Postacie pochyliły się nad leżącym na podłodze nieruchomym ciałem.
- To on cię zaatakował?
- Tak.
- Jak to się stało?
- Wypytywał, wypytywał jak mam na imię. To wydawało mi się podejrzane, nie chciałam powiedzieć. Wtedy... rzucił się na mnie.
Postać przykucnęła obok leżącego ciała, zbadała puls.
- Zabiłaś go, Steele.
Elfka wytarła twarz dłonią, poczuła na palcach coś lepkiego. Krew, jej ręce były całe we krwi.
- Jak chcecie, sprowadźcie Goriona, oddajcie mnie pod sąd. Tylko się broniłam! Broniłam się, do cholery! - ze wszystkich sił starała się opanować. Muszą jej uwierzyć, muszą! Inaczej co, sąd, więzienie? Albo wyrzucą ją, skończy poza murami Candlekeep. Czy nie tego chciała?
- Spokojnie, wierzymy ci. - jeden z mężczyzn położył elfce dłoń na ramieniu. - Sprowadźcie Goriona. - rzucił. - Zaczekaj tu na niego.
Skrzypnęły otwierane drzwi. Do budynku wpadł snop światła, wprost na twarz zabitego. Ciemną, zarośniętą, z blizną na policzku. Twarz rzezimieszka z książek, które tyle razy czytała. Steele razem z grupką mężczyzn wyszła na zewnątrz. Serce wciąż jej waliło. Teraz w świetle dnia spojrzała na swoje ręce, całe we krwi. Wciąż ściskała sztylet, którym ugodziła mężczyznę.
To stało się tak nagle. Poszła do koszar, miała kilku przyjaciół wśród żołnierzy. Chciała się pożegnać przed wyjazdem. Był tam, czekał na nią. Nieznajoma twarz nie wzbudziła w niej podejrzeń. Myślała, że to nowy strażnik. Ale ton jego głosu, zapowiadał ukrytą groźbę. Chciała wybiec, wołać o pomoc, ale rzucił się na nią. Poczuła ręce mężczyzny na szyi, zobaczyła jak usiłuje sięgnąć po broń. I wtedy, odruchowo zadała kilka ciosów. Zacharczał, zaczął pluć krwią. I znieruchomiał.
To niemożliwe, żeby zabicie człowieka było aż tak proste.
Zjawił się ojciec i kilku ważniejszych mędrców. Pytali ją, o to co zaszło ale chyba uwierzyli. Żołnierze wynieśli ciało zabitego.
Myślała, że po tym zajściu nie zgodzą się, żeby razem z Gorionem opuściła fortecę. Zaczną się pytania, dochodzenie, śledztwo. Ale szacunek, jakim cieszył się jej przybrany ojciec był większy, niż się spodziewała. Gorion nalegał by wyjechali jak najszybciej. O tym co stało się w koszarach nie chciał rozmawiać. Nie chciał mówić o nieznajomym, z którego wypruła życie kilkoma uderzeniami sztyletu. Wciąż kręciło jej się w głowie. Nie mogła o tym myśleć. Nie potrafiła. Napada na ciebie człowiek. Może ma rodzinę, żonę, dzieci. Ale ty wbijasz mu nóż w brzuch, bo inaczej on zrobi to tobie. Żadnych pytań. Żadnych wątpliwości. Tylko ślepa chęć przetrwania. Brutalny, twardy świat poza murami Candlekeep sam do niej przyszedł.
Kupiłaś wszystko co mówiłem? - pytał ojciec gdy stała przed nim w zdobytym pospiesznie ekwipunku. Zbroja ją uwierała, bagaże ciążyły. Pierwszy raz miała na sobie skórzany pancerz, który krępował jej ruchy. Za to ciężar krótkiego miecza przy boku i łuku na plecach sprawiały, że do jej krwi uderzała adrenalina. Z czym jeszcze będzie musiała się zmierzyć, za murami twierdzy?
- Prowiant, wodę, mikstury?
- Tak.
- Dobrze, zaraz wyruszamy. - ten zniecierpliwiony, ponaglający ton nie pasował do ojca. Gorion którego znała nigdy się nie spieszył, miał zawsze nieprzebrane pokłady cierpliwości. Ten, z którym teraz rozmawiała rozglądał się nerwowo, jakby wypatrując kolejnego zamachowca za rogiem. Pospieszał ją z każdym ruchem, jakby nie chciał zostać w fortecy ani chwili dłużej.
- Muszę się pożegnać z Imoen. - na myśl o tym robiło jej się zimno w środku. Imoen, kiedy ją znowu zobaczy? Pytała, prosiła ojca, czy siostra nie mogłaby wyruszyć razem z nimi. Te same wymijające odpowiedzi. Może dołączy do nas później. Jest za młoda na takie wyprawy. Tak samo niejasno tłumaczył, gdy pytała, dlaczego właściwie muszą wyjechać. Przecież wiele razy mówiłaś, że o tym marzysz, chcesz zwiedzić świat. Zobaczysz, wyjaśnię ci później. Ale ten martwy mężczyzna i wyraz niepokoju na twarzy Goriona mówiły co innego. Uciekali przed czymś. Nawet jeśli starzec nie chciał tego przyznać.
- Dobrze, dziecko, chodźmy się pożegnać.
Steele opuszczała Candlekeep z obrazem Imoen, płaczącej i pociągającej nosem, ale oczywiście udającej, że jest bardzo dzielna. Ojciec powtarzał, że niedługo się zobaczą, wyjeżdżają na krótko. Imoen obejmowała ją i chlipała jej w ramię. Kłamał.
Steele nie chciała puścić siostry.
Wrota fortecy zatrzasnęły się z głuchym stukiem. Kamienne mury warowni zostały za nimi. Otaczały ich teraz skały, kamieniste urwiska porośnięte z rzadka roślinnością. Tam, gdzie kończyły się usiane kamieniami brzegi królowało morze. Mieszkała w fortecy właściwie całe życie, a pierwszy raz była tak blisko otwartej wody. Szarozielone fale uderzały o brzeg. Woda wyznaczała linię horyzontu. Śpiew morza wypełniał uszy, słony smak osadzał się na wargach. W powietrzu unosiły się mewy, wydając swoje przenikliwe okrzyki. Świat na zewnątrz Candlekeep był... ogromny. Przytłaczający. Zbyt wielki. Nigdy w życiu nie czuła się tak mała, zagubiona, bezbronna. Przez ułamek sekundy chciała prosić Goriona, żeby wrócili. Ojciec chyba dostrzegł wyraz jej twarzy.
- Dziecko... - powiedział. - Tam już nie jest bezpiecznie.
Narzucił szybkie tempo marszu, dziwnie szybkie dla człowieka w jego wieku. Pokazywał palcem na mapie odległość, jaką mają przebyć. Rysunki na karcie papieru przestały być abstrakcyjnymi symbolami. Stały się rzeczywistymi miejscami, do których muszą się dostać.
- Musimy dotrzeć do gospody „Pod Pomocną Dłonią". Czekają tam na nas Khalid i Jaheira, to moi starzy przyjaciele.
- A potem? - bała się zadać to pytanie.
- Znajdziemy bezpieczne miejsce.
Maszerowali dopóki się nie ściemniło. Elfka rozglądała się, nie mogła się napatrzeć na otwartą przestrzeń. Horyzont nie skrępowany kamiennymi murami. Plaże, skały, lasy, na wyciągnięcie ręki. Oddalali się od morza, nad którym spędziła prawie całe życie. W końcu trakt zaprowadził ich prosto w gęstwinę drzew.
Zauważyła coś jeszcze. Gorion zmienił się, jakby nagle ubyło mu lat. Maszerował wyprostowany. Rozglądał się, wypatrując nadchodzącego niebezpieczeństwa. Przypominał bohaterów opowieści, które czytała. Wiele razy, podczas lat życia spędzonych w twierdzy słyszała, że kiedyś, dawno temu był sławnym poszukiwaczem przygód. Ale ten obraz był tak inny od ojca, którego znała. W jakiś dziwny sposób odniosła wrażenie, że teraz, znowu jest naprawdę sobą. Nie staruszkiem, który czyta książki przy kominku, ale podróżnikiem, który rzuca wyzwanie losowi.
- Musimy iść dziecko...- oboje uchylali się przed uderzeniami gałęzi. Słońce już zaszło, w lesie robiło się coraz ciemniej. - Odpoczniemy jak dotrzemy do „Pomocnej Dłoni". - Zatrzymali się, by zapalić pochodnię. Las nocą wydawał jej się przerażający, pełen tajemniczych dźwięków, istot, które kryły się gdzieś w ciemnościach. Pochodnia zapłonęła, jej blask rozjaśnił twarz Goriona i odsunął nieznane potwory na odległość kręgu światła.
Blask ognia odbił się w zbroi. Potężni, zakuci w stal mężczyźni, było ich co najmniej pięciu. Wyciągnięte w geście groźby miecze, napięte kusze, groźne spojrzenia.
Dali się podejść jak dzieci. Musieli tu na nich czekać.
- Oddaj mi dziecko starcze. - nie widziała twarzy mężczyzny, który mówił, tylko zakutą w stal, ogromną postać. - Oddaj mi dziecko, to puszczę cię wolno. - nieznajomy wystąpił kilka kroków naprzód. Przez sekundę uwierzyła, że Gorion to zrobi, odda ją temu stalowemu potworowi, żeby ratować własne życie. Sparaliżowało ją ze strachu.
- Steele, uciekaj! - ojciec zaczął wygłaszać zaklęcie. Nagle z jego dłoni wystrzeliło jaskrawe światło, uderzyło w grupę zbrojnych. Usłyszała jęki, kilku napastników zostało rannych, ale ogromny wojownik dalej szedł w ich stronę. W ziemię obok niej wbiło się kilka strzał. Odruchowo złapała za sztylet.
- Uciekaj! - Ojciec wepchnął Steele w gęstwinę drzew. Biegła, nie zatrzymując się. Gałęzie uderzały ją w twarz, łapały za ubranie, jakby chciały jej utrudnić ten rozpaczliwy bieg o życie. Z daleka słyszała niezrozumiałe zaklęcia, które wypowiadał Gorion, szczęk broni, krzyki rannych. Nagle wszystko ucichło.
Zamarła w kompletnej ciemności. Już koniec, tak? Musi tam wrócić i sprawdzić, czy ojciec nie jest ranny, czy nie potrzebuje pomocy. Wrócą do Candlekeep i już nigdy nie opuści murów fortecy. Stanie się najbardziej przykładną córką, będzie szyć, haftować i piec ciasta. Porzuci te głupie mrzonki o machaniu mieczem, zdobywaniu sławy i fortuny.
Zrobiła krok do przodu i spadła w ciemność. Pod jej stopami nagle skończyło się urwisko. Staczała się po stromym zboczu, aż uderzyła głową o skały i znieruchomiała.
