Pierwszy raz podejmuję się tłumaczenia tekstu, bardzo proszę o wyrozumiałość.

ENG: I'M NOT THE AUTHOR OF THIS STORY. IT'S ONLY TRANSLATION. IF YOU WANT TO READ AN ORIGINAL VERSION, PLEASE VISIT JoanIncarnate PROFILE.

PL: Nie jestem autorką tego opowiadania, tylko je tłumaczę. Jeśli chcesz przeczytać tekst w oryginale, odwiedź profil JoanIncarnate


W powietrzu unosił się smród rozkłających się odpadków. Grimmjow klął na czym świat stoi, kuląc się na brudnym bruku. Był KRÓLEM. Szóstym Espadą. Jak śmieli potraktować go w ten sposób? Kurwa... tylko zaczekajcie aż wrócę. Wykastruję, obedrę ze skóry i zamorduję wszystkich tych gnojków!

Kichnął i otulił się ogonem. Leżał tutaj od kilku dni, nie ruszając się z miejsca. Był głodny, zmarznięty, ranny, pozbawiony mocy i, co najgorsze, BYŁ. CHOLERNYM. KOTEM.

Krople deszczu spadły z nieba. Grimmjow spojrzał w górę. Co to było? Coś takiego nigdy nie zdarzało się w Hueco Mundo - pomyślał. Krople obijały się o jego futerko. Gówniany ludzki świat i gówniane ludzkie rzeczy. Jakie to wkurzające.

Czarnoniebieskie kocię spojrzało na swoje łapy. Jedna, druga... trzecia. Grimmjow skrzywił się w gorzkim uśmiechu. Nawet jako kot miał tylko trzy łapy. Zamiast lewego ramienia sterczał teraz krwawiący kikut. Wiedział, że nie było to jedyne miejsce, z którego krwawił. Z rany na brzuchu powstałej przez tego pseudo-Shinigamiego nadal sączyła się krew, chociaż nie tak bardzo, jak na początku.

Poczuł, że jego powieki robią się coraz cięższe. Był cholernie zmęczony. Powoli zatapiał się w świecie marzeń sennych, gdy ujrzał rozmazaną sylwetkę. Ostatnią rzeczą o której pomyślał, zanim zapadł w sen, były pomarańcze.


Pomarańczowowłosy Shinigami westchnął, wracając ze szkoły. Od ataku Arrancarów na Karakurę minęły trzy dni. Trzy dni, odkąd przegrał z niebieskowłosym Espadą. Rukia, Toshiro, Renji... wszyscy, którzy brali udział w bitwie wciąż byli poddawani rekonwalescencji w domu Inoue. Orihime użyła większości swojej mocy lecząc Ichigo, dlatego reszta zdrowiała wolniej. Dzięki temu Kurosaki czuł się na tyle dobrze, że mógł wrócić do szkoły.

Nie był w nastroju do wychodzenia z domu, ale nie miał wyjścia. Mógł nie zdać do następnej klasy przez ciągłe nieobecności i spóźnienia. Jak zwykle patrzył na wszystkich z gniewnym wyrazem twarzy, marszcząc przy tym brwi. Zachowywał się najzupełniej normalnie ale wiedział, że Tatsuki przejrzała jego grę. Nie zapytała go jednak o to, wiedząc, że nie byłby w stanie jej odpowiedzieć. Był wdzięczny, że nie próbowała.

Ichigo maszerował w ciszy, nie słysząc niczego poza własnymi myślami i kroplami deszczu obijającymi się o parasolkę. Dziś chciał być sam, więc obrał dłuższą niż zwykle drogę. Przechodził właśnie przez zaśmieconą uliczkę kiedy poczuł zapach krwi.

Oczy koloru czekolady rozszerzyły się. Nie wyczuwał energii duchowej, ale to go nie uspokoiło. Ponownie przeszedł przez uliczkę. Odetchnął z ulgą widząc, że nie było tam żadnych Pustych. Jego wzrok przykuło źródło krwi. Małe, chude kociątko o błękitnoczarnej sierści leżało w kałuży czerwieni, owinięte własnym ogonem.

Ichigo podszedł do kotka przyglądając się jego ranie na brzuchu i krwawiącemu kikutowi. Pomarańczowowłosy widział, jak minimalnie unosi się i opada jego klatki piersiowej. Cholera. Musiał go zaatakować jakiś większy kot albo coś. Umrze, jeśli go nie zabiorę... Po chwili namysłu zdjął kurtkę i owinął nią krwawiące zwierzę. Uniósł je w ramionach by kontynuować marsz do domu w nieco szybszym tempie.


Ichigo kopnął drzwi. Nie miał jak ich otworzyć - w jednej ręce trzymał parasol a drugą obejmował zranione kocię. Wiedział, że Yuzu lub Karin otworzą.

- O, kto... O! Hej, Ichi! Zapomniałeś kluczy? - zapytała młodsza z sióstr. Yuzu otworzyła szeroko oczy gdy zobaczyła różowawą plamę na białej koszuli brata. - Ichigo! Znowu walczyłeś? Musisz przestać! Martwimy się! Tata może tego nie pokazuje, ale...

- YUZU! - Ichigo przerwał siostrze. Westchnął rozdrażniony. - Nie, nie walczyłem. To nawet nie jest moja krew, tylko tego małego. - Yuzu wzięła od brata parasolkę i odchyliła skrawek kurtki kryjącej zawiniątko. Sapnęła, widząc zakrwawionego kotka. Ichigo wraz z siostrą przeszedł szybko przez dom do kliniki. Zatrzymał się w jednym z pustych pokoi, położył tobołek na łóżku i otworzył szafkę lekarską. - Yuzu, przynieś ciepłą wodę i ręczniki.

Yuzu posłuchała go i szybko opuściła pokój. Wróciła z ręcznikami, wodą i Karin. Obie rozwinęły kocię z kurtki i przyglądały się, jak ich starszy brat zajmuje się zwierzęciem. Ichigo delikatnie przemył je wodą i oczyścił rany. Kociak wzdrygnął się poczuwszy wodę i ukłucie strzykawki z antyseptykiem ale był zbyt słaby i zmęczony by zaprotestować. Pomarańczowowłosy podał mu znieczulenie i zaczął zszywać ranę na jego brzuchu. Z odciętą łapą nie mógł zrobić nic poza oczyszczeniem jej i owinięciem w gazy.

Kiedy skończył, zobaczył, że Yuzu przyniosła kotu trochę mleka w butelce dla dzieci. Ichigo przyciął trochę jej czubek i nakarmił kotka. Chwilę później błękitnoczarny kociak spał owinięty w koce.

Ichigo usiadł na krześle przy łóżku - wreszcie mógł się zrelaksować. Yuzu i Karin wpatrywały się w kotka szeroko otwartymi oczami.

- Hej, Ichi, myślisz, że wyzdrowieje? - odezwała się wreszcie Karin.

Czekoladowe oczy złagodniały a Ichigo przeczesał włosy dłonią.

- Mam taką nadzieję...