłatwiej będzie można się nim zająć. W tej samej chwili jego dwaj przyjaciele wpadli do pokoju.

-Co się stało James?-zapytał pospiesznie Syriusz, który lustrował Jamesa wzrokiem jakby szukając na nim obrażeń. Jednak na okularniku była tylko krew, krew nieprzytomnego chłopca.

-On potrzebuje pomocy.-powiedział spokojniej i spojrzał na chłopca leżącego na kanapie. Przywołał do siebie eliksiry, które mogą się im przydać w leczeniu chłopca.

Remus od razu kucnął koło niego i sięgnął najpierw po esencję dyptamu, by wyleczyć najgłębsze cięcia na ciele chłopca. W tym czasie James rzucił kilka zaklęć pomagających złagodzić skutki klątw, którymi oberwał chłopiec.

Starszy okularnik zauważył, że Syriusz wrócił do pokoju. Kiedy zdążył wyjść? Nie miał pojęcia, ale w rękach miał miskę z wodą i czystą szmatkę, by można było obmyć chłopca. Black uśmiechnął się do niego lekko.

-Co się stało temu dzieciakowi?- zapytał zatroskany.

-Nie mam pojęcia. W zasadzie spadł mi z nieba. Sprawdziłem, nie ma Mrocznego Znaku.-westchnął James i pierwszy raz przyjrzał się twarzy chłopca. Tak jak i reszta jego ciała była we krwi, ale można było zobaczyć wręcz arystokratyczne kości policzkowe i jasną, wręcz bladą cerę. Miał w swojej twarzy jakąś znajomą miękkość, łagodność. Ciemne, rozczochrane włosy sprawiały, że chłopiec wydawał się podobny do niego…

-Dostał masą klątw.-przyznał wilkołak i spojrzał na nich, większość ran chłopca była uleczona, albo nie wyglądała już tak źle.- I spadł chyba z niezbyt dużej wysokości, ale miał połamane żebro. Uleczyłem to już, jednak powinien być ostrożny.

Na twarzy najbardziej racjonalnego z nich była widoczna ewidentna troska. Wielu w tych dniach trafiało w tym stanie do szpitala i a część młodych ludzi całkowicie znikała z powierzchni ziemi. Zakon starał się im pomagać, ale nie zawsze było to możliwe.

-Najprawdopodobniej te cholerne śmierciojady. Nikt nie jest teraz bezpieczny.-westchnął Black i usiadł koło chłopca na kanapie. Zanurzył szmatkę w wodzie, by zaraz potem delikatnie przemyć twarz chłopca. Był jednak zaskoczony tym, co zobaczył. Nastolatek wyglądał jak dużo mniejsza, delikatniejsza wersja jego najlepszego przyjaciela. Sapnął zaskoczony, gdy tylko to sobie uświadomił.

-Co jest Syri?-zapytał James i wraz z Remusem spojrzeli na niego i chłopca.

-Jamie, nie sklonowałeś się przypadkiem?-zapytał zmartwiony psi animag, ale w jego głosie było słychać też lekkie rozbawienie.

Trzej przyjaciele przyglądali się chłopcu, który rzeczywiście wyglądał jak James. W tym momencie chłopiec skrzywił i wymamrotał coś niewyraźnie. Ktoś, kto znał Pottera bez problemu by powiedział, że nawet ta czynność brzmi u nich podobnie.

-Kto to jest?-zastanowił się głośno Lupin i spojrzał na zmartwione twarze przyjaciół.

-Nie mam pojęcia, ale trzeba powiadomić Albusa.-przyznał w końcu okularnik. -Jak się obudzi ktoś będzie musiał go przesłuchać. Jego rodzina na pewno się o niego martwi.

Wiedzieli, że miał rację. Do czasu przesłuchania chłopca będą musieli się wstrzymać ze swoją ciekawością. Mogli mieć tylko nadzieję, że chłopiec nie okaże się ich największą pomyłką. James zareagował instynktownie, ale nie wiadomo jakie konsekwencje może to mieć.


Jak ktoś może mieć taką moc, by sprawić, że drugi człowiek rozpada się na tysiące kawałków albo doświadcza uczucia pełni?
Lauren Oliver–Requiem


W końcu wszystko było tak, jak być powinno. Teraz to oni muszą zdecydować, czy spełnią swoje życzenia. Ona dała im możliwość. Zajęło jej to trochę planowania, trochę interwencji w działania tych śmiesznych… sojuszników tego dziwacznego człowieka, który zniszczył swoją duszę.

Jednak nie żałowała ani chwili swojej pracy. Wiedziała, że ta część była najprostsza w całej tej sytuacji. Teraz będzie tylko trudniej. W końcu dwie bardzo silne osobowości będą musiały zaakceptować siebie na nowo, na nowo się siebie nauczyć. Potrzebowali się, to było jasne. Jednak pozostawało pytanie, czy będą umieli to zauważyć?

Wiedziała też, że pojawi się z ich strony dużo pytań. W swoim czasie odpowie na nie wszystkie, ale teraz postanowiła im dać czas. Sami będą musieli wykonać większość, by to się udało.

Miała nadzieję, że nikt im nie przeszkodzi. Nie chciała się za bardzo mieszać, ale jeśli ktoś postanowi zrujnować jej niewielką rozrywkę w spełnianiu życzeń tych dwóch czystych dusz to się zdenerwuje. A gdy masz do czynienia z Mocą… Powiedzmy, że lepiej zostać po jej lepszej stronie.

A Albus Dumbledore na pewno będzie próbował mieszać w tym wszystkim. Stary czarodziej był znany ze swoich manipulacji i planów, którymi nigdy się nie dzielił. A to często doprowadzało do katastrof. A ona będzie musiała mu przeszkodzić w tym wszystkim. Jeszcze nie wiedziała co zrobi, ale na pewno będzie robiła wszystko by dyrektor się nie wtrącał w jej działania.

W końcu byli jej obecną rozrywką. I byli pod jej opieką.

To nie powinno być trudne, by przystosować wszystkich do swojej woli. W zasadzie to by też było łatwe. Jednak nic by nie znaczyło. Śmiertelnicy odkrywają świat najlepiej dzięki swojej wolnej woli i najlepiej się uczą popełniając błędy. Musiała więc być dyskretna, delikatnie różne rzeczy sugerować, dawać im okazję do zmian i podejmowania dobrych decyzji.

Było to bardzo rzadkie, naprawdę, ale polubiła tych dwóch… chłopców jakby nie było. Przynajmniej dla niej. W jej oczach byli dziećmi, dziećmi świata, który kiedyś pomagała tworzyć. Nie powinna nikogo faworyzować, naprawdę.

Jednak nie umiała się powstrzymać przed podziwianiem ich czystych serc gotowych, by pomagać innym, ich odwagi i zaangażowania w to, co wierzą. Oboje byli szlachetni. I oboje przeżyli okropne rzeczy.

Może dlatego oprócz dania im szansy postanowiła im pomóc. Postanowiła, że zrobi wszystko co w jej mocy, by im w tym wszystkim pomóc. By na nowo mogli zbudować ten świat.

Jednak zanim to nastąpi czeka ich wszystkich dużo pracy. A ona nie mogła się doczekać by zobaczyć jak napiszą swoją historię.